Fachowiec bez dyplomu czy dyplom bez fachowca? O kształceniu zawodowym w "Raporcie eksperckim" Krzysztofa Symeli

 





Przed rozpoczęciem kolejnego roku szkolnego znów będziemy czytać o kolejnej deformie oświaty, korekcie podstaw programowych kształcenia ogólnego, Branżowych Centrach Umiejętności, doradztwie zawodowym, kwalifikacjach przyszłości, sztucznej inteligencji i zielonej transformacji. Wszystko to jest ważne, ale dr Krzysztof Symela zwrócił w swoim raporcie uwagę na to, w jakich warunkach i kto kształci zawodowo młodego człowieka w III RP? 

Żadnego zawodu nie nauczymy się tylko z podręcznika czy instrukcji obsługi, napraw, których są tysiące w internetowej sieci. Zawodu uczy człowiek, który sam go zna, mistrz, a nie ten, kto potrafi z przysłowiowego "braku laku" jedynie odpytać ucznia z definicji, schematów czy treści podręcznikowych rozdziałów. 

W edukacji potrzebna jest osoba, która przykładowo pokaże, dlaczego instalacja przecieka, gdzie popełniono błąd w pomiarze, jak rozpoznać wadę materiału, jak bezpiecznie wykonać pracę, jak poprawić fuszerkę i kiedy trzeba powiedzieć klientowi: tego nie wolno zrobić w taki sposób.

Właśnie dlatego jeden z najważniejszych problemów współczesnego szkolnictwa zawodowego nie jest jedynie problemem programowym, ale przede wszystkim kadrowym. Z w/w Raportu wynika, że nauczyciele zawodu stają się „wąskim gardłem systemu”, skoro nauczycieli poniżej 30. roku życia w ponadpodstawowym kształceniu zawodowym jest zaledwie 3,7 proc., a jednocześnie rynek pracy zgłasza deficyt nauczycieli praktycznej nauki zawodu i nauczycieli przedmiotów zawodowych.

Trudno się temu dziwić. Dobry elektryk, automatyk, mechatronik, spawacz, monter czy informatyk może na rynku zarobić wielokrotnie więcej niż w szkole. Co więcej, pracując w przedsiębiorstwie, pozostaje w kontakcie z technologią, która właśnie się zmienia. W szkole natomiast ma podstawę programową, dokumentację, klasyfikację, nadzór, sprawozdawczość i wynagrodzenie, które nie zawsze rekompensuje rezygnację z praktyki zawodowej.

Powstaje więc paradoks: im bardziej potrzebny jest gospodarce fachowiec, tym trudniej pozyskać go do szkoły jako nauczyciela zawodu, a bez mistrzów można mieć szkolnictwo zawodowe tylko z nazwy. Nie jest przecież przypadkiem, że poza szkołą nadal funkcjonuje zupełnie inny system rozpoznawania fachowości.

Kiedy trzeba wymienić baterię w łazience, naprawić podmurówkę ogrodzenia, przyciąć niebezpieczne konary, położyć płytki czy naprawić dach, najczęściej nie zaczynamy od pytania: „Czy zna pani/pan kogoś z odpowiednim dyplomem?”, ale pytamy: „Czy zna pani/pan kogoś dobrego?” To jeden z najstarszych mechanizmów rynku usług — reputacja.

Ktoś już widział efekt czyjejś pracy, ktoś komuś dobrze wykonał remont, położył kafelki, ktoś polecił go dalej. Jeśli spartaczył robotę, informacja również się rozchodzi. Ten swoisty „szeptany marketing” jest czymś więcej niż obyczajem. Jest społeczną walidacją umiejętności. Na tym rynku nie wystarczy powiedzieć: „mam kwalifikacje”. Trzeba pokazać, że potrafi się coś zrobić.


W tym miejscu zaczyna się ciekawa sprzeczność między codziennym rynkiem pracy a instytucjonalnym systemem kwalifikacji. Ktoś może posiadać znakomite umiejętności zawodowe, mimo że nie zdobył ich w szkole, czegoś nauczył się od ojca, wujka, mistrza, współpracowników, a zatem może przez wiele lat wykonywać konkretną pracę i znakomicie z niej i dzięki niej żyć. Może samodzielnie zdobywać kolejne kompetencje.

Wiemy jednak, że samo to nie powoduje jeszcze, że posiada kwalifikację formalnie uznaną. W Zintegrowanym Systemie Kwalifikacji możliwe jest potwierdzanie efektów uczenia się zdobytych poza edukacją formalną, lecz potrzebna jest do tego walidacja oraz podmiot posiadający uprawnienia do ich certyfikowania

Niby nic, a jednak czyni to zasadniczą różnicę. Umiejętność może istnieć bez instytucjonalnie potwierdzonego dyplomu, ale kwalifikacja formalna już nie, jeśli takowa jest wymagana. Nie ma w tym niczego zdrożnego. W wielu zawodach formalne uprawnienia są konieczne, zwłaszcza tam, gdzie chodzi o zdrowie, bezpieczeństwo, instalacje techniczne, odpowiedzialność za innych ludzi.

(źródło: Obraz wygenerowany przy użyciu ChatGPT (OpenAI) na podstawie koncepcji autora)


Problem pojawia się dopiero wtedy, kiedy dokument zaczynamy utożsamiać z kompetencją, bo ufamy, że dyplom gwarantuje przede wszystkim spełnienie przez daną osobę koniecznych kwalifikacji. Jednak nie mamy gwarancji, czy dysponująca ów dokument osoba potrafi dobrze wykonać konkretną pracę. 

Widzimy i doświadczamy na co dzień odmienne sposoby oceniania czyichś kwalifikacji. Jedna opiera się na certyfikacie kompetencji, druga zaś na rozpoznawalnych w praktyce efektach czyichś kompetencji. Szkoła zawodowa zbyt łatwo może wpaść w tę samą pułapkę, skoro uczeń zrealizował liczbę godzin praktyk, zaliczył moduł, otrzymał ocenę, zdał egzamin i ma świadectwo, ale czy naprawdę potrafi wykonać pracę?

Dr K. Symela proponuje, aby egzaminy zawodowe zmierzały w kierunku „próbek pracy”: diagnozy, planowania, wykonania zadania, dokumentowania, kontroli jakości, zachowania zasad BHP, komunikacji oraz refleksji nad popełnionymi błędami. To bardzo ważna zmiana perspektywy. Egzamin zawodowy powinien przecież odpowiadać na pytanie: „co potrafisz zrobić?” a nie przede wszystkim: „co wiesz o tym, co należałoby zrobić?”

Jeszcze bardziej znamienne jest to, że raport wskazuje również na problemy z jakością praktycznej nauki zawodu. Sama obecność praktyk tego jeszcze nie gwarantuje. Znaczenie mają rzeczywiste zadania, mentor, sprzęt, nadzór, informacja zwrotna i możliwość samodzielnego wykonania pracy. Można przecież odbyć praktykę i niewiele się nauczyć. 

Można też przez kilka miesięcy pracować obok dobrego fachowca i nauczyć się więcej niż przez lata edukacji opartej na reprodukowaniu wiedzy. Dlatego przyszłość szkolnictwa zawodowego nie zależy wyłącznie od tego, jakie zawody zostaną wpisane do klasyfikacji, ile pieniędzy wydamy na pracownie i jakie technologie znajdą się w podstawach programowych. 

Najważniejsza pozostaje relacja: mistrz — uczeń — rzeczywiste zadanie, bo bez niej nawet najnowocześniejsza pracownia czy warsztat może stać się pozorem. Można wydać pieniądze na sprzęt i budynki nie zmieniając programów, egzaminów ani kompetencji nauczycieli. Możemy więc zbudować Branżowe Centrum Umiejętności za miliony złotych, ale kto będzie tam uczył?

Być może jest to najważniejsze pytanie, jakie powinniśmy postawić przed rozpoczęciem roku szkolnego 2026/2027. Ilu mamy mistrzów zawodu, od których młody człowiek naprawdę może nauczyć się dobrej pracy?



(źródło: Obraz wygenerowany przy użyciu ChatGPT (OpenAI) na podstawie koncepcji autora)


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Akademicki savoir-vivre

Absolwent pedagogiki nie ma kwalifikacji pedagogicznych, czyli polski paragraf 22

Szkoła, która żyje wbrew sobie, czyli jak niektórzy nauczyciele ratują sens edukacji mimo ministerialnych deform