sobota, 16 maja 2015

Rynek szkolny



Od nauczycieli - traktowanych jak sprzedawcy wiedzy i umiejętności, a od dyrektorów postrzeganych jak menedżerowie przedsiębiorstw oświatowych - nie wymaga się już wrażliwości i kultury pedagogicznej, ale myślenia i działania zgodnego z kategoriami lokalnego i/lub globalnego rynku oraz wytwarzania „wartości” zgodnych z potrzebami i oczekiwaniami podmiotów gospodarczych, usługowych itp.

W dłuższym okresie sukces szkoły jako zorientowanej na rynek firmy wymaga od menedżerów inicjowania działań o charakterze interfunkcjonalnym. Szkoły mają być przedsiębiorstwami skutecznymi na rynku oświatowym, tzn. unikającymi niepowodzeń i strat, głównie materialnych (żeby zużywały jak najmniej energii cieplnej, elektrycznej, gazu, nie generowały wysokich rachunków za rozmowy telefoniczne, nie wytwarzały zbyt wielu śmieci, zadowalały się gwarantowaną przez wyspecjalizowane firmy czystością pomieszczeń itp.).

Szkoły zostają zmuszane niejako do poddania się procesom marketingowym, czyli kompleksowej działalności na wzór „firm”, które muszą funkcjonować na drodze producent lub dostarczyciel usług (nauczyciel) – konsument (uczeń). Celem (przed-) marketingu jest spowodowanie aktu kupna - sprzedaży, a więc wyzwolenie procesu, za pomocą, którego dostosowuje się produkty do potrzeb rynku i przenosi prawo własności z jednego na innego uczestnika rynku.
Jak to się jednak ma do edukacji powszechnej? Jak dalece możemy i powinniśmy ulegać tym tendencjom w życiu przedszkola czy szkoły publicznej, w procesie kształcenia i wychowania dzieci i młodzieży? Jakie są granice adaptacji reguł makro- czy mikrogospodarczych do duchowego, kulturowego wymiaru formacji kulturowo niedojrzałej wciąż osoby w relacjach międzyludzkich?


Czescy socjolodzy - Jan Keller, Lubo Tvrdý w swojej rozprawie pt. Vzdĕlanostní společnost? Chrám, výtah a pojišťovna, (Wykształcone społeczeństwo. Świątynia, winda i ubezpieczalnia, która ukazała się w Pradze w 2008 r., wykazują związek między rozwojem gospodarki czeskiej (rynkiem pracy) a wykształceniem obywateli. Sformułowali oni trzy hipotezy:

1) poziom wykształcenia powinien immunizować przed ryzykiem bezrobocia i gwarantować zarazem uzyskiwanie wyższej pozycji społecznej,

2) o sukcesie na rynku pracy powinna decydować wiedza uzyskana w toku kształcenia, a zgodna z oczekiwaniami pracobiorców,

3) wykształcenie jest wartością uniwersalną, która wszystkich jego posiadaczy zabezpiecza w porównywalnym stopniu.

Z ich diagnoz wynika, że im niższy jest poziom wykształcenia obywateli, tym większe jest poczucie lęku, że będzie się bezrobotnym, ale poziom zlekceważenia tego zagrożenia (wyrażane przeświadczeniem, iż „bycie bezrobotnym nie jest żadną tragedią”) jest tak samo wysoki wśród osób z wyższym, jak i z podstawowym wykształceniem (po ok. 35%). Na tym samym niemalże poziomie rozkłada się stosunek badanych wobec konieczności zmiany pracy w ciągu życia, i to niezależnie od poziomu ich wykształcenia.

Dla uzyskania miejsca pracy przez osoby mające ten sam poziom wykształcenia są w takim samym stopniu znaczące znajomości czy protekcja spośród członków rodziny, znajomych i przyjaciół. W odniesieniu do ostatniej z hipotez autorzy formułują następujący wniosek:

Jeżeli przez dobrą pracę wyobrażamy sobie taką, w wyniku wykonywania której nie jesteśmy zagrożeni bezrobociem, pobieramy ponadprzeciętną płacę i mamy dość dużą przestrzeń wolności, to taką pracę mają szansę uzyskać w Czechach 2 osoby na 3 z wyższym wykształceniem, ale tylko jedna na pięciu maturzystów i tylko jedna na dwadzieścia osób o najniższym poziomie wykształcenia. (s. 140).

piątek, 15 maja 2015

Jakie studia chronią przed bezrobociem?


Ponoć każde ukończone studia chronią przed bezrobociem. Wszystkie spośród znanych mi raportów potwierdzają, że skala bezrobocia wśród młodych osób po studiach jest niższa nie tylko od osób z średnim wykształceniem, ale i od średniej dla całej populacji. Nie ma zatem znaczenia to, jakie młodzież kończy studia, na jakim kierunku studiów, gdyż zatrudnienie znajdują na tym samym poziomie zarówno absolwenci studiów inżynieryjnych, w zakresie procesów produkcyjnych i budownictwa, absolwenci studiów z nauk ścisłych, jak i po studiach z nauk społecznych, humanistycznych czy po sztuce.

Problemem jest to, że młodzież licealna zaledwie w 43% wskazuje na własne zainteresowania oraz chęć wykonywania pracy zgodnie ze studiami jako podstawy motyw wyboru przyszłej uczelni i kierunku studiów. Wymuszanie zatem przez MNiSW podejmowania studiów na tzw. kierunkach zamawianych czy specjalnie dotowanych generuje jedynie straty środków publicznych, gdyż skuszeni atrakcyjnym stypendium wprawdzie podejmują studia, ale ich nie kończą, gdyż zależało im na kasie. Nie mieli oni umysłowych możliwości studiowania, gdyż w ten sposób wybrany kierunek studiów nie był zgodny z ich zainteresowaniami i rozumieniem jego sensu.

Przyjrzyjmy się fragmentom Raportu FOR pt. Praca dla absolwenta – trudno znaleźć, łatwo stracić?, które wskazują na konieczność większego zdystansowania się ideologii partii rządzących oraz bardziej krytycznego podejścia do formułowanych przez jej liderów poglądów na powyższy temat. Autorka tego raportu wskazuje na problemy, które warto rozwiązać metodami badań naukowych.


Jaki dyplom chroni przed bezrobociem?

Mimo zmniejszania się liczebności kolejnych roczników maturzystów, uczelnie nadal są oblegane przez osoby, które chcą poszerzać horyzonty i zdobyć kwalifikacje zapewniające możliwości rozwoju zawodowego. Od ponad dekady co druga osoba w wieku 19-24 lat to student lub studentka (GUS 2013). Wiele osób decyduje się na podjęcie płatnych studiów, między innymi ze względu na brak możliwości podjęcia nauki na uczelni państwowej. Konkurencja o indeksy zależy od kierunku, jak np. w przypadku studiów biznesowych czy, nauk społecznych (Drogosz-Zabłocka i Minkiewicz 2007, Reimer et al. 2008), które przez wiele lat cieszyły się największym powodzeniem. Według najnowszych danych GUS, w 2013r. 40% osób rozpoczynających studia wybrało nauki humanistyczne i społeczne, podczas gdy studia techniczne wybrał tylko co piąty student.

Uczelnie prywatne oraz niestacjonarne programy studiów na uczelniach państwowych z jednej strony uzupełniają ofertę edukacyjną, stwarzając możliwości podejmowania nauki osobom, które z różnych powodów nie mogły lub nie chciały studiować bezpłatnie, z drugiej strony jednak cieszą się mniejszym prestiżem i zaufaniem, co może obniżać szanse zawodowe absolwentów. Pracodawcy mając do wyboru dziesiątki osób ubiegających się o miejsce pracy mogą pozwolić sobie na to, by wybierać osoby, których dyplom „sygnalizuje” większą wiedzę i umiejętności (Bills 2003). Mogą też preferować osoby, które ukończyły studia dające konkretne kwalifikacje, na przykład w zawodach inżynierskich, a nie ogólną wiedzą z zakresu zarządzania. Warto postawić pytanie, na ile te obiegowe opinie są spójne z wynikami badań naukowych. Czy płatne studia faktycznie dają gorsze możliwości znalezienia pracy? Czy młodzi ludzie popełniają błąd wybierając tak popularne od wielu lat kierunki studiów?


Jaka uczelnia? Jaki kierunek?

W świetle wyników badań empirycznych, osoby które ukończyły studia mają ogólnie większe szanse na szybkie znalezienie pracy niż osoby które poprzestały na szkole średniej. Co ciekawe, tytuł magistra zdobyty na prywatnej uczelni skraca okres poszukiwania pierwszej pracy w stopniu niemniejszym niż dyplom uzyskany na państwowej uczelni (Gebel i Baranowska-Rataj 2012, Baranowska 2011).

Badania porównawcze pokazały także, że w Polsce, podobnie jak w innych krajach Europy Środkowo-Wschodniej, studia inżynierskie dają absolwentom relatywnie mniejszą przewagę w zakresie konkurencji o miejsca pracy niż podobne studia w krajach Europy Zachodniej (Reimer i in. 2008; Baranowska-Rataj i Unt 2012). Jednocześnie wbrew obiegowej opinii o tym, że polskie uczelnie kształcą zbyt wielu specjalistów od zarządzania i marketingu, absolwenci nauk społecznych nie wypadają gorzej niż absolwenci studiów technicznych pod względem szans na szybkie znalezienie pierwszej pracy.

(...)
Dla nikogo nie jest tajemnicą to, że polskie uczelnie techniczne są poważnie niedoinwestowane, co sprawia, że studenci nie mają dostępu do nowoczesnego sprzętu i laboratoriów. W niedostatecznym stopniu rozwinięta jest też współpraca pomiędzy uczelniami technicznymi a przedsiębiorstwami. Ponadto, wiele zawodów wykonywanych przez absolwentów uczelni i kierunków technicznych należy do grupy zawodów regulowanych. Jak zwracają uwagę Baranowska-Rataj i Unt (2012), w krajach Europy Środkowo Wschodniej grupa zawodów regulowanych w dyscyplinie architektury i budownictwa jest ściślej chroniona przez osoby już wykonywujące tę pracę przed konkurencją ze strony absolwentów niż w krajach Europy Zachodniej. Istnieje więc wiele powodów by sądzić, że brak wyraźnej przewagi absolwentów studiów inżynierskich w konkurencji o miejsca pracy nad absolwentami studiów biznesowych może wynikać z instytucjonalnych uwarunkowań systemu kształcenia stwarzających bariery dla wejścia na rynek pracy w tej pierwszej grupie.


(...)
Osoby młode częściej znajdują pracę niż osoby w wieku dojrzałym (por. wykres 1a oraz 1b). Jednocześnie jednak ich zatrudnienie charakteryzuje się niższą stabilnością – młodzi pracownicy ponoszą znacznie wyższe ryzyko utraty pracy (wykres 2a oraz 2b). Ta sytuacja dotyczy w podobnym stopniu kobiet i mężczyzn. Co charakterystyczne, różnica w poziomie ryzyka utraty pracy pomiędzy grupą osób młodych oraz grupą osób dojrzałych zwiększa się szczególnie w okresie pogorszających się warunków makroekonomicznych. Gdy firmy tną zatrudnienie, w pierwszej kolejności redukują etaty młodych osób, a dopiero w kolejnym rzucie redukcjami obejmowane są bardziej doświadczeni pracownicy.

Zabrakło mi w tym materiale jednej informacji, a mianowicie, czy prowadzący badania interesowali się tym, jaką pracę podjęli absolwenci studiów? Czy była ona zgodna z ich kwalifikacjami czy chociażby poziomem aspiracji w zawodzie pokrewnym? Czy nie miało to dla nich znaczenia. Ważne, że absolwent socjologii znalazł pracę w hurtowi, by wypisywać faktury a absolwent zarządzania wydaje w hipermarkecie karty gwarancyjne?

Dlaczego o tym piszę? Na adres Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN wpłynęła oferta pracy, jak rozumiem dla pedagogów:

Grupa finansowa zatrudni pracowników do pracy w nowym biurze w Europie: Asystent Menedżera, Agent Płatności Międzybankowych, Pełnomocnik Finansowy.
Nasza firma oferuje okres próbny:
- osobisty mentor podczas okresu próbnego
- możliwość pracy w domu
- podczas okresu próbnego, nauczysz się podstaw pracy na giełdzie i transakcji międzynarodowych
- okres próbny jest płatny
Pracując z nami zyskujesz:
- ubezpieczenie korporacyjne
- bezpłatne członkostwo w klubie fitness
- darmowe seminaria z zakresu rozwoju zawodowego
- zniżki na usługi firmy
- darmowe wizyty dentystyczne
- płatne wakacje

czwartek, 14 maja 2015

Czy tylko genderowcy są ekspertami od przemocy mężczyzn (partnerów życiowych) wobec kobiet?













(fot. mgr Paulina Broża-Granowska i prof. dr hab. Andrzej Olubiński)

Uczestniczyłem wczoraj w obronie pracy doktorskiej pani mgr Pauliny Broża-Granowskiej, która prowadziła badania dotyczące społeczno-pedagogicznych aspektów ubóstwa i przemocy wobec kobiet (w świetle ich własnych doświadczeń). Pracę przygotowała pod kierunkiem prof. dr. hab. Andrzeja Olubińskiego na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem, z jaką pasją, elokwencją, samoświadomością badawczą absolwentka studiów doktoranckich wchodziła w polemikę z profesorami zadającymi jej pytania czy formułującymi uwagi krytyczne. Spór toczony był na bardzo wysokim poziomie akademickiej kultury.

Nie każdy doktorant potrafi bronić własnych racji, w tym także szczerze przyznać się do popełnionych błędów czy niewiedzy. Niektórzy brną w grzeczne podziękowania, umizgi, niemalże przepraszają, że żyją. Kiedy jednak ktoś podejmuje się badań z osobistym przeświadczeniem i autentyczną potrzebą dociekania prawdy, a zarazem z chęcią poznania fragmentu określonej rzeczywistości, to nie tylko optymalizuje własną pracę samokształceniową, konsultuje swoje zamysły badawcze z promotorem i rówieśnikami ze studiów III stopnia, ale także konfrontuje poszczególne części pracy w czasie konferencji naukowych czy kierując fragmenty analiz do redakcji czasopism pedagogicznych. To nie promotor nieustannie pyta, przypomina, apeluje, by przedłożyć mu do czytania część rozprawy, ale to doktorant angażuje wszystkich sojuszników jego projektu, by pozwolili mu nabrać przekonania o sensie własnej pracy. Zapewne i ta było w powyższym przypadku.

Trudno jest omawiać w tym miejscu pracę, która nie jest opublikowana, a zatem czytelnicy nie mają możliwości sprawdzenia, czy moja opinia o niej jest właściwa, czy nie. Dlatego przywołam tu wątek zamysłu badawczego, który wywołał w czasie obrony dyskusję nie tylko z doktorantką, ale także między uczestniczącymi w niej profesorami, członkami Komisji Doktorskiej. Nie ma nic lepszego, jak obrona pracy, która niesie z sobą także wartość autoteliczną.

Podjęty przez Doktorantkę problem badawczy znakomicie świadczy o rozpoznaniu nie tylko coraz bardziej trudnej sytuacji kobiet w społeczeństwie otwartym, ponowoczesnym, żyjącym w ustroju kapitalistycznym, w jego najbardziej antagonistycznej formie. Kiedy czytałem tę rozprawę, część społeczeństwa prowadziła intensywną kampanię przeciwko rządowemu projektowi ustawy o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Dostrzegano w nim bowiem naruszenie przez państwo sfery prywatnej rodzin. Świadczyło to zarazem o tym, jak dynamicznie rozwija się sytuacja polityczna w Polsce w wyniku tak procesów globalizacyjnych, jak i emancypacyjnych osób, które dotychczas były i nadal jeszcze są ofiarami m.in. przemocy domowej.

(fot.: slajd z autoreferatu prezentujący ramy teoretyczne badań)


Ta przemoc była jednak 50, 60, 70, a tym bardziej ponad 80 lat temu, kiedy feminizm dopiero kiełkował w debacie publicznej. Autorka klarownie osadziła swoją perspektywę badawczą w ideologii neolewicowej Szkoły Frankfurckiej, co jest w pełni uzasadnione tak merytorycznie, jak i metodologicznie. Nie można tego podejścia dyskredytować, skoro ideologie polityczne są tak samo przesłanką do badań społecznych, jak filozofie czy teorie społeczne. Dobór ideologii feminizmu ukierunkowuje badaczy na dość uproszczoną wizję życia grup społecznych, rodzin czy związków partnerskich, które w sytuacji ubóstwa niejako z zasady generują patologie, w tym przemoc mężczyzny (najczęściej alkoholika). On niejako zobowiązują badacza do doszukania się w relacjach społecznych nierówności kobiet. Taką w każdym razie przesłanką kierowała się doktorantka.

Tymczasem wiemy nie tylko z licznych już raportów badawczych, że do przemocy wobec kobiet dochodzi w każdym typie związków rodzinnych, także w środowisku elit, rodzin o bardzo wysokim statusie ekonomicznym. ma ona nie tylko charakter fizyczny, ale - często znacznie groźniejszy - kiedy przyjmuje charakter psychicznego terroru czy manipulacji. Szczególnie przemoc psychiczna, seksualna czy ekonomiczna są trudne do zdiagnozowania i zweryfikowania poziomu jej wiarygodności, jeśli koncentrujemy się w badaniach tylko i wyłącznie na jednej stronie relacji, a więc kobietach. Badaczkę zaskoczyło w prowadzonych przez nią badaniach jakościowych (mała próba - 15 indywidualnych przypadków)np. to, że dwie respondentki stosowały przemoc wobec współmałżonka, partnera.

Doktorantka zwróciła uwagę na zjawisko feminizacji ubóstwa ze względu na przeważającą w literaturze nauk społecznych perspektywę lewicową. Stąd koncentracja na kategorii ubóstwa, którego zasięg wśród kobiet m.in.:

- jest większy niż ma to miejsce wśród mężczyzn,

- sprzyja wobec nich silniejszej stygmatyzacji i ekskluzji społecznej,

- jest częściej doświadczany przez nie w sposób długotrwały, a przy tym jest bardziej dla nich dotkliwy i groźny.

Autorka tej pracy przyjęła założenie, że wskaźnikiem ubóstwa jest posiadanie znacznie niższych od przeciętnej zasobów finansowo-materialnych, które nie pozwalają na samodzielne zaspokajanie potrzeb fizjologicznych, bezpieczeństwa, przynależności, edukacyjnych, kulturowych, samorealizacyjnych, ważnych w danym społeczeństwie i czasie. Bite, zaniedbywane, opresjonowane, wykorzystywane, ciemiężone kobiety miały po raz pierwszy możliwość mówienia o swoich dramatach, doznaniach osobie z zewnątrz, co niewątpliwie miało także katarktyczny charakter. Ona sama nie mogła przewidzieć, czy i w jaki stopniu oraz w jakim zakresie trudne ekonomicznie i socjalnie warunki życia codziennego kobiet zostaną obciążone jeszcze przemocą ze strony męża/partnera. Tak więc i ona mogła weryfikować swoją dotychczasową wiedzę na ten temat. Doktorantka z dużym wyczuciem pozyskała wiedzę na temat trudnych życiowo sytuacji tych kobiet, a także uwzględniła w rozmowie z nimi czynniki intrapersonalne, a więc poczucie własnej wartości, godności, schematy myślenia na rzecz poprawy sytuacji, samoświadomość funkcjonowania w sytuacjach krytycznych i możliwego wychodzenia z nich w taki sposób, by jak najmniej dotknęły one dzieci.

Prezydent B. Komorowski podpisał w/w ustawę, a więc może nam się wydawać, że dzięki temu znaczącej poprawie ulegnie sytuacja kobiet w rodzinach czy związkach partnerskich. Oby tak się stało, chociaż nie przypuszczam, gdyż poszerzyła się przestrzeń i sfera źródeł wzajemnej przemocy, która nie musi skutkować ucieczką od wolności (w alkohol, ale także w narkotyki, dopalacze, hazard, uzależnienie od seksu, pracoholizm itp.). Niemalże wszystko może być powodem jednorazowej czy nasilającej się i powtarzalnej przemocy różnego rodzaju. Perspektywa feministyczna jest skupiona na kategorii wolności kobiet do równorzędnego posiadania i egzekwowania praw człowieka (tu redukowanych do praw kobiet). Czy jednak ubóstwo rzeczywiście było i jest istotnie korelującą z przemocą zmienną niezależną?




środa, 13 maja 2015

Granice dyscyplinarne kształcenia akademickiego – wiarygodność w relacjach międzyludzkich










(fot. od lewej prof. Jacek Piekarski i prof. Ewa Marynowicz-Hetka)


W dniach 12-13 maja 2015 r. na Wydziale Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego odbywa się konferencja naukowa pod tytułem „Granice dyscyplinarne kształcenia akademickiego – wiarygodność w relacjach międzyludzkich” organizowana przez Katedrę Badań Edukacyjnych.

Poprzedza ona główne uroczystości związane z 70-leciem utworzenia Uniwersytetu Łódzkiego, w trakcie których zostanie nadana Umberto Eco godność doktora honorowego. Debata Wydziału Nauk o Wychowaniu UŁ stała się doskonałą okolicznością do spotkania naukowców, którzy współtworzyli tę jednostkę akademicką, kierowali nią oraz wspierali swoimi kompetencjami. Obrady otworzyli - prorektor UŁ prof. dr hab. Antoni Różalski i dziekan WNoW prof. UŁ dr hab. Danuta Urbaniak-Zając.

Święto postanowiono uczcić pracą, toteż do dyskusji, na którą był czas po każdej z części debat, zaproszono profesorów z różnych uczelni w kraju, zaś obradom przewodniczyli dziekani minionych kadencji: pierwsza Dziekan Wydziału prof. dr hab. Ewa Marynowicz-Hetka oraz kolejni - prof. dr hab. Jacek Piekarski i prof. UŁ dr hab. Grzegorz Michalski. Gościem szczególnym był prof. dr hab. Lech Witkowski, którego ostatniej monografii poświęcono odrębny panel. Do udziału w konferencji zaproszone zostały osoby, które w przeszłości pracowały na Wydziale Nauk o Wychowaniu lub wcześniej na Wydziale Filozoficzno-Historycznym, oraz osoby które bezpośrednio związane są z innymi wydziałami Uniwersytetu Łódzkiego, ale z Wydziałem współpracują.

(for.: prof. Jacek Piekarski przedstawił oblicza wiarygodności nauk)

Bardzo dobrze się stało, że prof. Jacek Piekarski zainicjował tę debatę i w swoim referacie wyłożył powody jej podjęcia. Pytanie o wiarygodność nauk pedagogicznych nie mogłoby się pojawić sto lat temu. Podejmowana przez każdego naukowca aktywność badawcza i dydaktyczna musiała spełniać kryterium prawdy, gdyż w przeciwnym razie nie mogła być określana mianem naukowej. Kiedy 40 lat temu studiowałem metodologię nauk pedagogicznych, o wiarygodności pedagogiki jako nauki miało stanowić jej zakorzenienie w paradygmacie badań empirycznych, ilościowych, zaś każda próba czy wyłączność odwoływania się do metod badań filozoficznych czy też badań jakościowych (np. biograficznych) nauk społecznych sprowadzana była do pejoratywnego stygmatu – jaki im nadawano - spekulatywizmu, czyli w ówczesnym rozumieniu - pseudonauki. Wszystkie rozprawy z filozofii wychowania i kształcenia, których autorem był mój Mistrz – prof. Karol Kotłowski traktowane były z niebywałą arogancją przez ówczesne elity władzy naukowej (członków i recenzentów Centralnej Komisji) w kategoriach pseudonauki, wiedzy spekulatywnej, pogardliwie określanej mianem „kotłowszczyzny”.

Wydziałowa konferencja była także dla mnie okazją, by przypomnieć, że w okresie PRL wbrew reżimowej cenzurze mówiliśmy o pluralizmie w naukach pedagogicznych bez kompleksów, z poczuciem ich równorzędnej innym naukom humanistycznym i społecznym wartości. Byli wśród nas i dla nas, chociaż częściowo szykanowani przez rządzących w PRL, profesorowie tej miary co Sergiusz Hessen, Eugenia Podgórska, Aleksander Kamiński, Irena Lepalczyk i Karol Kotłowski.

(fot. od lewej prof. Olga Czerniawska i dr Barbara Juraś-Krawczyk)

To właśnie w tej Uczelni rozwijane były szkoły myślenia pedagogicznego, w tym kontynuowane szkoły głębokiego zakorzenienia badań w filozofii - pedagogiki społecznej prof. Ewy Marynowicz-Hetki i w naukoznawstwie - rozwijana szkoła badań jakościowych w oświacie dorosłych prof. Olgi Czerniawskiej, a w ostatnich latach szkoła metodologii badań jakościowych prof. Jacka Piekarskiego i prof. UŁ Danuty Urbaniak-Zając, które wpisują się zarówno w paradygmat badan ilościowych, jak i jakościowych, z przewagą tego ostatniego. Na Wydziale Nauk o Wychowaniu były pielęgnowane i aktualizowane najlepsze tradycje szkoły „Nowego Wychowania” (m.in. pedagogika szkoły pracy – prof. Tadeusz Jałmużny, moje badania w zakresie pedagogiki alternatywnej i współczesnej pedagogiki syntetycznej, badania prasoznawcze nad czasopiśmiennictwem prof. UŁ – Iwonny i Grzegorza Michalskich, pedagogiki Montessori dr Ewy Łatacz i Małgorzaty Mikszy, nurtów wychowania niedyrektywnego dr Małgorzaty Rosin czy pedagogiki twórczości prof. UŁ Krzysztofa J. Szmidta).

Być może potrzebny był okres wyrównywania strat, jakie poniosła polska pedagogika w wyniku panującej w okresie totalitaryzmu ortodoksji ideologicznej i metodologicznej oraz odzyskiwania pól wolności ku prawu do rozwiązywaniu problemów naukowych różnymi metodami badań, w każdym z powszechnie już nam dostępnych paradygmacie poznawczym. W swoich rozprawach wielokrotnie dawałem wyraz temu, jak nienaukowymi metodami i z opresją istniejącej cenzury usiłowano zniszczyć polską kulturę naukowych dociekań i diagnoz. Minione 25-lecie wolności jest w tym sensie zupełnie innym okresem czasu, który sprzyja odchodzeniu od kłamstwa, eliminowaniu „białych plam” w historii wychowania i oświaty czy przyspieszonemu odzyskiwaniu nieobecnych dyskursów i myśli pedagogicznej, by w poznawaniu prawdy o fenomenach kształcenia i wychowania skończyć z jej pozorowaniem, ideologicznym kreowaniem czy manipulowaniem nią dla interesów głównie podmiotów władzy.


Wraz z dominacją ponowoczesności, która zarazem osłabiła oświeceniowo-modernistyczne walory i fundamentalne przesłanki dla prowadzenia nauki w wolności (jako kategorii autotelicznej), mamy do czynienia z nowym zjawiskiem (a moim zdaniem ukrytym jego renesansem), które określam mianem przesunięcia politycznego. Jego następstwem nauka i jej instytucje są wchłaniane, podporządkowywane władzy politycznej, także wówczas, kiedy skrywa się jej dyrektywizm w procesach globalizacyjnych wpływów obcego naszej tożsamości narodowej i kulturowej korporacjonizmu.

Wolność (również i akademicka) jest zawsze w stosunku do kogoś lub czegoś. Nie ma wolności jako takiej, „abstrakcyjnej”. Stanowi ona zawsze społeczną konstrukcję. Wolność zawsze odbywa się w konkretnych warunkach. Niekiedy, to co uznawane jest za wolność w jednych okolicznościach, w innych stanowi esencję niewoli. (Melosik, Uniwersytet i społeczeństwo. Dyskursy wolności, wiedzy i władzy, 2002, s. 25) Samoograniczenia niektórych naukowców, które polegają na dostosowywaniu projektów badawczych do proceduralnych i aksjonormatywnych (ideologicznych) norm sprawiają, że wolność akademicka nie służy maksymalnemu dążeniu do prawdy, ale pozyskiwaniu dla podmiotu finansującego badania politycznie poprawnych danych empirycznych oraz głoszeniu prawdy, kiedy jest się zobowiązanym do jej upowszechniania. „Tak więc – jak pisze Zbyszko Melosik za Parsonsem - „instytucjonalny składnik [wolności akademickiej] dotyczy presji wywieranej na członków i (cząstki systemu) , tak aby dostosowywali się oni do pewnych kryteriów i standardów, a także presji wzmacnianych przez skomplikowany system nagród i – w niektórych przypadkach – działań o charakterze negatywnym”. (tamże, s. 20)

Jeśli zatem zastanawiałem się nad kategorią wiarygodności pedagogiki jako dyscypliny naukowej, to nie z tego powodu, żebym wątpił w jej naukowość, ale w wyniku dramatycznego w ostatnim ćwierćwieczu odchodzeniu od światowego kanonu metodologii badań przez część naszego środowiska, które dla ominięcia barier i trudności w drodze do własnego awansu akademickiego narusza normy uniwersyteckiej przyzwoitości. Proszę odebrać tę ogólną opinię jako odnoszącą się do postaw i zachowań niektórych naukowców, to znaczy tych, którzy nie podejmując koniecznego wysiłku samokształceniowego, nie prowadząc intensywnych badań i studiów także komparatystycznych (intra- i interdyscyplinarnych), nie weryfikując w skali ogólnokrajowej wyników własnych badań sięgali po środki odbierające im nie tylko naukowej wiarygodności.

(fot. prof. UŁ Grzegorz Michalski i prof. UŚl Krzysztof Maliszewski, referuje prof. Józef Kocur)

Każdy przypadek naruszenia etosu pracy naukowej rzutuje na opinię o naszej dyscyplinie jako nienaukowej z tego właśnie powodu. Środowiska akademickie nie wypracowały ani zasad, ani mechanizmów pozyskiwania do nauki najzdolniejszych czy najbardziej chłonnych na ustawiczne uczenie się i badanie, ani też nie wykształciły koniecznej krytyki i metod jej uprawiania w uczelniach, na łamach naukowych periodyków czy w monografiach badawczych by zachować status bycia także nietykalnymi, a zatem i nierozwijającymi się (zob. publikacje Lecha Witkowskiego, Zbigniewa Kwiecińskiego).


Mam nadzieję, że Organizatorzy wydadzą publikację z tej debaty, bo rzeczywiście miały tu miejsce bardzo interesujące referaty i dyskusje. Ciekaw jestem, jak będzie za 10 lat, bowiem - jak stwierdził prof. UŚl dr hab. Krzysztof Maliszewski - jeszcze nie pojawiła się masa krytyczna, która prowadziłaby społeczność akademicką do duchowego renesansu i koniecznej rewolty. Czyżby?

(fot.: prof. Zygfryd Juczyński)

wtorek, 12 maja 2015

Przyjęto harmonogram i zasady ubiegania się o nagrody naukowe Wydziału I Nauk Humanistycznych i Społecznych PAN













(fot. Od lewej profesorowie Jerzy Brzeziński i Stanisław Filipowicz)

W ub. czwartek miało miejsce posiedzenie Wydziału I Nauk Humanistycznych i Społecznych Polskiej Akademii Nauk, któremu przewodniczy Dziekan czł. rzecz. PAN Stanisław Filipowicz. Przewodniczącym Rady Kuratorów jest czł. rzecz. PAN Jerzy Brzeziński. Dla naukowego środowiska pedagogów istotne były w czasie tego zgromadzenia dwie kwestie.

Pierwszą było podjęcie przez Wydział I uchwały w sprawie nagród naukowych, jakie są przyznawane w ramach Wydziału I Nauk Humanistycznych i Społecznych PAN w 15 dyscyplinach, w tym jest też Nagroda PAN im. Władysława Spasowskiego z pedagogiki.

Nagrody naukowe przyznawane będą za wybitne i twórcze prace naukowe opublikowane nie wcześniej niż w ciągu 4 lat poprzedzających przyznanie nagrody. W przypadkach szczególnie uzasadnionych nagroda naukowa może być przyznana za wybitne osiągnięcia w dziedzinie popularyzacji i upowszechniania nauki, a także za wyróżniające się prace doktorskie i habilitacyjne. Nagrody mogą być przyznawane osobom pracującym naukowo bez względu na posiadany stopień i tytuł naukowy oraz niezależnie od miejsca zatrudnienia.

Podjęto uchwałę w sprawie tzw. kalendarza przyznawania nagród w kadencji PAN 2015-1018 z kilku dyscyplin (co wiąże się - rzecz jasna z bardzo skromnym budżetem PAN):

W roku 2015 będą przyznane nagrody z następujących dyscyplin:

1/ archeologia im. Erazma Majewskiego
2/ demografia
3/ historia kultury
4/ orientalistyka
5/ pedagogika im. Władysława Spasowskiego

w roku 2016:

1/ ekonomia im. Fryderyka Skarbka
2/ filozofia im. Tadeusza Kotarbińskiego
3/ historia sztuki
4/ psychologia im. Władysława Witwickiego
5/ socjologia im. Ludwika Krzywickiego

W roku 2017:

1/ historia im. Joachima Lelewela
2/ historia literatury i filologii im. Aleksandra Brücknera
3/ językoznawstwo im. Kazimierza Nitscha
4/ nauk politycznych
5/ prawa im. Leona Petrażyckiego

W roku 2018:

1/ archeologia im. Erazma Majewskiego
2/ demografia
3/ historia kultury
4/ orientalistyka
5/ pedagogika im. Władysława Spasowskiego

Wydział przyjął też uchwałę w sprawie SKŁADÓW KOMISJI NAGRÓD NAUKOWYCH. W przypadku pedagogiki jest on następujący:

Komisja nagrody w dziedzinie pedagogiki im. Władysława Spasowskiego
1. Zbigniew KWIECIŃSKI przewodniczący
2. Władysław MARKIEWICZ
3. Czesław KUPISIEWICZ i Bogusław ŚLIWERSKI



Regulamin tej nagrody oraz formularz wniosku publikujemy na stronie Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Do dn.10 czerwca 2015 r. można przesyłać wnioski z publikacją do nagrody na adres:

Komitet Nauk Pedagogicznych PAN
ul. Miodowa 21c
00-246 Warszawa



Przypomnę, że wśród laureatów Nagrody im. Władysława Spasowskiego byli m.in. w 2004 r. Dorota Klus-Stańska z Wydziału Pedagogiki i Wychowania Artystycznego Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie (obecnie pracuje na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego) za pracę: "Konstruowanie wiedzy w szkole";, w 2009 r. Lech Witkowski Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego w Bydgoszczy (obecnie Akademia Pomorska w Słupsku) za tryptyk naukowy z filozofii edukacji: „Edukacja wobec sporów o (po)nowoczesność”, „Nowe (kon)teksty dla nowoczesnych nauczycieli”, „Między pedagogiką, filozofią i kulturą” (Wydawnictwo IBE Warszawa 2008); Agnieszka Gromkowska-Melosik z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu za pracę pt. „Edukacja i (nie)równości społeczne kobiet. Studium dynamiki dostępu” (Wyd. Impuls, Kraków 2011). Wcześniej laureatką Nagrody Wydziału I PAN była śp. prof. Teresa Borowska z Uniwersytetu Opolskiego, która otrzymała ją za rozprawę: Pedagogika ograniczeń ludzkiej egzystencji (IBE, Warszawa 1998).





poniedziałek, 11 maja 2015

Docentura za 11 tysięcy Euro a profesura za 22 tys. Euro

Dopytują się moi czytelnicy o to, co słychać na Słowacji, skoro Katolicki Uniwersytet w Rużomberoku utracił uprawnienia do habilitowania najpierw z pedagogiki, a w ub. roku z pracy socjalnej? Jak Państwo wiecie, życie nie znosi próżni. To, co trzeba było dawać tam "pod stołem", może być przeprowadzane lege artis, uczciwie, z wpłatą na konto, z tym że już w innej uczelni.

Oto VYSOKÁ ŠKOLA ZDRAVOTNÍCTVA A SOCIÁLNEJ PRÁCE SV. ALŽBETY, N. O. w Bratysławie , która jest wyższą szkołą prywatną na Słowacji, oferuje za jedyne 11 tys. EURO naukowo-pedagogiczny tytuł docenta (10.000 €. za postępowanie oraz za decyzję o przyznaniu tytułu docenta dodatkowo 1.000 €).

Profesura jest tam dwukrotnie droższa, bo trzeba zapłacić za przewód profesorski 22.000 €. (20 tys.€. za postępowanie oraz za podjęcie uchwały o nadaniu tytułu profesora 2.000 €). Jak widać stawka jest adekwatna do prawa na Słowacji. Tym samym w Polsce jest dużo taniej. Być może są jednak tego inne zalety? Każdy polski wykładowca z dyplomem docenta może pracować na Słowacji, dzięki czemu wzrasta umiędzynarodowienie kształcenia kadr akademickich w tym kraju. W Polsce wykładowcy ze słowacką docenturą mogą kształcić na kierunku "praca socjalna". Nie są jednak zaliczani do minimum kadrowego w ramach uprawnień do nadawania stopni naukowych, gdyż w Polsce nie istnieje taka dyscyplina naukowa jak "praca socjalna".

Natomiast o profesurę słowacką ubiega się członek Polskiej Komisji Akredytacyjnej ks. doc. dr hab. Tadeusz Bąk. Tymczasem jest jedynym Polakiem, który - po docencie Pawle Czarneckim - postanowił ubiegać się o profesurę nie w kraju, tylko poza granicami. Zapewne dorobek naukowy ks. docenta, bo habilitował się też na Słowacji, jest konsekwencją kontynuowania tam przez niego badań naukowych w zakresie pracy socjalnej.

Natomiast o habilitację, czyli słowacką docenturę, ubiegali się, ubiegają lub już ją uzyskali w tej szkole:

* dr Jadwiga DASZYKOWSKA z KUL (obroniła w czerwcu 2014 r.), w której postępowaniu recenzentem z Polski był prof. ThDr. Pawel Czarnecki, PhD. z Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie (Rektor tej uczelni) mimo, że uchwałą Rady recenzentem miał być doc. dr Wiesław Kowalski z Lublina. Jej praca habilitacyjna była pod tytułem: PROFYLAKTICKÝ VÝZNAM VOĽNÉHO ČASU V KONCEPCII KRESŤANSKEJ SOCIÁLNEJ VÝCHOVY KAROLA WOJTYŁU – JÁNA PAVLA II (PRÍNOS PRE TEÓRIU A PRAX SOCIÁLNEJ PRÁCE).

* dr Malgorzata Dobrowolska z KUL (wszczęła przewód w październiku 2013 r., a przerwała go w listopadzie 2013 r.) Przewodniczącym komisji habilitacyjnej został doc. ThDr. Pawel Czarnecki, PhD. z Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie (Rektor tej uczelni), zaś recenzentem z kraju został doc. dr Wiesław Kowalski z Lublina;

* dr Piotr Tomasz Nowakowskiz KUL (wszczął przewód w październiku 2013, zaś docenturę uzyskał w czerwcu 2014 r.). Przewodniczącym komisji habilitacyjnej został doc. ThDr. Pawel Czarnecki, PhD. z Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie (Rektor tej uczelni). Z Polski recenzentem miał być doc. dr Wiesław Kowalski z Lublina, co odnotowano w uchwale Rady. Z tą samą jednak datą i pod tym samym numerem ukazała się druga uchwała już bez polskiego recenzenta. Temat pracy habilitacyjnej brzmi: SEKTY A OSTATNÍ KONTROVERZNÉ JAVY Z POHRANIČIA NÁBOŽENSTVA AKO PREDMET ZÁUJMU SOCIÁLNEJ PRÁCE.

* dr Andrzej Jasiński z Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Legnicy otworzył przewód na docenta w dn. 14 kwietnia 2015 r. Rada powołała na jednego z trzech recenzentów doc. ThDr. Pawła Czarneckiego, PhD. z Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie (Rektora tej uczelni),

* dr Stanisław Dawidziuk Prezydent Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie otworzył przewód na docenta w dn. 16 kwietnia 2015 r. Rada powołała na jednego z trzech członków komisji habilitacyjnej prof. Henryka Bednarskiego z Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie. Nie przewidziano w tym przewodzie polskiego recenzenta.

Wśród słowackich członków komisji habilitacyjnej lub recenzentów są profesorowie, którzy zarazem są członkami Rady Naukowej Instytutu Studiów nad Filozofią Słowiańską im. św. Cyryla i Metodego Wyższej Szkoły Menedżerskiej w Warszawie.

To tyle. Z przyjętych w tej uczelni zasad wynika, że na docenturę wystarczy między innymi minimum 1 monografia, albo min. 2 rozdziały w monografii, albo 5 artykułów, w tym 3 artykuły w kraju.

Kolejne przewody habilitacyjne są otwierane na Uniwersytecie J.A. Komeńskiego w Bratysławie. Jak tylko strona słowacka poinformuje nas o nich, to przekażemy dane, by mogli Państwo składać gratulacje.







niedziela, 10 maja 2015

Wybory z głupotą w tle, czyli o (auto-)destrukcji „Solidarności” w III RP









W okresie wyborczym pojawiła się książka filozofa współczesnej myśli politycznej prof. Marcina Króla, w której przyznaje się do znanej nam od wieków tezy, że Polak przed szkodą i po szkodzie głupi.

Tytuł jego książki – „Byliśmy głupi” (Warszawa 2015), która została napisana w autobiograficznej stylistyce, świetnie oddaje stan rozczarowania i rozgoryczenia nie tylko transformacją w naszym kraju , ale także cynizmu i nikczemności części akademickiego środowiska współkreującego ów stan. Król nie jest ani pierwszym, ani ostatnim krytykiem przemian polskiej rzeczywistości lat 1989-2015, chociaż wydaje mu się, że jest kimś wyjątkowym w krytycznym na nią spojrzeniu. W jakiejś mierze trzeba się z nim zgodzić, skoro uczestniczył w gremiach decydenckich jako doradca.

Z tym większym zainteresowaniem sięgnąłem po jego wspomnienia, okraszone faktami i ich spóźnioną oceną po latach. Dolewają one gorzkiej łyżki dziegciu do nieuzasadnionego a jakże dobrego samopoczucia i braku krytycyzmu w obozie obecnej władzy. Po m.in. rozliczeniowej dla postsolidarnościowej formacji książce Ireneusza Krzemińskiego, mamy kolejny dowód na ZDRADĘ społeczeństwa przez ELITY. To koniec z podtrzymywaniem mitów o ich propaństwowości, o rzekomym budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, o rzekomej trosce rządzących o samorządność i praworządność.

Król odsłania kulisy umożliwienia postkomunistom odzyskania w 1993 r. władzy, której destrukcja została w ukrytych formach kontynuowana w kolejnych próbach rządzenia przez coraz bardziej degenerujące się resztki solidarnościowego obozu w trzech okresach rządów: AWS, PiS-Samoobrona-LPR czy obecnie PO-PSL. W tych wspomnieniach M. Król pokazuje jak rewolucja zjadała własne dzieci, jak niszczono postaci wielkiej opozycji, propaństwowców, jak doprowadzono i utrwalano wojnę polsko-polską w wyniku przeświadczenia i zgodnego z nim działania, że w polityce nie trzeba zachowywać się przyzwoicie, nienagannie kulturowo.

Demokrację można budować tylko demokratycznie – stwierdza na s. 18 Marcin Król, ale wymagało to zdolności i woli porozumiewania się elit ze sobą i współpracy mimo istniejących między nimi różnicami natury ideologicznej, które ich coraz silniej zaczęły dzielić. Jakże trafnie brzmi wypowiedź Bronisława Geremka w czasie ostatniego zebrania Komitetu Obywatelskiego w dn.24 czerwca 1990 r. :

Mam wrażenie, że coś przegrałem: wiarę, że można w życiu politycznym dostrzec coś więcej niż grę o władzę, że można dostrzec zasady, które uformowały ruch „Solidarności” i dziesięć lat jego istnienia”. Spór między liderami Solidarności i ich intelektualnym zapleczem zapoczątkował z ich udziałem toksyczną ścieżkę walki o władzę, o bezwzględne niszczenie „SWOICH” z przyzwoleniem dla korzystających na tym „OBCYCH”, byłej a odnowionej i zakorzenionej w strukturach władzy po dzień dzisiejszy b. nomenklatury partyjnej i służb specjalnych.

Popełniano błędy w sferze gospodarczej, materialnej i mentalnej, (…)ale najgorszy był błąd dotyczący społecznej mentalności. (s. 35). Z każdym rokiem rządzący odchodzili w swoich decyzjach i działaniach od świata wartości oraz wzmacniali autoimmunizację na krytykę społeczną i naukową. Po raz kolejny nie doceniono społeczeństwa i jego prawa do partycypacji i autonomii zarazem. Nasilająca się alienacja władzy sprzyjała temu, by obywatele zaczęli się od niej odwracać traktując ją jako wrogą, a nie jako solidarnościowego sojusznika. Jakże aktualnie brzmią dylematy Polaków z 1990 r.!

M. Król pisze: Wybory prezydenckie odbywały się zatem przy ogromnej bezradności Polaków, którzy nie wiedzieli, o co chodzi, którzy musieli myśleć jedynie o pieniądzach i o kawałku chleba. Spodziewano się błyskawicznej poprawy. Obiecywano poprawę.”(s. 38) Dzisiaj możemy stwierdzić, że poza częściową modernizacją kraju, w życiu obywateli niewiele się zmieniło od tamtego czasu wyrzeczeń i nadziei. Rządzący każdej sceny politycznej (lewica-prawica i neoliberałowie) systematycznie odchodzili od świata wartości, od dostrzegania i szanowania praw obywateli na rzecz troski o samych siebie i swoich popleczników.

Ponownie powrócił w wyborach prezydenckich – a utrwali się jesienią w wyborach parlamentarnych – modus straszenia i manipulacji, politycznego kłamstwa i zobowiązywania pod presją lęku, mniejszego zła, negacji (a więc ucieczki od wolności). Jak pisze M. Król: „My byliśmy także głupi, sądząc, że najgorsze cechy polskiego społeczeństwa zostały jakby zatarte czy też uszlachetnione przez „Solidarność”. W drugiej połowie 1990 r. było tak, jakby „Solidarność” w ogóle nigdy nie istniała. I tak jest do dzisiaj. Jednych to zdumiewa, innych boli. Ani śladu „Solidarności”.

Zamiast kapitalizmu demokratycznego, solidarnościowego, racjonalnie opiekuńczego mamy demokrację partyjną, proceduralną, antyobywatelską, uwłaszczającą się na resztkach dóbr publicznych. Coraz bardziej niszczono tkankę społecznego zaufania, więzi, na rzecz podtrzymywania antagonistycznej rywalizacji, wzajemnego wyniszczania się z udziałem najwyższych władz państwowych i sił parlamentarnych. Roztrwoniono nie tylko społeczny zapał, zaangażowanie i pasję, ale i rozpoczęto walkę z innowatorami, refleksyjnymi krytykami zakorzeniających się w strukturach i mechanizmach rządzenia patologii. Do dzisiaj w Polsce nie ma ani prawicy, ani lewicy, ani centrum.(…) Gdzie się podział wielki kapitał „Solidarności” , a jeżeli nie „Solidarności” , to chociaż Komitetu Obywatelskiego? Zmniejszył się radykalnie, zniknął. Jak to się stało? (s. 50-51)

Politycy odsłonili najciemniejsze strony nie tylko swojej osobowości, ale także hipokryzji i całkowitej niezdolności do współpracy tak między sobą, jak i ze społeczeństwem. Zaprzedali swoje moralne i polityczne cnoty zabiegając przede wszystkim o zdobycie władzy kosztem realizacji interesu społecznego. Skandaliczne zachowanie wszystkich aktorów w roku 1991 doprowadziło do nonsensownej ordynacji wyborczej, do stworzenia prezydentury, która przecież miała być chwilowa, na użytek Wałęsy, a ostała się do dzisiaj. Prezydent silny, bo z wyboru powszechnego, jest słaby, bo ma bardzo ograniczone uprawnienia. (s. 55) Postsolidarnościowe elity są tego świadome od 25 lat a mimo to podtrzymały ów stan dla własnego, także partyjnego dobra.

Usunięto także z języka i słów kluczowych w przemówieniach władzy kategorię patriotyzmu ponoć po to, by nie łączono jej z nacjonalizmem. Podobnie wykreślano wszelkie wątki odwołujące się do ideologii konserwatyzmu. Czy obawa przed nacjonalizmem byłą wówczas uzasadniona? - pyta M. Król i odpowiada: Całkowicie nie. Czy miała polityczne i duchowe konsekwencje ? Zdecydowanie tak. Przede wszystkim strach przed nacjonalizmem zamknął oczy na realne zagrożenia postkomunizmem. Ponadto trzeba pamiętać, że obok nieznośnych sporów opartych na ambicjach i walce o władzę trwał spór ciągle żywej kultury inteligenckiej z wszystkim, co nie centrowe i neoliberalne.(s. 63-64)

Co z tego, że zniknął socjalizm jako ustrój polityczny, skoro w neokapitalizmie nadal są na różnych szczeblach władzy towarzysze minionej nomenklatury. Nie powiodła się w III RP ani dekomunizacja, ani lustracja, w wyniku których można byłoby całkowicie wyeliminować z gry cyników, ludzi skorumpowanych i nadal korumpujących, miernot biernych, ale zawsze wiernych, zbrodniarzy i oportunistów, Dzisiaj naturalnie byli komuniści odgrywają czasami niewielką rolę (…)Jednak brak jednolitej i stanowczej reakcji na ich szkodnictwo sprawił, że pewne wzory pozostały i znacznie trudniej było odbudować demokrację. (s. 78) Przyzwalając na niepamięć wzmacniamy także wśród młodych pokoleń demoralizację, rozmywamy poczucie dobra i zła.

M. Król najpierw pisze, że nie rozumie, jak mogło dojść do ponownego objęcia władzy przez komunistów w 1993 r., by nieco dalej przypisać to marnemu rządowi Hanny Suchockiej i jawnemu włączeniu się biskupów katolickich w sprawy polityki (jako arbitrów w konstruowaniu rządu) i edukacji. Absurdalne jest jego stwierdzenie, że komuniści w latach 1973-1977 „nie zrobili potem nic złego” (s. 79), a to przecież oni przywrócili i utrwalili w urzędach i strukturach władzy formy i metody takiego jej sprawowania, by pod szyldem demokracji można było realizować postkomunistyczną autokrację. To oni wykorzystali ideę „grubej kreski”, w świetle której – Skoro nie możesz unicestwić wroga, to zawrzyj z nim porozumienie (s. 79) i czerpią z niej korzyści po dzień dzisiejszy.

Skończyły się czasy przyzwoitości. Do gry weszli młodzi, którzy zrozumieli, że dla "kariery" można łamać wszelkie reguły, gdyż nic ich do ich współstanowienia czy przestrzegania już nie zobowiązuje. W tej grze o władzę – zdaniem M. Króla – sprzeniewierzyła się część hierarchii Kościoła katolickiego, którzy chcieli zapewnić sobie rolę gwaranta w powoływaniu kolejnych rządów lub wspierania opozycji wobec każdej lewicy.(…) interwencja Kościoła w moralność publiczną powinna mieć charakter perswazji, a nie szantażu. Kościół jednak nigdy nie pogodził się z demokracją i zapewne będzie to zawsze współpraca trudna. (s.92)

Król z jednej strony pisze o destrukcyjnej roli Kościoła, a z drugiej opowiada bajki, jakoby ludzie „Solidarności” w okresie III RP „W zasadzie nie kradli, nie dorabiali się na polityce , czy dzięki polityce, niebywałych majątków. Nie ma ani jednego przykładu. >>Uwłaszczenie nomenklatury<< , nieco demonizowaniem dotyczyło nomenklatury właśnie, złodziejami byli dawni komuniści, Nie wszystkich niestety udało się złapać za rękę. ”(s. 101)

Takim stwierdzeniem M. Król kompromituje zdolność do diagnozowania polskiej rzeczywistości politycznej. Swoją książkę wydał w 2015 r. a nie w 1997, toteż widać wyraźnie, jak usiłuje podtrzymać mit rzekomo uczciwych elit b. ”Solidarności”. Zupełnie pomija osiem lat katastrofalnej dewastacji polskiej edukacji, kultury, a zatem także fundamentalnych dla formacji młodych pokoleń środowisk inkulturacyjnych, wychowawczych.

Cytując poglądy Vaclava Havla na temat demokracji i odwagi cywilnej krytyków aktorów jej destrukcji niewiele z nich skorzystał, skoro w żadnej mierze nie odnosi tego już do obecnie sprawujących w Polsce władzę, których polityka jest przykładem polityki aparatu, niszcząca manipulacjami, intrygami, cybernetycznym i medialnym czy propagandowym sterowaniem oddolne, obywatelskie inicjatywy.

Jeśli są winni upadkowi etosu „Solidarności”, to – zdaniem M. Króla – przede wszystkim ci, którzy go kreowali a następnie zdradzili. Kuriozalna i kompromitująca autora tej książki jest teza, że gdyby nie obecna opozycja, która nieustannie neguje rządy PO i PSL, to „(…) Platforma Obywatelska byłaby lepsza, bo musiałaby się nauczyć działania w warunkach istnienia merytorycznej opozycji, a pośrednio polska demokracja byłaby lepsza”. (s. 113) Nie widzi w tej grupie cwaniaczków, bezideowych hipokrytów, oszustów, złodziei, obrośniętych w piórka sekretarzy stanu, którym z racji ich głupoty jest obojętne, jakim resortem będą kierować, bo przecież są do wszystkiego, nie dostrzega skorumpowanych polityków władzy, robiących intratne interesy dla siebie, dla partii tylko nie dla dobra wspólnego.

Filozof przyznaje, że był przeciwny temu, by – jak to określił – „(…) upchnąć do konstytucji w 1997 roku nonsensowny zapis, że edukacja jest bezpłatna, z którego wynikły potem same fatalne rzeczy”.(s. 122) Czy rzeczywiście jest się z czego cieszyć po 25 latach dysponowania wolnością indywidualną, ale będąc społeczeństwem rozwarstwionym, pozbawionym poczucia solidaryzmu, potrzeby demokratycznego współdziałania?

Książka M. Króla jest z jednej strony samousprawiedliwieniem własnej głupoty, do której słusznie się przyznaje, ale także typowej dla okresu PRL stylistyki wygodnego generalizowania w swoich ocenach działań opozycji jako nieodpowiedzialnej, bo niewspierającej rządu, bo niekierującej pod jego adresem sensownej krytyki. A cóż to znaczy, sensowna krytyka? Filozof polityczny zdaje się, że przestał studiować najnowsze raporty z badań w naukach społecznych i humanistycznych, wyalienował się w poczuciu własnej wartości z diagnoz, które osłabiają jego punkt widzenia i samoobrony. Zdaje się, że Marcin Król ma powód do wielokrotnego stawiania sobie pytania o powody głupoty, bowiem sposób udzielania na nie odpowiedzi, tylko ją pomnaża.