czwartek, 4 marca 2010

MATMA – zobacz, jakie to proste, funkcjonalne i przyjemne

Słowa uznania należą się dyrektorowi Centralnej Komisji Egzaminacyjnej prof. Krzysztofowi Konarzewskiemu, który uruchomił kampanię multimedialną (TV4 i http://www.interklasa.pl) mającą na celu zainteresowanie młodego pokolenia wartością matematyki w naszym codziennym życiu. Dzięki środkom unijnym zostało przygotowanych przez Centralną Komisję Egzaminacyjną 75 krótkich filmów edukacyjnych, które stanowią znakomitą pomoc w nauce i usystematyzowaniu wiedzy z tego przedmiotu przed maturą.

Od 15 lutego br. można codziennie o godz. 18.55 w TV4 oglądać kolejne filmy cyklu z tego cyklu, zaś po ich emisji spoty są dostępne w portalu Interklasa.pl. Warto zajrzeć na tę stronę także wówczas, gdy nie musimy już zdawać egzaminu z matematyki. Każdy ze spotów jest znakomitym przykładem na to, jak można uczynić edukację czymś przyjemnym, atrakcyjnym i nie zagubić przy tym walorów mądrości. Jedyną słabością są problemy techniczne z tzw. buforowaniem danych. Być może konieczne jest tu jakieś wsparcie technologiczne portalu.

Seksualizacja "akademickości"

Przywracam w tym miejscu kwestie, które zostały wpisane przez komentatorów przy okazji zdarzenia nie mającego z nimi nic wspólnego. Proponuję zatem odłączenie faktu powołania na stanowisko dyrektora Wydziału Edukacji UMŁ od spraw, które pojawiły się ostatnio w mediach, a z powyższym nie mają żadnego związku. Tak w czasopismach publicystycznych, jak i audycjach telewizyjnych podejmowany jest problem prostytucji w środowisku akademickim lub też z nim związanym.

JAPOLAN zachęcał nas następująco do jego podjęcia:
Szanowny Panie Profesorze!

Na stronach "Dlaczego"
http://www.dlaczego.com.pl/news/show/1996/newsy/wykladowca_wyrywa_studentke_video
i "Dziennika Wschodniego
http://www.dziennikwschodni.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20100303/KRAJSWIAT/63019864
podano pewną informację.
Proszę o zapoznanie się z w/w wiadomościami i - jeśli jest co komentować - o komentarz.

Z poważaniem,
3 marca 2010 20:28

Wówczas odpowiedziałem, że podejmowałem w swoim blogu ten problem, ale został on całkowicie pominięty przez moich czytelników. Panuje w tej sprawie swoistego rodzaju zmowa milczenia. To znaczy, nikt nie pisze wprost - w jakiej uczelni tego typu sytuacje mają miejsce, kto jest ich głównym "bohaterem", bo w naszym kraju istnieje ciche przyzwolenie na prostytucję także w rodowisku akademickim. Chyba, że któryś z wykładowców uzależnia zaliczenie przedmiotu od usług seksualnych swoich studentek, czy gdy profesor obiecuje "załatwienie" doktoratu lub habilitacji w ramach seksualnego sponsoringu. Kto jednak będzie świadczył w takich sprawach? Jedynie CBA może wykorzystać swoje techniki prowokacji, by walczyć z tym rodzajem prostytucji jako formą korupcji.



A dzisiaj JAPOLAN pisze:

Szanowny Panie Profesorze!

Zapewne pominąłem. Przede wszystkim zaś zwróciłem uwagę na nową informację.

Kiedyś doszła do mnie informacja o pewnym zdarzeniu, w którym miała uczestniczyć studentka prawa (pomijam tu nazwę uczelni, ale można się domyśleć).
Student tego samego kierunku, chyba nawet z tego samego roku, zauważył swą koleżankę w jakiejś restauracji (albo kafejce). Podszedł, zagadnął, przysiadł się i zaczął po koleżeńsku rozmawiać. Po niewielu minutach podszedł do nich jakiś mężczyzna i chciał od studenta pobrać "opłatę za rozmowę". Student usłyszał: "Jak nie płacisz - to spadaj". Sprawa stała się jasna.
I pomyśleć, że taka osoba może zostać sędzią.

Jak walczyć z prostytucją w środowisku studenckim, jeśli obłudnie udaje się, że "mieszkanie ze sobą" (jak mąż i żona) osób w wieku studenckim jest czymś innym niż konkubinat?
Niektórzy rodzice nawet się cieszą. Może - w przypadku rodziców chłopaka - chodzić (o przewrotną) intencję, że może się "w spokoju wyszumieć", a żonę i tak sobie później znajdzie. Przynajmniej na prostytutkach zaoszczędzi. Jakie intencje przyświecają rodzicom (a niekiedy też dziadkom) studentek, nie wiem. Może jest w tym jakaś doza podtrzymywania tradycji rodzinnych - zgodnie z zasadą: "jaka matka, taka córka"?

Jeśli wiele osób żyje jawnie w bezwstydzie, to czy aż takim problemem jest interesowność niemoralnych zachowań. Wielu ludzi pracuje, większość stara się za pomocą pracy zarabiać. Jeśli upowszechnił się nierząd, to dlaczego miałaby dominować jego darmowa (dokładnie: bez użycia pieniędzy) wersja?

Proszę mi wybaczyć śmiałość, ale słowa o możliwości użycia CBA uznaję za marzenia nie do zrealizowania. Przecież w prawie bardzo prostego rozwiązania, które pozwoliłoby wymusić porządny poziom egzaminów maturalnych. Wystarczyłoby na pracowników uczelni nałożyć prawny obowiązek informowania - wprost, bez żadnego pośrednictwa pracodawcy - o podejrzeniu poświadczenia nieprawdy w świadectwie maturalnym, gdyby w jakiejś pracy pisemnej studenta występowało nadzwyczaj wiele błędów. Sam widziałem prace studentów, których uczciwie należałoby uznać za prawie analfabetów.

Jeśli swoiście sprostytuowana została matura, to czyż może dziwić prostytuowanie się tych, którzy oficjalnie się uczą?

Z poważaniem,


Dodatkowym komentarzem jest - jak się okazuje - kolejny list, tym razem Michała Januszewskiego, który porusza tę kwestię w następujący sposób:

Problem jest bardzo widoczny na uczelniach, uważam, że na studiach doktoranckich powinno się wprowadzać przedmiot który w ramach dydaktyki pokazywałby modele relacji nauczyciel - student. Nie chodzi tylko o zwalczanie sponsoringu, takiego czy innego. Bardzo często relacja o charakterze seksualnym nawiązywana jest we wzajemnym splątaniu się emocjonalnym czy innych okolicznościach wytwarzanych przez niezaspokojone potrzeby. Asymetria pozycji bardzo często "nakręca" mechanizmy zbliżające do siebie ludzi, studentka cieszy się, że zauważa ją nauczyciel, a ten, że udało mu się uwieść młodą kobietę. W ten sposób nauczyciele, a i pewnie nauczycielki korzystają ze swojej pozycji wyznaczanej im przez ustrój uczelni. Paradoksalnie wszyscy są zadowoleni, przynajmniej przez jakiś czas, a zbliżającego się dramatu wynikającego z dekonstrukcji wspomnianej asymetrii, nie da się uniknąć.

Uważam, że byłoby wskazane aby nauczyciele, także Ci, którzy będą uczyć w szkołach gimnazjalnych, zawodowych czy licealnych, zdobyli wiedzę z zakresu etyki relacji międzyludzkich. Tę wiedzę potrafili zaaplikować do swojej pracy i pozostawali uwrażliwieni na sytuacje, które przynoszą kłopoty.


Warto zatem po raz kolejny podjąć problem seksualizacji środowiska akademickiego, w którym zdarza się, że albo kobieta (studentka, nauczycielaka akademicka), albo mężczyzna (student, nauczyciel akademicki) stają się w hierarchicznych stosunkach obiektami konsumpcji - jak można byłoby to określić za prof. Zbyszko Melosikiem (por. Z. Melosik, Tożsamość, ciało i władza w kulturze konsumpcji, Impuls, 2009). Jak się okazuje, patriarchalne stosunki między płciami są tutaj - niezależnie od roli i statusu społecznego - potwierdzone i wzmocnione.

Prostytucja, także w tym środowisku, ma charakter tak żeński, jak i męski, obejmując nie tylko studentów czy nauczycieli akademickich, ale także kadry administracyjne, i to niezależnie od tego, czy mówimy o szkolnictwie publicznym czy niepublicznym. Właśnie ukazała się w Impulsie książka Katarzyny Charkowskiej pt. Zjawisko prostytucji w doświadczeniach prostytuujących się kobiet (Kraków 2010), której autorka przeczy stereotypowemu poglądowi jakoby prostytutki były osobami odartymi z uczuć wyższych, chłodnymi i obojętnymi na emocje czy też że były wychowywane w środowiskach patologicznych. Jak stwierdza: Przeprowadzone badania (…) potwierdzają natomiast, że wpływ środowiska rodzinnego może mieć, a nawet ma wpływ na kształtowanie się poglądów dziecka, ale nie na jego decyzję o rozpoczęciu świadczenia płatnych usług seksualnych. Połowa badanych kobiet nie wychowywała się w środowisku patologicznym ani nie doświadczyła przemocy fizycznej, psychicznej czy seksualnej ze strony któregokolwiek z rodziców.

Nie mówmy o sponsoringu, tylko wprost - o prostytucji. Po co nadawać temu zjawisku określenie, które z charytatywnością i pomocniczością ze strony tzw. sponsora nie ma nic wspólnego?

środa, 3 marca 2010

Nowa dyrektor Wydziału Edukacji UMŁ z Giertychem w tle

Po przeszło sześciu latach urzędowania został odwołany dotychczasowy dyrektor Wydziału Edukacji Urzędu Miasta Łodzi - Jacek Człapiński, a jego miejsce ma zająć w dniu dzisiejszym pani mgr Beata Florek, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 203.

Warto przypomnieć, że to jest właśnie ta nauczycielka, która stała się ofiarą „haków” ministra edukacji narodowej lat 2006-2007 - Romana Giertycha, w wyniku których nie została kuratorem oświaty mimo dwukrotnie wygranego konkursu na to stanowisko. Była wówczas dla nas przykładem pedagoga, który jako jeden z pierwszych w tej grupie kandydatów do zarządzających nadzorem pedagogicznym doświadczył fikcji demokracji i arogancji wadzy (jak by powiedział Jacek Fedorowicz) centralnej w wyniku odejścia przez nie od ustawowych pryncypiów.

Wspominam o tym dlatego, że dzisiaj Roman Giertych wniósł pozew do sądu przeciwko b. premierowi Jarosławowi Kaczyńskiemu dowodząc zarazem publicznie, jak ważne są dla niego reguły demokracji. Tymczasem sam w 2007 r. po wygranym przez B. Florek konkursie na kuratora oświaty nie podpisał jej nominacji, gdyż – jak stwierdził – wprawdzie wygrała go zgodnie z obowiązującym prawem, ale prócz wygranego konkursu, trzeba mieć jeszcze powierzenie przez wojewodę i zgodę ministra edukacji. (…) Na panią Beatę Florek się nie zgodziłem, bo przecież to ja biorę polityczną odpowiedzialność za nieprawidłowości w kuratoriach. A skoro tak, to czy nie mogę mieć wpływu na wybór ich szefów? Czy byłoby uczciwe, gdybym nie mógł mieć takiego wpływu?

Jak się mają dzisiejsze wypowiedzi R. Giertycha na temat jego troski o demokrację w obliczu ówczesnych komentarzy, które dowodziły jego autorytaryzmu i arogancji w rozstrzyganiu wyników konkursu? Jak twierdził w powyższej sprawie:

(…) politycznie to ja ponoszę odpowiedzialność i dlatego muszę mieć wpływ i będę miał wpływ na wybór kuratorów. Jeśli ktoś oczekuje, że będę brał odpowiedzialność za osobę, na którą w komisji konkursowej głosowało ZNP, marszałek z SLD (w przypadku pani Florek w komisji zasiadało dwóch przedstawicieli marszałka z SLD) i dwa związki, które zostały założone przez działaczy ZNP, to jest to po prostu nieporozumienie. Ja nie zgodzę się na taką sytuację i tak nie będzie.

Co ciekawe, gdy koalicyjny rząd PiS-LPR-Samoobrona był w stanie głębokiego kryzysu i zapowiadało się rozwiązanie Parlamentu, w czerwcu 2007 r. w akcie desperacji została podpisana umowa koalicyjna, która w tajnym aneksie zawierała iście prodemokratyczny zapis, jaki wywalczył dla siebie (bo przecież nie dla dobra polskiej oświaty) w ramach politycznych targów o władzę minister R. Giertych. Był on następującej treści:

Pkt.9 – prawo Ministra Edukacji Narodowej do wskazywania kandydatów na kuratorów oświaty.

Podziwiałem odporność Pani Beaty Florek na ówczesny klimat wokół wybrania jej na kuratora oświaty oraz na to, w jaki sposób została potraktowana przez w/w ministra. Dzisiaj wkracza do struktur samorządowych władz oświatowych jako "kombatantka wśrod ofiar politycznych manipulacji". Życzę Jej w nowej roli dużo satysfakcji osobistej i spełnienia profesjonalnych marzeń dotyczących zarządzania edukacją w skali województwa, które na jakiś czas zostały zahamowane. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze!

(źródło: Powstają założenia nowej reformy edukacji. Rozmowa z Romanem Giertychem wicepremierem rządu RP i ministrem edukacji, Gazeta Szkolna 2007 nr 10-11, s. 7)

poniedziałek, 1 marca 2010

Dyskryminacyjna misja TVP?

Otrzymałem list od pedagoga specjalnego, w którym pisze o tym, że TVP ma zamiar ograniczyć produkcję i emisję programów zawierających napisy do tekstu mówionego. Tym samym osoby głuche zostaną pozbawione dostępu do informacji i szeroko rozumianych dóbr kultury. Dla osób pełnosprawnych te napisy nie mają większego znaczenia, ale dla osób z zaburzeniami słuchu są czasem jedynym źródłem wiedzy o świecie. Jeśli chcecie Państwo pomóc, to proszę podpisać petycję, która znajduje się na stronie internetowej:
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=4953

i przekazać informację o niej innym.

Takie są polskie realia, które wymuszają na niepełnosprawnych nieustanną walkę o równe prawa w dostępie do wiedzy i edukacji. Możemy im w tym pomóc. Na usta ciśnie się przy tym pytanie: co się stało z misją telewizji publicznej? Czy jest to misja dyskryminacyjna?

niedziela, 28 lutego 2010

Pierwsza po 70 latach Pedagogiczna Encyklopedia w Czechach


Po 70 latach ukazała się w Republice Czeskiej Pedagogiczna Encyklopedia pod red. profesora Jana Průchy, członka Czeskiej Akademii Nauk. Jej "chrzest" miał miejsce na Wydziale Pedagogicznym Uniwersytetu Karola w Pradze w ubiegłym roku, ale mnie udało się do liczącego 935 stron jednotomowego dzieła dotrzeć dopiero teraz. Poprzedzająca je trzytomowa Pedagogiczna Encyklopedia autorstwa trzech wybitnych pedagogów okresu międzywojennego - O. Chlupa, J. Kubálka, J. Uhera, ukazywała się sukcesywnie w latach 1938 – 1940. A zatem mamy nowe spojrzenie na stan nauk pedagogicznych w tym kraju po tak długim okresie czasu.

Co ciekawe, po raz pierwszy ukazała się encyklopedia, która - w odróżnieniu od istniejących w Polsce - nie ma struktury alfabetycznej, ale tematyczną. Autorami ujętych w bloki tematyczne zagadnień jest przeszło 100 autorów, co uwydatnia skalę problemów, z jakimi musiał sobie poradzić redaktor rozstrzygając o ich przyjęciu do druku lub też odrzuceniu. Prace nad tym dziełem trwały prawie cztery lata. Jak zdradził w wywiadzie dla Wydawnictwa Portal prof. Jan Průcha, także psycholodzy doczekali się rodzimej Encyklopedii Psychologicznej dopiero w 2009 r. Powodem takiego dystansu czasowego jest nie tylko długotrwały okres bardzo dotkliwego, bo blokującego rozwój nauk humanistycznych, reżimu władz komunistycznych w tym kraju, ale także to, że dopiero po 20 latach transformacji społeczno-politycznej i kulturowej w tym kraju można mówić o procesie swoistego dogonienia światowego poziomu teoretycznego oraz metodologicznego w rozwoju nauk pedagogicznych w Czechach. Polscy pedagodzy mogli się o tym przekonać już kilka lat wcześniej, kiedy to został wydany w 2004 r. przez PWN przekład podręcznika akademickiego profesora Jana Průchy „Pedagogika porównawcza”.

Na pytanie, jak zrodził się pomysł napisania tej encyklopedii, jej redaktor przyznał, że już na początku lat 90. XX w. rozważał podjęcie nad nią pracy, aby studenci, nauczyciele i pedagodzy oraz środowisko akademickie mieli dostęp do najnowszej wiedzy z nauk o wychowaniu. Było to konieczne ze względu na upadek socjalistycznej metanarracji i radykalnej zmiany ustrojowej w tym kraju. Podjął zatem badania porównawcze zagranicznych i rodzimych wydań tego typu publikacji, a następnie bardzo długo przekonywał wydawcę, jakim jest w tym przypadku najlepsza oficyna naukowa w Czechach – PORTAL, by podjęła się tego bardzo kosztownego i czasochłonnego zadania. Profesor J. Průcha musiał jeszcze pozyskać autorów rozdziałów spośród najlepszych specjalistów poruszanych w pracy zagadnień.

Redaktor tego dzieła przyjął za podstawową zasadę jego konstrukcji to, by odpowiadało ono w sensie teoretycznym i badawczym współczesnym realiom edukacyjnym. Tak więc ok. 165 zagadnień (2/3 objętości Encyklopedii) zostało poświęcone właśnie temu obszarowi pedagogicznego zaangażowania i profesji. Obejmują one bowiem problematykę funkcjonowania systemu szkolnego, celów, programów i procesów edukacyjnych, najważniejszych w szkole podmiotów, a więc uczniów i nauczycieli oraz kwestie planowania w polityce oświatowej i zarządzania szkolnictwem. Natomiast jedna trzecia zagadnień dotyczy stanu rozwoju nauk pedagogicznych, a więc ich poszczególnych dyscyplin, metodologii badań i systemu informacji oświatowej. Znajdziemy w tej Encyklopedii także dane o wydziałach pedagogicznych w szkolnictwie wyższym tego kraju wraz z analizą programów kształcenia pedagogicznego i nauczycielskiego, informacje o działającym Stowarzyszeniu Badań Pedagogicznych w Republice Czeskiej oraz jego odpowiednikach poza granicami kraju (np. PTP) czy rejestr najważniejszych norm prawnych dotyczących oświaty.

Na koniec wspomnę o akcencie polskim. Otóż we wstępie do Encyklopedii Pedagogicznej prof. Jan Průcha pisze z nutką pewnego żalu, jaki adresuje do swojego wydawcy, że jego dzieło niestety nie jest tak bogate merytorycznie i tak pięknie wydane, jak trzytomowy podręcznik akademicki „Pedagogika” pod red. Bogusława Śliwerskiego, który ukazał się w 2006 r. w Gdańskim Wydawnictwie Psychologicznym. Jest to niewątpliwie dowód uznania dla polskiego środowiska naukowego i wydawcy. Ja mogę w tym miejscu serdecznie pogratulować temu wybitnemu naukowcowi z Pragi niezwykle interesującej merytorycznie edycji czeskiej Encyklopedii Pedagogicznej, do której treści będę jeszcze powracał (nie tylko w swoim blogu).

http://obchod.portal.cz/ostatni/pedagogicka-encyklopedie/30016/