piątek, 3 grudnia 2010

Zasada PiM














W górach wygrywa się, kiedy idzie się za liderem, za jego charyzmą, wiedzą i umiejętnościami – powiada w spocie reklamowym kandydatki na prezydenta Łodzi jeden z tych, którzy wiedzą, jaka prawda kryje się za tymi słowami. To Piotr Pustelnik – znakomity alpinista, zdobywca najwyższych szczytów świata. On wie, że od przewodnika zależy życie tych, którzy udają się na szczyt, i to nie tylko wówczas, gdy czynią to po raz pierwszy. Coraz częściej piszą do mnie akademicy, którzy są zatrudnieni w szkolnictwie niepublicznym, że nie mają za kim iść, bo na czele wydziału, instytutu, katedry czy całej uczelni są podstawieni przez właścicieli figuranci, spełniający jedynie formalne kryteria.

Dla studentów to nie ma znaczenia, kto jest przewodnikiem uczelni. Byle zwyciężyła zasada PiM, czyli „płacisz i masz”. Dla nauczycieli, wykładowców ma to znaczenie, ale tylko wówczas, kiedy oni sami mają jakieś ambicje, aspiracje, kiedy zależy im na rozwoju własnym i instytucji jako środowiska akademickiego. Jeśli szkołę traktują jak dodatek do pensji czy kasę zapomogowo-pożyczkową, to nie ma dla nich znaczenia, kto im przewodzi. Byle sprawdziła się zasada PiM, czyli „płacą i mają”. A co, z kim, po co i dlaczego? To nie ma już żadnego zagrożenia. Koło fikcji kręci się i toczy. Przychodzą ci, którzy chcą jeszcze za studia płacić i ci, którzy chcą pozorować, że jest to jedyna i najlepsza w okolicy szkoła wyższa - wyższa szkoła „PiM”.Jak prosta ta zasada odsłania nasze realia?

środa, 1 grudnia 2010

Plaga plagiatów w środowisku akademickim?














Przed miesiącem ukazał się w tygodniku Polityka (2010 nr 43) pod takim właśnie tytułem artykuł Bianki Mikołajewskiej. Pisze ona, że (…) okradzeni autorzy najczęściej ujawniają plagiaty naukowe. Czasami na trop wpadają również studenci. (s. 38)

W nawale innych zadań oddaliłem na chwilę swój głos w dyskusji, gdyż i tak wielokrotnie zajmowałem w tej kwestii swoje stanowisko. Niestety, od dwóch dni jestem zajęty wyjaśnianiem sprawy pomówienia o plagiat socjologa, autora książki, w którego przewodzie habilitacyjnym byłem jednym z recenzentów. Wyjątkowo socjolodzy zaprosili mnie do udziału w tym przewodzie, gdyż kandydat do awansu podejmował kwestie związane także z badaniami pedagogicznymi. Uważam to za przejaw wielkiej życzliwości, szacunku i zaufania, kiedy przedstawiciele innej nauki zwracają się do mnie czy do moich koleżanek lub kolegów z prośbą o recenzję z pedagogicznej perspektywy. Właśnie na tym polega jeden z aspektów interdyscyplinarności wiedzy humanistycznej i społecznej.

Na marginesie mogę dodać, że ostatnio recenzowałem pracę doktorską pani architekt na jednej z politechnik, gdyż rzecz dotyczyła architektury szkolnej w powiązaniu z założeniami jednej z alternatywnych pedagogii.

Wracam jednak do sprawy rzekomego plagiatu. Otóż ponad rok temu zostałem powołany na recenzenta w przewodzie habilitacyjnym jednego z socjologów. Po zapoznaniu się z całym dorobkiem i dysertacją habilitacyjną napisałem pozytywną opinię. Prawdopodobnie dlatego, że jestem pedagogiem, socjolodzy z jednostki przeprowadzającej ów przewód nie zachowali się fair do końca, gdyż nie powiadomili mnie ani o posiedzeniu rady wydziału, mającej na celu przedstawienie wszystkich recenzji i głosowanie w sprawie dopuszczenia habilitanta do kolokwium, ani też po pozytywnej uchwale w powyższym zakresie nie zapytali nawet, czy będę mógł uczestniczyć w kolokwium. Przesłano mi w trybie administracyjnym, czyli na 14 dni przed zawiadomienie o wyznaczonym terminie rady. Nie mogłem w niej uczestniczyć, gdyż w tym samym dniu otwierałem referatem plenarnym w innym mieście i na innym uniwersytecie interdyscyplinarną konferencję. Organizatorzy tej debaty na pół roku wcześniej rezerwowali mój w niej udział. Nie mogłem zatem być naraz w dwóch, odległych od siebie ośrodkach akademickich.

Nie interesowałem się losami tego przewodu, gdyż wydając opinię pozytywną o dorobku naukowym habilitanta byłem pewien, że zakończył się pomyślnie. Tak też się stało. Komuś jednak to się nie spodobało. Po roku otrzymałem bowiem list od osoby, która pracowała w tej samej uczelni, co habilitant i kilka lat wcześniej opublikowała podoktorską książkę o zbliżonym problemie badawczym. Okazuje się, że poinformowała ona władze uczelni przeprowadzającej przewód habilitacyjny, że autor tej pracy (...) ciął tekst i drobne fragmenty wklejał do tekstu własnego, to znów jako własne podawał całe akapity …”.

Nie znałem tej monografii, więc - skoro nie dojechałem na dworzec z powodu zimowych zatorów na drodze - wypożyczyłem ją sobie dzisiaj i porównałem z ocenianą przed rokiem habilitacją, by dojść do wniosku, że oskarżyciel nie ma racji. Nie odnajduję w habilitacji ani skopiowanych, czyli dosłownych fragmentów tekstu bez odniesienia do źródła, ani też tożsamości metodologicznej z rozprawą jej oskarżyciela. Co ciekawe, jego publikacja jest w tej dysertacji cytowana, a on jako jej autor wielokrotnie przywoływany w przypisach A zatem, zarzut o „cięciu tekstu” jest dość słaby.

Gdybym nawet znał wcześniej tę rozprawę doktorską, to nie miałbym możliwości stwierdzenia podobieństwa, skoro absolutnie nie posiada ona ani tak rozbudowanej metodologii badań, jaka ma miejsce u habilitanta, jak i nie zawiera narzędzi badawczych. Obaj autorzy przeprowadzili badania w zupełnie innych środowiskach oświatowych kraju i w innym terminie, choć dotyczących podobnej kwestii. Już takie porównanie wyklucza zbieżność o charakterze plagiatu. A to, że we wstępie przywołują te same definicje niektórych autorów, to przecież nie jest zakazane. Ważne, że zostały prawidłowo wskazane ich źródła.

Szkoda, że oskarżyciel nie podał w swoim piśmie, na której stronie czy stronach wskazanej rozprawy habilitacyjnej ma miejsce plagiat. Być może program antyplagiatowy ułatwi szczegółowe rozpoznanie tego procesu. W moim przekonaniu, tego typu oskarżenie powinno być jednak czytelne i jednoznaczne. Jeżeli oskarżyciel przekazał pismo w powyższej sprawie już w styczniu br. władzom jednostki prowadzącej przewód habilitacyjny, to przypuszczam, że musiało być wszczęte postępowanie dyscyplinarne w stosunku do osoby przez niego oskarżonej o plagiat.

Ja jednak ani nie znam socjologicznego środowiska tej uczelni, ani z nim nie współpracuję, a jako pedagog w ogóle nie mam dostępu do jakichkolwiek informacji z tym związanych. Nie mogę zatem ustosunkować się do listu, w którym z takim opóźnieniem jego autor informuje mnie, że ów przewód jest podejrzany i należy wszcząć postępowanie o odebranie stopnia naukowego doktorowi habilitowanemu. Wszelkie informacje dotyczące mojego udziału jako recenzenta w tym przewodzie, a pominiętego zresztą przez władze jednostki uczelnianej w sprawie, która musiała być zapewne przedmiotem jakichś analiz czy postępowań w uczelni, są do dyspozycji wszystkich zainteresowanych.

Mam nadzieję, że sprawa zostanie wyjaśniona nie tylko w duchu prawdy, ale także etosu akademickiego. Jeśli ktoś pomawia drugą osobę o plagiat, to powinien to udowodnić, inaczej bowiem może spodziewać się oskarżenia z powództwa cywilnego o naruszenie dóbr osobistych.

Wczoraj w Gazecie Wyborczej red. Tomasz Wysocki informował, że zarzut o plagiat rektorowi Akademii Medycznej we Wrocławiu nie zaszkodził, gdyż Kolegium Elektorów tej uczelni nie odwołało go z tej funkcji. W tym przypadku zarzut był sformułowany jednoznacznie, że ów rektor w swojej pracy habilitacyjnej przepisał ok. 90 fragmentów z opracowań dwójki innych autorów. (GW 30.11.2010, s. 5) Ja zaś we wspomnianej pracy z socjologii nie dostrzegam, porównując ją z owym doktoratem, ani jednego dosłownie skopiowanego fragmentu. Zgodnie z ustawą o prawie autorskim nie popełnia plagiatu ten, kto cytuje fragmenty publikacji innych autorów, powołując się na źródło.

Jak pisze B. Mikołajewska: W praktyce najczęściej ścigani są autorzy publikacji, którzy przepisali od kogoś co najmniej kilka stron – wyjaśnia adwokat Andrzej Karpowicz, specjalizujący się w zagadnieniach związanych z ochroną własności intelektualnej. - Za plagiat może zostać uznane nie tylko przepisanie słowo w słowo czyjejś publikacji, ale np. omówienie czyjegoś wywodu naukowego własnymi słowami bez powoływania się na źródło. Udowodnienie plagiatu jest wtedy jednak bardzo trudne. (s. 39)

Oskarżeni o plagiat powinni się bronić, wykorzystując drogę sądową, jeśli ich praca powstała w sposób nie naruszający w powyższej mierze praw autorskich. Jeśli jednak przywłaszczyli sobie czyjąś własność intelektualną i nie podali jej źródła, to muszą liczyć się nie tylko z publiczną oceną takiego postępowania.

wtorek, 30 listopada 2010

Nadeszła ostra zamieć śnieżna także w pedagogice












Zakończyło się trzydniowe kolokwium naukowe, jakie już cyklicznie prowadzi prof. Lech Witkowski wraz z małżonką Moniką Jaworską-Witkowską pt. PRZEBUDZENIA HUMANISTYCZNE II w ramach realizowanego przez niego programu badań.

Tegoroczne spotkanie naukowców zostało powiązane z okazją 20-lecia działalności Oficyny Wydawniczej IMPULS, która przygotowała kolejną, wybuchową dla nauk o wychowaniu publikację, jaką jest najnowsza książka „Edukacja i sfera publiczna. Idee i doświadczenia pedagogiki radykalnej” autorstwa dwóch najlepszych znawców tej problematyki, a mianowicie Henry A. Girouxa i Lecha Witkowskiego, z posłowiem Tomasza Szkudlarka i głosami recenzenckimi – moim oraz Zbyszko Melosika. Do tej publikacji jeszcze nawiążę w odrębnym wpisie, bo jest rzeczywiście wydarzeniem naukowym w naszym kraju, odsłaniając z perspektywy minionego już dwudziestolecia wolności nie tylko kluczowe dla krytycznego myślenia przesłanki, ale także genezę ich przenikania do Polski, ich recepcji i sporu wokół nich.

Kolokwium odbyło się w dniach 26-28 listopada br. w Międzyzdrojach w aurze przyjacielskiej dyskusji i poważnego namysłu, gdzie bez ustrukturyzowanego programu, gdyż ten miał wynikać z wcześniej przesłanych nam przez L. Witkowskiego tez, każdy, kto chciał, mógł zabrać głos i włączyć się do kreowania twórczej aury spotkania. To jest ten typ spotkań, które niemalże w ogóle nie towarzyszą ani zjazdom pedagogicznym, ani większości ogólnopolskich konferencji naukowych, gdyż nie uczestniczy się w nim po to, by wygłosić wcześniej zgłoszony i przygotowany referat lub głos w dyskusji, często bez względu na wiodący dla niej temat, tylko by móc porozmawiać o kluczowych dla naukowej pedagogiki problemach, spierać się ze sobą i między sobą, argumentować własne racje i konfrontować je z bezpośrednim odbiorem. Lech Witkowski dokonywał krótkich, syntetycznych i bardzo wyostrzonych wprowadzeń, by zagrzewać wszystkich do walki, do dzielenia się własną perspektywą wglądu we współczesną wiedzę, ale i do akademickiego biesiadowania, do refleksyjnego obnażania słabych stron pedagogiki jako teorii i praktyki.

Idea przewodnia Kolokwium II:

Organizatorzy spotkania zachęcali do inicjatyw poszukiwania nowych form integracji środowiska akademickiego (jego czołowych przedstawicieli) wokół palących kwestii, wymagających głębokiej debaty, wolnej od standardowej otoczki referatowej. Zależało im na stworzeniu forum wymiany ocen idei i praktyk dla pogłębienia krytycznego rozumienia kondycji wybranych dyscyplin humanistycznych w Polsce i dróg ich sanacji oraz zmian funkcji kulturowej ich praktyk edukacyjnych. Eksplozja ofert szkół wyższych na skalę masową niesie groźby, których zdiagnozowanie i którym przeciwstawienie się staje się zadaniem kulturowym, etycznym i cywilizacyjnym – w skali, z jaką wcześniej nie mieliśmy do czynienia.

W nawiązaniu do praktyki publikacji i spotkań konferencyjnych postanowiono utorować drogę trosce o jakość rozwoju wybranych dyscyplin naukowych w polskiej humanistyce (filozofii, pedagogiki, psychologii, socjologii) w zakresie krytyki dominujących w nich mechanizmów i sposobów:


(1) traktowania TRADYCJI myślowej, wpisanej w kapitał symboliczny dyscyplin (perspektywa czasowa),

(2) rozumienia i wdrażania głębokości i szerokości SPECJALIZACJI dyscyplinarnych (perspektywa przestrzenna),

(3) rozwijania precyzji słownikowej i dojrzałości naukowej DYSKURSÓW dydaktycznych i badawczych w dyscyplinach (perspektywa narracyjna),

(4) wdrażania postaw poznawczych w formy PODRĘCZNIKÓW akademickich, jako redukcyjnych nośników wiedzy i pośredników kulturowych, których jakość grozi inflacją kulturową (perspektywa epistemologiczna).

Gospodarze Kolokwium postanowili wspólnie z jego uczestnikami zmierzyć się ze zjawiskami, jakie składają się na CZTERY ZAGROŻENIA jakości akademickiej humanistyki (nauk społecznych) poprzez to, że

(a) TRADYCJA podlega marginalizacjom, zapomnieniu i zaniechaniu, redukcji i zniekształceniom, wyłączeniu z praktyk czytania i rozumienia własnej sytuacji poznawczej badaczy i dydaktyków: nowoczesność wywyższa się lekceważąc tradycję, często spóźniona wobec impulsów spoza jej zmarniałej aktualności;

(b) SPECJALIZACJE uzyskują wiodących w nich patronów, których stanowią „specjaliści” powstający w trybie selektywnego, ograniczonego osadzenia we własnej tradycji poprzez badania, do których prowadzenia nie trzeba być (na)uczonym głębi tradycji i zakresu jej trosk: brak organicznych uczonych zdolnych do bycia prawomocnymi spadkobiercami tradycji symbolicznej dyscypliny: specjaliści „fuszerują” własne specjalności, narzucając im swoje ułomne zachowania i przykrawając do siebie klasyków dyscyplin; zredukowany sposób uprawiania specjalizacji staje się szkodliwą, ułomną „tradycją”;

(c) DYSKURSY aktualizujące rozumienie specjalności stają się wytworami narracji pozbawionych meta-narracyjnych odniesień i świadomości osadzenia w przestrzeni precepcyjnej (źródeł i inspiracji u klasyków), poza standardowym wykształceniem i lekturami ich powierzchownych relatorów i (zbyt często) uzurpatorskich kontynuatorów;

(d) PODRĘCZNIKI stają się coraz bardziej ułomnymi pośrednikami w dostępie do kapitału symbolicznego dyscyplin humanistycznych, same stanowiąc przeszkody epistemologiczne, pozbawiające dostępu do zatraconego potencjału i troski o jakość troski o dziedzictwo myślowe poza treściami przydatnymi do prowadzenia badań czy doraźnego testowania minimum osadzenia w dyscyplinie.

Powyższa rama splecionych czterech zagrożeń na czterech polach naszego działania jako humanistów jest z pewnością kontrowersyjnym punktem wyjścia do debaty, której wspólnym mianownikiem jest poczucie odpowiedzialności i etyczność, odniesione do misji kulturowej uniwersytetu, do jakości środowisk akademickich jako wspólnot uczących się, oraz do troski o rozumienie powinności wpisanych w etos akademicki i profesjonalizm uniwersyteckiego humanisty.


Jak pisał w zaporszeniu do debaty Lech Witkowski:

Pragniemy w ramach spotkania sprzyjać wzajemnej recepcji nowych idei i służyć głośnemu myśleniu humanistycznemu dla naszych dyscyplin, w trosce o ich dojrzałą samokrytyczną świadomość metodologiczną. Zwykłe spotkania konferencyjne są rytualnie pośpieszne i podporządkowane formalnemu przeprowadzeniu serii referatów, w ramach zamiaru innego niż dyskusyjne POWAŻNE współmyślenie o ważnych sprawach akademickich, uwzględniających główne przedmioty trosk i niepokojów. Goście, jako uczestnicy Kolokwium, są współpartnersko kreatorami debaty, proponując do niej własne sugestie i postulaty, wynikające z krytycznej oceny jakości funkcjonowania środowiska akademickiego, wokół problemów interesujących zwłaszcza ich dyscypliny, na tle troski o humanistykę jako integralną kulturę umysłową.

Kultura symboliczna jest tu traktowana jako kontekst podstawowy dla dyskusji o badaniach i samokształceniu i dydaktyce, związany z troską o kapitał symboliczny i jakość jego odniesienia do innych typów kapitalizacji wiedzy, jak kapitał władzy, czy kapitał społeczny.


Nadeszła zatem zamieć w postaci kluczowej tezy, że oto DEPOZYT AKADEMICKI JEST ZAGROŻONY Z WINY JEGO „DEPOZYTARIUSZY”. Dyskusje były rzeczywiście mroźne.


Pokłosiem Kolokwium będzie publikacja adresowana do całego środowiska pedagogicznego, zawierająca rekomendacje naszego grona dotyczące ZMIAN w trybach prowadzenia badań naukowych, uprawiania dydaktyki, rozwijania specjalizacji oraz podejmowania studiów monograficznych w obszarze refleksji i trosk pedagogiki, w zakresie edukacji i studiów kulturowych.