sobota, 23 stycznia 2016

Architekci kultury śmierci


To tytuł przekładu na język czeski książki Donalda De Marco i Benjamina D. Wikera z historii myśli filozoficznej, która to rozprawa ukazała się w San Francisco w 2004 r. Mnie zainteresowała ze względu na rekonstrukcję idei w humanistyce, które łączy wspólny motyw.

Jest nim to, co Jan Paweł II określał mianem „cywilizacji śmierci”, a Erich Fromm nekrofilią. Tym bardziej byłem ciekaw, których to przedstawicieli tanatologicznej myśli dobrali ci autorzy. Nie odnalazłem w siedmiu rozdziałach prezentujących wielkich myślicieli i apologetów śmierci – żadnego z polskich psychologów, filozofów czy socjologów. To świadczy o tym, że jednak jesteśmy jako naród ofiarami architektów śmierci, aniżeli - na szczęście - jej kreatorami. Inna rzecz, że - jak mawiał Jan Paweł II - to nie idee niszczą ludzkość, ale człowiek, który posługuje się nimi dla niegodnych celów.

Przygotowujący do druku czeską edycję tego tomu Martin Komárek nie tyle wyjaśnia, co sam zastanawia się nad tym, czy rzeczywiście można mówić o nieszczęsnych architektach śmierci? Czy zaproponowani do tego zbioru filozofowie rzeczywiście są konstruktorami kultury śmierci, skoro ludzie, którzy nie są głęboko nieszczęśliwi chcą przecież żyć?

Otóż autorzy tej książki za owych architektów śmierci uznają tych, którzy dla własnej rozkoszy czy zadowolenia zachęcają do zabijania ludzi, bez względu na to, czy mają na myśli nienarodzonych, starych czy ciężko chorych.

Istotnie, każdy z siedmiu wydzielonych rozdziałów zawiera omówienie poglądów niejako dających się wyróżnić przedstawicieli odrębnych zupełnie szkół naukowych, a mianowicie:

1. Czciciele woli – Arthur Schopenhauer, Friedrich Nietzsche i Ayn Rand ;

2. Eugenicy i ewolucjoniści – Charles Darwin, Francis Galton i Ernst Haeckel;

3. Świeccy utopiści – Karl Marx, Auguste Comte i Judith Jarvis Thomson;

4. Ateistyczni egzystencjaliści – Jean-Paul Sartre, Simone de Beauvoir i Elisabeth Badinter;

5. Wyznawcy rozkoszy – Sigmund Freud, Wilhelm Reich i Helen Gurley Brown;

6. Seksualni inżynierowie – Margaret Mead, Alfred Kinsey, Margaret Sanger, Clarence Gamble o Alan Guttmacher;

7. Handlarze śmierci – Derek Humphry , Jack Kevorkian i Peter Singer.

Zdaniem czeskiego redaktora tomu, wszystkich tu wymienionych humanistów łączy to, że w sposób dwoisty zarówno pomniejszają człowieka, jak i go wywyższają. Ich dobór jest tu dość radykalny a prezentowane portrety oraz myśli filozofów są zarówno głębokie, jak i można je postrzegać w kategoriach swoistej beletrystyki. W tym ostatnim zakresie sposób przekazu idei nie jest jednak uproszczony.

We wstępie autorzy książki wyjaśniają jej tytuł i dobór myślicieli. „Każda budowla ma swego architekta, człowieka, który projektuje, jak taka budowla powinna wyglądać, zanim zostanie postawiona. Jeśli zgodzimy się z tym, że kultura jest dziełem tworzonym przez ludzi, to i jej dzieło zależy od konkretnego projektu. W odróżnieniu od budynków, kultura jest ustawicznie stającym się dziełem, dalece bardziej złożonym i subtelnym, gdyż jest budowlą trwającą dziesiątki a może i setki lat, zaś ona sama w sobie ma więcej architektów. W jednolitej kulturze w sposób łatwy do zidentyfikowania jest to, że tworzyło ją wielu architektów, ale w taki sposób, żeby cały projekt był zgodny z jego prymarnym wyobrażeniem.” (s. 9)

Tak rozwijała się od starożytności kultura chrześcijańska, która stawiała człowieka przed koniecznością wyboru między dwiema drogami- drogą życia a drogą śmierci. Jeśli nie chcemy iść ścieżką śmierci, to powinniśmy odnowić swoje życie w duchu – jak pisał psycholog Erich Fromm - kultury biofilnej, a często cytowany we wstępie przez amerykańskich filozofów Jan Paweł II zachęcał do tego słowami inaugurującymi jego pontyfikat: „Nie lękajcie się!”

Może zatem znajdzie się w Polsce uczony, który napisze rozprawę o odmiennym tytule i doborze prezentowanych w niej myśli, a dotyczącą "architektów kultury miłości"? Niewątpliwie znajdziemy tu polskich przedstawicieli także współczesnej pedagogiki, jak chociażby Marię Łopatkową z jej "pedagogiką serca". Właśnie prof. APS Jan Łaszczyk i dr Ewa Lewandowska – Tarasiuk przygotowują do druku zbiorową rozprawę poświęconą tej pedagogii i jej twórczyni.

piątek, 22 stycznia 2016

NIK-t tak porządnie nie prześwietlił studiów doktoranckich


Ukazał się "raport" Najwyższej Izby Kontroli o stanie polskiego modelu kształcenia doktorantów.

Celem głównym bezpośredniej kontroli NIK w pięciu jednostkach akademickich (w dwóch uniwersytetach i dwóch instytutach PAN-owskich i jednej jednostki niepublicznej szkoły wyższej(DSW) oraz pośredniej kontroli w 92 jednostkach (w tym 84 szkołach wyższych) była ocena skuteczności stacjonarnych studiów doktoranckich jako drogi kształcenia kadr naukowych ze środków publicznych.

Ocena dotyczyła w szczególności:
1) warunków kształcenia doktorantów,
2) prawidłowości wykorzystania środków finansowych na rozwój i kształcenie doktorantów,
3) skuteczności kształcenia kadr naukowych.


Kategoria skuteczności kształcenia jest pochodną prakseologicznego podejścia do tego procesu. Skoro władze resortu nauki i szkolnictwa wyższego stawiają uczelniom określone cele edukacyjne do realizacji w ramach studiów III stopnia, to tym wyższa jest skuteczność ich realizowania, im są one osiągane w najwyższym stopniu. Pojawia się tylko pytanie, kogo dotyczy owa skuteczność - prowadzących studia czy ich uczestników?

W latach 2006-2013 nastąpił w naszym kraju wyraźny wzrost - bo o 40% - zainteresowania absolwentów szkół wyższych kontynuowaniem ścieżki własnego rozwoju, której efektem końcowym miała być obrona dysertacji doktorskiej. Jak się okazało, w tym okresie straty wyniosły 26%, gdyż co czwarty doktorant pozostał przy stopniu wykształcenia zawodowego. Stopień naukowy doktora uzyskało od 4.815 osób w 2006 r. do 6.072 w 2013 r. Powodem kontroli była zatem wstępna diagnoza, z której wynikało co następuje:

System finansowania szkół wyższych stwarza ryzyko przyjmowania na stacjonarne studia doktoranckie nadmiernej liczby osób, z których część nie jest przygotowana do podejmowania kariery naukowej. Stosunkowo łatwa dostępność studiów doktoranckich powoduje również sytuację, w której tylko część doktorantów może korzystać ze stypendiów naukowych. Pozostałe osoby poszukują innych źródeł dofinansowania swoich badań lub rezygnują ze studiów. Masowe kształcenie doktorantów wzbudza wątpliwości co do jego jakości i skuteczności.

Za wskaźnik skuteczności kształcenia na studiach doktoranckich przyjęto odsetek osób, które je ukończyły w terminie (w latach 2013 – 2014) broniąc pracę doktorską do końca pierwszego kwartału 2015 r. i w konsekwencji uzyskując stopień naukowy doktora.

Najniższy wskaźnik skuteczności dotyczył doktorantów z dziedziny nauk humanistycznych i społecznych, bo wyniósł zaledwie 26,8%, a ze względu na uzyskanie stopnia naukowego doktora dotyczył on niepublicznej uczelni (wyniósł zaledwie 5,6%). Najwyższą skutecznością mogły pochwalić się uczelnie prowadzące studia doktoranckie w dziedzinie nauk ścisłych i medycznych, bowiem wskaźnik skuteczności kształcenia /wypromowania doktorów wyniósł 66%.

Jak stwierdzono w Raporcie na s.7: Niekorzystny wpływ na skuteczność kształcenia na studiach doktoranckich mają łagodne kryteria rekrutacji umożliwiające przyjęcie znacznej liczby osób, zbyt mało zajęć związanych z metodyką prowadzenia badań naukowych, niewielka oferta zajęć fakultatywnych rozwijających umiejętności zawodowe oraz niewystarczające mechanizmy motywacyjne (np. niskie stypendia). Czynnikiem demotywującym dla doktorantów jest niepewna perspektywa zatrudnienia – badania potrzeb polskiej gospodarki nie wykazują istotnego zainteresowania pracodawców zatrudnianiem osób ze stopniem naukowym doktora.

Dostrzeżono w dokumentacji studiów III stopnia takie nieprawidłowości, jak m.in.:

- niezapewnienie wszystkim doktorantom opiekunów naukowych posiadających co najmniej stopień naukowy doktora habilitowanego;

- niezawieranie umów z jednostkami naukowymi, w których doktoranci przygotowywali i bronili prace doktorskie;

- przyjmowaniu na studia doktoranckie osób, które przygotowywały prace doktorskie z innych dyscyplin niż dana jednostka miała uprawnienia. (s.8)

- niewypłacanie stypendium doktoranckiego studentom studiów III st. w uczelni niepublicznej.



Wykorzystano w ramach tej kontroli także raporty Polskiej Komisji Akredytacyjnej, która jedynie w ramach oceny instytucjonalnej jednostek mogła badać jakość kształcenia na studiach doktoranckich. Wynika z nich m.in.

- niewystarczająca oferta zajęć z przedmiotów związanych z metodyką i metodologią prowadzenia badań naukowych przygotowujących doktorantów do samodzielnego redagowania artykułów naukowych oraz rozprawy doktorskiej,

- brak zajęć fakultatywnych rozwijających umiejętności zawodowe,

- niski poziom zajęć w języku angielskim (w szczególności brak możliwości nauki języka specjalistycznego) oraz

- publikowanie przez doktorantów artykułów w czasopismach drugorzędnych dla rozwoju danej dyscypliny ze względu na ich słabą jakość. (s.10)


Ciekaw jestem, czy oceniającymi jakość kształcenia w zespołach PKA byli naukowcy, którzy sami mogli być wzorem cnót będących przedmiotem kontroli? Natomiast bulwersujące patologie w kształceniu doktorantów wykryto w czasie kontroli bezpośredniej, na miejscu, w trakcie której okazało się m.in., że:

- W Instytucie Filozofii i Socjologii PAN od 1 lipca 2012 r. do czasu zakończenia kontroli obowiązki dyrektora Szkoły Nauk Społecznych pełniła osoba nieposiadająca stopnia naukowego doktora habilitowanego. (...) trzy osoby pełniące funkcje opiekunów naukowych dla doktorantów nie posiadały stopnia naukowego doktora habilitowanego(...) (s.12) Ba, w powyższym instytucie (...) przyjmowano doktorantów, przygotowujących rozprawy doktorskie z innych dziedzin (powinno być - dyscyplin naukowych - dop. BŚ) niż filozofia i socjologia, którzy bronili swoje prace w innych jednostkach naukowych.(s. 13)

No tak, ale to z tego Instytutu samodzielni pracownicy naukowi przeszli do Instytutu Badań Edukacyjnych w Warszawie, gdzie mogli służyć swoimi kwalifikacjami i/lub ich brakiem Ministerstwu Edukacji Narodowej czy zarabiając na Międzynarodowych Badaniach Osiągnięć Uczniów - PISA.


Zdaniem jednego z rektorów, sytuacja jest znacznie gorsza, niż ujawnił to ów raport. Wszak doktoranci odbywają praktykę dydaktyczną w zalecanym wymiarze, otrzymują należne im świadczenia pieniężne, ale są one żenująco niskie. To wstyd, że w Polsce daje się najzdolniejszej młodzieży ochłapy, rzucając je jak psu kości pod stół, by w tej nędzy okazali swoją wdzięczność państwu, że w ogóle wolno im być doktorantami w uniwersytecie.

Zgodnie z neoliberalną polityką PO i PSL wprowadzono zasadę antagonistycznej konkurencji, która zmusza doktorantów do hiperaktywności w zakresie publikacji, udziału w konferencjach naukowych oraz wnioskowaniu o finansowanie ich badań przez podmioty zewnętrzne. Najlepiej, gdyby wnosili w wianie podpisaną umowę na finansowanie ich projektu badawczego przez międzynarodowe konsorcjum.

Doszło już do takiego absurdu, że mamy doktorantów, którzy uczestniczyli w kilkunastu konferencjach w roku wygłaszając tam referaty, komunikaty z badań, a większość z nich została nawet opublikowana. Co z tego, że uzyskują wcale nie najgorszy wynik na wydziale, skoro nie są w stanie napisać i obronić w terminie dysertacji doktorskiej. Wielu z nich w walce o przeżycie przekracza limit 4 lat na pozytywne sfinalizowanie doktoratu. Para idzie w "rywalizację", bo za to są pieniądze dla uczelni.

System kształcenia w humanistyce czy w naukach społecznych raczej się u nas nie sprawdza. Termin czterech lat jest za krótki dla przeciętnego absolwenta studiów wyższych, a wybitni nie uczestniczą w takich postępowaniach za tak marne "grosze".

(źródło memu: Facebook)

czwartek, 21 stycznia 2016

"Wybierz swojego rektora"

Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej uruchamia kampanię pod takim właśnie tytułem.

W nowej dla środowiska młodych naukowców z Uniwersytetu Warszawskiego sytuacji nie pozostaje nic innego, jak z jednej strony oczekiwać konkretów od ministra nauki i szkolnictwa wyższego, który obiecał przywrócenie humanistyce polskiej godnego miejsca w finansowaniu badań z tej dziedziny i odbiurokratyzowanie procedur parametryzacyjnych oraz ewaluacyjnych, z drugiej zaś strony bardziej aktywnie włączyć się w nadchodzące wybory organu uniwersyteckiej władzy z zapowiadaną od dwóch miesięcy akcją "Wybierz swojego rektora".

KKHP przygotował list otwarty do Senatów uczelni z apelem o zorganizowanie przestrzeni dla otwartej, publicznej kampanii kandydatów na rektorów. To pierwszy krok w ich nowej akcji. Pragną w ten sposób choć trochę zmienić uniwersytety od wewnątrz. Warto przypomnieć ich pierwszy sukces, o którym pisałem w ub. roku, a związany z wprowadzeniem przez JM Rektora Uniwersytetu warszawskiego klauzul społecznych.

Młodzi naukowcy mają słuszną rację, by powtórzyć ten sukces na większą skalę. Potrzebują naszych podpisów pod petycją i naszej pomocy w zbieraniu podpisów innych osób. Tutaj link z petycją:

Jak napisali Organizatorzy tej akcji:

Organizatorzy zwracają się z prośbą do wszystkich osób zainteresowanych reformą uniwersytetów od wewnątrz, bo ta, jaką zapowiada minister nauki i szkolnictwa wyższego dr Jarosław Gowin dotyczy głownie nowelizacji ustaw akademickich i naukowych. Tymczasem zaczął się w uczelniach publicznych rok wyborczy. Będziemy wybierać rektorów, dziekanów i pozostałe organy akademickiej władzy.

Czy to dobra zmiana? Warto o tym rozmawiać, chociaż obawiam się, że jest już - jak zwykle - przysłowiowa "musztarda po obiedzie", gdyż Senaty uniwersytetów przyjęły uchwały określające tryb i warunki wyborów rektora oraz pozostałych władz uczelnianych. W Łodzi kończą swoją drugą kadencję rektorzy Uniwersytetu Łódzkiego, Akademii Medycznej i Politechniki Łódzkiej. Na ile znam akademickie życie, to "karty zostały już rozdane", chociaż - oczywiście - ktoś może jeszcze wyjąć asa z rękawa.

środa, 20 stycznia 2016

Komu jest (nie-)potrzebne wykształcenie wyższe, a komu potrzebna słowacka docentura?

Kłamstwo ma krótkie nogi, więc prędzej czy później zostanie 'dogonione". Są fakty, których pamiętać nie musimy, szczególnie gdy dotyczą one dat, okresów takiej czy innej aktywności, przynależności do określonych środowisk, zatrudnienia itd. Są rzecz jasna osoby, które mają znakomitą pamięć do nawet najdrobniejszych zdarzeń i osób, ale ja akurat do takich nie należę. Za dużo mam pracy, różnego rodzaju obowiązków, by przywiązywać wagę do szczegółów, aczkolwiek ktoś może powiedzieć, że diabeł tkwi właśnie w nich.

Natomiast nie mam wątpliwości w sprawach, które są jednak kluczowe w moim zawodzie, a więc kiedy zacząłem i ukończyłem studia, jakie, gdzie i na jakim kierunku. Doskonale pamiętam drogę akademickiego awansu - gdzie i jakie uzyskiwałem stopnie naukowe oraz tytuł naukowy, na podstawie jakich osiągnięć oraz kto uczestniczył w tych procesach w roli promotora, recenzenta czy bezinteresownie wspierającego mnie w kwestiach merytorycznych "opiekuna".

Dlatego ze zdziwieniem przeczytałem, że tak głośna w ostatnich miesiącach postać Dyrektora wrocławskiego Teatru Polskiego dopiero po uzyskaniu mandatu posła raczyła poinformować swoich wyborców, że ma wykształcenie średnie, maturalne, bo studiując wcześniej na kierunku kulturoznawstwo nie zakończyła ich uzyskaniem stopnia zawodowego magistra. Jak pan Krzysztof Mieszkowski nie chciał, nie mógł lub nie potrafił, to miał do tego prawo. Nie ma w tym niczego złego.

Podobnie do debaty publicznej wprowadza się krytykę przewodniczącego Parlamentu Europejskiego Martina Schulza, który nie ma formalnego wykształcenia. Broni go w Onecie lewicowy kolega prof. Tadeusz Iwiński z SLD "(...) każdy z nas zna głupich profesorów i dziesiątki mądrych osób bez wykształcenia."

Czyżby dokonał samooceny? Dopiero co ktoś inny krytykował Marszałka Sejmu, że ma tylko maturę. To w tym przypadku T. Iwiński myślał chyba o nim?

Zostawmy wielką politykę na boku. Otrzymałem informację o wykładowczyniach akademickich, które dzisiaj uzyskają na Słowacji dyplom docenta pracy socjalnej po słowackiej stronie.

Właśnie dzisiaj, w prywatnej wyższej szkole - Vysokej škole zdravotníctva a sociálnej práce sv. Alžbety w Bratysławie (Nám. 1. mája č. 1) - o godz. 9.30 odbędzie się wykład habilitacyjny pani dr Małgorzaty Jagodzińskiej pod tytułem „Interpersonálne, zdravotné a emocionálne potreby obyvateľov Domu sociálnych služieb” oraz obrona jej pracy habilitacyjnej pod tytułem: „Sociálna pomoc pre seniorov ohrozených spoločenským vylúčením v mazowieckom vojvodstve”.

Już o godz. 11.00 odbędzie się wykład habilitacyjny kolejnej Polki - pani dr Kingi Przybyszewskej pod tytułem: „Náhradné rodičovstvo v teoretickej a praktickej perspektíve” oraz obrona pracy habilitacyjnej pt. „Viacdetná a neúplná rodina v sociálnej pomoci. Od diagnózy k činu.”

Obie panie, jak wspomniałem, chcą być docentkami w zakresie kierunku kształcenia, który w odróżnieniu od pedagogiki czy socjologii ma tam zupełnie inny kod nr: 3.1.14 Sociálna práca. Tak więc nie będą mogły wskazywać w swoich oświadczeniach, że są pedagogami społecznymi czy socjologami, bo w świetle także słowackiego prawa nimi nie będą.


Obie panie są starszymi wykładowczyniami w Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Płocku. Ciekawe, czy Rektor tej szkoły pokryje koszty tych docentur w łącznej wysokości 16 tys. EURO? Pewnie same zdecydowały o inwestowaniu w dyplom, który w naszym kraju nie odpowiada polskiemu prawu.

Pani dr inż. Małgorzata Jagodzińska uzyskała stopień naukowy doktora nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki na podstawie dysertacji pt. Przygotowanie nauczycieli do nauczania przyrody w szkole podstawowej, którą obroniła w dn. 16.12,2003 w słynnym już Instytucie Badań Edukacyjnych w Warszawie. Promotorką tej pracy była pani prof. dr hab. Danuta Cichy.

Pani dr Kinga Przybyszewska jest socjologiem, bowiem w dn. 6 grudnia 2007 r. obroniła swoją dysertację doktorską pt. Świadomość własnej tożsamości społeczno-kulturowej studentów miasta Płocka a ich postawa wobec Unii Europejskiej na Wydziale Nauk Społecznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II w Lublinie.

Na stronie PWSZ w Płocku, gdzie pracują obie panie w Instytucie Nauk Humanistycznych i Społecznych - pani dr inż. M. Jagodzińska nie podaje żadnych danych o dokonaniach naukowych, ani też swoich zainteresowaniach badawczych. Podobnie jest z jej koleżanką dr K. Przybyszewską.

Słusznie. Starszy wykładowca nie musi prowadzić żadnych badań naukowych i publikować rozpraw z dyscypliny naukowej. Na jakiej zatem podstawie habilitują się na Słowacji? Zapewne zainteresowani dowiedzą się o tym po ich powrocie do kraju, witając w Instytucie kwiatami, szampanem oraz wzbogaceniem lokalnej biblioteki o wydane na Słowacji jakiegoś ich dzieła.

Jeżeli spojrzymy na strukturę kształcenia w PWSZ w Płocku, to przekonamy się, że ma tam miejsce edukacja na kierunku PEDAGOGIKA, w specjalności - praca socjalna. Ciekawe, bo przecież praca socjalna jest odrębnym kierunkiem kształcenia, a nie specjalnością w ramach dyscypliny naukowej, jaką jest pedagogika. Odróżniają to też sami Słowacy. Tylko w Polsce "kombinuje się" jak może, byle tylko wprowadzić studentów w błąd. Czyżby nie wiedzieli, że do pracy socjalnej zatrudnia się w naszym kraju po kierunku praca socjalna, a nie po tej tzw. specjalności na pedagogice?

Na marginesie- kierownikiem Zakładu Pedagogiki Resocjalizacyjnej, Profilaktyki Społecznej i Pracy Socjalnej jest także polsko-słowacki docent pracy socjalnej (choć o tym nie informuje w OPI), który na stronie tej PWSZ w Płocku afirmuje się jako profesor tytularny, chociaż nim nie jest. No, ale habilitował się w Katolickim Uniwersytecie w Rużomberku, więc być może nie zna różnic w polskich stopniach i tytułach naukowych.


















wtorek, 19 stycznia 2016

Seminarium doktorskie i podoktorskie z pedagogiki



W związku z tym, że jeszcze nie wszyscy zainteresowani mają plan zajęć w semestrze letnim, już teraz informuję o uruchomieniu seminarium doktorskiego i podoktorskiego z nauk pedagogicznych, które odbędzie się w dn. 23 lutego 2016 r. w godz. 11.00-14.30 w Katedrze Teorii Wychowania Uniwersytetu Łódzkiego na ul. Pomorskiej 46/48, budynek B, II p.

Zachęcam do udziału w tym seminarium innowacyjnych nauczycieli, wychowawców, pedagogów instytucjonalnych i nauczycieli akademickich. Przedmiotem moich zainteresowań naukowych i kompetencji badawczych są:

1) współczesne teorie, kierunki, prądy, doktryny i ideologie wychowania oraz kształcenia;

2) pedagogika porównawcza oraz makropolityka oświatowa;

3) pedagogika szkolna z pedeutologią;

4) pedagogika ogólna (podstawowe kategorie, fenomeny pedagogiczne, prawidłowości wychowania itp.).


W latach 1995 -2015 wypromowałem następujących doktorów nauk humanistycznych/społecznych w dyscyplinie pedagogika:

Na Wydziale Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu Łódzkiego:

1. dr Małgorzata Rosin - Nieautorytarna pedagogika Thomasa Gordona w kształceniu wychowawców (obrona pracy doktorskiej - 4 czerwca 1998);

2. dr Joanna Michalak - Poczucie odpowiedzialności zawodowej nauczycieli w kontekście pełnionej przez nich roli społecznej (obrona pracy doktorskiej - 6 czerwca 2002);











3. dr Joanna Szewczyk-Kowalczyk: Szkolne obrzędy i rytuały w kontekście mitycznej podróży bohatera (obrona pracy doktorskiej - 14 czerwca 2002);







4. dr Monika Wiśniewska-Kin: Słownictwo z zakresu życia psychicznego w języku dzieci. Zasób – tworzenie – rozumienie (obrona pracy doktorskiej - 29 kwietnia 2004);








5. dr Magdalena Błędowska - Autorytet wychowawczy w dobie transformacji społeczno-ustrojowej w świetle opinii kandydatów do zawodu nauczycielskiego (obrona pracy doktorskiej – 10 marca 2005);




6. dr Teresa Wejner-Jaworska - Funkcje założone a rzeczywiste egzaminu zewnętrznego dla uczniów szkoły podstawowej (obrona pracy doktorskiej – 10 marca 2005);






7) dr Alina Wróbel - Wychowanie a manipulacja. Konteksty teoretyczne a praktyka pedagogiczna (obrona pracy doktorskiej - 7 lipca 2005);




8. dr Beata Owczarska (Matyjas) - Wewnątrzszkolne doskonalenie nauczycieli jako strategia wdrażania zmian w szkole (obrona pracy doktorskiej - 8 marca 2006);





9. dr Małgorzata Kosiorek - Metateoretyczna analiza współczesnej pedagogiki autorytarnej (obrona pracy doktorskiej - 29 marca 2007);


10. dr Ewa Lewik-Tsirigotis: Kształcenie przyszłych nauczycieli w Kolegium Nauczycielskim w Wieluniu. Oczekiwania wobec roli zawodowej a wymagania reformy (obrona pracy doktorskiej - 10 lipca 2008);


11. dr Katarzyna Szumlewicz - Od Rousseau do Deweya: wątki emancypacyjne w nowoczesnej filozofii wychowania (obrona pracy doktorskiej - 28 maja 2009);



OBRONY Doktorantów Wydziału i na Wydziale Nauk Pedagogicznych Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie:

12. dr Arleta Suwalska - Ideologie edukacyjne jako czynnik zmian w polityce oświatowej Wielkiej Brytanii przełomu XX i XXI wieku (obrona pracy doktorskiej - 3 grudnia 2014);


13. dr Bernadeta Agnieszka Botwina - System wartości młodzieży szkół ponadgimnazjalnych na Podkarpaciu - promotor pomocniczy - dr Sylwia Jaskulska z Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu (obrona pracy doktorskiej - 4 marca 2015);

14. dr Aneta Wnuk - Przygotowanie nauczycieli do realizacji zadań z zakresu bezpieczeństwa ruchu drogowego - promotor pomocniczy: dr Stefan T. Kwiatkowski (obrona pracy doktorskiej na Wydziale Nauk Pedagogicznych Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie 4 listopada 2015 r.).


Przygotowuje się do obrony pracy doktorskiej na Wydziale Nauk Pedagogicznych Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie pani mgr Magdalena Ostolska, która przygotowała dysertację pt. Efekty wychowania w szkołach waldorfskich w Polsce (promotorem pomocniczym jest dr Marta Kotarba- Kańczugowska z Instytutu Wspomagania Rozwoju Człowieka i Edukacji w APS w Warszawie).



poniedziałek, 18 stycznia 2016

Bezsensowne wysłuchanie oświatowe



Jakiś czas temu pisałem, dlaczego nie wezmę udziału w wysłuchaniu publicznym, jakie zorganizował m.in. Wydział Pedagogiczny Uniwersytetu Warszawskiego na temat projektowanych przez PiS - i częściowo już wdrożonych - zmian w systemie szkolnym. Jeden z pracowników naukowych podesłał mi link do nagrania tego wysłuchania, którego przebieg i treść potwierdziła słuszność podjętej decyzji. TOTALNA STRATA CZASU. Skoro go jednak straciłem, to podzielę się tym doświadczeniem z innymi.

Nie twierdzę, że w swej całości wypowiedzi uczestników wysłuchania obywatelskiego były bez sensu, bo trzeba byłoby określić, co miałoby być kryterium dla tego typu oceny. Jeśli miałaby być nim - ocena minionych ośmiu lat rządów w MEN polityków PO i PSL - to trzeba przyznać, że odliczyli się niektórzy beneficjenci owych reform. Dominowały tu wypowiedzi "wyczyszczone" z elementów krytyki, bo - jak mówiła pani Dziekan Wydziału na temat opublikowanego "Stanowiska członków Rady" - "Oczywiste, że były różnice zdań, to te fragmenty usuwano".

Na UW było dokładnie tak samo, jak w poprzednim ustroju. Co nie pasuje do obowiązującej doktryny, musi być usunięte. Ponoć powstała (nie wiemy, kiedy i gdzie?) baza raportów naukowych dotyczących polskiej edukacji. To one powinny stać się bazą do refleksji na temat kierunku i metod koniecznych zmian. Zakłada się zatem, że owa baza jest bezdyskusyjna, wiarygodna i politycznie wartościowa. Nie jestem przekonany, skoro duża część tzw. raportów powstawała na zamówienie MEN i była przez ten urząd cenzurowana. Pomijam już kwestie metodologiczne, które - poza obliczeniami statystycznymi - nie najlepiej świadczą o niektórych wykonawcach z naukowymi stopniami.

Kiedy zatem pani Dziekan mówiła o tym, że zmiany w systemie oświatowym "(...) nie powinny być wynikiem pospiesznych decyzji, bowiem nie da się z całego systemu usunąć jeden element, by nie naruszyć całości", to w 100 proc. zgadzam się z tą tezą. Tyle tylko, że urzędnicy i politycy PO i PSL właśnie tak postępowali i jakoś nie przypominam sobie protestów naukowców z tego powodu, i z tego środowiska, poza krytyką ze strony KNP PAN. Czyżby 3 lata temu nie wyjmowano jednego elementu z całego systemu?

W książce państwa Elbanowskich pt. "ratuj maluchy! Rodzicielska rewolucja" (2015) czytam, że MEN zapłaciło naukowcom z UW za przygotowanie ekspertyzy na temat przygotowania szkół do przyjęcia 6-latków (s. 32). Oczywiście ekspertyza była pozytywna.



Absolutnie trafna była też opinia, że (...) trzeba brać pod uwagę opinie ekspertów, praktyków i rodziców, a te są bardzo różne." Należało jednak do niej dodać, że ówczesna władza miała "swoich" ekspertów, rodziców (także obecnych w czasie tego wysłuchania) i praktyków, którym obce były kwestie naukowych uzasadnień, bowiem korzystniejsze okazywało się uzasadnianie zmian wybiórczo dobieranymi poglądami niektórych naukowców. Komitet Nauk Pedagogicznych PAN podkreślał w swoich opiniach podobnie, jak miało to miejsce w wypowiedzi pani Dziekan, że wiek rozpoczynania obowiązku szkolnego jest sprawą wtórną w stosunku do funkcji edukacji wczesnoszkolnej.

Natomiast profesor zaprzeczyła badaniom pracownika UW i IBE (prof. UW R.Dolaty i dra M. Sitka), ale także wynikom badań longitudinalnych prof. Zbigniewa Kwiecińskiego (honorowego przewodniczącego Polskiego Towarzystwa Pedagogicznego) głosząc tezę, że szanse edukacyjne dzieci nie zależą od wykształcenia rodziców. Zupełnie bezkrytyczny wobec manipulacji danymi z-ca dyrektora ds. badawczych IBE dr Michał Sitek nadal głosił tezę o tym, że brakuje mocnych argumentów opartych na badaniach wśród dyskutujących tu. My mamy takich niewiele, ale jak mamy, to rzadko z tego korzystamy. IBE badało 6-latków w 2012 i 2014. Środowisko naukowe ustosunkowuje się bez wnikania w dane.

Nie wiem, czy to jest przejaw intelektualnego autyzmu, arogancji czy dalszej manipulacji opinią publiczną? Opublikowane wyniki rzekomych badań z nauką nie mają wiele wspólnego. Jeszcze do tego pana to nie dotarło.



To prawda, że potrzebna jest w przypadku każdej reformy (...) analiza konsekwencji ekonomicznych i społecznych takiej decyzji". Wiemy jednak, że obniżenie wieku obowiązku szkolnego przez poprzednią ekipę MEN miało spowodować skutki ekonomiczne i społeczne pod pozorem wyrównywania szans edukacyjnych dzieci. O skutkach psychopedagogicznych nie będę tu pisał, bo wielokrotnie wskazywałem na pseudonaukową manipulację, jakiej dopuścili się w tej właśnie kwestii pracownicy Instytutu Badań Edukacyjnych.


Od reformy ustrojowej szkolnictwa pod koniec lat 90. XX w. nie było w Polsce żadnych badań dotyczących sieci placówek wychowania przedszkolnego ani też diagnozy potrzeb i aspiracji rodziców w środowiskach rzekomo zaniedbanych, sprzyjających wykluczeniu społecznemu czy edukacyjnie defaworyzowanych. Z jakiego zatem tytułu państwo miałoby zmusić rodziców czy prawnych opiekunów dzieci od urodzenia do 5 roku życia, aby koniecznie oddali swoje dzieci pod codzienną, instytucjonalną pieczę? Czy nasze dzieci są własnością profesorów UW z ich pedagogicznymi roszczeniami instytucjonalizacji nadopiekuńczości państwa wobec nich, a dla rzekomego ich dobra? Czy ktoś pytał, czy i jaki odsetek rodziców dzieci w wieku 3-5 lat rzeczywiście chce i potrzebuje dostępu do przedszkoli?

Może jednak warto sięgnąć do Konstytucji III RP i Ustawy o systemie oświaty, by doczytać, że państwo ma spełniać rolę pomocniczą, a nie tworzyć po raz kolejny w naszych dziejach "kołchozy" sterowanej przez MEN indoktrynacji. Dlaczego rządzący ukrywają przed społeczeństwem dyrektywy Unii Europejskiej w kwestii wymuszonego zwiększenia liczby dzieci objętych edukacją przedszkolną? Może należy podać te wskaźniki, a nie zasłaniać się naukowcami, którzy - jak prawnicy i marketingowcy - mogą do każdej politycznej tezy "dorobić" właściwą interpretację?

Prof. Krzysztof Konarzewski okazał się tu mistrzem analogii, bowiem przyrównał odwracających stan psychopedagogicznej normalności do "strażaków, którzy sami podpalają las, by potem jechać do pożaru i go gasić". Tego typu działania określił mianem "interesownego szkodnictwa" ."Nie pochwalamy ale wiemy, po co on to zrobił. Mamy w MEN do czynienia ze szkodnictwem bezinteresownym. Nie mówi jednak, po co to się robi. PiS walczy z Tuskiem, bo to on zdecydował o sześciolatkach."


Zgadzam się z profesorem, że to władze PO i PSL popełniły kardynalny błąd każąc dostosowywać się niedojrzałym do uczenia się w szkole dzieciom do tej instytucji, zamiast uczynić odwrotnie. Potwierdził znane nam od lat fakty: Oddziały są duże, nauczyciele są zmęczeni, jest problem świetlic, cateringu, ale ... to są dwa przejściowe lata. Potem miało być w porządku. Odcinalibyśmy kupony od zmiany. Przez dwa lata cierpiałyby dzieci, rodzice, ale mamy teraz lepszy system szkolny, bo te placówki się zmieniły. Fajnie. W końcu przez dwa lata nie cierpiałyby dzieci profesora. Nikt mu nie zapewni, że będzie to, co miało być.


Powinny być żłobki i przedszkola w każdym środowisku życia Polaków, w którym na podstawie analiz demograficznych i badania potrzeb instytucjonalnej opieki zapewnia się do nich dostęp, bez względu na stopień ubóstwa czy zamożności. Płacimy podatki, więc mamy prawo oczekiwać wywiązania się samorządów i warunkujących ich budżet władz państwowych z powinności wobec podatników. Nie trzeba tu "wciskać kitu" na temat wyrównywania szans edukacyjnych, bo wyrównywać można co najwyżej asfalt, jak się go dobrze wyprodukuje i położy. Przyjdzie walec i wyrówna. W edukacji nikt niczego nikomu nie wyrówna. Czas przestać podtrzymywać mit dla celów odmiennych od możliwości jego spełnienia.

Oczywiście, nie mogło zabraknąć na tym spotkaniu w UW pani Ligii Krajewskiej, prawej ręki b. minister edukacji Katarzyny Hall, która trafnie przedstawiła się sama jako "gorszy sort Polaków". Miało być dowcipnie, ale okazało się prawdziwe, skoro postanowiła bronić biznesu swojej pryncypałki narzekając ironicznie na to, że "ludzie wychodzą z radości na ulice. Zmniejszono teraz o 22 mln. dotację na dzieci w edukacji domowej.". Nagle MEN pozbawiło nieuzasadnionych dochodów panie, które nadużyły szyldu edukacji domowej do zupełnie innych celów. W świetle powyższego hipokryzją jest kończący wypowiedź apel tej pani: "Nie krzywdźmy dzieci, które niczemu nie zawiniły."

Spotkali się i rozeszli. Nic z tego nie wynika, ani dla oświaty, ani dla polityki, ani dla prawa, ani dla rodziców, ani dla dzieci.

(źródło: memów politycznych - Facebook)

niedziela, 17 stycznia 2016

Ruch Pedagogów Społecznie Zaangażowanych


Wieloletnie - a jakże skuteczne działania kontestujące wdrażane przez poprzednią formację rządzącą zmiany oświatowe - Karoliny i Tomasza Elbanowskich w ramach uruchomionej przez nich rodzicielskiej rewolucji "ratuj maluchy!" tak się spodobały Polakom, że od kilku tygodni otrzymuję informacje o kolejnych ruchach społecznego oporu. Tym razem kontestowana jest obecna formacja rządząca. To oznacza, że wchodzimy wreszcie w fazę demokracji partycypacyjnej, a nie tylko podtrzymywanej pseudodemokracji o charakterze proceduralnym.

Od ponad 26 lat prowadzę badania w działaniu, diagnostyczne, optymalizujące i makropolityczne w zakresie destrukcji demokracji w polskim systemie szkolnym i zarządzaniu nim, które potwierdzają znikome zainteresowanie Polaków sprawami edukacji jako dobrem wspólnym. Nareszcie jednak obywatele zaczęli się naprawdę interesować sprawami publicznymi, skoro różne środowiska inicjują kolejne debaty, fora, protesty, upowszechniają swoje poglądy i opinie w mediach elektronicznych (królują memy polityczne), a nawet powołują do życia nowe organizacje pozarządowe. Coś zatem drgnęło w naszej niedojrzałej demokracji.

Dzisiaj dzielę się pozytywną informacją o tym, że został zarejestrowany przez członka Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN - prof. dr. hab. Tadeusza Pilcha Ruch Pedagogów Społecznie Zaangażowanych. Pomysł na jego powstanie wcale nie zrodził się w wyniku zmiany rządu i transformacji społeczno-politycznej po ostatnich wyborach prezydenckich i parlamentarnych. Pierwsze posiedzenie Ruchu nie jest podyktowane niepokojem, jaki mógł powstać w wyniku konieczności przyjrzenia się przez zaniepokojonych naruszaniem standardów prawa unijnego w Polsce komisarzy UE.

W dniach 31 maja - 2 czerwca 2015 r. miała miejsce w Lipowym Moście k/Białegostoku ogólnopolska konferencja naukowa pedagogów społecznych, która obradowała pod hasłem: „Pedagog jako animator w przestrzeni życia społecznego”. Konferencję zorganizował Zakład Pedagogiki Społecznej z Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu w Białymstoku, zaś jej końcowym postulatem była zapowiedź prof. Tadeusza Pilcha podjęcia prac mających na celu powołanie stowarzyszenia zwykłego p. n. Ruch Pedagogów Społecznie Zaangażowanych.

Osoby zainteresowane poparciem tego stowarzyszenia, zadeklarowały to w toku obrad własnoręcznym podpisem na listach członków założycieli oraz w okresie późniejszym. Już wówczas środowisko akademickich pedagogów dostrzegało złą sytuację w kraju, szczególnie związaną z zaniedbaniami ówczesnych władz państwowych w dziedzinie ochrony najsłabszych, wykluczonych lub zagrożonych wykluczeniem społecznym dzieci, a także źle wprowadzanymi tzw. reformami edukacyjnymi.


W efekcie podjętych przez pedagogów społecznych działań Biuro Administracji i Spraw Obywatelskich Urzędu Miasta Stołecznego Warszawy zaświadcza, że w dniu 9 listopada 2015 roku Prezydent m. st. Warszawy został poinformowany w trybie art. 40 ust. 3 ustawy z dnia 7 kwietnia 1989 r. – Prawo o stowarzyszeniach (Dz. U. z 2015 oz. 1393 j.t.) o utworzeniu stowarzyszenia zwykłego p. n. Ruch Pedagogów Społecznie Zaangażowanych. Wyżej wymieniona organizacja została wpisana do ewidencji stowarzyszeń zwykłych tut. Biura pod poz. 1493. Przedstawicielami reprezentującymi stowarzyszenie są Tadeusz Pilch oraz Tomasz Sosnowski.

Podając powyższą informację do publicznej wiadomości członków/założycieli – profesor Tadeusz Pilch informuje, że w dniu 29 stycznia 2016 roku w siedzibie Wyższej Szkoły Nauk Społecznych „Pedagogium”, w Warszawie (ul Marszałkowska 115, aula nr 106) odbędzie się zebranie konstytuujące, które wybierze władze stowarzyszenia, przyjmie dokumenty statutowe, określi kierunki działalności.

W tym samym dniu i w tym samym czasie odbędzie się zebranie sprawozdawczo – wyborcze Zespołu Pedagogiki Społecznej działającym przy Komitecie Nauk Pedagogicznych PAN. Kierownictwo Zespołu Pedagogów Społecznych KNP PAN i dwaj formalni przedstawiciele reprezentujący Stowarzyszenie Zwykłe p.n. Ruch Pedagogów Społecznie Zaangażowanych: Tadeusz Pilch oraz Tomasz Sosnowski uznali, że występuje niemal całkowita tożsamość członkostwa w obu organizacjach. W związku z tym uważają, że z racji powyższej tożsamości oraz zbieżności programowej obu organizmów, dla sprawności organizacyjnej i oszczędności wysiłku Szanownych Pań i Panów członków obu organizacji – przynajmniej początkowa część zebrań konstytutywnych może zostać połączona. W dalszej części obrady obu organizacji zostaną rozdzielone.

Zaproszenie jest otwarte, toteż zainteresowanych inauguracyjnym spotkaniem nowego w NGO - Ruchu Pedagogów Społecznie Zaangażowanych - niniejszym o tym informuję. Przypominam zarazem, że odbywający się ponad dwa lata temu Zjazd Pedagogów Społecznych przyjął i skierował do ówczesnych władz państwowych stanowisko, które nie znalazło żadnego oddźwięku. Życzę owocnych obrad i skutecznych działań dla dobra najsłabszych członków naszego społeczeństwa.