sobota, 20 sierpnia 2011

Wydawcy kwestionują projekt MEN wprowadzenia elektronicznych podręczników

Pod koniec lipca br. odbyło się w MEN spotkanie Prezydium Sekcji Wydawców Edukacyjnych z minister Katarzyną Hall i wiceminister Krystyną Szumilas w sprawie projektu nowego rozporządzenia o dopuszczaniu podręczników szkolnych. Oprócz mniej lub bardziej istotnych zmian wprowadzonych do projektowanego tego aktu prawnego
pojawiła się jedna bardzo istotna, a mianowicie konieczność przygotowywania przez wydawców podręczników w wersji elektronicznej obok wersji tradycyjnej.

Wydawcy kwestionują powyższy projekt w obecnej jego wersji, gdyż stanowi on zagrożenie dla ich działalności, a to głównie ze względu na powszechne w naszym kraju piractwo książek i czasopism (zob. portal Chomikuj.pl). Poinformowano ministerstwo o pojawiających się problemach i niepokojach odnośnie tego zapisu:

1. strona autorsko-prawna (wykorzystanie materiałów w innych
technologiach kosztuje)

2. techniczna (czy wydawać podręczniki na płytach CD czy w sieci, na jakich platformach, jak zapewnić bezpieczeństwo kontentu?)

3. organizacyjne - jak nauczyciel będzie korzystał z materiału jeśli niektórzy uczniowie będą mieć jedynie wersje elektroniczne a inni papierowe, a poza tym po co tworzyć elektroniczny podręcznik, jeśli wg. zapisu ma on odpowiadać podręcznikowi papierowemu.

4. finansowe – kto zapłaci za niebywale kosztowne platformy edukacyjne,

5. na co mogą liczyć wydawcy ze strony MEN w zmianie modelu biznesowego, skoro tradycyjny jest tak mocno zagrożony.

Najważniejszą konkluzją spotkania była obietnica pani minister, że zasada dotycząca podręcznika w formie elektronicznej zostanie wprowadzona nie wcześniej niż na rok szkolny 2012/2013. Wydawcy natomiast obiecali, że do połowy sierpnia prześlą uwagi do rozporządzenia oraz propozycje wspólnych działań odnośnie zapewnienia z jednej strony celu MEN, jakim jest wprowadzenie podręczników elektronicznych do szkół, a z drugiej zabezpieczenie naszych interesów, tj. głównie zabezpieczenie
przed piractwem.

czwartek, 18 sierpnia 2011

„Promocja” pedagogiki w wyższych szkołach prywatnych w systemie 20:80

Jak wykazują specjaliści w zakresie zarządzania to, co oferują wyższe szkoły prywatne na swoich stronach internetowych w trakcie okresu rekrutacyjnego na studia, jest zgodne z obowiązującymi na rynku marketingowym proporcjami - 20% prawdy i 80% kitu. Dotyczy to w pierwszej kolejności tzw. „wsp”, które powstały na przełomie XX oraz XXI w., a więc mają nadany przez ministerstwo numer powyżej 100 i prowadzą kształcenia na kierunku PEDAGOGIKA. Wystarczy wejść na stronę każdej z tych szkół lub stronę ministerstwa, by otrzymać informację, jakim ona dysponuje numerem rejestracyjnym, a więc którą z kolei wśród rejestrowanych w sektorze prywatnym była dana szkoła.

Oto jedna z gazet donosi, że na Uniwersytecie Medycznym powstała praca naukowa o agresji i przemocy pacjentów wobec lekarzy i pielęgniarek. Pomijam w tym miejscu kwestie metodologiczne, skoro zbadano zaledwie 63 pracowników służby zdrowia w ponad 800 tysięcznym mieście i pominięto w tych badaniach samych pacjentów, bo z krótkiego doniesienia i tak wynika „nędza poznawacza” owego projektu, ale zainteresowało mnie co innego. Otóż badania prowadzono w uniwersytecie, ale ich autor zaprezentował się w całej okazałości jako prorektor wyższej szkoły prywatnej. To klasyczny przykład 20% prawdy i 80% kłamstwa. Za badania zapewne zapłacił (w pensji czy odrębnie?) uniwersytet, ale przypisuje sobie w celach promocyjnych drugiego miejsca pracy w tym samym mieście i to z uśmiechem na twarzy jego pracownik, eksponując funkcję w tzw. „wsp”. Ta uczelnia kształci także pedagogów, więc mogą już teraz wiele dowiedzieć się na temat etyki zawodowej.

Na stronach tzw. „wsp” pojawiają się informacje o konferencjach oświatowych, jakie zostały w nich zorganizowane, tyle tylko, że znowu mamy tu do czynienia w wielu przypadkach z podobną proporcją: 20% prawdy – istotnie, odbyły się w nich konferencje, ale 80% fałszu, bo nie ujawnia się, że dana szkoła udostępniła odpłatnie lub w celach komercyjnych (propagandowych) swoje sale dydaktyczne w godzinach, kiedy są one puste, by inna organizacja czy instytucja zorganizowała w niej jakąś konferencję. Najlepsze jest w tym wszystkim to, że w związku z brakiem uczestników, zainteresowanych organizowanych w takich szkołach różnego rodzaju konkursach, galeriach, spotkaniach spędza się do Sali wszystkich pracowników administracji danej szkoły, by można było sfilmować, zrobić zdjęcia i pochwalić się swoimi wielkimi osiągnięciami na rzecz upowszechniania oświaty, kultury itd. A zatem 20% prawdy, bo coś się odbyło, i 80% fałszu, gdyż uczestniczyli w tym nie ci, do których było to adresowane. Nic dziwnego, że ziewali, przebierali nogami, bo niczego nie rozumieli.

Niektóre wyższe szkoły prywatne mają swoje „wydawnictwa”, „gazety” czy powoływane przez założycieli „instytuty”, tyle tylko, że 20% ich działalności ma charakter naukowy czy oświatowy, zaś 80% czysto komercyjny, fałszywy z punktu widzenia funkcji akademickich, prostudenckich. Studenci płacąc czesne, utrzymują rzesze niepotrzebnych pracowników, gdyż oni sami z wytworów takich „firm” nie uzyskują dla siebie nic, co byłoby im potrzebne. Pod szyldem takich form zatrudnia się znajomych, członków rodzin wszelkiego rodzaju władz takich szkół prywatnych, a studiujący w nich pedagogikę są od tego, by ich utrzymywać. Może dlatego proporcje zatrudnionych w tzw. "wsp" na stałe są następujące: 20% nauczycieli akademickich i 80% pracowników administracji, technicznych i obsługi. Wszystko zależy od tego, jak wielu jest "znajomych królika", członków rodzin i zobowiązań wobec przydatnych dla biznesu osób.

Szkoły informują o ogromnej liczbie specjalności, jakie są gotowe udostępnić swoim nowym studentom. To w 20% jest prawdą, gdyż mają jakoś opracowane plany i programy kształcenia. W 80% jest to jednak fałsz, gdyż im więcej oferują specjalności, tym wielokrotnie więcej powinny mieć studiujących, żeby móc uruchomić kształcenie na każdej z nich. Nie jest to możliwe i wszyscy o tym doskonale w tych szkołach wiedzą. W 80% jest to zatem fałsz, gdyż to, czy dana specjalność zostanie uruchomiona zależy tylko i wyłącznie od ustalonej (minimalnej) liczby chętnych studentów. Jak się nie zgłoszą, to sami są sobie winni. Po pół roku już okazuje się że z 8 czy nawet 14 specjalności zostaną uruchomione tylko dwie lub trzy. Co mają zrobić ci, którzy byli zainteresowani inną niż ta, do studiowania której zostają zmuszeni?

Wyższe szkoły prywatne informują wreszcie o tym, jak to dysponują znakomitą, nową czy nowoczesną infrastrukturą, bazą. W 20% jest to prawdą, ale w 80% fałszem, gdyż nie jest to ich baza, tylko wynajmowana (w związku z czym plany zajęć podporządkowane są wolnym godzinom prawowitego dysponenta, a nie interesom i potrzebom studiujących), obciążone są kredytami (także pod wartość hipoteczną), a zatem w 80% jest to fałsz. Można zatem zobaczyć na stronach tych szkół piękne zdjęcia tyle tylko, że jest to tak samo wiarygodne jak to, kiedy robimy sobie fotkę na tle jakiegoś „wypasionego” jachtu w Chorwacji i przesyłamy je znajomym, by pochwalić się swoją nową własnością. A niech ich zawiść zżera.

Wreszcie, wyższe szkoły prywatne chwalą się, jaką to mają wspaniałą kadrę. Tak, ale w 20%, bo w 80% są to osoby zatrudnione na umowy krótkoterminowe. Czegokolwiek by nie zawaliły, złe odium spada na szkołę, ale sama tak chciała. Dlatego na stronach pisze się o sukcesach studentów, ale to nie dotyczy nawet 20%, bo 80% ma studiowanie "w nosie". Jak się okazuje w "wsp" zaledwie 20% studiujących zdaje egzaminy dyplomowe w terminie, a 80% "buja się" z nimi przez kolejne miesiące, a nawet lata.

środa, 17 sierpnia 2011

Wakacyjna odmienność
















































Urlop, gdziekolwiek jest spędzamy, staje się mimo wszystko szansą na oderwanie się od miejsca, osób czy zdarzeń, których doświadczamy no co dzień, a zarazem stwarza okazje do nowych doświadczeń, spotkań i przeżyć. Wspaniale, że można go spędzić z Najbliższymi, dla których zawsze jest za mało czasu w ciągu roku pracy, niezależnie od tego, ile się go dla nich poświęca. Spacerując, wędrując, przemieszczając się różnymi środkami lokomocji można obserwować świat z innej perspektywy i miejsca. Zamieszczam kilka fotografii miejsc, które odsłaniają naszą słabość do troski o jakość. Wielokrotnie miałem możliwość przekonania się w różnych miejscach – na skwerach, deptakach, w restauracjach, barach, placach zabaw dla dzieci, w kolejkach, lokalnych urzędach, że ciągle jeszcze nie jesteśmy przygotowani do przyjmowania czy goszczenia u siebie OBCYCH - turystów, przybyszów, wczasowiczów, gdyż traktuje się ich jak zło konieczne, na którym przy każdej możliwej okazji trzeba zarobić ponad wszelkie normy przyzwoitości, nie wspominając już o ekonomicznym rachunku zysków i strat. Polska maniera do wyzyskiwania innych, byleby już, teraz, natychmiast można było się „wzbogacić” rozmija się z racjonalnością, w świetle której wiadomo, że mający poczucie i świadomość takiego potraktowania, już więcej nie pojawią się w tym samym miejscu, nie skorzystają z czyichś usług czy ofert. Być może w przyszłym roku wybiorą inne możliwości spędzenia urlopu, by mieć nie tylko radość aktywnego odpoczywania, ale i ponoszenia z tego tytułu kosztów, które będą adekwatne do jakości świadczonych usług. Niektóre sytuacje wydawały się zabawne, toteż utrwaliłem je na zdjęciach.

Na fotografiach utrwalono:
- Jak dać się narysować (skarykaturować);
- Gdzie pszczoły jeszcze robią miód, bo jak Prezydent podpisze Ustawę Sejmu o GMO (czyli prawo ds. organizmów modyfikowanych genetycznie), to pszczoły będą już w tylko podręcznikach historii;
- Jak nosić buławę marszałkowską;
- Jak odczytać czas letni i zimowy tego samego dnia i o tej samej porze na zegarach lokalnej poczty;
- Jak spędzić wszasy, czyli o potrzebie zmiany refrenu w piosence Wojciecha Młynarskiego, który będziemy teraz śpiewać: "Jesteśmy na wszasach....";
- Jak rehabilitować się z użyciem tynków gipsowych;
- Jak odbyć kurs psychoterapii zorientowanej na proces w Trójmieście (ciekawe o czyj lub jaki proces w Trójmieście tu chodzi?).

wtorek, 16 sierpnia 2011

Ministerstwo podejmie interwencję w sprawie wyłudzania przez niektórych Polaków habilitacji na Słowacji

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego i Nauki odpowiedziało na Stanowisko Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk w bulwersującej od ponad 5 lat środowisko akademickie w naszym kraju sprawie wyłudzania przez niektórych Polaków stopni i tytułów naukowych z pedagogiki i pracy socjalnej (nie wiadomo, dlaczego uznawanej przez władze głównie niepublicznych szkół wyższych jako odpowiednik pedagogiki w dyscyplinie pedagogika społeczna).

Jak stwierdza w skierowanym do Przewodniczącego KNP PAN prof. dr. hab. Stefana M. Kwiatkowskiego piśmie z czerwca 2011 r. wiceminister w tym resorcie, Podsekretarz Stanu prof. dr hab. Zbigniew Marciniak:

"Biorąc powyższe pod uwagę, przedstawione w dokumentacji sygnały o nieprawidłowościach budzą niepokój i wymagają wyjaśnienia. Dlatego też, doceniając troskę środowiska naukowego pedagogów o zapewnienie wysokiej jakości uzyskiwanych stopni doktora i doktora habilitowanego z zakresu pedagogiki – zarówno w kraju jak i za granicą – pragnę zapewnić Pana Profesora, że w celu przeciwdziałania sygnalizowanym w raporcie nieprawidłowościom zwrócę się do naszych partnerów słowackich z prośbą o przedstawienie obecnej sytuacji związanej z przebiegiem procedur związanych z uzyskaniem stopnia doktora habilitowanego oraz rozważę wystąpienie z inicjatywą zorganizowania kolejnego spotkania ekspertów na podstawie ww. umowy dwustronnej" (Umowa między Rządem RP a Rządem Republiki Słowackiej o wzajemnym uznawaniu okresów studiów oraz równoważności dokumentów o wykształceniu i nadaniu stopni i tytułów uzyskanych w RP i RS z dn. 18 lipca 2005 r. – uzup. BŚ)