piątek, 2 marca 2012

Jak MEN i MNiSW prowadzą do katastrofy kulturowej i intelektualnej polskiego społeczeństwa


Polskie społeczeństwo musi jeszcze doświadczyć wielu rozczarowań, kryzysów, by nie tylko uświadomić sobie manipulacje, jakimi posługuje się władza resortu edukacji, by wprowadzić politykę M. Thatcher (była przecież ministrem edukacji w Wielkiej Brytanii) w wydaniu więcej, niż nieprofesjonalnym i nieadekwatnym do współczesności. Doprawdy, fatalnych ma doradców kolejna minister edukacji, skoro sama nie potrafi analizować i projektować zmian oświatowych, stosując triki, które dobre były w latach 70. minionego wieku, szczególnie w państwach totalitarnych czy redukujących demokrację, ale kompromitują władzę w społeczeństwie demokratycznym, majacym na szczęście jeszcze dostęp do wiedzy o świecie.

Czy władze tego kraju nadal uważają, że Polacy są tumanami, analfabetami, bezmyślnie i bezkrytycznie gotowymi przyjmować wszystko to, co jest im narzucane parlamentarnymi rozstrzygnięciami, a po tłumieniu i unikaniu wcześniejszej krytyki społecznej, naukowej, profesjonalnej?

Rozbawiła mnie informacja MEN, że już pani minister postanowiła porozumieć się z dotychczas opozycyjnym wobec MENowskich projektów i regulacji prawnych w edukacji środowiskiem rodziców. Jak podaje GW resort: "zaprosił ruch Ratujmaluchy.pl do udziału w ogólnym Forum Rodziców, a więc razem z dziesięcioma innymi organizacjami zainteresowanymi różnymi problemami edukacji. Będą przedstawiciele rodziców dzieci ze szkół społecznych, rodziców dzieci niepełnosprawnych, rad rodziców itp. Do tego forum może się też zgłosić - jak zachęca MEN na swojej stronie internetowej - każda inna organizacja edukacyjna." (http://wyborcza.pl/1,75478,11260044,MEN_pogada_z_rodzicami_o_szesciolatkach.html)

Rewelacja! Pani minister zaprosiła do Forum Rodziców, które nie ma żadnych uprawnień w zakresie wpływu na cokolwiek w polityce oświatowej. To dekoracyjne ciało, jakich mieliśmy już od socjalizmu setki na Al. Szucha 25. Zacne grono, bo co do tego nie mam wątpliwości i jego nie kwestionuję, żeby nie było żadnych wątpliwości, może się spotkać, pogadać, ale i nie musi. Czegokolwiek by to Forum nie ustanowiło, o cokolwiek by nie zaapelowało, bo przecież żądać niczego nie może, i tak nie ma żadnej mocy sprawczej. Jego refleksje, opinie, uwagi mogą wylądować w szufladzie, w koszu, w "zamrażarce dobrych praktyk" itp. Mogą - rzecz jasna - poruszyć panią minister, ale i nie muszą. Woluntaryzm i etatyzm pięknie się tu łączą ze sobą.

Naukowcy nie zamierzają milczeć. Coraz częściej wypowiadają się w prasie codziennej, bo ta - w odróżnieniu od rozpraw naukowych - zapewne jest jeszcze zrozumiała dla niektórych pracowników resortu edukacji. Profesor Aleksander Nalaskowski - dziekan Wydziału Nauk Pedagogicznych UMK w Toruniu i dyrektor I Społecznego Liceum Ogólnokształcącego w mieście Kopernika - wyostrza w wywiadzie dla FAKTU swój sprzeciw wobec zgubnej polityki oświatowej, jaka jest prowadzona od szeregu lat w naszym kraju - polityki fatalnej i nieodpowiedzialnej, ukierunkowanej na doraźne korzyści polityczne towarzyszy partii rządzącej i ich koalicjantów. Tytuł wywiadu: Importujemy Inteligentów - zapowiada konieczność uruchomienia w naszym kraju silniejszego ruchu oporu, wsparcia słusznych roszczeń i oczekiwań społecznych i profesjonalnych w zakresie budowania społeczeństwa wiedzy, a nie ignorancji!

O samych posłach Profesor stwierdza, że przyklepują ustawy jak stado baranów, które po protestach w sprawie ACTA (...) właśnie się obudziło. A gdzie były te barany, jak nad projektowanym prawem trzeba było dyskutować, przewidywać, jakie może mieć skutki? Tak zwani "posłowie", może i większość z nich, prowadzili komisy ze złomem motoryzacyjnym, przeszczepiali sobie piersi, gardłowali za aborcją albo zarządzali zielenią w Pcimiu Górnym nie mieli czasu czytać ustaw, a pewnie dla niektórych z nich czytanie ze rozumieniem jest umiejętnością wiąż niedostępną...

Prof. A. Nalaskowski już nie zamierza dłużej dyskutować, tylko formułuje słuszny apel do młodych pokoleń i ich rodziców, jeśli nie chcą, by skutki uczestniczenia w pseudoedukacji dotknęły ich w przyszłości jeszcze silniej i głębiej. Stwierdza zatem: Jeśli reforma będzie kontynuowana, nie zostanie wstrzymana w całości – mówię o 6-latkach, nauczaniu historii, utrzymaniu 3-letnich liceów ogólnokształcących – nastąpi katastrofa intelektualna. Przez 3 lata mogą studiować cokolwiek, a po licencjacie mogą zmienić zdanie i wybrać dowolną dyscyplinę naukową zupełnie inną od tej, której uczyli się na poziomie licencjata. W taki oto sposób mamy magistrów po 2 latach studiów..

Profesor potwierdza to, o czym od lat piszę, a mianowicie, że czas demistyfikować tę zabawę w kotka i myszkę, jaką prowadzi MEN z obywatelami i nauczycielami. Wywiad kończy zatem tak:

Rodzice skupieni wokół Stowarzyszenia Rzecznik Praw Rodziców nie mogą przedstawić swojego stanowiska minister edukacji, bo nie mogą się z nią skontaktować. – Taka osoba nie powinna być ministrem. W Polsce jest 700 tysięcy nauczycieli. Gdyby ta grupa tupnęła nogą, wszyscy by się przestraszyli. Nauczyciele powinni odmówić, rzucić w kąt nowe podręczniki, które się do niczego nie nadają, zapowiedzieć, że nie będą na ich podstawie uczyć. Może wtedy przyszłoby otrzeźwienie. (http://www.fakt.pl/Nalaskowski-Importujemy-Inteligentow,artykuly,147340,1.html)

czwartek, 1 marca 2012

Dopóki wiemy, czego nie chcemy,

to mamy szanse mieć to, co chcemy. (as long as we know what we don’t want we have a chance to have what we want)

To jedno z haseł studenckich strajków, jakie rozpoczęły się w Republice Czeskiej. Na Uniwersytecie w Hradec Kralowe powstał "Hradecki ruch studencki 2012", którego inicjatorzy ogłosili w poniedziałek strajk okupacyjny na rzecz wolności studiowania w Czechach. Studenci przychodzą na uczelnie z plecakami i śpiworami. Po pierwszej nocy okupacyjnego strajku rektor i dziekani Uniwersytetu w Hradec Kralowe przynieśli studentom jogurty i kanapki na śniadanie.

Takich strajków i protestów młodzieży Republika Czeska nie pamięta od 1989 r. a więc od słynnej "aksamitnej rewolucji" na czele z Vaclavem Havlem. Dzisiaj brakuje im tego przywódcy i moralnego autorytetu.

Ostatniego dnia lutego protest studentów rozpoczął się na placu Jana Palackeho w Pradze. W strajkach i różnego rodzaju pokojowych formach protestu - w ramach ogłoszonego ”tygodnia niepokoju” (happeningi, teatralne przedstawienia, wykłady publiczne itp.) - uczestniczy już ok. 10 tys. studentów m.in. z uniwersytetów w Żlinie, Hradec Kralowe, Pilznie, Ostrawie i Brnie.

Akademicka młodzież nie godzi się z założeniami reformy szkolnictwa wyższego. Występuje przeciwko zmniejszeniu liczby przedstawicieli studentów w senacie, projektowi ograniczenia władzy profesorów uniwersyteckich, skrócenia toku studiów i redukcji środków publicznych na badania naukowe. Minister zapowiedział wprowadzenie odpłatności za studia tłumacząc, że we wszystkich niemalże krajach studiujący ponoszą jakieś koszty z tego tytułu. Młodzi powinni brać kredyty studenckie, a spłacać je po uzyskaniu dyplomu. Za semestr studenci powinni płacić 10 tys. korun czeskich.

Protestujący zatem skandowali – "Komeński na Hrad!", "Dobesza do kosza!" (to nazwisko ministra). Na transparentach pojawiają się napisy – "Nie chcemy Dobesza, wolimy Brumbę!" (z HARRY POTTERA).

Rektor Uniwersytetu Karola w Pradze prof. VACLAV HAMPL – skomentował akcje protestacyjne: "To dobrze, że przyszło tylu studentów. Ciekawe ilu jeszcze musi wyjść na ulice, żeby minister uświadomił sobie, że w jego reformie jest coś fundamentalnie złego?" (www.Idnes.cz 20.02.2012)

Co ciekawe, Premier już w ub. roku złożył Prezydentowi wniosek o odwołanie ministra szkolnictwa, ale nie został on przyjęty. Kto jest doradcą ministra szkolnictwa w Czechach? Syn Prezydenta V. Klausa.

(http://www.lidovky.cz/klaus-porusil-ustavu-tvrdi-pithart-dbl-/ln_domov.asp?c=A120228_230139_ln_domov_mpr)

środa, 29 lutego 2012

Studentka to czy prowokatorka?

Wczoraj cały dzień trwały w mediach dyskusje na temat tego, jak mamy zwracać się do pań, które piastują funkcje czy społeczno-zawodowe role w różnych instytucjach. Sprowokowała je pani minister sportu - Joanna Mucha w programie red. Tomasza Lisa która poprosiła, by zwracano się do niej per "pani ministra". Ugenderowienie codziennego języka rozbawiło wielu dziennikarzy, a i mnie uczuliło na to, by zamiast zwracać się do pełniącej jakąś funkcję kobiety per "pani X", poszukiważ zwrotu bardziej adekwatnego dla podkreślenia równości płci. Tak więc nie będę już mówił "pani rektor" tylko "pani rektorko", zamiast kanclerz - kanclerko, zamiast pani dziekan-pani dziekanko, zamiast pani pedagog - pani pedagożko (tu ciekawie wpisuje się w tę rolę gorycz), zamiast pani antropolog-pani antropolożko itp.

Co mam jednak powiedzieć i jak mam zwrócić się do pani dorci-87 (Cóż za narcystyczny adres "narcystki"?), która nie raczyła się przedstawić w skierowanym do mnie liście? A może jest to osoba innej płci z rocznika 87? Nie wiem. Na pedagogice studiują raczej w większości kobiety. No, chyba że jest to pozorująca AWF jakaś pedagogika sportu czy coś takiego. Domyślam się jedynie, co wcale nie było takie trudne, że owa tajemnicza osoba studiuje pedagogikę lub podszywa się pod studentkę (-ta) tego kierunku. Pisze bowiem do mnie tak:

Witam, czy byłaby możliwość aby Pan napisał mi esej z pedagogiki porównawczej na 8 stron czcionką standardową 12
- między nowoczesnością a ponowoczesnością
- czas i edukacja permanentna ( Gaston Pineau)
na podstawie książki pt. Edukacja w świecie współczesnym, wybór tekstów z pedagogiki porównawczej pod redakcją Romana Lepperta wydawnictwo Impuls, Kraków 2000
Zbyszko Melosik
Jaki byłby koszt takiego eseju i ile trwałaby realizacja. proszę o odpowiedź. dziękuję


Fatalna pisownia, ale ją rozumiem. W końcu nawet najwybitniejsi byli dyslektykami. Wielu z nas też zdarzają się błędy literowe czy interpunkcyjne. Potraktowanie jednak mojej osoby (a z zapisu tego listu wynika, że skierowała go do kilkudziesięciu doktorów, doktorów habilitowanych i profesorów łącznie) jako firmy usługowej, jest głębokim nieporozumieniem. Zapytałem, czy tę pracę potrzebuje dla prof. Z. Melosika, bo w liście widnieje jego nazwisko, ale już mi nie odpowiedziała na to pytanie. Ciekawe, jak zareagowali na tę prowokację pozostali adresaci?

KIEPSKI żart, tynfa wart.

wtorek, 28 lutego 2012

Resort edukacji narodowej na szarym końcu! Czas zbadać jakość czasu pracy MEN!

Niestety, wczorajszy wywiad minister edukacji - Krystyny Szumilas dla "Rzeczpospolitej" tylko utwierdził mnie w dotychczasowej diagnozie, że jest to jeden z najgorszych resortów, i to nie tylko tego rządu. Jednoznacznie zostało potwierdzone, że można być ministrem edukacji bez wizji, bez strategii, bez jakiegokolwiek pomysłu na doskonalenie funkcjonowania polskiego systemu oświatowego. Zapewne to redakcja wyeksponowała w tytule wywiadu jego esencję, przypominającą zresztą najgorszej marki herbatę z okresu PRL, która nazywała się "Popularna". Tytuł mówi już sam za siebie: "Nie lubię rozmawiać bez celu".

Jak nie ma się nic do powiedzenia, to nie udziela się wywiadów (to rada Leszka Millera z SLD), chociaż wydawałoby się, że jak kilka lat było się w opozycji do oświatowej polityki PiS, a potem przez cztery lata było się wiceministrem edukacji, to chyba powinno się mieć coś do powiedzenia na temat projektowanych zmian. Tych jednak nie ma, bo wdraża się w życie to, co zostało już zatwierdzone przez poprzedniczkę. Pani minister nie lubi rozmawiać bez celu. Czyżby to dziennikarz miał jej te cele eksponować, by w zależności od uznania ich za godne, zgodziła się na wyrażenie własnego sądu, opinii, że nie wspomnę już o jakimś zamiarze? Czyżby tysiące stron raportów, wyników badań międzynarodowych, krajowych, lokalnych, zapewne też tysiące godzin spędzonych w trakcie wspomnianej już służby w MEN nie wystarczyło, by wyrobić sobie własną wizję i misję działania w tym resorcie?

Po co zatem utrzymywać ministerstwo ze środków publicznych i dla kogo? Polskie przedszkola i szkoły, a także placówki opiekuńczo-wychowawcze obejdą się bez niego i świetnie sobie poradzą z własnym funkcjonowaniem, bo na szczęście pracują w nich nauczyciele, wychowawcy i pedagodzy, którzy wiedzą, jak pracować z dziećmi i młodzieżą. Nie oznacza to, że nie popełniają błędów, ale MEN nie jest im potrzebny, by je eliminować. Po co są rady pedagogiczne, rady rodziców, rady szkół? Po co są organy prowadzące? Jeśli ma to być jedynie komórka podziału budżetowych pieniędzy na edukację publiczną i dofinansowywanie edukacji niepublicznej, to wystarczy powołanie jednego departamentu w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego czy nawet w Ministerstwie Sportu (tu chociaż ktoś lobbuje na rzecz jego misji), by wyspecjalizowani w tym urzędnicy-ekonomiści czuwali nad właściwą dystrybucją środków.

Po 100 dniach, w publicznej ocenie "nowego" rozdania i sprawowania władzy -edukacja, która powinna być forpocztą wszelkich przemian i innowacyjności, została sklasyfikowana na przedostatnim miejscu! Tak więc kolejny już rok znajduje się na szarym końcu! Wstyd! - powinien krzyknąć z poselskiej mównicy prof. J. Rostowski. WSTYD!

MEN nie ma żadnej wizji i strategii. Przepraszam, pani minister kieruje nas do Michała Boniego. Nie wiedziałem, że minister administracji i cyfryzacji jest teraz ministrem edukacji. Krystyna Szumilas stwierdza bowiem w wywiadzie: Strategie zostały opracowane w poprzedniej kadencji przez ministra Michała Boniego, teraz są przyjmowane. Są w nich wskazane kierunki zmian. My je realizujemy. Wspólnym mianownikiem wszystkich naszych działań jest jakość kształcenia. Najważniejsze jest, aby polska szkoła gwarantowała dobrą edukację. Zmieniając szkolnictwo zawodowe, nadzór pedagogiczny, system egzaminów zewnętrznych, zasady pracy z uczniami ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi mieliśmy jeden cel: poprawę jakości systemu edukacji.

Strategie są przyjmowane. Strasznie długo to trwa. A życie biegnie, świat się zmienia, tylko MEN stoi w miejscu i czeka na jakieś badania. Jakieś, bo dotyczące tego, o czym wszyscy już od dawna wiedzą, a mianowicie dotyczące czasu pracy nauczycieli. Wszyscy wiemy, ile czasu pracuje nauczyciel. Są tacy, jak zapewne wielu urzędujących w MEN, którzy pozorują, prześlizgują się z roku na rok, niczego pożytecznego nie tworzą, poza pobieraniem comiesięcznej pensji, i są mistrzowie, liderzy, nauczyciele pasjonaci, twórczy, uwielbiający ten zawód. Tych ostatnich jest mimo wszystko więcej, niż tych miernych, przeciętnych. I co? Czas pracy i jego jakość zostaną w wyniku statystycznych operacji uśrednione? Okaże się, że wszyscy nauczyciele pracują ok. 39,7 godz. tygodniowo. Poruszający będzie to wynik.

A mnie interesowałyby badania socjologiczne czasu pracy urzędujących w MEN. Ciekaw byłbym tego ogromnie. Ile pracuje w tym urzędzie osób, po co i jak oraz co z tego wynika dla jakości polskiej edukacji?

Pani minister w końcu zapowiedziała w wywiadzie: "Mamy (czyli MEN) dwa lata na dobre przygotowanie szkół do ich przyjęcia (chodzi o sześciolatków w szkołach podstawowych). Zrobię wszystko, aby ten czas wykorzystać jak najlepiej." Może socjolodzy z IBE zbadają jakość czasu pracy pani minister i jej zespołu?

Nadal pani minister wprowadza opinię publiczną w błąd twierdząc, że to dzięki zmianom pani K. Hall: "Dziś rodzice mają wybór. Mogą wybrać dla swojego dziecka edukację przedszkolną lub szkolną. Jeśli zatem chcą, mogą je wysłać do pierwszej klasy. Szkoła musi je przyjąć." Otóż rodzice zawsze mieli wybór, tak w okresie PRL, jak i w dobie mającej w kraju od ponad dwudziestu lat transformacji ustrojowej. Jeśli dziecko sześcioletnie wykazywało dojrzałość szkolną, mogło uczyć się w szkole podstawowej wraz z siedmiolatkami. Cóż to zatem za wielka łaska i reforma?

Pani minister edukacji nie wie i plecie androny, kiedy stwierdza: "Studia przygotowują do pracy z małym dzieckiem zarówno w przedszkolu jak i szkole. Nauczyciele posiadają odpowiednią wiedzę." Niestety, nie. Była minister K. Hall zapisała w rozporządzeniu, że nauczyciele nie muszą mieć odpowiedniej wiedzy. Wystarczy, że ktoś ukończył studia na kierunku pedagogika - specjalność wychowanie przedszkolne, by mógł zgodnie z prawem Hallowej uczyć w klasach I-III! I odwrotnie. Ktoś, kto przygotowywał się w czasie studiów do pracy w zakresie edukacji zintegrowanej w tzw. nauczaniu elementarnym, może pracować w przedszkolu, jak nie będzie dla niego etatu w szkole. Obie panie nie zrozumiały do dnia dzisiejszego specyfiki kształcenia akademickiego przyszłych nauczycieli.

Oczywiście, wydaje im się, że praca w przedszkolu, to tylko zabawa i nie trzeba niczego umieć, by organizować maluchom zajęcia, opiekować się nimi i dbać o ich bezpieczeństwo. Jak u J.J. Rousseau - wystarczy patrzeć, przyglądać się, "podlewać latorośl", a ona sama się rozwinie. Dla ministrów nie ma pedagogiki przedszkolnej i nie ma pedagogiki elementarnej jako odrębnych specjalności, wymagających - od wykonujących w przyszłości zawód nauczyciela - profesjonalnych kompetencji, zorientowanych na określoną grupę wiekową ich podopiecznych. Znamy to, Nie powiodło się w tym kraju kształcenie dwukierunkowe, bo jest zbyt kosztowne, chociaż można tak przygotowywać do zawodu w Czechach, na Słowacji, w Niemczech czy Austrii, to wprowadzono "protezy" - "produkty nauczycielopodobne": fizyk może uczyć matematyki, chemik biologii, geograf historii, a historyk filozofii. Hiszpańskiego może uczyć każdy, kto nie ma żadnego certyfikatu, byle miał narzeczoną czy narzeczonego z tego kraju. Niektórzy kończą jakieś pseudojęzykowe kursy i stają się po nich szkolnymi edukatorami języków obcych. Draaaamat!

Gdzie jest centrum dowodzenia oświatą? Niewątpliwie ma ono miejsce w Ministerstwie Finansów, a tu edukacja nie jest traktowana priorytetowo. Miliony z dotacji unijnych są "przejadane", konsumowane dla doraźnego ratowania takich czy innych placówek, instytucji, etatów, realizowania konkursów, projektów, które wygasają po ich zakończeniu, a więc zmiany są płytkie, tymczasowe.

Na pytanie dziennikarki: Przygotuje Pani projekt zmian? minister edukacji odpowiada: "Punktem wyjścia do dyskusji będą przedstawione przez stronę samorządową i związki zawodowe postulaty oraz wyniki badań."


W "Polska. Dziennik Łódzki" (29.02.2012) mamy kontynuację tego serialu. Na pytanie dziennikarki do minister edukacji: Czy jest możliwy powrót do 8 letniej szkoły podstawowej i 4 - letniego liceum? pada odpowiedź: "U genezy powstania gimnazjum leżało to, że innych warunków i metod nauczania potrzebuje dziecko, a innych dorastający młody człowiek. Mając na uwadze też obniżenie wieku szkolnego, trudno sobie wyobrazić szkołę, w której 6-latek uczy się razem z 15-latkiem". Hmmm. Prowadzę właśnie ogólnopolskie badania we wszystkich typach szkół publicznych. Okazuje się, że dzięki permisywnej w tym względzie polityce MEN mamy w kraju coraz więcej zespołów szkół - szkoła podstawowa i gimnazjum (niektóre przyjmują nazwę: "Zespół Szkół Publicznych - Szkoła Podstawowa i Gimnazjum w..." lub "Zespół Szkół Podstawowo-Gimnazjalnych w ..."). Ciekawe, czy pani minister wie o tym? Zapewne nie wprowadzono tej kategorii do oficjalnych statystyk. Dotychczas mieliśmy tylko zespoły szkół ponadgimnazjalnych. Teraz mamy kolejne dziwolągi - 9-letnie szkoły podstawowo-gimnazjalne. To jest dopiero nowość!


(źródła: http://www.rp.pl/artykul/9160,829303-O-szesciolatkach-minister-edukacji-Krystyna-Szumilas.html?p=3; Podręcznik co najmniej na 3 lata, Z Krystyną Szunilas, minister edukacji narodowej rozmawia Aldona Minorczyk-Cichy, Polska. Dziennik Łódzki, 2012 nr 49, s. 12)

niedziela, 26 lutego 2012

Nie wszystko złoto, co się świeci?

Już kiedyś o tym pisałem, że nazwy własnej "uniwersytet" - "uniwersytecki" -używają nie tylko uniwersytety, ale także te podmioty w sferze usług edukacyjnych, które nie są powiązane z jakimkolwiek uniwersytetem w naszym kraju. No, chyba, że ktoś w nich pracujący, ma uniwersytecki dyplom.

Zastanawiam się zatem nad tym, czy każdy może używać tej nazwy w sytuacji, gdy jest podmiotem gospodarczym powiązanym z edukacją np. gdy jego oferta edukacyjna nie ma nic wspólnego z akademicką, tylko jest adresowana do uczniów szkół podstawowych, gimnazjów czy ponadgimnazjalnych? Czy też możemy nazwać ją uniwersytecką? Czy nie mamy tu do czynienia z nadużywaniem nazwy "uniwersytet" , "uniwersyteckość" tylko po to, by wprowadzić klientów w błąd, sugerując im związek z instytucją, którego nie ma? Czy właściwe jest podnoszenie sobie w ten sposób niczym niezasłużonego prestiżu w rynkowej walce o zdezorientowanego klienta?

Jeżeli czytam informację o tym, że działa w mieście X szkoła uniwersytecka, to w sposób naturalny, oczywisty kojarzę ją z uniwersytetem. Tymczasem istnieje na rynku niepubliczna placówka oświatowa, która w autoprezentacji żadnych powiązań z uniwersytetem nie wykazuje:

"Uniwersytecka Szkoła Kształcenia Indywidualnego jest placówką powstałą na bazie wieloletnich doświadczeń ośrodków edukacyjnych działających w systemie SELF STUDY w Europie Zachodniej i Stanach Zjednoczonych. Oferta naszej szkoły stworzona została z myślą o tych, którzy bez wychodzenia z domu, w sposób łatwy i wygodny, bez narzuconych godzin, według własnego rytmu pragną podnosić swój poziom wiedzy oraz kwalifikacje. Te zalety są powodem, dla których wiele osób podejmuje naukę w Uniwersyteckiej Szkole Kształcenia Indywidualnego." http://www.uski.edu.pl/?page=onas

Nie wszystko złoto, co się świeci? W językach obcych tak ponoć brzmi to porzekadło:

angielski: (1.1) all that glitters is not gold
arabski: (1.1) ليس كل ما يلمع ذهبا
bułgarski: (1.1) не всичко, което блести, е злато
czeski: (1.1) navrch huj, vespod fuj
duński: (1.1) det er ikke alt guld, som skinner
hiszpański: (1.1) no es oro todo lo que reluce, no todo lo que brilla es oro
jidysz: (1.1) ניט אַלץ וואָס גלאַנצט איז גאָלד (nit alc wos glanct iz gold)
łaciński: (1.1) non omne quod nitet aurum est
niemiecki: (1.1) es ist nicht alles Gold, was glänzt
nowogrecki: (1.1) ό,τι λάμπει δεν είναι χρυσός
rosyjski: (1.1) не всё то золото, что блестит
szwedzki: (1.1) allt är inte guld som glimmar
włoski: (1.1) non è tutto oro quel che luccica

http://pl.wiktionary.org/wiki/nie_wszystko_z%C5%82oto,_co_si%C4%99_%C5%9Bwieci