niedziela, 5 maja 2013

ONIET, WSP w Łodzi, i inne portale, czyli hajter o błędach literowych, faktograficznych i fotograficznych



Ponad tydzień temu ukazał się w wydaniu tradycyjnym "Gazecie Prawnej" wywiad ze mną na temat polskiej edukacji, a dopiero wczoraj - po jego ukazaniu się w wersji online - redakcja ONET-u wrzuciła swoje jego omówienie. Moim zdaniem nie jest to najlepsze streszczenie, chociaż zostało okraszone kilkoma cytatami. Tymczasem prowadzący wywiad Rafał Drzewiecki nadał mu swoistą dynamikę, stawiając kluczowe pytania. Tak jednak musi być w tabloidowych mediach, że tekst nie może być w nich zbyt długi, za to jego czytelnicy mają pole do popisu. Nie będą przecież sięgać do całego wywiadu (ten przedrukowała m.in. Oficyna Wydawnicza "Impuls"), nie muszą też interesować się tym, co sam opublikowałem na określony temat. Natomiast mogą wykazać się własną inwencją.

Forumowicze, komentatorzy mogą coś lub czemuś na tej kanwie: dopisać, przypisać, zarzucić, ośmieszyć, pochwalić, sprostować, podkreślić, odrzucić, podrzucić, zareklamować, insynuować, skopiować, dodać, ująć, zniekształcić, przeinaczyć, wyolbrzymić, pomniejszyć, wydrwić, zmanipulować, itd., itd. No i świat się kręci. Dziękuję jednej z moich studentek, która w komentarzu podkreśliła, że nazywam się ŚLIWERSKI a nie - jak podał w tytule swojego artykułu i w tekście ONET - ŚLIWIERSKI. Nie mam o to pretensji, bo w rzeczy samej, jest to najczęściej pojawiający się błąd literowy. Sam przecież też popełniam błędy, bo któż jest doskonały? Ja nie jestem, dlatego wybaczam. Ciekawie natomiast wyglądałby mój tekst, w którym celowo popełniłbym błąd literowy, zmieniając tym samym znaczenie nazwy portalu z taką tradycją już działającego w Internecie, i zamiast ONET napisałbym ONIET. To byłby dopiero wskaźnik najwyższego stopnia hajterstwa, gdyby ów portal miał rosyjski i w dodatku krytyczny w nazwie kontekst.

Muszę jednak oddać sprawiedliwość redaktorom "Wiadomości" ONET-u. Po 3 godzinach zostało poprawione moje nazwisko w tekście, a ja zostałem za ten błąd przeproszony. Pełen szacun.

Mam zatem zadanie dla forumowiczów i blogowiczów, które podpowiedział mi mój przyjaciel. Kto napisze naukowy artykuł na podstawie 3 tys. komentarzy, jakie znalazły się pod omówieniem wywiadu ze mną w ONET? Autor najlepszej rozprawy otrzyma ode mnie specjalną nagrodę wraz z najnowszą książką, która właśnie jest w druku w Oficynie Wydawniczej "Impuls" i lada moment się ukaże, a jest jeszcze bardziej ostra, niż treść udzielonego wywiadu. (Prace należy kierować drogą elektroniczną na podany w blogu adres).

Tłumaczę zarazem część tytułu tego postu. Otóż o tym, z jak poważnym niechlujstwem mamy do czynienia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi najlepiej świadczy fakt opublikowania na stronie portalu "rektorzy.pl" mojego zdjęcia przy nazwisku osoby, której nie znam i przy Wyższej Szkole Pedagogicznej w Łodzi, którą istotnie - kierowałem jako rektor przed laty, ale po wykryciu matactw ze strony założycielki i kanclerz w jednej osobie, złożyłem dymisję i z niej odszedłem. Szkoła także na swojej stronie internetowej wprowadza czytelników w błąd, nie ujawniając rzeczywistych powodów zaistniałego przed trzema laty stanu rzeczy. No cóż, muszę zatem, sprostować ten nie tylko fotograficzny błąd: Nie jestem - na szczęście - już rektorem WSP w Łodzi i nie jestem dr. Leszkiem Cezarym Szymańskim. Fałszywa jest też na stronie tej szkoły informacja, że "Od 2004 roku funkcję Rektora WSP pełnił prof. zw. dr hab. Bogusław Śliwerski, a od 2011 roku funkcję tą powierzono dr Leszkowi Cezaremu Szymańskiemu." Wynikałoby z niej, że od 5 maja 2010 r. do 2011 nie było w tej instytucji retora. No cóż, nie pierwsza to manipulacja medialna. Ciekawe, kto w październiku 2010 r. inaugurował rok akademicki? Może mój sobowtór?

Jeszcze jedno sprostowanie przy szumie wokół wywiadu, jaki przeprowadził ze mną dla "Gazety Prawnej" red. R. Drzewiecki. Ukazują się kolejne omówienia wywiadu, skroty, a tym samym i przeinaczenia. Informacja zaczyna żyć własnym życiem, byle tylko ktoś chiał na nią zwrócić uwagę. Ostatnio, jeden z portali informacyjnych zatytułował "swój" tekst następujaco: "Profesor PAN: Polska właśnie jest na prostej drodze ku edukacyjnej katastrofie". Otóż wyjaśniam. Nie jestem członkiem PAN. Nie jestem profesorem PAN. Jestem przewodniczącym Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, a to nie jest to samo, co bycie członkiem czy profesorem PAN. Zainteresowanym pozostawiam tę kwestię do rozwiązania, byle tylko nie powtarzali takich błędów, bo są one poważne.