sobota, 13 stycznia 2018

Posłowie pytają na wniosek Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN - a minister Jarosław Gowin odpowiada



Pisałem w blogu o planowanym w MNiSW "zamachu" na wykaz B czasopism punktowanych przez MNiSW. Komitet Nauk Pedagogicznych PAN skierował swoje stanowisko w tej kwestii do wszystkich posłów VIII kadencji Sejmu RP. Podjęło ten problem trzech posłów poszerzając zarazem zakres interpelacji do ministra Jarosława Gowina o kwestie związane z projektem Ustawy 2.0:


- Paweł Papke wraz z Piotrem Cieślińskim (posłowie reprezentujący Klub Platformy Obywatelskiej):

Interpelacja nr 17081 do ministra nauki i szkolnictwa wyższego w sprawie marginalizacji polskich czasopism naukowych (Data wpływu: 13-11-2017)

Szanowny Panie Ministrze, kieruję do Pana pytania dotyczące ustawy przygotowanej przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego o likwidacji dotychczas obowiązującej części listy B wykazu czasopism punktowanych MNiSW. Wątpliwości i sprzeciw Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN budzi szczególnie zapis projektu ustawy 2.0 art. 258, par. 6, ust. 2, w którym przewiduje się marginalizację polskich czasopism naukowych, w których zgromadzone są polskie periodyki z obszaru humanistyki i nauk społecznych.
Wg projektu ustawy kryterium oceny czasopism ma stanowić indeksacja w zagranicznych bazach, które prowadzone są przez duże korporacje.

1. Dlaczego mają to być jedyne bazy indeksujące czasopisma liczące się do dorobku naukowego uczonych i tym samym do ewaluacji jednostek naukowych, w których są zatrudnieni?

2. Dlaczego ministerstwo ma w swoich planach wyłącznie umiędzynarodowienie dorobku naukowego, zapominając przy tym o ważności badań krajowych, języka w nich zawartego?

3. Czy ministerstwo ma w planach zamknięcie szans na utrzymanie statusu naukowego dyscyplin, dla których badania zjawisk lokalnych, narodowych, specyficznych regionalnie i kulturowo są zasadnicze?

4. Z projektu ustawy wynika, że publikacje w języku obcym są bardziej wartościowe, czyli wyżej punktowane niż w języku ojczystym. Czy zatem ministerstwo ma za zadanie doprowadzić do zaniku tradycji językowych i wykluczenia różnych innych grup odbiorców takiego przekazu, którzy nie są pracownikami naukowymi?

5. Za publikacje, które znajdą się w bazach zagranicznych, będzie trzeba dodatkowo zapłacić? Kto ma skorzystać finansowo na takim rozwiązaniu? W 2015 roku powstała Polska Baza Cytowań POL-Index, której celem było monitorowanie częstotliwości cytowania artykułów publikowanych w polskich czasopismach naukowych.

6. Jakie koszty zostały poniesione na przygotowanie systemu?

7. Dlaczego idea powstania systemu nie jest aktualnie kontynuowana?

8. W jaki sposób ministerstwo obecnie ustala siłę wpływu polskich czasopism w wymiarze krajowym? Wprowadzenie ww. zmian może doprowadzić do likwidacji polskich czasopism naukowych.

9. Jak ministerstwo zamierza powstrzymać skutki działania ustawy 2.0?



W dniu wczorajszym otrzymałem z Biura Poselskiego Pawła Papke odpowiedź na powyższą interpelację. Odpowiadający: minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin (Warszawa, 21-12-2017)


Szanowny Panie Marszałku,

w odpowiedzi na interpelację Panów Posłów Pawła Papke i Piotra Cieślińskiego z dnia 24 listopada 2017 r. (interpelacja nr 17081), w sprawie marginalizacji polskich czasopism naukowych oraz propozycji likwidacji obowiązującej obecnie części B wykazu czasopism naukowych wraz z liczbą punktów przyznawanych za publikacje naukowe w tych czasopismach. Poniżej przedstawiam wyjaśnienia dotyczące poruszonych w interpelacji kwestii.

1. Dlaczego mają to być jedyne bazy indeksujące czasopisma liczące się do dorobku naukowego uczonych i tym samym do ewaluacji jednostek naukowych, w których są zatrudnieni?

Ocena czasopism jest jednym z najważniejszych instrumentów polityki naukowej, wpływa bowiem na kształtowanie wzorów publikacyjnych, a więc bezpośrednio przekłada cele polityki naukowej na zachowania naukowców. Dotychczasowa polityka kierowała główny nurt publikacyjny do obiegu lokalnego, czego efektem jest – jak pokazują analizy biblio- i naukometryczne – ponad dwa tysiące czasopism na liście B, mających śladowy wpływ na globalny stan badań naukowych. Ich wysoka punktacja w obecnym wykazie czasopism nie ma merytorycznego uzasadnienia.

2. Dlaczego Ministerstwo ma w swoich planach wyłącznie umiędzynarodowienie dorobku naukowego zapominając przy tym o ważności badań krajowych, języka w nich zawartego?

Idea likwidacji listy B nie zakłada pomniejszenia ważnej roli języka ojczystego. Czasopisma w których artykuły pisane są po polsku również są indeksowane w ww. bazach. Należy jednak zaznaczyć, że takie czasopisma muszą spełniać dobre praktyki wydawnicze, oraz mieć wpływ na naukę ponadregionalną. Dlatego też kierunek zmian wpisuje się szerokie spektrum działań zmierzających do pokazania dokonań badaczy polskich na arenie międzynarodowej (np. utworzenie NAWA czy docenienie umiędzynarodowienia w algorytmie finansowania publicznych uczelni) oraz otwarcia nauki z jednej strony na świat zewnętrzny (Ustawa o Innowacyjności), ale również na globalny świat nauki.
Brak polskich badań nad polską i europejską historią oraz kulturą prezentowanych w czasopismach o międzynarodowym zasięgu powoduje, że polski punkt widzenia na sprawy ważne dla tworzenia europejskiej tożsamości jest niezauważalny czy pomijany w międzynarodowych dyskursie. Nieobecność polskich naukowców na arenie międzynarodowej prowadzi do tego, że są nam narzucone inne narracje, które mogą marginalizować znaczenie polskiej kultury i historii.

Powinnością badaczy zorientowanych na kulturę narodową oraz historię regionalną winno być nie tylko badanie lokalnych ojczyzn w sposób cechujący się doskonałością naukową, ale również pokazywanie światu wyników swoich badań oraz bogactwa polskiej kultury i prezentowanie na forum międzynarodowym polskiej racji stanu.
Czasopisma techniczne na liście B również powinny określić swoją rolę i adresata: albo są to czasopisma ukierunkowane na (1) transnarodowy naukowy dyskurs i wówczas konieczne jest podjęcie próby wejścia do globalnych baz, albo na (2) komunikację z lokalnym otoczeniem, czego efektem powinien być transfer wiedzy do społeczeństwa i gospodarki (a nie efekty publikacyjne). Dobrymi przykładami polskich czasopism notowanych w bazach międzynarodowych są: „Diametros” (filozofia), „Scienta et Fides” (teologia), „Teksty Drugie” (teoria literatury) osiągające wyjątkowo wysokie notowania wpływu w bazach międzynarodowych.

3. Czy Ministerstwo ma w planach zamknięcie szans na utrzymanie statusu naukowego dyscyplin, dla których badania zjawisk lokalnych, narodowych, specyficznych regionalnie i kulturowo są zasadnicze?

Rolą badań naukowych jest poznawanie i próba rozumienia świata, a publikacje służą do komunikowania oraz dyskusji nad wynikami badań i ustaleń naukowych. Prezentowane rozwiązania nie likwidują lokalnego dyskursu naukowego, a jedynie nadają mu charakter uzupełniający/dodatkowy. Wskazują, że naukowcy – niezależnie od dyscypliny – mają obowiązek publikowania wyników badań na możliwie szerokim forum, tak, aby ich prace (finansowane z pieniędzy podatników) miały możliwie największe oddziaływanie kulturotwórcze, na rozwój wiedzy, rozumienie świata i przyczyniały się do zwiększania prestiżu polskich uczelni, instytutów badawczych oraz instytutów PAN.

Humanistyka od zawsze była międzynarodową działalnością, a powinnością badacza było znać i komunikować się, w co najmniej w kilku językach, w tym w lingua franca danych czasów (wpierw była to łacina, później język francuski, niemiecki, teraz język angielski). Można to zrobić jedynie wówczas, gdy publikacje prezentujące najważniejsze wyniki będą publikowane w czasopismach dostępnych dla międzynarodowych badaczy – tj. gdy np. streszczenie artykułu napisanego po polsku jest publikowane w lingua franca współczesnej nauki.

Wyniki krajowych badań również powinny cechować się w najwyższym stopniu doskonałością naukową. Lokalność przedmiotu nie wyklucza zainteresowania badaniami uczonych z całego świata. Gdy Bronisław Malinowski opisywał Wyspy Trobriandzkie, mało kto o nich wówczas słyszał. Jednakże doskonałość prowadzonych studiów sprawiły, że bardzo lokalny przedmiot badań stał się znany na całym świecie.

Badania nad wzorami publikacyjnymi w naukach humanistycznych i społecznych nie potwierdzają zaniku badawczych tradycji językowych w krajach nieanglojęzycznych. Jest zgoła odmiennie: w krajach takich badacze z nauk humanistycznych publikują równolegle w językach narodowych i w języku angielskim. W roku 2014 publikacje w języku angielskim stanowiły 78% publikacji wszystkich publikacji z nauk humanistycznych i społecznych badaczy z Flandrii (po niderlandzku opublikowanych było 16% wszystkich publikacji). W Finlandii publikacje po angielsku stanowiły 68%, w Norwegii 61%, w Czechach 26%, w Słowacji 25%, a w Polsce 17%.
Bez pokazania światu wyników badań polskich, polska myśl pedagogiczna nadal pozostaje niewidoczna w głównym nurcie badań edukacyjnych. Jedyną szansą na wyjście z naukowych peryferii dla wielu dyscyplin zwłaszcza w naukach społecznych i humanistycznych jest wyjście poza hermetyczny krąg lokalnego środowiska naukowego i poddanie się rzetelnej krytyce międzynarodowej.

Dlatego też Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zamierza uruchomić program wsparcia dla czasopism za istotny element reform.

4. Z projektu ustawy wynika, że publikacje w języku obcym są bardziej wartościowe, czyli wyżej punktowane, niż w języku ojczystym. Czy zatem Ministerstwo ma za zadanie doprowadzić do zaniku tradycji językowych i wykluczenia różnych innych grup odbiorców takiego przekazu, którzy nie są pracownikami naukowymi?

Brak części B “Wykazu czasopism punktowanych” nie oznacza, że zabraknie na tej liście najlepszych polskich czasopism humanistycznych wydawanych w języku polskim lub innych językach. Przede wszystkim należy podkreślić, że w bazie Scopus jest aktualnie indeksowanych 108 czasopism, w których publikowane są artykuły w języku polskim, a całościowo w bazie tej jest indeksowanych 358 polskich czasopism. Oznacza to, że w bazie Scopus indeksowane są między innymi takie czasopisma jak „Język Polski”, „Teksty drugie”, „Studia z Filologii Polskiej i Słowiańskiej” , „Kwartalnik Historii Żydów”, „Ekonomista”, „Filozofia Nauki”.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego uruchomi program wsparcia praktyk wydawniczych i edytorskich dla najlepszych polskich czasopism naukowych nieindeksowanych w międzynarodowych bazach indeksacyjnych, który pozwoli tym czasopismom włączyć się w międzynarodowy obieg myśli.

5. Za publikacje, które znajdą się w bazach zagranicznych będzie trzeba dodatkowo zapłacić? Kto ma skorzystać finansowo na takim rozwiązaniu?
Po pierwsze, wszystkie prestiżowe międzynarodowe bazy indeksacyjne indeksują czasopisma bezpłatnie – nie ma wyjątków od tej reguły. Po drugie, w ramach Wirtualnej Biblioteki Nauki, zapewniony jest przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego dostęp krajowy do czasopism wydawanych przez najważniejszych międzynarodowych wydawców oraz baz indeksacyjnych.

W 2015 roku powstała Polska Baza Cytowań POL-Index, której celem było monitorowanie częstotliwości cytowania artykułów publikowanych w polskich czasopismach naukowych.
Naukowe analizy bibliometryczne z 2015 r. wykazały[1], że POL-index zaproponowany w 2013 r. nie powinien być rozbudowywany ani zmieniany, lecz powinien zostać zamknięty i dalej nierozwijany. Zebrane od wydawców polskich czasopism naukowych dane są bardzo złej jakości i ostatecznie nie zostały wykorzystane w żaden w sposób w ocenie polskich czasopism naukowych.

6. Jakie koszty zostały poniesione na przygotowanie systemu?

System POL-index jest polską bazą cytowań czasopism naukowych działającą w oparciu o ustawę z dnia 30 kwietnia 2010 roku o zasadach finansowania nauki. Cykliczny obowiązek wprowadzania danych do bazy oraz ich zakres określa rozporządzenie Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 29 czerwca 2015 r. w Sprawie Systemu Informacji o Nauce. Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego realizowało m.in. zadanie związane z zaprojektowaniem i utworzeniem zintegrowanego z systemem narzędzi analizy pełnych tekstów publikacji i metadanych oraz moduły raportujący („Zadanie 27 ICM Budowa narzędzi analitycznych”) na którego realizacje poniesiono koszty w wysokości 965 381,18 zł.

7. Dlaczego idea powstania systemu nie jest aktualnie kontynuowana?

Należy podkreślić, że kontynuowanie prac nad POL-indexem byłoby nie tylko niezgodne z najnowszymi badaniami naukometrycznymi wskazującymi na problem konstrukcji takich baz lokalnych, ale – co ważniejsze – przyczyniłoby się do deprecjonowania nauk humanistycznych i społecznych.

8. W jaki sposób Ministerstwo obecnie ustala siłę wpływu polskich czasopism w wymiarze krajowym?

Ostatnia ocena krajowych czasopisma naukowych nieindeksowanych w bazach międzynarodowych została przeprowadzona w 2015 r. na podstawie zasad z Komunikatu MNiSW z dnia 2 czerwca 2015 r. w sprawie kryteriów i trybu oceny czasopism naukowych.

Obecnie trwają prace nad przygotowaniem nowych zasad oceny czasopism. Ponad 350 polskich czasopism indeksowanych w bazach międzynarodowych będzie ocenianych na podstawie wskaźników bibliometrycznych. Jednocześnie MNiSW uruchomi program wsparcia dla krajowych czasopism naukowych nieindeksowanych w bazach międzynarodowych, którego celem będzie wsparcie działań wydawniczych i edytorskich polskich czasopism naukowych. Umożliwi to wdrożenie kompleksowego programu działań podnoszących poziom praktyk wydawniczych oraz wsparcie polskich czasopism w wejściu w międzynarodowy obieg naukowy oraz indeksację w międzynarodowych bazach naukowych.
Wprowadzenie ww. zmian może doprowadzić do likwidacji polskich czasopism naukowych.

9. Jak Ministerstwo zamierza powstrzymać skutki działania ustawy 2.0?

Do osiągnięć o szczególnym znaczeniu, które będą uwzględniane przy ewaluacji, będą należeć: monografie naukowe wydane przez wydawnictwa publikujące recenzowane monografie naukowe, artykuły naukowe opublikowane w czasopismach naukowych, ujętych w indeksowanych, międzynarodowych bazach czasopism naukowych o największym zasięgu. Podstawową zasadą nowego modelu oceny publikacji będzie ujednolicona metoda oceny wszystkich kanałów publikacji poprzez uznanie – funkcjonującej od ponad pół wieku w naukometrii – zasady dziedziczenia prestiżu (artykuł jest wart tyle, ile czasopismo, w którym jest opublikowany a książka jest warta tyle, ile wydawnictwo ją wydające).

Na potrzeby ewaluacji minister właściwy do spraw szkolnictwa wyższego i nauki określi, w drodze rozporządzenia, wykazy wydawnictw i czasopism naukowych wraz z liczbą punktów przyznawanych za monografie naukowe wydawane przez te wydawnictwa i artykuły naukowe publikowane w tych czasopismach oraz okres stosowania wykazów na potrzeby ewaluacji jakości działalności naukowej, mając na uwadze uznaną renomę wydawnictw oraz czasopism. Podstawą do budowy wykazu czasopism punktowanych będzie uznana międzynarodowa baza bibliograficzna oraz te polskie czasopisma, które stosują dobre praktyki wydawnicze (anonimowe recenzje, istotny udział autorów spoza jednostki wydającej czasopismo, dostępne metadane artykułu, ciągłość wydań oraz metadane i co najmniej abstrakt w języku angielskim). Wykaz wydawnictw będzie przygotowywany we współpracy Komisji Ewaluacji Nauki, ekspertów zewnętrznych oraz Biblioteki Narodowej i będzie obejmował tylko uznane wydawnictwa.

Polskie czasopisma spełniające wymogi (dobre praktyki wydawnicze) będą mogły ubiegać się o wsparcie w ramach programu „Wsparcie dla czasopism naukowych”. Obejmować on będzie dofinansowanie realizacji projektów służących wsparciu polskich czasopism nieindeksowanych w międzynarodowych bazach bibliograficznych o największym zasięgu w wejście w międzynarodowy obieg naukowy. Do konkursu mogą być zgłoszone projekty obejmujące finansowanie działań podnoszących na najwyższy poziom jakość praktyk wydawniczych, wdrożenie cyfrowych identyfikatorów publikacji i autorów, zwiększenie umiędzynarodowienia oraz przystosowanie do indeksowania czasopism w międzynarodowych bazach bibliograficznych o największym zasięgu.

Program będzie szansą dla polskich czasopism, które mają rzeczywiste znaczenie dla polskiego środowiska naukowego oraz włączają się w globalny obieg myśli w swojej dyscyplinie. Jest to szczególnie istotne dla czasopism z zakresu nauk humanistycznych i społecznych.

Szczegółowe kryteria ewaluacji jakości działalności naukowej, tryb jej przeprowadzania i sposób dokumentowania określi minister właściwy do spraw szkolnictwa wyższego i nauki określi, w drodze rozporządzenia uwzględniając specyfikę kształcenia w szkole doktorskiej oraz prowadzenia działalności naukowej w ramach dziedzin.


---
[1] Drabek, A., Rozkosz, E. A., Hołowiecki, M., & Kulczycki, E. (2015). Polski Współczynnik Wpływu a kultury cytowań w humanistyce. Nauka i Szkolnictwo Wyższe, 2 (2(46)), 121. doi:10.14746/nsw.2015.2.4

piątek, 12 stycznia 2018

Zdumiewające odznaczenie Pelagii Lewińskiej, która niszczyła polskie harcerstwo


Mamy w kraju hossę na dekomunizację po 28 latach transformacji ustrojowej. Przy okazji przygotowywania tekstu na temat harcerstwa jako środowiska wychowawczego do monografii naukowej natrafiłem na zdumiewającą dla mnie informację o tym, że w 2003 r. prezydent III RP Aleksander Kwaśniewski odznaczył Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski - Pelagię Lewińską . Jest to drugie pod względem starszeństwa w Polsce państwowe odznaczenie cywilne, które nadawane jest za wybitne osiągnięcia na polu oświaty, nauki, sportu, kultury, sztuki, gospodarki, obronności kraju, działalności społecznej, służby państwowej.

Tak, jak odznaczenia mają swój awers i rewers, tak też i w tym przypadku mamy nie tylko przysłowiowe - dwie strony medalu. Czy można odznaczać kogoś, kto być może zasłużył na tak wysokie uhonorowanie za to, co uczynił do 1945 r., a więc biograficzny awers jest pozytywny, natomiast od 1946 r. stał się bolszewickim dewastatorem polskiego harcerstwa i jego skautowych korzeni oraz tradycji, czyli rewers jest negatywny?

Odnoszę wrażenie, że postkomunistyczny światopoglądowo prezydent A. Kwaśniewski pod koniec swojej drugiej kadencji postanowił jednak odznaczyć postaci, które zasłużyły się dla sowieckiej przemocy wobec Polaków i polskiej kultury oraz edukacji.

Kim była Pelagia Lewińska? Warto odnotować w tym miejscu jej biogram z Wikipedii, który częściowo oddaje prawdę o jej skandalicznej aktywności w dziejach polskiego harcerstwa pod 1946 r.:

"Pelagia Lewińska (ur. 1907, zm. 1 czerwca 2004) – działaczka PPR i PZPR, posłanka na Sejm Ustawodawczy oraz na Sejm PRL I kadencji, od sierpnia 1953 roku do stycznia 1956 roku kierownik Wydziału Oświaty KC PZPR.

W 1946 jako pracownica wydziału propagandy PPR została mianowana sekretarzem generalnym Związku Harcerstwa Polskiego. Przypisuje się jej autorstwo reorganizacji ZHP w 1948, polegającej na ograniczeniu wieku jego członków do 15, a następnie nawet 14 lat, ścisłym powiązaniu struktur harcerskich ze szkołami podstawowymi i strukturami administracyjnymi państwa, co umacniało kontrolę partii nad związkiem, powiązaniu ideologicznym i organizacyjnym harcerstwa ze Związkiem Młodzieży Polskiej oraz centralnym sterowaniu programem drużyn (Harcerska Służba Polsce).

Wprowadzenie tych zmian spowodowało odejście z ZHP dużej grupy instruktorów. W styczniu 1949 Pelagia Lewińska wygłosiła referat Problemy przebudowy harcerstwa opublikowany później jako broszura pt. Walka o nowe harcerstwo, w którym ideologię skautingu i harcerstwa poddawała miażdżącej krytyce, a dotychczasowe ZHP oskarżała o "służbę na korzyść imperializmu" i porównywała z organizacjami hitlerowskimi: W okresie okupacji więziona w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau. Po wojnie należała do PPR, a następnie do PZPR: w latach 1952–1964 była zastępcą członka KC PZPR. Była posłanką na Sejm Ustawodawczy oraz na Sejm I kadencji (1952–1956) (z okręgu Stargard Szczeciński).

W 2003 odznaczona Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski za upamiętnianie prawdy o Auschwitz. Autorka wspomnień: "Oświęcim. Pogarda i triumf człowieka. (Rzeczy przeżyte)" (Paryż 1945)."

***
Uważam stwierdzenie autora tej noty, jakoby owa pani poddała miażdżącej krytyce ideologię skautingu i harcerstwa za zbyt delikatną i uproszczoną, bo czytelnik tego hasła może dojść do wniosku o słuszności takiej postawy. Tymczasem była to postać, która doprowadziła do zniszczenia nie tylko korzeni polskiego skautingu i harcerstwa, ale i przyczyniła się do represji Urzędu Bezpieczeństwa wobec przedwojennych instruktorów, w tym - Harcmistrza Aleksandra Kamińskiego oraz do wyeliminowania z bibliotek wszystkich dzieł o skautingu i harcerstwie, których pamięć przywróciła dopiero Oficyna Wydawnicza "Impuls" swoją serią reprintów! Warto dostrzec, jak głęboko niszczyła polską kulturę i fałszowała historię.

W 1948 r. tak pisała Lewińska w swoim projekcie reorganizacji ZHP dla Sekretarza Generalnego KC PPR Bolesława Bieruta:

Dotychczasowe deklaracje ideowe były faktycznie wyznaniem wiary ludzi starszych, stanowiących zamkniętą kastę instruktorską, wyrażającą w swoim kastowym języku klasowe interesy burżuazji. Obecnie trzeba wyraźnie postawić sprawę, że „ideologia harcerska” może być tylko ideologią socjalistyczną przełożoną na język dziecięcy. W tym duchu powinno być przepracowane prawo harcerskie. Zaś odrębna deklaracja ideowa jest zbędna, gdyż deklaracją taką dla instruktorów może być tylko deklaracja ZMP . Wychowanie miało zatem odbywać się poprzez pracę, w działaniu, bo (…) praca jest treścią życia, (…) praca jest jedyną uczciwą drogą przez życie i (…) praca, nie „gra”, jest podstawą wszystkich osiągnięć jednostki i społeczeństwa.

W dobie stalinizmu Pelagia Lewińska przeprowadziła „rewizję założeń wychowawczych skautingu i harcerstwa”. Jak pisała w obrzydliwie propagandowej broszurze: "Rewizji tej dokonaliśmy jednak- wspólnym wysiłkiem grupy PZPR-owskiej oraz i naszych przyjaciół bezpartyjnych w kierownictwie ZHP. Wspólnym wysiłkiem dorabiamy się nowych treści i form wychowawczych, z których wyrośnie młode pokolenie socjalistyczne – rezerwa Związku Młodzieży Polskiej".

Zaprzeczała, ośmieszała, zmanipulowała genezę, tradycje, doświadczenia i metodykę wychowania harcerskiego, które oparte było na założeniach m.in. puszczaństwa, by nadać mu wymiar politycznej indoktrynacji, pisząc: "Trudno zrozumieć nam, ludziom okresu budowy ustroju socjalistycznego, jak można mówić o wykształceniu młodzież, przebywającej w puszczy, cech dobrego obywatela. Jak można myśleć, że człowieka postępu społecznego, nowoczesnej techniki, człowieka cywilizacji, który własnymi rękami buduje nowy ustrój, można wychowywać w ostępach leśnych, z dala od życia i jego spraw, z dala od jego walki?"

Tak wprowadzoną propagandą zaprzeczała istocie skautowania nadając mu wymiar rzekomego przygotowywania w krajach imperializmu kapitalistycznego młodzieży do prowadzenia zaborczych wojen kolonialnych przesyconych cynicznymi „frazesami o międzynarodowym braterstwie skautów”, przypisywała skautingowi pogardę dla nauki i przeciwstawienie wychowania szkole, "(…)które w ujęciu skautowym jest zaprzeczeniem wszelkiej pedagogicznej myśli i nie uznaje żadnej bio-psychicznej właściwości dziecka".

Jej zdaniem harcerstwo przyczyniało się do wprowadzenia do życia dzieci i młodzieży „(...)zatęchłego powietrza egoistycznej moralności burżuazyjnej(...)”, eksponowanie wyrosłej z faszyzmu zasady wodzostwa („Führerprinzip”), a sam skauting jest „fabryką nadziei” i „paniczykostwa”, a więc bawienia się w pracę. "Baden-Powell i wszyscy jego uczniowie łącznie z Kamińskim twierdzą, że cały skauting to jest „wielka gra”. Dla nich życie staje się także „grą”, hazardem, chwytaniem tego, co przynosi przypadek… . "

Aleksander Kamiński umacniał swoimi publikacjami przetrwanie przez instruktorów okresu bolszewickiej inżynierii społecznej, by właściwe u swych podstaw podejście do harców służyło dzieciom i młodzieży, a nie realizacji ideologicznych interesów władzy państwowej. To wobec jego rozpraw naukowych i harcerskich skierowany został atak P. Lewińskiej, która tak zakończyła swoją propagandową broszurę:

"Zasadniczy krok naprzód polegał na zdemaskowaniu reakcyjnych korzeni skautingu. Było to zdarcie błyskotliwej i powabnej zasłony z metod skautowych, które w treści swej są wrogie masom ludowym, które są wrogie postępowi. Tylko w walce z tymi metodami można tworzyć nową organizację. Budowa ustroju socjalistycznego wymaga od nas czujności w walce z wrogiem na wszystkich odcinkach."


Przez ówczesną MaBeNę, której elementem była m.in. krytyka prac A. Kamińskiego, chciano zatrzeć pamięć o rzeczywistej historii skautingu, harcerstwa i myśli pedagogicznej okresu II Rzeczypospolitej. Łódzki pedagog społeczny podkreślał w książce "Wielka gra" wydanej w czasie okupacji dla Szarych Szeregów, w okresie antyfaszystowskiego podziemia, że (...) nie konstytucja, nie ustrój państwa, nie koncepcje reform, nie masy ludzkie i nie granice stanowią o wielkości jednostki i narodu, ale sam człowiek ze swoją potencjalną zdolnością do kształtowania własnego charakteru."

Jego rozprawy znalazły się na indeksie wraz z wydaną w 1948 r. książką o wychowaniu w szkole metodą harcerską.

Jakże bała się myśli "Kamyka" czerwona zaraza polityczna czytając, że każdy ustrój polityczny państwa staje się jednym ze znaczących czynników w procesie socjalizacji, możliwości animowania działań wychowawczych oraz w rozwijaniu się osobowości młodego człowieka. Rzecz jednak w tym, by tej strukturze nie ulegać, ale "(…) z odwiecznej skarbnicy ducha ludzkiego i ducha Polski wyłonić te pierwiastki, które zapewniłyby triumf w walce z każdego rodzaju totalitaryzmem jako swoistego rodzaju bestią". (A. Kamiński („J. Górecki”), Wielka Gra, Warszawa: Niezależne Wydawnictwo Harcerskie 1981, s. 13.)

Prezydent A. Kwaśniewski przedstawicielkę tak ujętej bestii odznaczył. O Kamińskim już żaden z prezydentów III RP nie pamiętał. Może w 2018 r. - ROKU HARCERSTWA POLSKIEGO prezydent Andrzej Duda wyrówna rachunek krzywd temu wybitnemu pedagogowi polskiemu, którego awers i rewers życia oraz naukowych dokonań jest dwoiście jednoznaczny.

czwartek, 11 stycznia 2018

Rankingowe emocje oświatowe



Rankingi były, są i będą, bo rodzice chcą wiedzieć, na której pozycji ulokowała się szkoła, do której uczęszczają ich dzieci. Emocje opadają, przynajmniej w tych województwach, w których wyniki są z roku na rok coraz gorsze. Do takich należy województwo łódzkie. Jeszcze na przełomie Stuleci Liceum Ogólnokształcące Nr 1 im. Mikołaja Kopernika w Łodzi przez długi okres czasu należało do krajowej czołówki. W roku 20017 znalazło się na 13 miejscu w kraju, zaś w 2018 r. spadło już do trzeciej dziesiątki, bo jest na 23 pozycji.

Już w ub. roku na stronie szkoły nie zmieniono autoprezentacji. Wbrew wynikom ubiegłorocznego rankingu chwalono się, że: "I Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika to najstarsza polska szkoła średnia w Łodzi, zaliczana od lat do grona dziesiątki najlepszych szkół w Polsce, w której współczesność splata się z tradycją." Powinni skorygować na: "I Liceum Ogólnokształcące im. Mikołaja Kopernika to najstarsza polska szkoła średnia w Łodzi, zaliczana od kilku lat do grona drugiej dziesiątki najlepszych szkół w Polsce, w której współczesność splata się z tradycją." Od 2018 r. powinna nastąpić kolejna zmiana w tej prezentacji, by wszyscy przeczytali, że tak wspaniałe liceum jest już w ... trzeciej dziesiątce średnich szkół ogólnokształcących w kraju.

Kiedy jednak dyrektor łódzkiej "Jedynki" postanowił awansować i wygrał konkurs na kuratora oświaty, zaczęła się rankingowa bessa. Kuratorem jest się jednak tak długo, jak długo w rządzie jest popierające go stronnictwo polityczne. Znakomity nauczyciel i menadżer oświatowy stał się mało znaczącym kuratorem oświaty, bowiem nie zapisał na swoim koncie już żadnych sukcesów, poza - być może - finansowymi. Szkoda takich pedagogów na urzędasów. Jedynym zyskiem tej placówki z kadencji w KO było uzyskanie środków finansowych na wyremontowanie budynku i modernizację wyposażenia w pomoce dydaktyczne, ale - jak się okazuje - im jest piękniej, tym gorzej.

Żaden z kolejnych dyrektorów "Jedynki" nie odnotował już takich sukcesów. Teraz mogą tylko wzdychać, bo wprawdzie jeszcze dzierżyli do 2017 r. berło pierwszeństwa w mieście Łodzi (tylko o sześć miejsc dalej była w 2017 r. powstała kilka lat temu, konkurencyjna średnia szkoła ogólnokształcąca - LO Politechniki Łódzkiej), ale już w 2018 r. je stracili na rzecz konkurencji w PŁ.

W 2018 r. pierwszym liceum w Łodzi jest akademickie LO przy PŁ, które zajęło 21 miejsce w kraju. Jak widać, to rodzice zorientowali się, że jeśli ich pociecha będzie uczyć się w średniej szkole przy Politechnice, to niemalże ma pewną przyszłość w jej murach wraz z indeksem. Ten trend rozwija się dynamicznie w całym kraju. Co lepsza szkoła wyższa, to tym wcześniej zaczyna inwestować w swoich przyszłych studentów.

Z łódzkich liderów znalazło się na 59 pozycji w kraju kolejne z akademickich - Liceum Ogólnokształcące Uniwersytetu Łódzkiego im. Sprawiedliwi wśród Narodów Świata. Zapewne będzie ostro konkurować z "Polibudą", gdyż ogromną popularnością cieszy się powołane do życia przy UŁ publiczne przedszkole, o którym powstała już publikacja b. dyrektor dr Joanny Sosnowskiej z Wydziału Nauk o Wychowaniu UŁ.


Na III miejscu w Łodzi, a na 28 w Polsce jest łódzkie XXI LO, które raz pnie się ku górze, raz spada o kilka pozycji, ale mieści się w krajowej trzydziestce. Ta szkoła ma szansę pokonać w przyszłym roku nawet "Jedynkę", gdyż cieszy się większą popularnością wśród młodzieży jako placówka z ponoć "lepszą atmosferą, ciekawszymi nauczycielami i wolna od "wyścigu szczurów". Żadna szkoła z tzw. rankingowego szczytu w kraju nie informuje o liczbie prób samobójczych, depresjach młodzieży, dziesiątkach tysięcy złotych rocznie inwestowanych przez rodziców w ich "olimpijczyków", o korzystających z narkotyków itp.

Procesy rywalizacji między szkołami są najsilniej uwidocznione na etapie przejścia między gimnazjami a szkołami ponadgimnazjalnym, kiedy zaczyna się rzeczywista walka o klienta, o zaspokojenie potrzeb tych, których chciałoby się posiąść do realizacji funkcji założonych szkoły. Wystarczy, że w rekrutacji na ten rok szkolny XXI LO miało 402 chętnych na 180 miejsc. W nagrodę otrzymało prawo do uruchomienia aż sześciu klas pierwszych, podczas gdy "Jedynka" dostała zgodę na pięć takich oddziałów.

Można postawić pytanie, po co tworzy się rankingi szkół i upowszechnia informacje o ich pozycji w mieście, województwie i kraju, skoro:

- nie wszystkie szkoły istniejące na rynku są w zasięgu wyboru rodziców i ich nastoletnich dzieci, głównie ze względu na ich położenie, możliwości dojazdu, finanse, liczbę klas o poszukiwanym profilu kształcenia itp.;

- nie wszyscy opierają wybór szkoły na podstawie jej miejsca w rankingu, bez względu na to, na jakich źródłach i kryteriach został on skonstruowany;

- istnieje "szeptany marketing", a więc krążąca w środowisku opinia o szkole, jej nauczycielach, warunkach i obowiązkach uczenia się oraz systemie oceniania itp.;

- o osiągnięciach uczniów decyduje w pierwszej kolejności ich środowisko rodzinne (kapitał ekonomiczny i kulturowy), indywidualne aspiracje edukacyjne oraz poziom wielorakich inteligencji uczniów, a nie typ szkoły i pracujący w niej nauczyciele?








środa, 10 stycznia 2018

W edukacji - bez rekonstrukcji



Już się bałem, że premier Mateusz Morawiecki odwoła minister edukacji Annę Zalewską. Po 12.00 odetchnąłem z ulgą. Nie odwołał, a powołał. Potwierdził tym samym, że edukacja nie jest resortem siłowym. Kosztuje tyle, ile musi, a dzięki pani minister kosztuje o wiele mniej niż za poprzednich rządów. Trudno odwoływać ministra, który zaoszczędził.

Generalnie, w centralistycznym systemie szkolnym trzeba w takim resorcie umieć przetrwać, kto wie, czy nie do wcześniejszych wyborów do Parlamentu Europejskiego. Moje zadowolenie z braku rekonstrukcji w MEN, czyli dobrej zmiany, bierze się stąd, że ten, kto wprowadził re-formę ustrojową, a raczej przywrócił stan sprzed poprzedniej reformy Mirosława Handkego, powinien już za dwa lata zobaczyć pierwsze tego efekty.

Premier jeszcze nie widzi problemów, jakie czekają ten resort oraz całe szkolnictwo, bo zawsze może sobie pomyśleć, że przetrwa do wyborów. Jak przegra, to trudno, a jak wygra, to wspaniale. Wszystko rozstrzygnie się przed wyborami parlamentarnymi wraz z końcem roku szkolnego 2019/2020, kiedy pojawią się problemy z podwójnym rocznikiem młodzieży kończącej szkołę podstawową.

Dla dzieci polityków miejsc w lepszych liceach nie zabraknie. Może być jedynie kłopot ze studiami wyższymi, ale w rządzie pozostał minister Jarosław Gowin, a ten resort też tak przygotowuje regulacje prawne, żeby odpowiadały interesom zainteresowanych tym osób.

Problem z rekonstrukcją rządu ma prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego i opozycja, bo cała konstrukcja pozorowanej kontestacji re-formy edukacji spaliła na panewce. Właściwie, wystarczy jeszcze dosypać do szkolnictwa 500+ na nauczycielskie płace i będzie spokój.

Minister zdrowia chciał - w ramach powrotu opieki medycznej do szkół - koniecznie zwiększyć uprawnienia pielęgniarek szkolnych, ale na szczęście minister Anna Zielińska postawiła się swojemu koledze z rządu, bo słusznie dopatrzyła się, że w myśl zapisów w projekcie ustawy dotyczącej medycyny szkolnej - pielęgniarki uzyskałyby zbyt dalece idące uprawnienia do ingerowania w sferę prywatną rodziców uczniów, prawa dziecka oraz w życie szkoły. To mi się podoba. Kolejny plus.

Jest nadal coś, co łączy kwestie choroby z edukacją, czemu dał wyraz jeden z komentatorów w sieci:

No i ciekawe jaki zdolny i mądry student z pasją przyjdzie do szkoły pracować, by przez wiele lat zarabiać niewiele więcej niż minimalna krajowa nim osiągnie stopień nauczyciela dyplomowanego, którego pensja 2500 to szczyt marzeń młodych nauczycieli? Haha. To już lepiej nic się nie uczyć i pójść do jakiegoś większego zakładu pracy, gdzie od ręki młodemu płacą ponad 2000 na rękę. Chory kraj.

wtorek, 9 stycznia 2018

Samosprawdzająca się hipoteza rzekomo naukowych badań



"DOBRA ZMIANA W MIASTKU. NEOAUTORYTARYZM W POLSKIEJ POLITYCE Z PERSPEKTYWY MAŁEGO MIASTA" - tak brzmi tytuł raportu z badań jakościowych przeprowadzonych wśród wyborców PIS przez zespół badawczy dr. hab. Macieja Gduli wśród przedstawicieli klasy ludowej i średniej tej miejscowości. Wypowiedzi mieszkańców były interpretowane w kategoriach specyficznych dla tych klas dyspozycji.

Czytelnicy dowiedzą się, że było to badanie empiryczne. Owszem, badanie jest empiryczne, ale w paradygmacie badań jakościowych. Badacze interpretowali uzyskane dane z 30 wywiadów wykorzystując teorię klas społecznych Pierre’a Bourdieu i analizę przemian sfery publicznej w sytuacji dominacji internetu.

Socjolodzy nie przedstawiają problemu badawczego, ale można się domyślać jego treści, skoro - jak piszą - chcieli (..) zrozumieć mechanizmy rządzące poparciem dla prawicowych partii i dla rządów PIS w miejscowości, w której PIS uzyskał w 2015 r. niemal pięćdziesięcioprocentowe poparcie, a zatem zbliżone do dzisiejszego, po dwóch latach sprawowania władzy.

"W wywiadzie pogłębionym szukano informacji na temat źródeł, z których badani czerpią wiedzę o polityce, a do opinii i postaw politycznych dochodzono, konfrontując badanych przede wszystkim z pytaniami o wydarzenia i tematy-klucze, które żywo są dyskutowane w sferze publicznej." (s.3)

Zastosowano w tym badaniu wywiad biograficzny, by dowiedzieć się czegoś więcej o swoich rozmówcach oraz pogłębiony celem poznania ich opinii na temat wydarzeń politycznych. Najpierw poproszono wyborców PIS o opowiedzenie historii swojego życia, a po dwóch tygodniach odwiedzono ich ponownie, by porozmawiać o polityce.

"Połączenie tych dwóch wywiadów przyniosło ciekawe efekty, ponieważ umożliwiło nie tylko głębsze zrozumienie przyczyn postaw i poglądów politycznych, lecz także dało szansę na weryfikację tezy o istnieniu związku między postrzeganiem własnego życia w kategoriach porażki i cierpienia a poparciem dla „populistów”. (s. 4-5)

Konstruując scenariusz wywiadu pogłębionego socjolodzy nie pytali o orientację ideologiczną, stosunek do państwa, nie sprawdzali znajomości programów politycznych. Jak piszą: "Koncentrowaliśmy się natomiast na sposobie zdobywania wiedzy o polityce i pytaliśmy o wydarzenia kształtujące poglądy i wpływające na zaangażowanie ludzi w sferę publiczną, o gorące tematy istotne w walce politycznej oraz o ruchy społecznego protestu. Kwestionariusz ten pozwolił dotrzeć do politycznych opinii i postaw, a w wyniku dał coś więcej: możliwość zrozumienia, jaki sens ludzie nadają toczącym się procesom i jak stają się ich częścią." (s. 6)

Jakie wydarzenie polityczne były przedmiotem zainteresowania badaczy? Te, które ich zdaniem "wstrząsnęły" polityką w naszym kraju. Dociekali zatem:

1. Jakie jest zainteresowanie 30 mieszkańców polityką i z jakich korzystają kanałów komunikacji na ten temat?

2. Jak postrzegają i oceniają poprzednie rządy - PO?

3. Co sądzą o:

- programie Rodzina 500+?

- sporze o Trybunał Konstytucyjny?

- całkowitym zakazie aborcji?

- uchodźcach?

- ruchach społecznego protestu?


To, co mnie nieco niepokoi, to posługiwanie się przez autorów tego raportu przekonaniem, że zweryfikowali wstępne hipotezy, jakby w tego typu badaniach można było je w ogóle formułować. Chyba jednak poszli na skróty i "pod publiczkę", bo konfrontowanie wyników lokalnych sondaży politycznych z wypowiedziami 30 rozmówców, w których coś "dominuje", jest mocno naciągnięte.

Jak stwierdzają:

"W opowieściach biograficznych osób z klasy ludowej dominuje sposób opowiadania o sobie, który w analizie biograficznej określa się jako opowieść instytucjonalną. Narracja taka opiera się na wskazywaniu najważniejszych momentów w życiu, które są jednakowe dla większości osób tworzących krąg społeczny, w którym porusza się badany. Jest to opowieść o zwyczajnym życiu, autor przechodzi przez kolejne etapy niejako naturalnie następujące po sobie. Życie nie jest przedstawiane ani jako trajektoria, czyli proces, w którym traci się kontrolę nad własnym życiem, ani jako biografia, czyli osiągnięcie założonych życiowych celów dzięki wytrwałości i pracy jednostki." (s.31)

Autorzy raportu dzielą się swoją opinią na temat różnic w zakresie podobnego poparcia w ostatnich latach dla rządów prawicowych w Polsce na tle innych krajów w Europie.

Badania jakościowe nie służą do ustalania jakichkolwiek prawidłowości, ani też do weryfikowania jakichkolwiek hipotez, tylko do uchwycenia możliwych powodów takich a nie innych postaw czy zachowań wśród respondentów danego środowiska (w tym przypadku - politycznego). Treść wypowiedzi można zatem odnieść tylko i wyłącznie do danej próby badawczej nie do wyciągania wniosków na temat rzekomej zmiany w architekturze komunikacji między politykami a społeczeństwem.

Na zakończenie swoich analiz socjolodzy udzielają odpowiedzi na pytanie, które im przypisuję na podstawie treści tego raportu: Co łączy wyborców popierających tę partię PIS i dlaczego jest to neoautorytaryzm? Przypuszczam, a sposób przeprowadzonych badań to uzasadnia, że zanim przystąpiono do badań, założono, co ma być ich ostatecznym efektem. Autorzy tych wywiadów doskonale wiedzieli przed jego przeprowadzeniem, że:

Dzisiejszy autorytaryzmu odróżnia od dawnego także stosunek do demokracji. Kiedyś autorytaryzm był wprost wymierzony w demokratyczne rządy i miał być antidotum na zdegenerowany parlamentaryzm, dziś korzysta z demokratycznego imaginarium i poszukuje uprawomocnienia przez szeroką mobilizację i głosowanie. Z jednej strony nie jest to od razu powód do radości, bo „demokratycznie” można pozbawiać obywatelstwa albo zakazywać wolności słowa, żeby nie obrażano większości, ale jednocześnie stanowi to rodzaj ograniczenia dla rządów neoautorytarnych liderów. W Polsce przybiera to szczególną postać, bo lider nie jest ani prezydentem, ani premierem i nie głosowano na niego wprost w wyborach. (s. 38)

Badania biograficzne niczego nie potwierdzają, nie weryfikują, o czym socjolodzy doskonale wiedzą. Chyba jednak nie wszyscy. Dlaczego więc publikują swój bezkrytyczny wobec tak oczywistej wiedzy metodologicznej raport w serii "Krytyka Polityczna"? Pytanie jest retoryczne - bo są bezkrytyczni.





poniedziałek, 8 stycznia 2018

Czy wnioskować o odznaczenia?


W Łodzi jest już w ostatnim kwartale drugi profesor Uniwersytetu Medycznego, który odesłał do Kancelarii Prezydenta RP Andrzeja Dudy odznaczenia, jakie odebrał w swojej uczelni za osiągnięcia naukowe. Najpierw był to socjolog medycyny pan dr hab. Wojciech Bielecki prof. UM w Łodzi, który najpierw odebrał odznaczenie, po czym je odesłał Prezydentowi publikując swoje stanowisko na łamach "Gazety Wyborczej". Napisał m.in.:

"Niestety, wobec zjawisk i procesów zachodzących w mojej Ojczyźnie, w których ku rozczarowaniu wielu milionów Polaków bierze Pan aż nadto znaczący udział, nie mogę tego medalu przyjąć" (...) nie może "przyjąć czegoś, co pochodzi z nadania człowieka, który jest z wykształcenia prawnikiem z cenzusem uniwersyteckim, a który w sposób świadomy łamie Konstytucję RP". "Konstytucję, na którą przecież Pan przysięgał – i to deklarując publicznie poszukiwanie pomocy Boga dla jej przestrzegania!"

Pod tym tekstem jest ponad 4 tys. różnej treści komentarzy, najczęściej jednak albo ganiących, albo wychwalających naukowca za tę decyzję. Nie trzeba było długo czekać, żeby w minionym tygodniu dowiedzieć się o kolejnej odznaczonej w tej Uczelni - pani prof. dr hab. Teresie Żylińskiej (biochemik, biolog molekularna, neurochemik), która także postanowiła oddać Złoty Krzyż Zasługi. Nie opublikowała jednak powodów takiego stanu rzeczy, chociaż zapewne jakimiś podzieliła się z Prezydentem.

Właśnie otrzymałem od moich władz pismo, by w najbliższym czasie wytypować osoby z Katedry do odznaczeń lub medali za ich pracę naukową, dydaktyczną i/lub organizacyjną. Nie mam zamiaru jednak pytać, czy - jeśli wyrażą zgodę na to, by w tak symbolicznym wymiarze władze UŁ mogły wyrazić im swoją wdzięczność za dotychczasową pracę akademicką - akceptują pana Prezydenta lub ministra edukacji/nauki i szkolnictwa wyższego, czy nie akceptują? Zapytam ich zgodnie z ustawą, czy wyrażają zgodę na przyjęcie odznaczenia. To oczywiste, że nie wnioskuję o medale czy krzyże lub ordery do władz Uniwersytetu, gdyż Rektor jest tu jedynie pośrednikiem między resortem (gdy w grę wchodzi odznaczenie ministerialne) albo prezydentem.

Każdy ma prawo do tego, by nie przyjmować żadnych symbolicznych wyróżnień za swoją pracę naukowo-badawczą, nauczycielską czy organizacyjną. Jeżeli jednak najpierw wyraża na to zgodę, a po przyjęciu symbolicznej nagrody ją zwraca, to nie wiemy, czy nie zasłużył na to odznaczenie i jednak się zawstydził, rozmyślił, czy może post factum postanowił w innym wymiarze wyrazić swoją decyzję?

W ten sposób można by dojść do absurdu i oddać uzyskane dyplomy np. nominację na tytuł profesora czy habilitacyjny lub doktorski, bo nie akceptujemy naruszania prawa przez wręczającego nam ten tytuł lub dyplom - prezydenta, rektora czy dziekana.

Odnoszę wrażenie, że w ogóle dzieje się coś niepokojącego w tej sferze, bowiem większość osób, która otrzymała ordery, odznaczenia lub medale w okresie np. PRL (są wśród nich obecni rządzący, politycy, posłowie i senatorowie) wcale ich nie odsyłała i nie oddała. Kluczowe pytanie bowiem brzmi - czy otrzymujemy tak symboliczne nagrody za coś, czy ze względu na wyniki sondażu opinii publicznej w zakresie wskaźnika akceptacji podmiotów władzy?

niedziela, 7 stycznia 2018

Pluralis paedagogicus


Ten wpis dotyczy ciekawej struktury gramatyczno-leksykalnej - tak zwanego "ja wpływowego", ponoć działającego na odbiorcę komunikatu, w którym to komunikacie się pojawia. Jak twierdzi Tomasz Łysakowski, osoba gramatyczna jest w sytuacji społecznej perswazyjna, kiedy używa ściśle specyficznych wyrażeń. Język, którym się posługujemy, pełni szereg funkcji, wśród których perswazyjna nie zawsze jest przez odbiorców dostrzegana.

Ludzie bardziej lubią wywierać wpływ na innych, aniżeli na samych siebie. "Za naszą wyjątkowość odpowiada przede wszystkim przeświadczenie o własnej lepszości. Z natury człowiek ma tendencję do przypisywania odpowiedzialności za sukcesy samemu sobie, winy zaś za porażki - okolicznościom zewnętrznym. Na przykład piątkę na egzaminie najczęściej przypisze student własnym zdolnościom lub wysiłkom (Jestem, genialny/nauczyłem się, więc zdałem), dwóję zaś - wredocie profesora lub brakowi szczęścia do pytań egzaminacyjnych (jeżeli wystąpi tam wtedy jakieś ja, to zapośredniczone przypadkiem: Nie udało mi się). (T. Łysakowski, Wpływowe osoby. Warszawa 2005,s. 26)

Co to ma wspólnego z pluralis paedagogicus? Otóż językoznawcy uważają, że pierwsza osoba liczby mnogiej uważana jest tradycyjnie za najskuteczniejszą perswazyjnie, gdyż łączy w sobie manifestowanie tożsamości osobistej i tożsamości społecznej, jakiejś wspólnoty. Jednak osoba koncentrująca się na sobie jako niepowtarzalnej jednostce - zdaniem T. Łysakowskiego - wyłącza swoją identyfikację z grupą społeczną, do której przynależy.

To by wyjaśniało powody, dla których członkowie określonej korporacji, organizacji, stowarzyszenia czy grupy społecznej są skłonni w takiej sytuacji przejawiać postawy i zachowania dyskryminujące grupy obce na rzecz swojej wspólnoty. Takie postawy i zachowania uzasadniane są przekonaniem o wyższości własnej grupy w jakiejś dziedzinie. (...) Poszczególne jednostki trzymać się będą takiej interpretacji tym mocniej, im więcej gratyfikacji będzie im taka tożsamość zapewniać. (s. 36)

W związku z tym, że mamy tendencję do faworyzowania swoich, a nie obcych, innych, to tym większą mamy skłonność do traktowania innych jako gorszych, a przy tym niezróżnicowanych. Tak oto może się okazać, że przedstawiciel jednej społeczności będzie pouczał czy nawet ganił członków swojej grupy używając owego pluralis paedagogicus, by jawić się jako jeden z nich, ale mądrzejszy lub lepszy od reszty.

"To, co mówi nadawca, mogą wtedy brać za dobrą monetę: przecież krytykując wspólnotę nie oszczędza i siebie, a kiedy formułuje wnioski naprawy sytuacji, czyni to także w imieniu wszystkich. Umiejętnie dobierając argumenty i nie zaniedbując dialogu z odbiorcami, może sprawny nadawca upozorować nawet kolektywną decyzję. My dydaktyczne może więc być doskonałym narzędziem w ręku wytrawnego demagoga - byle okoliczności choć trochę sprzyjały" (s. 53).

Tak oto pluralis paedagogicus to manipulator, a zatem uważajmy na tych, co to niby są spośród nas, ale chcą od nas czegoś innego, niż właśnie nam komunikują.