sobota, 8 września 2012

Rodzinne Laboratorium Nauki w Toruniu




Profesor zw. dr hab. Aleksander Nalaskowski z Instytutu Pedagogiki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, ale w tym przypadku przede wszystkim dyrektor niepublicznej Szkoły Laboratorium zaprasza dzieci do swojej Szkoły, a ściślej do jego najnowszej inicjatywy – DZIECIĘCEGO LABORATORIUM NAUKI. Po warszawskim Centrum Nauki "Kopernik" oraz licznych, a regionalnych, akademickich inicjatywach, które dotyczą tworzenia tzw. Uniwersytetów Dziecięcych, jest to niezwykle cenna oferta dla ambitnych i kochających swoje pociechy rodziców, by wspomóc ich w rozwijaniu potencjału osobowościowego własnych dzieci, ale i samych siebie.





Jak pisze prof. A. Nalaskowski na uruchomionej właśnie stronie internetowej - Dziecięce Laboratorium Nauki - inauguruje ono swoją działalność z początkiem października tego roku! Jest to o tyle ciekawsza od wielu dotychczasowych projektów oświatowych inicjatywa, że nie stoi za nią wielka uczelnia czy traktująca to tylko marketingowo i biznesowo jakaś wyższa szkoła prywatna, ale wybitny twórca i znawca szkoły, edukacji alternatywnej, zorientowanej na wspomaganie rozwoju indywidualnego i twórczego dzieci czy młodzieży. Dodatkowo, ktoś wreszcie pomyślał o rodzicach młodych Einsteinów, by nie występowali tu w roli jedynie doprowadzających swoje dzieci na zajęcia i wyczekujących na ich zakończenie, ale także mogli doświadczyć nauki w odpowiednim dla siebie zakresie. Niezwykle szczerze i przekonywująco brzmi zaproszenie, w którym warto dostrzec ów autorski, wyjątkowy charakter, za którym kryje się nie tylko kilkadziesiąt lat własnej pracy naukowo-badawczej, oświatowej, ale i dydaktycznej inicjatora tego projektu:

Świat nas otaczający roi się od informacji, ofert i wiedzy. Jakże w tym wszystkim się rozeznać? Jak uporządkować dziecku obraz rzeczywistości, na tle którego można konstruować wychowanie, a w dalszej perspektywie i przyszłość dziecka? W sukurs idzie nam tu nauka. Z poznawaniem świata, z wybieraniem z jego ofert nie trzeba bowiem czekać do rozpoczęcia uniwersyteckich studiów. Dzieciństwo to nie jest żadne przygotowanie do dorosłego życia lecz już pełne życie. I szkoda je marnować.

Umysł dziecka jest znacznie pojemniejszy i mniej kanciasty jak komputer, jest chłonny i oczekujący. Przedsięwzięcie ma charakter autorski. Podpisuję się pod nim imieniem, nazwiskiem, dorobkiem naukowym, doświadczeniem i wszystkimi moimi tytułami. Jestem, aby służyć. Oczywiście sam niczego bym nie zdziałał. Poprosiłem do współpracy fachowców. To doświadczeni w pracy z dziećmi pedagodzy, ludzie kipiący pomysłami, młodzi i spontaniczni, dalecy od zawodowego wypalenia i frustracji. Nie będą anonimowi.
Będę do Państwa dyspozycji. Dla wszystkich jak i dla każdego z osobna.




Dlaczego - w świetle powyższego - zatytułowałem swój post: Rodzinne Laboratorium Nauki a nie tak, jak ma ono w swojej nazwie własnej? Odpowiedź na to pytanie znajdziecie Państwo na stronie internetowej tej inicjatywy:

W trakcie gdy dzieci będą się naukowo rozwijać proponujemy zainteresowanym rodzicom kameralne spotkania wykładowe i konwersatoryjne dotyczące wychowania uwikłanego we współczesność. Poprowadzi je prof. Aleksander Nalaskowski. Bez dodatkowych opłat. Nie omieszka on też zaprosić innych fachowców mających do przekazania solidną wiedzę i doświadczenie.

Szkoda, że moje dzieci nie mogą skorzystać z tej oferty edukacyjnej ze względu na dużą odległość jej realizacji od mojego miejsca zamieszkania. Warto tę inicjatywę dostrzec, poznać i zrozumieć. Gratuluję tak Profesorowi, jak i nauczycielom Laboratorium!

piątek, 7 września 2012

Zła szkoła w opinii naukowców, dziennikarzy i społeczników


Nie trzeba było być jasnowidzem, żeby spodziewać się wraz z nowym rokiem szkolnym kolejnego ataku mediów na ... polską szkołę, w tym jedni napastują nauczycieli, inni uczniów, a jeszcze inni rodziców. Jakoś nikt nie chce tknąć tego, co jest źródłem złej szkoły w naszym kraju, czyli jej władz centralnych. No tak, ale jakież to łatwe, kiedy ponarzeka się na tych, którzy są w strukturalnej pułapce i nie mają wyjścia. Chcą i/lub muszą pracować w szkolnictwie publicznym, gdyż nie mają możliwości wyzwolenia się z okowów nonsensownego i patologicznego władztwa MEN. Mimo najlepszej woli, najznakomitszych kompetencji, najwyższej motywacji do pracy, kreatywności i poświęcenia nauczyciele skazani są na złą szkołę, nie dlatego, że ona sama w sobie jest zła, niereformowalna, ale przede wszystkim z powodu autorytarnych, centralistycznych praktyk panowania urzędu i podporządkowanego mu nadzoru pedagogicznego (cóż za ładna nazwa, jakże korespondująca z nadzorem penitencjarnym czy bankowym) nad podmiotami edukacji publicznej.

Niektórzy mieli czy mają taką możliwość, jak znakomicie odsłonił to w swoim najnowszym wywiadzie dla tygodnika "Uważam Rze" prof. Aleksander Nalaskowski z UMK w Toruniu, założyciel i dyrektor niepublicznej Szkoły Laboratorium. Jest ona usytuowana poza przestrzenią publicznej oświaty. Jak prowadzi się szkołe niepubliczną, to można narzekać na szkołę publiczną i mieć w tym niemalże stuprocentową rację. Gdyby bowiem nie było ku temu powodu, to nie tworzyłby własnej szkoły, poza strukturami i mackami władzy centralnej. Kiedy jest się "na swoim", to prawie wszystko to, co toczy się "za kratami" dyrektywnie, odgórnie sterowanego szkolnictwa publicznego, zasługuje na współczucie, litość, odruchy żalu lub poczucie satysfakcji, że skoro tak chcieli, to tak mają.

Jest w tym jakaś racja. W końcu naród chciał po raz czternasty ministra edukacji (wyłączam z pełnej gamy postsocjalistycznych liderów tego resortu jedynie Henryka Samsonowicza) właśnie taką władzę i takich ministrów, więc niech nie narzeka. A co jest w publicznej oświacie? Jak trafnie mówi Aleksander Nalaskowski: brak wspólnoty celów i wartości kształcenia, bez których trudno jest mówić o jakiejkolwiek misji edukacji. Istotnie, to jest raczej dymisja. Tu "każdy chce czego innego: jedni dobrze wykształconego patrioty, inni człowieka, który patriotyzmu nie znosi. Jedni dobrego przyszłego ojca czy matki, inni geja., który będzie doznawał samej tolerancji. Niektórzy żądają specjalisty, pozostali obywatela gruntownie wykształconego. (...) Tak naprawdę od szkoły wymaga się tylko tego, by uczniowie w niej będący byli bezpieczni, by silniejsi uczniowie nie tłukli słabszych i żeby były im stworzone warunki do pewnych wyborów. Szkoła staje się więc tylko przedsięwzięciem technicznym, pustym rytuałem.

W tym samym numerze mamy tekst Piotra Legutki p.t."Szkoła broni się przed... rodzicami", który wykazuje, że szkoła publiczna, a resort edukacji w szczególności, bronią się przed rodzicami arogancją i stawianiem ich pod ścianą, przed faktami dokonanymi. Nic nie jest w stanie powstrzymać władzy, która nie liczy się ani z opiniami ekspertów, naukowców czy apelami publicystów, ani też z głodówkami zdesperowanych i przerażonych rodziców nie tylko obniżeniem wieku obowiązku szkolnego, zamykaniem szkół w małych miejscowościach i na wsiach, ale i wyjałowionymi reformami programowymi w szkolnictwie gimnazjalnym i ponadgimnazjalnym.

Ostatni tydzień, to same wyroki skazujące polską szkołę publiczną na "edukacyjny gułag". Poczytajmy:

- dr hab. Michał Federowicz, dyrektor podległego MEN - Instytutu Badań Edukacyjnych proponuje w tygodniku "Przegląd", by "przewietrzyć szkoły publiczne". Kto je będzie wietrzył? Oczywiście władza centralna. Jego zdaniem szkołom jest potrzeba (...) nowocześnie pojmowanego leadershipu, przywództwa. Nie tradycyjnego, gdzie jeden mówi, a reszta słucha, ale przywództwa uczestniczącego, takiego, które uprawomocnia podwładnych. W takim kierunku powinna iść szkoła".

Kiedy jednak przeczytamy ten wywiad, to zauważymy wynikającą z niego propozycję "przewietrzania szkół". W świetle tego panaceum, kto ma poczucie, że nie daje sobie rady w szkole, ma problemy z uczniami lub ich rodzicami, jest wypalony, to niech z niej odejdzie i znajdzie sobie główne źródło utrzymania poza szkołą. "Stabilizacja od strony utwierdzenia statusu nauczyciela i gwarantowania bezpieczeństwa pracy to model sprzed wielu pokoleń, zresztą nie tylko w Polsce, który mści się brakiem bodźców rozwojowych - powiada M. Fedorowicz. Do szkół idzie niż demograficzny, więc jakąś ideologię trzeba do tego dorobić, by zwolnić miejsca dla innych. W szkole publicznej nie powinna być stabilizacja kadrowa, gdyż ją trzeba właśnie przewietrzać, zwalniając jednych nauczycieli i zatrudniając w ich miejsce innych. Taki dyrektor-leadership, ich przywódca - powinien im "ułatwić przejście, ale jednocześnie powiedzieć, że trzeba ruszyć głową w inną stronę". Okręt flagowy "oświaty publicznej" - pod flagą MEN i IBE zmierza - zdaniem M. Fedorowicza - w dobrą stronę. A jakże.

Prezes Stowarzyszenia Rodzice w Edukacji pani Elżbieta Piotrowska-Gromniak, nauczycielka, krytykując szkolnictwo publiczne na łamach "Tygodnika Powszechnego" przyznaje, że sama wysłała swoją córkę do niewielkiej szkoły społecznej, by rozwijała się w atmosferze i poczuciu bezpieczeństwa, z gwarancją zindywidualizowanego toku kształcenia, które tak ważne są w pierwszych latach edukacji. Dopiero po latach wczesnej edukacji znalazła córce dobrą szkołę publiczną. Odsłania pozory MEN-owskich rozwiązań, które miały służyć wspomaganiu dzieci o specjalnych potrzebach. Wyobraźmy sobie polską szkołę publiczną: trzydziestka dzieci, w tym np. kilkoro uzdolnionych. I dla każdego musi powstać specjalny zespół. Niektórzy nauczyciele mogą więc być w pięciu takich specgrupach w zaledwie jednej klasie, a wychowawca jest przewodniczącym każdej z nich! I oczywiście trzeba też prowadzić dokumentację pracy każdego zespołu. Moja koleżanka nauczycielka mówi: "Jestem w dziesięciu zespołach, po prostu nie mam jak w nich pracować". A więc ktoś znowu nie pomyślał o organizacji pracy, wpadł na pomysł oderwany od rzeczywistości. Dlatego zespoły te mogą okazać się fikcją, i wtedy będzie konieczna kolejna korekta. Dlaczego tak to wymyślono? By była możliwość kontroli.

Witold Kołodziejczyk - redaktor naczelny "Edukacji i Dialogu", której najnowszy numer właśnie się ukazał, w swoim "wstępniaku" stawia kluczowe pytanie: "Dokąd zmierza polska szkoła, czyli o braku wizji", i odpowiada na nie: Gdybym miał wymienić największe zaniechanie w polskiej szkole, to na pewno wskazałbym na brak jasnej wizji narodowej edukacji. Brakuje też ponadpartyjnej debaty w sferze publicznej, jak i strategii rozwoju polskiej edukacji. Taką posiada już prawie każda szanująca się i nastawiona na rozwój gmina. Tylko nie ma jej MEN.

Do tej debaty włącza się prof. Marcin Król, który w swoim felietonie w tygodniu "Wprost" retorycznie pyta: "Po co nam (taka) szkoła?" i odpowiada: Ani edukatorzy, ani politycy, ani społeczeństwa nie umieją bowiem rozstrzygnąć podstawowej kwestii: czy uczymy po to, żeby potem wiedza przydała się w życiu, czy uczymy po to, żeby młody człowiek się ogólnie rozwijał i interesował światem, a wiedzę szczegółową zdobywał wtedy, kiedy będzie ona niezbędna. Profesor użala się nad biednymi uczniami, którzy zamiast grać w piłkę, muszą chodzić do szkoły, a przy tym dzieli się swoją diagnozą na temat możliwych powodów tak złego stanu rzeczy szkolnej i braku nadziei na lepszy:

Nie zmienimy stanu rzeczy w edukacji jedną decyzją administracyjną. Ale z okazji rozpoczynającego się roku szkolnego warto może, zamiast zajmować się banialukami, zacząć się zastanawiać nad treścią i sensem nauczania szkolnego. Na świecie taka debata toczy się od dobrych kilku lat i już wiadomo, że szkoła w tradycyjnym kształcie się nie utrzyma. Że świat potrzebuje ludzi mądrych, którzy wiedzą, gdzie szukać potrzebnych informacji. Żeby jednak zmiana była możliwa, społeczeństwa muszą zacząć cenić zawód nauczyciela, który na wysoką ocenę musi sobie zasłużyć. Obecnie w Polsce 90 proc. nauczycieli to ludzie, którzy nie znaleźli innej pracy, lub ludzie, dla których pensja nauczyciela jest ponętna. Biedne nasze dzieci – muszą znowu zaczynać tę nonsensowną harówkę, muszą uczyć się pod test, pod prezentację, żeby potem nic nie wiedzieć i na pierwszym roku studiów rozpaczliwie pytać, jak samodzielnie napisać pracę roczną. Znacznie lepiej by było, gdyby zamiast tego pograły w piłkę.

czwartek, 6 września 2012

Pedagog w konkursie "Literackie zdjęcie z wakacji"!







Fot. Wiktor Żłobicki (2012)


"Zdjęcie nieczynnego kina w Bobolicach kojarzy się z powieścią Larrego McMurtry "Ostatni seans filmowy" i jej melancholijno-nostalgicznym nastrojem. Manekin stojący za brudną witryną zdaje się symbolicznie odzwierciedlać głównego bohatera powieści Sonnego, który żegna się ze swoją szkołą i młodzieńczymi złudzeniami. Nie jest wykluczone, iż przed laty na ekranie tego kina wyświetlano film Petera Bogdanowicha pod tym samym tytułem. Klimat tego miejsca potęguje fakt, że zdewastowany budynek kina "wita" podróżnych wjeżdżających do Bobolic drogą nr 205 od strony pobliskich wsi."


Dlaczego zamieszczam w blogu tę fotografię?

Zdjęcie wykonał dr hab. Wiktor Żłobicki - pedagog z Instytutu Nauk Pedagogicznych Uniwersytetu Wrocławskiego i wysłał na ogłoszony przez redakcję „TYGODNIKA POWSZECHNEGO” oraz FUNDACJĘ WISŁAWY SZYMBORSKIEJ w Krakowie wakacyjny konkurs na zdjęcie z wakacji. Nie chodziło tu jednak o to, by pochwalić się jakąkolwiek fotografią czy techniką jej wykonania, ale by było to zdjęcie, które w jakiś sposób nawiązuje do literatury. Ważny był zatem komentarz literacki do zdjęcia, dzięki któremu mogło być ono uznane "zdjęciem tygodnia". Zadanie, jakie postawiła redakcja tygodnika, było twórcze i wymagało transgresji i wyobraźni od każdego, kto chciał nie tylko sprawdzić swój fotograficzny talent i zdolność obserwacji otaczającego go świata, ale i postanowił podzielić się z innymi swoją literacką wrażliwością.

Do końca września trwa głosowanie na zamieszczone na stronie Facebook.com/TygodnikPowszechny w albumie „Literackie zdjęcie z wakacji!” najbardziej podobające się zdjęcie z komentarzem literackim. Do finału przejdą trzy zdjęcia, które zbiorą najwięcej głosów „Lubię to!”. Może czytający blog poprą naszego kolegę lub wybiorą inne zdjęcie, które zasługuje ich zdaniem na zwycięstwo. Może ono znaleźć się w finale konkursu. Jeśli zdjęcie pedagoga także i Państwu przypadło do gustu, i jesteście na Facebooku, to po zalogowaniu się, kliknijcie "Lubię to". Im więcej kliknięć, tym szanse naszego kolegi będą większe.



W każdą środę jury w składzie: Piotr Mucharski – redaktor naczelny „Tygodnika Powszechnego”, Marek Zalejski – dyrektor artystyczny „Tygodnika Powszechnego”, Michał Rusinek – dyrektor Fundacji Wisławy Szymborskiej, Grażyna Makara – fotoedytorka „Tygodnika Powszechnego” ogłasza „Zdjęcie tygodnia”, biorąc pod uwagę te, które wpłynęły do redakcji.

Niezależnie od trwającego jeszcze plebiscytu, gratuluję naszemu pedagogowi wspomnianego talentu i duchowej wrażliwości.

środa, 5 września 2012

Jak utrudnić absolwentom wybór innej szkoły wyższej?


Sytuacja jest coraz bardziej niepokojąca, bowiem absolwenci studiów I stopnia (studiów licencjackich), którzy nie chcą kontynuować ich w swojej dotychczasowej wyższej szkole prywatnej na poziomie studiów II stopnia (magisterskich), nie mogą dostać należnych im dyplomów, gdyż na polecenie właścicieli lub władz rektorskich tych szkół, pracownicy dziekanatów robią wszystko, by opóźnić ten fakt jak najdłużej. Czyni się to w najróżniejszy sposób: a to tłumacząc, że właśnie zabrakło formularzy, albo nie było rektora i brakuje jego podpisu na dyplomie, albo że pewnie gdzieś dyplom się zagubił i trzeba poczekać na wydanie duplikatu itp.

W ten sposób usiłuje się nieuczciwie zapobiec odchodzeniu absolwentów własnych szkół do innych uczelni, które też kształcą na danym kierunku na studiach II stopnia. Niektórzy twórcy tych nieuczciwych praktyk sprawdzili, że jak opóźnią wydanie dyplomu swoim absolwentom do momentu, w którym będzie zamknięta rekrutacja do szkół konkurencji, to ich studentom nie pozostanie nic innego, jak skorzystać z wymuszonej oferty. Wówczas można przypomnieć sobie porzekadła: "Z braku laku... "; "Na bezrybiu i rak rybą".

Tego typu nieuczciwe praktyki mają miejsce w wielkich miastach, gdzie o każdego studenta studiów niestacjonarnych II stopnia (magisterskich) prowadzi się walkę w sposób wyrafinowany i perfidny. Co ciekawe, włączają się w nie zatrudnieni w wyższych szkołach prywatnych na drugich etatach i na funkcjach kierowniczych (prorektorów, prodziekanów, kierowników katedr czy zakładów) pracownicy uniwersytetów, którzy za odpowiednią premią kanclerza zachęcają absolwentów tych szkół, by nie przechodzili do uczelni publicznej, do uniwersytetu czy akademii, bo tu będzie im łatwiej.

W tej sytuacji rektorzy uczelni publicznych powinni uzmysłowić sobie, z jakiego to powodu ich pierwszoetatowa kadra podejmuje działania o charakterze "sabotażowym". Tych praktyk nie da się udowodnić, ale do czasu. Absolwenci studiów I stopnia szkół prywatnych, które prowadzą także studia II stopnia na danym kierunku moga skierować do Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów skargę na nieuczciwe praktyki szkoły, a odpowiednie kontrole wymuszą normy przyzwoitości odpowiednimi karami.

Mój blog nie jest miejscem do publikowania nazw szkół, których władze tak postępują, bo ofiary tych praktyk powinny mieć odwagę i oficjalnie zgłaszać patologie odpowiednim organom, a nie kierować anonimy czy narzekać na problem po kątach. Poza tym, niektóre skargi wcale nie muszą być prawdziwe. Absolwent, który złożył wszystkie egzaminy, w tym egzamin dyplomowy, rozliczył się ze swoją dotychczasową szkołą wyższą, a nie uzyskuje należnego mu dyplomu, może też wystąpić na drodze prawnej przeciwko szkole, która tak postępuje. Są wreszcie media, dziennikarze, którzy mogą ten problem nagłośnić.

A swoją drogą, niezłe świadectwo wystawiają sobie właściciele i władze szkół, w których mają miejsce tego typu praktyki.


wtorek, 4 września 2012

Pedagogika jako kierunek kształcenia - niby jest, a jakoby jej nie było...


Dla niektórych kandydatów na studia pedagogiczne istotna jest oferta kształcenia wyższych szkół prywatnych (tzw. "wsp"). Są takie szkoły, których założyciele twierdzą, że mają całkowicie nową ofertę. Na czym polega ta nowość, nie wyjaśniają, skoro kształci się w szkole od lat, lepiej lub gorzej. Może chodzi tu o nowe specjalności? Tak, to jest dopiero pole do popisu dla kreatorów pseudo nowości. Zmieniamy opakowanie, czyli nazwę, ale dajemy w ofercie to samo?

Wyższe szkoły prywatne prześcigają się w tym, aby w ich ofercie było nie kilka, ale kilkanaście specjalności na kierunku pedagogika, bo to zapewne stworzy przeświadczenie wśród ewentualnych kandydatów, że potencjał kadrowy jest wielki, ogromny i udźwignie uruchomienie studiów na wszystkich oferowanych specjalnościach. Wprawdzie małym druczkiem jest informacja, jak w umowach parabankowych, że dana specjalność powstanie, jeśli grupa zainteresowanych nią będzie liczyć co najmniej 15, 20 czy 25 osób, ale kto to czyta? Ilość w takich "wsp" nie przechodzi w jakość, a zatem im mniej oferuje się specjalności, tym powinniśmy mieć większą pewność, że będziemy mogli ją realizować w toku studiów.

Poza tym, grupy specjalnościowe tworzone są najczęściej dla studentów II roku, a więc tych, którzy zawierzyli szkole wyższej, że będą w niej mogli na wybranej specjalności studiować. Kiedy jednak przebrną już przez I rok studiów, okazuje się, że zainteresowanych daną specjalnością było mniej, niż wspomniane minimum, i ona nie powstanie. Do kogo wówczas powinni mieć pretensje? Do rządu, do MNiSW, do władz uczelni? Nie. Powinni je mieć do siebie, bo dali się naiwnie wciągnąć na listę studiujących mimo, iż szkoła nie dysponuje kapitałem pozwalającym na organizację małych grup. Także uniwersytetów nie stać na to, więc nie ma się co dziwić.

Znakomite są zresztą nazwy nowych specjalności, jak np.:

pedagogika artystyczna typu: - pedagogika sztuki; pedagogika tańca (to dla zwolenników tańca z gwiazdami albo tańczących z wilkami), pedagogika malarstwa i rzeźby itp. W tym zakresie powinny powstać jeszcze równie artystyczne specjalności, jak: „Pedagogika idola”, „pedagogika X-factora”, „Pedagogika MasterChef, czyli kuchenna”, itp.

pedagogika rynkowo-administracyjna: np. jakaś tam "pedagogika z coachingiem", która może mieć też swoje modyfikacje np. „pedagogika X... z TAED”, „pedagogika Y z peelingiem”, "psychopedagogika" ("spychopedagogika"?), "pedagogika zarządzania", "europedagogika", "pedagogika samorządowa" itd. „



Jak szkoła prywatna informuje na swojej stronie, że jest jedyną, wiarygodną, bezpieczną, godną zaufania, działającą w oparciu o silne podstawy prawne i tworzącą perspektywy dla studiujących, a w dodatku zajmuje wysoką pozycję w jakimś rankingu, to znaczy, że informuje. Nic więcej. Ciekawe, która napisałaby, że działa w oparciu o słabe podstawy prawne? Nie ma wyjścia. Musi działać w oparciu o obowiązujące prawo, a czegoś takiego, jak prawo silne lub słabe, w ustawie prawo o szkolnictwie wyższym po prostu nie ma. Rankingi szkół prywatnych kształcących na pedagogice nic nie znaczą, gdyż przekazywane przez założycieli dane nie są sprawdzane przez organizatorów pseudorywalizacyjnych praktyk.

Podoba mi się również próba wyróżnienia własnej szkoły wyższej na tle innych, z wyraźnym zaznaczeniem w reklamie, że wie się lepiej od konkurencji, jakie są jej mocne czy słabe strony. Oto jedna ze szkół chwali się, że tym, co ją wyróżnia na tle innych, jest podmiotowe podejście do każdego studenta. Oczywiście, w pozostałych, wszystkich innych, podejście do studentów jest przedmiotowe, a to znaczy: w tych definiowanych jako gorsze wszyscy studiujący są niczym rzeczy, obiekty, przedmioty, w każdym razie nie ludzie, albo ludzie, ale zreifikowani.

Ważne jest też podkreślenie, że uczelnia ma europejskie standardy edukacyjne tak, jakby inne ich nie posiadały. Niektóre szkoły informują nawet, że ich celem jest kształcenie na najwyższym, europejskim poziomie. Jakoś tego poziomu nie widać, a już w Europie na pewno nie słychać o nim. Kto spośród ubiegających się o studia zna te standardy i zdaje sobie sprawę z tego, że od 2004 r. po wejściu Polski do Unii Europejskiej standardy muszą być europejskie, gdyż pilnuje tego Polska Komisja Akredytacyjna?

Niektóre uczelnie odwołują się do aspiracji zbuntowanej młodzieży, kiedy zachęcają ją do studiowania u siebie pedagogiki ofertą: „Jeśli chcesz zmieniać świat, to musisz być pedagogiem, by wpajać ludziom wartości”. Uff, już to kiedyś było w dziejach naszego kraju, kiedy to zobowiązywano do zmieniania świata wpajaniem wartości. Niekóre "wsp" mają promocje typu: jak przyprowadzisz jednego kandydata, to obniżymy ci czesne o x%, a jak dwóch to o jeszcze więcej itd. Szkoda, że nie podano, ilu trzeba przyprowadzić ze sobą kandydatów, żeby w ogóle nie płacić za studia? Są wreszcie takie szkoły prywatne, które mają w swojej ofercie kierunek pedagogika, ale … nie prowadzą naboru w swojej głównej siedzibie. Niby jest, ale jakoby go nie było.

poniedziałek, 3 września 2012

Wybierającym studia na pedagogice o wirtualnych wykładowcach



Ostatnio coraz częściej pytają mnie kandydaci na studia, gdzie studiować pedagogikę. Nie jest moją rolą prowadzenie poradni w zakresie doradztwa studenckiego. Tu każdy musi mieć swój rozum, analizować jak najwięcej "za i przeciw" na podstawie dostępnych mu informacji. Dzisiaj przyjrzyjmy się ofertom internetowym wyższych szkół prywatnych w zakresie "ich" kadr kształcących.

Szkoła prywatna, która zamieszcza na swojej stronie w wykazie wykładowców od kilkudziesięciu do kilkunastu wykładowców, powinna uczciwie poinformować, że są to osoby, których studiujący pedagogikę nie spotkają w Łodzi, Wrocławiu czy w Szczecinie, gdyż są oni zatrudnieni do różnych oddziałów zamiejscowych, a więc tworzenie wizerunku tzw. „dużym zbiorem” jest sprzeczne z rzeczywistością. Przy każdym nazwisku powinna być adnotacja, gdzie, w którym mieście i w którym oddziale zamiejscowym taki wykładowca będzie dostępny dla studiujących wybrany kierunek. Po co dodatkowo wprowadzać w błąd kandydatów wypowiedzią przedstawiciela władz, że jest to jedyna uczelnia, która oferuje tak dużo zajęć praktycznych ze wspaniałą kadrą z całej Polski. Powinno być – napisane: Jest to jedyna uczelnia, która oferuje tak dużo zajęć praktycznych ze wspaniałą gdzieniegdzie kadrą w różnych miejscach Polski. Być może w Łodzi czy Przasnyszu trafi się akurat mniej wspaniała kadra, i co wtedy?

Dla podniesienia prestiżu wprowadza się na stronach internetowych szkół prywatnych w błąd nie tylko kandydatów na studia, ale i całą opinię publiczną, kiedy przed nazwiskami wykładowców podaje się, że są profesorami, podczas gdy profesorami nie są. Jeśli sami na to nie zwracają uwagi, to znaczy, że lekceważą nie tylko prawo w naszym kraju, ale i wyrażają zgodę na publikowanie fałszywych danych osobowych. Niektórzy już nie pamiętają awantury o informację na plakacie wyborczym kandydującego na Prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego, z której miało wynikać, że jest magistrem. A nie był.

Oto jedna z prywatnych akademii, która szczyci się uzyskaniem uprawnień do nadawania stopni naukowych, publikuje o swojej kadrze fałszywe dane, bo niezgodne z obowiązującymi w tym względzie regulacjami prawnymi. Jak dezinformuje - na kierunku pedagogika ma zatrudnionych profesorów, podczas gdy nie są to profesorowie tytularni, którzy uzyskali nominację z rąk Prezydenta RP (niektórzy wcześniej z rąk Przewodniczącego Rady Państwa), tylko profesorowie uczelniani. Można oszukiwać opinię publiczną? Można. A co? I tak nikt się nie pozna. Są wśród tych fałszywie awansowanych nawet tacy, którzy nie raczyli pochwalić się swoim dorobkiem naukowym. Nie mają publikacji naukowych, czy może są one takie nędzne, że sami wstydzą się do nich przyznać?

Są też takie wyższe szkoły prywatne, które w ogóle nie informują o swojej kadrze wykładowców. Kadra jest ukryta. Nieobecna? Tajne służby, czy co? Może nie mają? A może mają wykładowców, ale ci nie wyrażają zgody na ujawnianie ich nazwisk i wizerunku? A może jest inny tego powód? Ciekawe, co jest gwarancją, że program kierunku studiów będzie w takiej szkole realizowany, dzięki zatrudnieniu "wysoko" wykwalifikowanej kadry? Niektórzy założyciele tzw. wsp zabezpieczają się i piszą w czasie niedokonanym np. nasza szkoła zatrudnia… , co nie musi znaczyć, że zatrudniła albo że z końcem września nie rozstanie się z nimi. Jeszcze zatem zatrudnia, ale... Niby nic, a robi różnicę. Są wreszcie takie, których założyciele manipulują wizerunkiem kadrowym, umieszczając na liście wykładowców szkoły wszystkich, których zatrudniają na tzw. "umowy śmieciowe", a więc zarówno tych na umowy o pracę na czas określony czy nieokreślony, jak i na umowę o dzieło czy zlecenie. Ci ostatni są poza zasięgiem studiujących, bowiem przychodzą na zajęcia i wychodzą. Nic i nikt ich nie zmusi do tego, by poświęcili więcej czasu swoim studentom niż ten, jaki wynika z uzgodnionego czasu pracy w zawartej umowie. Jak mają prowadzić seminarium dyplomowe, to po zakończeniu zajęć nikt ich już nie uświadczy i nie zobaczy, jeśli ma jakieś zaległości czy opóźnienia w wykonaniu zadań związanych z pracą dyplomową.

Interesująco wygląda informacja o władzach uczelni prywatnych. Są szkoły, których założyciele informują, że kończy się kadencja dotychczasowego rektora, ale już nie podają, iż wraz z nią także jego zatrudnienie w tej szkole. Ba, na stronach widnieją jeszcze nazwiska zatrudnionych kiedyś w takiej szkole profesorów, ale nikt nie informuje, że jest to już przeszłość, która staje się przyszłością. Drodzy kandydaci, poczytajcie, jakich wspaniałych profesorów ma dana szkoła prywatna, bo w nowym roku ich już w niej nie będzie. Jeśli kandydaci na studia chcą dowiedzieć się czegoś więcej o kadrze, którą szczyci się dana szkoła, to mogą wpisać nazwisko i imię do bazy POLON, a tam znajdą o nich podstawowe informacje.

Z ministerialnej bazy danych kadrowych dowiemy się, gdzie są i gdzie byli zatrudnieni wykłądowcy danej szkoły, jaki mają stopień czy tytuł naukowy, gdyż tu znajdują się wiarygodne na ten temat dane. Jak ktoś nie jest profesorem, to przed jego nazwiskiem widnieje "dr" lub "dr hab.". Możemy tam przeczytać informację o karierze naukowej danej osoby - tak o wykładowcach, jak i władzach uczelni, ich awansach akademickich - doktorskim, habilitacyjnym, profesorskim, o tematach ich prac naukowych, prowadzonych przez nich projektach badawczych, pełnionych funkcjach czy wykonanych recenzjach prac naukowych itp.). Można też takich danych szukać w internecie tyle tylko, że tu znajdują się też niepotwierdzone, często nieprawdziwe lub niepełne informacje.

niedziela, 2 września 2012

Pluralizm inauguracyjny w oświacie ze ściągą w tle


Byliśmy przez lata przyzwyczajani do tego, że rozpoczęcie nowego roku szkolnego następuje z dniem 1 września. Niniejsza data od pewnego czasu nie jest jednak tak rygorystycznie przestrzegana w naszym kraju, z kilku co najmniej powodów:

- administracyjnych (Kodeks Pracy), kiedy w grę wchodzi dzień ustawowo wolny od pracy, jak sobota, niedziela, święto religijne czy święto państwowe;

- politycznych, kiedy to przedstawiciel władzy centralnej, a zwierzchnik w stosunku do ministra edukacji narodowej, nie licząc się z tym w/w kryterium chce koniecznie, wbrew także przypisaniu tego zadania ministrowi, pozbawić go godności "pierwszego nauczyciela", któremu przysługuje nie tylko z mocy prawa oświatowego ogłoszenie dnia otwarcia roku szkolnego, ale i dokonanie tego;

- medialnych, kiedy to rozpoczęcie roku szkolnego ma miejsce na łamach wydawanych gazet, czasopism, internetu czy emitowanych programów radiowych i telewizyjnych już w połowie sierpnia. Dla mediów rok szkolny jest okazją do upchnięcia "tematów - bubli", czyli "ciężkich tornistrów", "nieuzasadnionych podwyżek płac dla nauczycieli", "męczącej psychicznie wielości podręczników", "braku miejsc pracy dla nauczycieli czy niedostatku miejsc na wyrównywanie szans edukacyjnych dla przedszkolaków", "pseudo pomocy socjalnej szkół", itd., itd.

Pamiętam, kiedy ministrem edukacji narodowej był Roman Giertych, to nie on otwierał rok szkolny 2006/2007, tylko dwa dni wcześniej ówczesny jego zwierzchnik - premier rządu. W tym roku jest podobnie, choć w nieco innej konfiguracji politycznej, bowiem rok szkolny 2012/2013 już zainaugurował w dniu 1 września Prezydent RP Bronisław Komorowski. Ministerstwo Edukacji Narodowej nie odnotowało tego na swojej stronie internetowej, gdyż pewnie czuje się tym dotknięte (chociaż nikt tego nie powie). Jednak nie powinno, skoro propagowało w minionym roku szkolnym "rozmydlony" projekt "otwartej szkoły", a wiadomo, jak coś jest otwarte, to może pojawić się przeciąg lub ktoś nieproszony.

Jeszcze lepiej jest w niektórych samorządach terytorialnych, których władze postanowiły wyraźnie podkreślić, że oświatą w ich gminie czy powiecie nie rządzi ani Prezydent, ani premier, ani minister, tylko burmistrz, który nie będzie dwukrotnie wypowiadał się na temat roli oświaty, skoro musi jeszcze zabłysnąć w sobotę w dn. 1 września, kiedy następowało uroczyste przekazanie mieszkańcom wsi dożynkowego wieńca. Burmistrz jest zapewne z PSL, a ta partia ma tylko wiceministra edukacji, więc musi postawić na swoim. Chłop potęgą jest i basta!

Politycznego otwarcia roku szkolnego dokonał też w kuluarach Sejmu przewodniczący SLD -b.towarzysz, sekretarz KC PZPR z okresu "prawdy i troski o polski naród" Leszek Miller, który ogłosił "dekalog edukacyjny". Ten żenujący spektakl emitowali dziennikarze jednej ze stacji wraz z sms-ami od widzów, którzy na jeden z punktów dotyczących szkoły publicznej, natychmiast zareagowali demistyfikacją tej propagandy: "Ciekawe, bo wnuczka przewodniczącego uczęszcza do elitarnej szkoły prywatnej".

Cóż nam pozostaje w dniu 3 września? Inaugurować już otwarty rok szkolny. Gdyby któryś z dyrektorów szkół, wójtów, burmistrzów, prezydentów miast, marszałków województwa itd., itd. nie wiedział, co powiedzieć dzieciom, młodzieży, nauczycielom i przybyłym na tę uroczystość rodzicom, niech sięgnie do internetu, gdzie znajdzie setki gotowych przemówień. Co za różnica, czyimi słowami mówimy, skoro i tak jest to moment wygłaszania sloganów i niespełnianych obietnic.