Złodzieje na uniwersytecie
Trzydzieści lat temu byłem po raz pierwszy w Szwajcarii. Piękno tego kraju fascynowało na każdym kroku. Domy mieszkalne nie były zamykane na klucz, a przed nimi stały samochody, także bez jakichkolwiek zabezpieczeń. Tylko wsiąść, włożyć kluczyk do stacyjki i odjechać. Stojące na ulicy rowery nie były przyczepione łańcuchami z kłódką do stojaków czy przydrożnych słupów, toteż miałem wrażenie, że za chwilę podejdzie jakiś złodziej, wsiądzie na któryś z rowerów i odjedzie w siną dal. Gospodarze nie rozumieli mojego niepokoju. Niby dlaczego miałby ktoś za chwilę ich okraść, zabrać auto, rower, wejść do mieszkania, by wynieść z niego najcenniejsze rzeczy itd.? Oni prawo moralne mieli w sobie, toteż mogli zachwycać się niebem gwieździstym nad głowami, bo w tym czasie nie wkradał się do ich domów czy instytucji żaden złoczyńca. Rzecz jasna, skłamałbym, gdybym twierdził, że było to powszechne zjawisko, bo przecież szkoły, kościoły, sklepy, instytucje publiczne itd. były zamykane po godzina...