sobota, 29 września 2012

Najemny rektor wyższej szkoły prywatnej odsłania kulisy fasady


Niektórym, poza mną rzecz jasna, może wydać się szokujące to, co ujawnił w wywiadzie dla prasy rektor jednej z warszawskich wyższych szkół prywatnych, która właśnie plajtuje z hukiem i w atmosferze skandalu. Wynika z niego, że był rektorem, a jakoby nim nie był. Kiedy sprawa poważnych problemów finansowych szkoły wyszła na jaw, przyznał publicznie:

Są sytuacje związane z tą uczelnią, których się trochę wstydzę. Komornik zajmuje studentom czesne, jakie wpłacają z tytułu studiowania w tej - jak się okazuje - "firmie". Od dwóch lat tak ministerstwo nauki i szkolnictwa wyższego, jak i rektor uczelni byli wielokrotnie alarmowani o licznych nieprawidłowościach, ale nie reagowali na nie.

Dzisiaj, w obliczu kompromitacji, już były rektor, bo złożył rezygnację z pracy na tej funkcji, jeszcze bardziej się pogrąża stwierdzając, że trzeba na jego sytuację w tej szkole o nazwie "wyższa" spojrzeć nieco inaczej. Tak więc mamy odsłonę prawdy o tym, o czym piszę nie tylko w blogu od kilku już lat.

Odsłona I:

To jest szkoła prywatna, większość takich szkół należy do jakichś spółek. Spółki, zgodnie z Kodeksem handlowym, są nastawione na zysk. Reprezentantem spółki w szkole jest osoba nazywana kanclerzem albo prezydentem - jak w przypadku "Giedroycia". Prezydent wynajmuje osoby do konkretnych zadań. Ja byłem rektorem - osobą wynajętą do tego, żeby podpisywać indeksy, egzaminować, ustalać program studiów. Odpowiadałem więc za sprawy związane z dydaktyką.

Być może płynie z tej wypowiedzi istotne przesłanie:

- Jak ktoś chce studiować lub pracować w wyższej szkole prywatnej, to powinien sprawdzić, czy nie jest ona spółką - jedno-lub wiieloosobową? Jeśli tak, to zdaniem b. rektora taka spółka nastawiona jest głównie na zysk, a nie na kształcenie i na badania naukowe, chociaż także. Przede wszystkim istotny jest tu ZYSK właściciela (założyciela, kanclerza, rektora - osób tworzących spółkę).

- W takich szkołach spółkach rektor nie jest rektorem w rozumieniu akademickim tej roli, jak ma to miejsce w uczelniach publicznych czy w bardzo dobrze zarządzanych uczelniach niepublicznych, gdzie akademickie standardy są podstawą do realizacji ustawowej i statutowej misji. W takich biznesowych szkołach bywają rektorzy, którzy są wynajętym "słupem" do podpisywania indeksów, egzaminowania i ustalania programów studiów. Ważne, by biznes się kręcił.

Jak wynika z pracy dziennikarza śledczego, ów rektor podpisywał dyplomy osób, które nie były studentami tej uczelni.

Jest wreszcie jeszcze jedna istotna odsłona kulis prowadzenia przez niektórych założycieli - właścicieli takich "wsp". Oto ów rektor ujawnia swoje relacje z właścicielem szkoły:

Nie zostałem wprowadzony w całość zagadnień, a to jest jednak wielki mechanizm. Jeżeli jest prezydent - właściciel uczelni - to on decyduje o tym, czy będzie uczelnia, czy nie. Czy będzie jakiś kierunek, czy nie.

Odsłona II:

Rektor na pasku (płacowym) założyciela jest jak między młotem a kowadłem. Kiedy bowiem założyciel szkoły nie płaci swoim pracownikom, albo zalega z płatnościami czy ich oszukuje w wypłacaniu należnych płac, to ma do wyboru: podać się do dymisji, albo trwać z nadzieją, że może coś się zmieni na lepsze. Co o nim sądzą jego współpracownicy, których namówił do pracy w takiej szkole? Właściciela to nie obchodzi. On płaci za to, by taki "rektor" sam rozstrzygał swoje dylematy, w tym to, że tracił swoją twarz w relacjach z wspólpracownikami. On sam zresztą tak o tym mówi:

- Nie jest to dla mnie nowością, bo mnie o tym informowali, podnosiłem tę kwestię na posiedzeniach Senatu. Sam zresztą nie otrzymywałem wynagrodzenia regularnie - te przestoje bywały kilkumiesięczne.


Odsłona III:

Dziennikarz naciska w omawianym tu przypadku. Pyta o o skargi, które ewidentnie leżą w kompetencjach rektora.

Brak szefów katedr politologii i aktorstwa. Braku seminariów naukowych. Niewydawania pism naukowych. Przeciążenie promotorów liczbą prac dyplomowych. Niezwoływanie przez rok posiedzeń senatu uczelni. Z pism ministerstwa wynika, że przez 11 miesięcy nie udzielił Pan odpowiedzi na zarzuty. Panie profesorze, czym Pan się tam właściwie zajmował?

Rektor odpowiada:

- Z perspektywy czasu uważam, że powinienem bardziej naciskać na właściciela, pana Podolskiego i egzekwować od niego. Być może tu jest moja wina - wierzyłem w jego dobrą wolę w zakresie prowadzenia tej szkoły. Dla mnie rękojmią tego, że on wie, co robi, była liczba szkół, które prowadzi. Sądziłem, że zna specyfikę tej pracy i wierzyłem mu, gdy mówił, że coś nie jest problemem. Trudno kwestionować postępowanie właściciela.

Widział Pan również, że na uczelni nie ma minimum kadry naukowej i nie reagował Pan.

- Jak pan to sobie wyobraża w sytuacji, w której właściciel nie chce przyjąć określonych pracowników, a to on kieruje całą stroną personalną?!


Otóż to. Nic dodać, nic ująć. Tak prowadzonych jest wiele wyższych szkół prywatnych w Polsce, a nasze władze chlubią się wskaźnikiem scholaryzacji na poziomie ISCED 5.

Poruszająca to prawda o mającym niewiele wspólnego z pedagogią szkolnictwa wyższego sposobem zarządzania tzw. "wsp", o upadku akademickiego etosu i fasadzie struktur tak zarządzanych uczelni. Żenada. Dobrze, że jednak prawda, nie tylko w tym przypadku, wreszcie wyszła na jaw. Chociaż w ten sposób ów były już rektor włącza się w proces edukacji naszego społeczeństwa, w tym w dużej mierze jakże naiwnej i zbyt ufnej szyldom i ofertom studiów w takich "wsp" - młodzieży.

piątek, 28 września 2012

Po co te kongresy?


Końcówka roku 2012 owocuje w liczne kongresy oświatowe. Prześcigają się w ich organizacji różne podmioty, byle tylko dowieść przy tej okazji, że dysponują jedynie słusznym rozwiązaniem (nie-)rozwiązywania problemów polskiej edukacji. Co charakterystyczne, to - jak sama nazwa tych kongresów wskazuje - są one oświatowe, a więc mają na celu oświecanie tych, którzy będą w nich uczestniczyć. Polska oświata jest tu przecież tylko pretekstem do wyżalenia się na bieg spraw, których nie potrafi się w sposób stanowczy wyegzekwować od rządu, samorządu i Parlamentu.

Najpierw miał miejsce w dniach 26-27 września Samorządowy Kongres Oświaty, który został zorganizowany w Warszawie w salach konferencyjnych Stadionu Narodowego przez ogólnopolskie organizacje jednostek samorządu terytorialnego, a tworzące Stronę Samorządową Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu Terytorialnego 2012 r. Nic szczególnie interesującego nie przebiło się z tego Kongresu do mediów, którego hasłem przewodnim było ponoć - „Żądamy lepszej oświaty!”

Po pierwsze, kto żąda, a po drugie od kogo? Roszczącą stroną są Organizatorzy Kongresu, a więc ci, którzy występują w imieniu organów prowadzących publiczną oświatę wraz z zaproszonymi na obrady radnymi powiatów i pracownikami samorządowymi. Roszczenia zaś ma spełnić rząd pod naciskiem Sejmu, którego Marszałkowi po zakończeniu obrad delegacja przedstawicieli samorządów wręczy listy z podpisami
zebranymi w czasie kampanii “Stawka większa niż 8 mld". Nie wiemy, czy to stawka duża, czy mała, ale możemy być pewni, że nie jest to stawka większa niż życie.

Jak zapowiedziano przed Kongresem: "Niż demograficzny, zaniechanie zmian systemowych w finansowaniu i realizacji zadań oświatowych przez Rząd i Parlament, doprowadziły do dramatycznej sytuacji wielu polskich samorządów. Oczekujemy od Państwa Polskiego przyjęcia rzeczywistej współodpowiedzialności za realizowanie zadań oświatowych. W trakcie kongresu przedstawimy, poprzez projekty legislacyjne, warunki jakie muszą być spełnione, aby samorządy mogły skutecznie finansować i realizować zadania oświatowe. Kongres daje możliwość wyrażenia opinii i wsparcia postulatów samorządów: gmin, miast, powiatów oraz samorządów wojewódzkich."

Tak więc samorządy zamiast wydać resztki swojego budżetu na stypendia dla najzdolniejszych i najuboższych dzieci, postanowiły wydatkować środki na wycieczkę do Warszawy, w trakcie której możliwe było zwiedzanie obiektu sportowego. W trakcie liczącej prawie 4 godziny sesji plenarnej miały być zaprezentowane rekomendacje z debat merytorycznych oraz postulaty legislacyjne strony samorządowej, a co najważniejsze, miały odbyć się debaty z obecnym i byłymi ministrami edukacji oraz parlamentarzystami o sposobie wdrożenia postulatów samorządowych. Do byłych zaliczono Edmunda Wittbrodta - tego, który "ustawą czyszczącą" wykończył polską samorządność oświatową oraz Katarzynę Hall, która dla samorządności oświaty niczego nie uczyniła. Wprost odwrotnie. Swoją postawą wobec rodziców pokazała najgorsze wzory komunikacji społecznej władzy centralnej. Posłów na tym Kongresie zapewne nie było ze względu na burzliwą debatę "smoleńską", poza może b. dyrektor Gabinetu Politycznego K. Hall - poseł Ligią Krajewską, współodpowiedzialną za bałagan w reformowaniu oświaty. Doprawdy znakomici eksperci. Oświata została zatem skazana na debatę w zaciszu miejsca, które jest symbolem porażki polskiej drużyny na EURO 2012 i z częściowym udziałem tych, którzy z demokratyzacją polskiej edukacji niewiele mają wspólnego.

"Zakres proponowanych przez samorządowców zmian obejmuje przede wszystkim:

- zwiększenie elastyczności sieci szkół (obwody, możliwość łączenia w zespoły i przekazywania podmiotom społecznym zainteresowanym poziomem oferty edukacyjnej)

- stworzenie motywacyjnego systemu wynagrodzeń, w którym zasadniczą rolę odgrywać będą dodatki motywacyjne, powiązane z jakością pracy,

- dostosowanie innych „przywilejów" do realiów (podniesienie pensum o dwie godziny lekcyjne, wprowadzenie zasady rozliczania 40-godzinnego tygodniowego czasu pracy, skrócenie urlopu wypoczynkowego do 40 dni roboczych, zobiektywizowanie zasad udzielania urlopów dla poratowania zdrowia itp.)."



Co ciekawe, samorządowcy nie żądają więcej samorządności, czyli przekazania im władzy w zakresie pełnego samozarządzania polską oświatą, tylko żądają zmian w Karcie Nauczyciela. Tym samym chcą być tylko częściowo samorządni, tzn. państwo niech dzieli budżet i (mało) płaci na oświatę, a samorządy niech udają, że samozarządzają budżetem, na którego wysokość nie mają żadnego wpływu.

Kto jest winien polskiemu kryzysowi oświatowemu (to jest drugi rodzaj kryzysu-straszaka po kryzysie ekonomicznym)? Nauczyciele i ich przywileje. Jak im się je odbierze, a dołoży pracy przy interaktywnej tablicy, to będzie dużo lepiej. A XIX wieczny system klasowo-lekcyjny z anachroniczną dydaktyką oraz centralistyczny system zarządzania oświatą niech trwają przez kolejne wieki. Kto przeprosi nauczycieli za to, że fałszywie zinterpretowano wyniki Raportu OECD - "Education et Glance 2012", z których miało wynikać, że polscy nauczyciele najkrótcej pracują z uczniami w szkole? Czyżby znowu objawił się jakiś rzecznik MEN od manipulacji statystycznych?


Niemalże w tym samym czasie odbywał się VII już - Międzynarodowy Kongres Kadry Kierowniczej Oświaty w Toruniu, którego współorganiztorem jest także środowisko samorządowców, co tylko potwierdza, że oświata dzieli się w strefie wpływów na orientację warszawską i toruńską. Także tam miała być obecna minister edukacji, bo przecież władza - jeśli sama nie chce się czegoś uczyć - to przynajmniej może oświecać innych. Ufam, że teksty wystąpień były różne.

Czeka nas jeszcze jeden kongres oświatowy, który zorganizuje w grudniu niepubliczna placówka doskonalenia nauczycieli, a będzie to V Kongres Prawa Oświatowego. Tu jednak kongres nie będzie kongresem, tylko konferencją poświęconą wyłącznie problematyce regulacji prawnych w oświacie. Jak piszą organizatorzy: Dzięki unikalnej formule szkoleniowej pozwala uczestnikom dogłębnie poznać przepisy regulujące funkcjonowanie szkół i placówek oświatowych oraz nauczyć się działania zgodnie z prawem. Nie przewiduje się w tym ostatnim kongresie udziału ministra edukacji narodowej. Szkoda, bo to jednak podnosi atrakcyjność debaty tym bardziej, że jej uczestnicy niczego nie będą zwiedzać.

Żaden z tych kongresów nie da odpowiedzi na podstawowe pytania:

1) Forpocztą jak rozumianej demokracji jest/ma być polska edukacja?

2) Kiedy polska oświata będzie dobrem ogólnonarodowym, społecznym, a nie łupem i problemem dla partii rządzących?

3) Do czego w rzeczywistości sprowadza się "kontrola" oświaty publicznej ze strony polskiego Parlamentu i jaka jest jej skuteczność?


Może czytelnicy podrzucą jeszcze jakieś tematy, którymi kolejne kongresy powinny się zająć? Debatować bowiem o oświacie bezskutecznie potrafimy bardzo skutecznie.



czwartek, 27 września 2012

Matematyka w obiektywie


Dotarł dzisiaj do mnie komunikat z Międzyszkolnika na temat pięknej i mądrej inicjatywy naszej koleżanki dr Małgorzaty Makiewicz z Uniwersytetu w Szczecinie dotyczącej konkursu fotograficznego nie tylko dla dydaktyków matematyki, ale i osób wrażliwych na matematyczną estetykę i strukturę naszego codziennego świata życia.
Wystarczy zajrzeć na stronę z opublikowanymi fotografiami, które były nagrodzone w poprzednich edycjach konkursu, by zobaczyć nasze otoczenie z zupełnie innej perspektywy i jakże nowej, bo w metaforycznej interpretacji.


Jak piszą Organizatorzy:

Wraz z końcem wakacji wspominamy chwile wypoczynku, spoglądamy na pamiątki, fotografie. Dlatego w sposób szczególny właśnie teraz zapraszam do udziału w III edycji Ogólnopolskiego Konkursu Fotograficznego „Matematyka w obiektywie”. Konkurs organizowany jest od 3 lat przez Studenckie Koło Naukowe Młodych Dydaktyków Matematyki Uniwersytetu Szczecińskiego. Patronuje mu JM Rektor tej uczelni, a opieką otacza również Marszałek Województwa Zachodniopomorskiego i Prezydent Miasta Szczecin.

Można zatem przeglądnąć swoje zbiory fotograficzne pod kątem zdjęć przedstawiających pojęcia (fraktale, spirale, figury, nieskończoność, krzywe itp.) lub prawidłowości matematyczne (odbicia symetryczne, twierdzenia, własności), można też wykonać zdjęcie plenerowe lub studyjne na wymyślony przez siebie temat związany z matematyką.

Niektóre z Państwa fotografii metaforycznie oddają piękno matematyki. Dlatego obok samego obrazu jury docenia również podpisy (tytuły) oraz wyjaśnienia, komentarze. Najciekawsze zdjęcia wraz z opisami zostaną opublikowane oraz będą nominowane do wystaw. Do tej pory fotografie prezentowane były w rektoracie Uniwersytetu Szczecińskiego, Urzędzie Miasta Szczecin, Centrum Sztuki Współczesnej w Toruniu, Muzeum Narodowym w Szczecinie i wielu innych miejscach – np. w Dreźnie.

W tym roku na zwycięzców obok nagród US czekają srebrne monety z wizerunkiem wybitnego matematyka Stefana Banacha. Dla tych, którzy zmierzą się z wyjątkowo trudnym zadaniem uchwycenia przykładu matematyki finansowej przygotowaliśmy dwie nagrody o wartości 750 zł.

Aby wziąć udział w konkursie należy:

Wykonać zdjęcia – można zgłosić max. 6, szczegóły – w regulaminie na stronie www.us.szc.pl/foto_matematyka

Nadać im nazwy, przygotować opisy i zalogować się na stronie www.us.szc.pl/foto_matematyka

Wykonać odbitki (A4)

i wraz z płytą wysłać na adres organizatorów konkursu
MATEMATYKA W OBIEKTYWIE

Instytut Matematyki Uniwersytetu Szczecińskiego

Ul. Wielkopolska 15

70-451 Szczecin



Życzę satysfakcji i radości przy fotografowaniu KRÓLOWEJ NAUK

Przewodnicząca Komitetu Organizacyjnego

dr Małgorzata Makiewicz

mmakiewicz@gmail.com

środa, 26 września 2012

Uniwersytety i akademie będą urzędami pracy



Minister nauki i szkolnictwa wyższego wraz z ministrem resortu pracy zwrócili się do rektorów z prośbą o bliższą współpracę między biznesem, urzędami pracy a "ich" uczelniami. Oczekiwaniem obu ministrów jest w tym jakże trudnym dla europejskiej gospodarki czasie przekształcanie uniwersytetów, politechnik i akademii w rejonowe urzędy pracy, jakimi mają stać się akademickie biura karier. W świetle najnowszego raportu OECD - "Education et Glance" (2012) już niedługo co drugi Polak przed ukończeniem 30 roku życia będzie miał dyplom magistra.


Spędza to sen z powiek naszych władz, które od lat uwalniają powstawanie wyższych szkół prywatnych, otwieranie w istniejących szkołach tych samych, co w większości uczelni, kierunków studiów, liberalizują warunki do prowadzenia kształcenia, obniżają wymogi w ramach tzw. minimum kadrowego, a potem są zaskoczone tym, że wyprzedzamy w Europie inne kraje pod względem liczby wykształconych ale zarazem bezrobotnych młodych ludzi. Jak wynika z danych GUS - tylko w lipcu zarejestrowano ok. 40% nowych młodych bezrobotnych absolwentów studiów wyższych. Nie jest to mało, skoro w danych bezwzględnych wynosi to 85 tys. osób. Tylko w I kwartale bieżącego roku w Polsce było bez pracy 118 tys. osób kończących szkoły wyższe.

Rozwiązanie problemu jest bardzo proste. Spada na tych, którzy nie przyczynili się do jego zaistnienia. Ministrowie wymyślili, że najlepiej będzie, jak akademickie biura karier zaczną wspomagać wojewódzkie urzędy pracy w realizacji ich powinności, a w zamian udostępnią im one swoje bazy ofert pracy. Rektorzy szacownych uczelni mają za zadanie egzekwować od nauczycieli akademickich i pracowników naukowo-technicznych nie tylko kształcenie i prowadzenie badań naukowych, ale także wyręczanie w realizacji statutowych zadań urzędów pracy. Znakomicie. Po wdrożeniu Deklaracji Bolońskiej, która przekształciła uczelnie stricte akademickie w zawodówki, przyszedł czas na dalsze redukowanie kultury i jakości kształcenia oraz prowadzenia badań do potrzeb rynku pracy.

Można w ten sposób poszerzyć zadania uczelni o kolejne, równie atrakcyjne i politycznie poprawne. Uczelnie mogłyby bowiem przejąć funkcje służb socjalnych i medycznych. Niech powstaną w nich centra pomocy społecznej dla osób wykluczanych, wykluczonych lub zagrożonych wykluczeniem społecznym, niech zajmą się prowadzeniem doraźnej pomocy medycznej, pielęgniarskiej a jeśli urzędy skarbowe nadal nie będą radzić sobie z milionerami niepłacącymi podatków, to niech wydziały ekonomiczne na uniwersytetach wesprą owe służby swoimi usługami. Zamieńmy uniwersytety w urzędy, politechniki w fabryki a akademie w poradnie. Wydziały nauk pedagogicznych mogą wesprzeć Rzecznika Praw Dziecka, MEN i ORE, wydziały psychologiczne - wesprzeć policję, sądownictwo i wojsko w diagnostyce klinicznej, wydziały prawne mogłyby zająć się sądzeniem i karaniem przestępców w trybie 24-godzinnym, wydziały geografii mogłyby prowadzić biura turystyczne itd. itd.

Ministrowie zwracają się z prośbą do rektorów o zapewnienie biurom karier wsparcia w realizacji tych zobowiązań.



wtorek, 25 września 2012

Wyższe szkoły prywatne na kroplówkach




Niestety, polityka Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego ratowania statystyk i własnego wizerunku kosztem młodych ludzi, którym rozgrzano ambicje do studiowania wszędzie, gdzie się tylko da, bez względu na kondycję finansową szkół w sektorze prywatnym i częściowo już także publicznym, zaczyna coraz wyraźniej skutkować procesami upadłościowymi. Kończy się wrzesień, więc zwolennicy legitymacji studenckich potraktują tę otwartość i przyzwolenie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Wydaje im się, że jak podejmą studia w wyższej szkole prywatnej, to w sytuacji jej kryzysu, który tam, gdzie są studia pedagogiczne, jest już widoczny (chociaż nie dla nich), będą mogli zwrócić się o pomoc do państwa.

Nic bardziej mylnego. To, że jakaś "wsp" ma zgodę ministerstwa na prowadzenie kształcenia na określonym kierunku, nie jest żadnym zabezpieczeniem dla studiujących w takiej uczelni. Pytanie w takiej sytuacji: gdzie jest państwo? jest - podobnie, jak w sprawie Amber Gold - niestosowne i świadczy o naiwności klientów takiej usługi. Dzisiaj mamy przykład upadku jednej z wysoko notowanych w rankingach tzw. "wsp" -
Wyższej szkoły im. Giedroycia, która została założona przez dziennikarzy w 1994 roku.

"Studenci prywatnej warszawskiej uczelni właśnie się przypadkiem dowiedzieli, że szkoła ma ponad 4 mln zł długu, a ich czesne zajmie komornik. Mimo dramatycznej sytuacji finansowej uczelnia zaczęła dziś nabór kolejnych, nieświadomych niczego kandydatów. Jej rektor - ursynowski radny - twierdzi, że o niczym nie miał pojęcia i właśnie złożył rezygnację." Biedaczek, był rektorem i nie wiedział, że wpuszcza wraz założycielem tej "wsp" studentów "w kanał"? Podał się do dymisji, jak sprawą zainteresowali się dziennikarze. A co czynił do tej pory? Działalność uczelni - zdaniem Jarosława Gerarda Podolskiego, przedstawiciela właściciela i prezydenta uczelni - nie jest zagrożona.

Wyższe szkoły prywatne - jak już wcześniej o tym pisałem - usytuowane w wielkich miastach, gdzie na tych samych kierunkach kształci się w uniwersytetach i akademiach -nie mają już żadnych szans. Są jeszcze na kroplówkach czesnego naiwnych studentów i kandydatów na studia podyplomowe. Nie ma co wierzyć w zapewnienia reklam i piękne obrazki na ich internetowych stronach, gdyż prawda o nich i fatalnym zarządzaniu ich majątkiem jest głęboko skrywana przed opinią publiczną, a przede wszystkim przed studentami i częścią kadr akademickich. Haniebne jest tylko to, że partycypują w tym kłamstwie niektórzy profesorowie, także zatrudnieni jeszcze w uniwersytetach. Jak widać, dla nich kroplówka finansowa jest ważniejsza od przyzwoitości i poszanowania prawa.

O tym, że nadal jeszcze marzy się niektórym "dojenie" studentów pedagogiki świadczy dużych rozmiarów reklama prasowa (fot.1.)Kadry nie ma, ale biznesplan już jest.

poniedziałek, 24 września 2012

Litera prawa oświatowego w dyrektorskim nosie


Możemy pisać tysiące artykułów i książek na temat uspołecznienia szkolnictwa publicznego, sensu powoływania w nich rad szkolnych i obowiązku działania w nich rad rodziców oraz samorządów uczniowskich, ale i tak wszystko rozbija się w szkolnej codzienności o postawę wobec tych organów dyrektora szkoły. Jak chce rządzić w placówce autorytarnie, to będzie czynił wszystko, by wspomniane organy były w realiach "jego" szkoły w pełni mu podporządkowane. One mu są absolutnie niepotrzebne, one mu przeszkadzają w jednokierunkowym sterowaniu społecznością szkolną, one mu utrudniają życie, bo przecież z formalnych chociażby powodów wydłużają czas podejmowania przez niego określonych decyzji. Niektóre z nich bowiem musi konsultować z radami, chociaż i tak ma je - jak minister Gowin literę prawa - w nosie.

Dla takiego dyrektora najważniejszy jest duch autorytaryzmu, bo nareszcie może sobie porządzić, odegrać się na tych czy tamtych, pokazać, kto ma władzę i jak ma funkcjonować placówka za jego rządów, a te trwają kilka lat. Wiele w tym czasie można zniszczyć lub naprawić. Prawo jest dla szkolnego władcy tylko i wyłącznie do jego dyspozycji, ono ma jemu służyć, a nie innym, tym bardziej, gdyby chcieli z niego korzystać. On nie jest od tego, by je upowszechniać, uprzystępniać np. rodzicom czy uczniom. Im mniej wiedzą na ten temat i są nieświadomi swoich praw, tym lepiej dla niego. Niech nauczyciele bajdurzą o obywatelstwie, o prawach naturalnych i społecznych na lekcjach historii czy WOS-u, ale w jego szkole to on stanowi prawo i nikt nie będzie się wtrącał w to, jak je wdraża w życie.

Organy społeczne szkoły, jak sama nazwa wskazuje, są wprawdzie społeczne, ale niekoniecznie społecznie użyteczne. O tym, czy jakiś organ jest potrzebny lub nie decyduje dyrektor, bo demokrację i ustawowe zapisy ma w nosie. Oto klasyczny przypadek, kiedy wraz z nowym rokiem szkolnym nastąpiła zmiana na stanowisku dyrektora szkoły i zarazem połączenie dwóch typów szkół w zespół szkół. Nowy dyrektor zwołał "sobie" w czasie wakacji rady pedagogiczne łączonych szkół, powołał do życia jedną i przyjął Statut Szkoły, w którym - nie licząc się z opinią obu rad rodziców i samorządów uczniowskich - zapisał JEDNOŚĆ organizacyjną. Skoro ma rządzić jednym zespołem szkół, to po co mu dwie rady pedagogiczne, dwie rady rodziców, dwa samorządy uczniowskie? A po co mu było połączenie dwóch szkół w jedną? Wash and go?

Cwaniactwo i swoistego rodzaju wyrafinowanie nowego dyrektora szkoły polega na tym, że poformował on dotychczasowe rady rodziców (z obu typów szkół) o tym, że zatwierdził w Urzędzie Miasta X, czyli u organu prowadzącego szkołę jej nowy Statut, w którym jest tylko po jednym z organów społecznych. Zapewne uzyskał pokorną opinię połączonych rad pedagogicznych, bo przecież który nauczyciel mu podskoczy i zaprotestuje przeciwko takiej manipulacji? Na tym właśnie polega destrukcja polskiej demokracji w oświacie, że przewodniczącym rady pedagogicznej jest dyrektor szkoły, czyli pracodawca. Jak w PRL! Nic się nie zmieniło w ciągu tych 23 lat transformacji. Może zatem warto przypomnieć, skoro już nie ducha, to chociaż literę prawa, której dyrektor przestrzegać nie zamierza? Może warto zastanowić się nad tym, jak to jest możliwe, że organ prowadzący nie prowadzi żadnej kontroli w tym zakresie, tylko lekką rączką zatwierdza Statut Zespołu Szkół? Czy ktokolwiek z tego organu przyjrzał się zapisowi (protokołom) z posiedzenia rady pedagogicznej, która zatwierdzała taki Statut? Gdyby to uczyniono, to by dostrzeżono złamanie Ustawy o systemie oświaty.

Rada Rodziców jest organem samorządnym, w związku z tym dyrektor szkoły nie ma prawa ograniczać woli jej działania, wprowadzając Radę w błąd, jakoby Statut Szkoły uchwalał organ prowadzący. Statut Szkoły uchwala Rada Szkoły, a jeśli jej nie ma, to Rada Pedagogiczna. Zgodnie z Art. 62. 1. Organ prowadzący szkoły różnych typów lub placówki może je połączyć w zespół. Połączenie nie narusza odrębności rad pedagogicznych, rad rodziców, rad szkół lub placówek i samorządów uczniowskich poszczególnych szkół lub placówek, o ile statut zespołu nie stanowi inaczej.

To znaczy, że rodzice mogą w sytuacji łączenia dwóch typów szkół zachować odrębność swoich rad. To, że dyrektor dla własnej wygody, zapisał w statucie inaczej, bez ich zgody, jest naruszeniem ich praw. Rada Rodziców jest organem społecznym i nie podlegam sterowaniu ręcznemu dyrektora szkoły. Inna rzecz, to fakt doświadczonej już manipulacji ze strony dyrektora nie wróży dobrej współpracy. No cóż, wielu dyrektorów szkół publicznych nie chce zgodzić się nie tylko z literą prawa, ale i jego duchem. Tacy autorytarni "fachowcy" chcą nadal rządzić jednoręcznie, a duch z czasów PRL krąży po szkolnych korytarzach...

niedziela, 23 września 2012

Lepiej wcześniej, niż później, czyli o systemie antyplagiatowym w szkolnictwie wyższym


Być może tytuł dzisiejszego wpisu brzmi tajemniczo, ale po raz pierwszy zdarzyło się w mojej praktyce akademickiej, że doceniłem funkcjonowanie systemu antyplagiatowego w uczelni akademickiej, w której kontroluje się prace dyplomowe studentów zanim zostaną oni dopuszczeni do egzaminu dyplomowego. Kiedy wcześniej pracowałem w uniwersytecie, wiele słyszałem o zakupieniu przez władze uczelni dostępu do weryfikacji potencjalnej nieuczciwości studenckiej. Każdy absolwent musiał dołączyć do wydrukowanej rozprawy płytę z nagraniem jej treści. Nigdy jednak nie otrzymałem od pracownika administracji uniwersyteckiej (być może nikt nie był do tego zobowiązany) komunikatu: „Panie profesorze, spośród przekazanych do naszego systemu 10 prac dyplomowych, w żadnej nie wykryliśmy naruszenia prawa autorskiego.”

O ile moi studenci, dyplomanci przystępowali do egzaminu magisterskiego z świadomością, że przedłożona przez nich rozprawa została napisana samodzielnie i z zachowaniem obowiązujących zasad, o tyle ja nigdy nie miałem takiej pewności. Ten brak nie wynikał z nieufności do moich seminarzystów, gdyż obdarzaliśmy się zawsze wzajemnym zaufaniem, ale – poza jedną studentką studiów niestacjonarnych, która dokonała bezczelnego oszustwa, a sprawę wykryłem sam, bez jakiejkolwiek pomocy zewnętrznej – z przyjętej w uczelni procedury. Nikogo z administracji nie interesowało to, czy przedłożona przez studenta praca jest „czysta”, a więc uczciwie przygotowana do sfinalizowania studiów. Wystarczyło, że magistrant podpisał oświadczenie, że napisał ją samodzielnie. Taki formularz był załączany do rozprawy i … już. Koniec. Kropka. Ani promotor, ani recenzent nie wiedzieli, co działo się dalej z dokumentacją magistranta. Na podstawie oświadczenia był dopuszczany do egzaminu magisterskiego.

Czy ktoś, kiedykolwiek sprawdzał po tym czasie jego rozprawę? Czy „wrzucał” ją do systemu antyplagiatowego i sprawdzał, jaki jest w niej stopień podobieństwa treści pracy autora do innych tekstów? Chyba nie, bo nie przypominam sobie (studia rocznie kończyło często kilkaset osób na całym wydziale), by ktokolwiek i kiedykolwiek wspominał o weryfikacji prac dyplomowych.


Podejmując pracę na Wydziale Pedagogicznym Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie, spotkałem się z rozwiązaniem formalnym, którego sens i wartość poznałem dopiero w tym roku, kiedy kolejny rocznik moich seminarzystów przedłożył swoje rozprawy do oceny w systemie antyplagiatowym. U nas żaden student nie zostanie dopuszczony do egzaminu magisterskiego czy licencjackiego, jeśli najpierw, na co najmniej dwa tygodnie przed planowanym finałem studiów, promotor nie otrzyma informacji zwrotnej z biblioteki, której pracownicy odpowiadają za to zadanie, że wszystko jest w porządku. Ba, to, że pojawia się raport, z którego wynika, że praca dyplomowa studenta X czy Y uzyskała wynik negatywny, jest kierowane nie tylko do promotora pracy, ale i dziekanatu, by podjąć decyzję w sprawie.

Miałem w tym roku to szczęście, że wynik dwóch rozpraw moich studentek miał wynik negatywny. To oznaczało, że został w nich przekroczony wskaźnik dopuszczalności fragmentów identycznych z wykrytymi w innych tekstach. Dlaczego piszę, że miałem szczęście, skoro de facto jest to nieszczęście? Bez dramatu. Właśnie w tym upatruję sens całego systemu. Mimo bowiem dość mechanicznego, zdehumanizowanego wymiaru tej procedury, bo sprowadza się ona do wczytania treści pracy dyplomowej przez system antyplagiatowy, który w krótkim czasie wylicza statystycznie nasycenie poziomu identyczności treści i zarazem wskazuje odpowiednie akapity z ich zawartością, ma on właśnie podmiotowy aspekt. Stawia studenta w korzystnej dla niegoetycznie, prawnie i pedagogicznie sytuacji, jeśli rzeczywiście napisał on swoją pracę samodzielnie, rzetelnie i z zachowaniem wymaganych standardów. To prawda, że taki wynik rzuca na niego jako osobę cień podejrzenia o nieuczciwość, ale – tak, jak to bywa na co dzień w świecie ludzi dorosłych - jest to tylko podejrzenie w sprawie, którego ujawnienie pozwala na odniesienie się do treści raportu, który:

- przedstawia w postaci listy 10 najdłuższych fragmentów zidentyfikowanych jako zapożyczenia,

- tworzy listy fragmentów zidentyfikowanych jako tożsame z badanym tekstem, występujących w bazie macierzystej uczelni, bazach innych uczelni, Bazie Aktów Prawnych oraz w Internecie,

- umożliwia zaznaczanie wybranych zapożyczeń,

- określa stopień zapożyczeń wyrażony w liczbie słów występujących w danym fragmencie tekstu,

- pozwala zaznaczyć wykorzystane fragmenty z wybranego źródła.

Kiedy otrzymuję taki Raport, natychmiast kieruję komunikat do studentki: „Szanowna/y Pani/Panie proszę o zgłoszenie się do Biblioteki ChAT i odniesienie się na piśmie w sprawie wykrytego przez system plagiatu. Dopóki nie uzyskam odpowiedzi w tej sprawie, zawieszam dopuszczenie Pani/a do egzaminu dyplomowego”.

Jest to szczęśliwe rozwiązanie dla osoby, która uczciwie przygotowała swoją rozprawę, tylko system antyplagiatowy nie zawiera formuł pozwalających na identyfikację kluczowych w tej sprawie kwestii. To student powinien odnieść się do treści Raportu, by wyjaśnić wszelkie wątpliwości, niejasności czy nawet wynikające z niego błędne interpretacje. Gdyby zatem seminarzysta ukończył studia i uzyskał stopień zawodowy licencjata czy magistra, a po jakimś czasie któryś z pracowników administracji uczelnianej czy organu kontrolującego wprowadził treść jego pracy do systemu antyplagiatowego, to przy negatywnym wyniku cień podejrzenia padłby na promotora i uczelnię jako promujących oszustów. Autora pracy już byśmy tak szybko nie skonfrontowali z negatywnym wynikiem kontroli.

Tymczasem sprawa nie jest tak oczywista, jak wylicza to komputerowy program. Przekonała mnie moja seminarzystka, co do której uczciwości nie miałem nawet cienia wątpliwości, która napisała wyjaśnienie następującej treści. Przytaczam je w dużej części (poza danymi osobowymi), gdyż odsłania ono paradoks bezdusznego pomiaru w sytuacjach wymykających się powszechnym regułom. Wcześniej znałem ten problem z recenzji, jakie prezentowali profesorowie w odniesieniu do rozpraw naukowych habilitantów czy nawet kandydatów do tytułu naukowego profesora z nauk teologicznych i nauk o prawie. Przypadek pracy mojej studentki był właśnie kazusem pogranicza, gdyż jej rozprawa dotyczyła pedagogiki religii.

O tym, jak godną nie tylko tematu, ale i przyszłej profesjonalistki okazała się absolwentka studiów świadczy chociażby fakt, że zanim oddała swoją pracę do biblioteki, by została tam zweryfikowana, sama "wrzuciła" ją do systemu antyplagiatowego (https://www.plagiat.pl/webplagiat/main.action ). Z raportu systemu wynikało, że drugi wskaźnik (procentowa część pracy znaleziona w zasobach światowego Internetu) przekracza dopuszczalną normę rzędu 0,5%. Tak pisze o swoim odkryciu:

Przyjrzałam się pracy i większość tych fragmentów to były zaznaczone cytaty z pisma świętego lub same nazwy Ksiąg biblijnych - jak 'Księga Wyjścia", "Księga Powtórzonego Prawa" itp. Swoimi uwagami podzieliłam się z pracownikiem Biblioteki, który przyjmował moją pracę. Otrzymałam wówczas zapewnienie, bym nie przejmowała się tym wskaźnikiem, ponieważ wszyscy teolodzy pisząc swoje prace i cytując fragmenty Pisma Świętego mają taki sam problem - system pokazuje, że umieszczone fragmenty Pisma Świętego są brane z bazy światowego Internetu, nawet wtedy gdy wyraźnie zaznacza się w pracy fragment jako cytat z danej Biblii.”

Otóż to. Moja studentka opatrzyła każdy z wyróżnionych kursywą cytowanych fragmentów Pisma Świętego stosownym przypisem. Tego jednak już ów system nie uwzględniał, stąd nastąpiło przekroczenie współczynnika podobieństwa tekstów. Ulga zatem była tu czymś naturalnym, oczywistym tak dla mojej studentki, jak i dla mnie jako promotora pracy. Podobny problem mają prawnicy, których seminarzyści piszą komentarze do aktów prawa, które muszą cytować często i gęsto.

Co ciekawe, kiedy moja studentka chciała umieścić w swojej pracy tekst V przykazania w języku staro-cerkiewno-słowiańskim (scs) w takiej formie jak ono widnieje w prawosławnym katechizmie i jakiego prawosławne dzieci uczą się na religii, to system antyplagiatowy zarzucił jej (wielkim wykrzyknikiem) niezrozumiałość 6 słów. Tłumaczył to próbą ukrycia niedopuszczalnych zapożyczeń za owymi znakami słów. Po analizie tego fragmentu pracy z raportem systemu zdecydowała się zatem wykasować ten fragment z pracy, co obniża w istocie jej wartość poznawczą.

W dokumentacji studentki znajdzie się zatem Jej wyjaśnienie, w którym stwierdza m.in. „Jestem skłonna bronić swojej pracy, ponieważ z czystym sumieniem przyznaję się, że osobiście nad nią pracowałam, wiem z jakich źródeł korzystałam, z jakich ich fragmentów oraz to co chciałam przekazać pisząc tą pracę.” Wiem o tym i jestem pełen uznania nie tylko dla nowatorstwa podjętej problematyki badawczej mojej studentki, ale i jej uczciwości, która w konfrontacji z systemem potwierdziła, jak bardzo są niedoskonałe narzędzia pomiaru ludzkiej twórczości i sposobów jej wyrażania.