17 lutego 2026

Niepokojąca erozja postaw

 







Szkoły wyższe i instytuty badawcze powinny być dowodem na to, że istnieją normy, których nie ustanawia się większością głosów, ale poprzedzają one każdą sensowną debatę. Normy naukowe będące nośnikiem prawdziwości, rzetelności metodologicznej, uczciwości argumentacji mają charakter autoteliczny. Ich istotą nie jest czyjaś pozycja, interes czy komfort instytucjonalny, lecz sama możliwość rozpoznania, jak jest, dlaczego tak jest, jakie są czegoś skutki itp. Jak się okazuje, w niektórych instytucjach, jednostkach badawczych są one naruszane.

Dlatego szczególnie niepokojące są sytuacje, w których normy te, mimo iż są zapisane w w statutach, regulaminach, bywają naruszane. W praktyce przestają pełnić funkcję realnego punktu odniesienia w procesach decyzyjnych. Nie zostają zakwestionowane wprost, nie są  też w kraju zniesione przez ustawodawcę. Po prostu przestają zobowiązywać, bo ważniejszy jest dla kogoś prywatny interes, lęk przed utratą autorytetu. Nie jest to kryzys norm, ale erozja postaw wobec nich.

W niektórych uczelniach, instytutach, w których rozstrzyga się o wartości osiągnięć naukowych czy o jakości wyników badań, zdarza się, że procedury demokratyczne przestają chronić prawdę. 

W zdrowej kulturze akademickiej procedury kolegialne pełnią rolę służebną wobec prawdy. Organizują debatę, umożliwiają konfrontację argumentów, chronią przed arbitralnością. Problem pojawia się wówczas, gdy procedura zaczyna pełnić funkcję odwrotną: nie chroni już rozpoznania merytorycznego, lecz staje się narzędziem jego neutralizacji.

Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy decyzja kolegialna — podjęta w sprawie merytorycznej, a nie personalnej — zostaje faktycznie unieważniona nie przez kontrargument naukowy, polemikę, lecz przez dystans władzy formalnej wobec jej skutków, a więc przez zawieszenie zobowiązania.

Na tym etapie nie mamy jeszcze do czynienia z jawnym nadużyciem, ale z czymś subtelniejszym, z przesunięciem ciężaru z argumentu wiedzy naukowej, czyichś kompetencji na pozycję władzy. Problem nie polega na istnieniu kadr kierowniczych, lecz na pomieszaniu porządków. Władza formalna nie jest i nie powinna być władzą naruszającą standardy naukowe. Jej rolą nie jest rozstrzyganie, co jest prawdziwe, lecz czuwanie nad tym, jak wspólnota dochodzi do rozstrzygnięć.

Gdy jednak osoba sprawująca władzę formalną zaczyna traktować zgodność z własnym stanowiskiem jako warunek akceptowalności rozstrzygnięć merytorycznych, pojawia się dysonans, którego nie da się zmniejszyć samą procedurą. Naukowe standardy nadal obowiązują, ale w wielu przypadkach tylko deklaratywnie, bowiem przestają być realnym punktem odniesienia dla podejmowanej uchwały.

W tym sensie mamy do czynienia nie z konfliktem poglądów, lecz z rozszczepieniem odpowiedzialności formalnej, która trwa i naukowej, która ulega odroczeniu. Ignorancja, której nie wolno nazwać, rozwija się po cichu, w zaciszu struktur upełnomocniających jej zwolenników. Wkrótce ukaże się mój artykuł na ten temat, skoro cisza bywa też patologią. 

Współczesna kultura publiczna oswoiła nas z faktem, że opinia coraz częściej próbuje zastępować prawdę o rzeczywistości. Umberto Eco trafnie zauważył, że wiek XXI przyniósł nie tyle pluralizm, ile ekspansję niekompetencji w obszarach wymagających specjalistycznych rozstrzygnięć. Tym bardziej jest niepokojące, że placówki odpowiedzialne za wiarygodność własnych działań i postaw nie są od tej tendencji wolne, choć powinny być szczególnie odporne na pozoranctwo, brudne wspólnoty czy konflikt interesów.

Najbardziej problematyczne nie jest zatem istnienie ignorancji, lecz sytuacja, w której patologię osłania się autorytetem władzy. Wtedy korekta merytoryczna przestaje być traktowana jako element procesu poznawczego, a zaczyna funkcjonować jako zagrożenie dla wizerunku, dla pozycji, dla poczucia kontroli. W takiej konfiguracji prawda naukowa nie przegrywa w otwartym sporze. Przegrywa w ciszy. 

W świetle teorii działania komunikacyjnego problem erozji postaw wobec norm prawdy i dobra ujawnia się jeszcze wyraźniej. Habermas przypominał, że racjonalność komunikacyjna nie polega na narzucaniu stanowisk, lecz na gotowości do ich uzasadniania w warunkach symetrycznego dostępu do argumentów. Prawomocność rozstrzygnięć rodzi się nie z pozycji mówiącego, lecz z siły uzasadnienia, które może zostać przyjęte lub odrzucone w toku dyskursu.

Jednostki akademickie są (przynajmniej w swoim samorozumieniu) przestrzenią uprzywilejowaną dla tego typu racjonalności. Ich sens polega na tym, że argument może skorygować autorytet, a nie odwrotnie. Gdy jednak rozstrzygnięcie merytoryczne zostaje zakwestionowane nie w drodze dalszej argumentacji, lecz poprzez dystans władzy formalnej wobec jego skutków, dochodzi do subtelnego, lecz istotnego przesunięcia: działanie komunikacyjne zostaje zastąpione działaniem strategicznym.

Argumenty mogą paść. Procedura może się odbyć. Głosowanie może zostać przeprowadzone. Problem zaczyna się wtedy, gdy wynik przestaje być traktowany jako zobowiązujący element wspólnego rozumowania, a staje się jedynie epizodem bez znaczenia decyzyjnego.

Habermas nazwałby to sytuacją, w której ważność roszczeń poznawczych zostaje podporządkowana logice utrzymania kontroli, a nie logice dochodzenia do porozumienia. W takiej konfiguracji komunikacja nie zanika, lecz traci swój normatywny sens. Przestaje być przestrzenią, w której prawda może „zadziałać”.

Z perspektywy wspólnoty akademickiej jest to moment szczególnie krytyczny. Nie dlatego, że pojawia się konflikt, lecz dlatego, że konflikt zostaje rozbrojony w sposób pozadyskursywny. Tam zaś, gdzie dyskurs przestaje być źródłem prawomocności decyzji, znika również fundament zaufania do sensu uczestnictwa w nim. Widać to po rotacji pracowników w danej instytucji, publicznie ogłaszanej rezygnacji czy odchodzeniu w ciszy, by nie zostać rozpoznanym jako współprawca błędów, nieuczciwości itp.  

Gdzie pojawia się presja, szantaż, zastraszanie, czy pokusa realizacji innych interesów, nie działa już autorytet instytucji, gdyż zostaje zastąpiony postawami w najuboższym sensie tego słowa. Jeśli przewodniczący demokratycznie ustanowionego gremium, które  poddało pod głosowanie merytorycznie ważną kwestię, uznając jej poprawność, przedkłada wyższej czy innej instancji władczej sprzeczne z tą uchwałą postanowienie, powinien podać się do dymisji albo zostać zdymisjonowanym.      

Autorytet naukowy nie polega na nieomylności, ale na gotowości przyjęcia korekty, gdy wspólnota, posługując się uznanymi kryteriami wiedzy, wskazuje granice naruszania przez kogoś normatywnego stanowiska. Odmowa uznania takiej korekty nie wzmacnia autorytetu, ale przeciwnie, ujawnia jego kruchość. W tym sensie zawieszanie skutków rozstrzygnięć merytorycznych nie jest obroną autorytetu, lecz jego cichą delegitymizacją. 

Akademia lubi myśleć o sobie jako o przestrzeni, w której władza nie rozstrzyga prawdy, a prawda w długim trwaniu potrafi korygować władzę. To samorozumienie nie jest naiwne. Jest normatywne. Opiera się na przekonaniu, że istnieją normy, standardy postaw, które mają charakter autoteliczny, a zatem ich sensem nie jest czyjaś racja, pozycja ani komfort instytucjonalny, lecz dążenie do możliwie najlepszego rozpoznania rzeczywistości.

Dlatego szczególnie niepokojące są sytuacje, w których normy te mimo ich naukowej nienaruszalności, przestają zobowiązywać w praktyce zachowań niektórych akademików. Procedury są zapisane w ustawach, regulacjach uczelni i ich jednostek, w towarzystwach naukowych. Tam padają argumenty, są przeprowadzane głosowania, a jednak ich skutki mogą zostać zawieszone nie w drodze polemiki naukowej, lecz przez dystans władzy formalnej wobec ich konsekwencji.

Zachęcam do refleksji nad czymś znacznie trudniejszym, a mianowicie nad kondycją postaw, które decydują o tym, czy norma naukowej PRAWDY pozostaje żywa, czy jedynie obowiązuje na papierze. Autoteliczność powyższych norm nie chroni ich automatycznie. Chroni je dopiero wspólnotowa gotowość do podporządkowania się im, także wtedy, gdy są niewygodne, korygujące lub podważające czyjś autorytet. Bez tej gotowości akademia zachowuje formę, lecz traci sens, który nie jest tym, co można przegłosować, a tym bardziej penalizować. 


Ps. Czytam z niepokojem najnowsze artykuły dotyczące IBE-PIB:

Habilitacja bliskiego stopnia, czyli kto pomógł reformatorowi polskiej edukacji 

MEN żąda wyjaśnień po tekście Zero.pl. Chodzi o konflikt interesów w państwowym instytucie

Instytut Błędów Edukacyjnych, czyli jak IBE tworzy rekomendacje dla MEN


15 lutego 2026

Życie i śmierć zapisane w pamięci

 


Profesor Stefan Łaszyn przesłał do mnie własną opinię na temat książki Bogdana Bileckiego pt. Wspomnienia Ukraińca z Polski, która powstała z potrzeby ocalenia pamięci tak autora, jak i czytelnika. Bilecki opowiada w sposób prosty i powściągliwy własne życie, które było naznaczone deportacją, wykorzenieniem i koniecznością ciągłego zaczynania od nowa. Jego prywatny los stał się świadectwem zbiorowym, a doświadczenie jednostki głosem całego pokolenia Ukraińców z Polski. 

Najmocniej wybrzmiewają fragmenty poświęcone dzieciństwu przerwanemu przez bolesną historię obu narodów oraz powojennemu życiu w Polsce. Pisze o edukacji, pracy nauczycielskiej i mozolnym budowaniu tożsamości w nowych warunkach. Autor unika ocen i wielkich deklaracji, pozwala mówić faktom, pamięci i codzienności. Dzięki temu książka nie moralizuje, lecz świadczy.

Rusyfikacja, indoktrynacja i podporządkowanie edukacji celom politycznym stają się jednym z najtrwalszych narzędzi przemocy, bo uderzają w to, co ma trwać poza jednym pokoleniem. Dlatego biografie takie jak ta opisana przez Bileckiego nie są jedynie świadectwem przeszłości, ale są ostrzeżeniem. Pokazują, że wojna o terytorium bardzo szybko zamienia się w wojnę o świadomość, a w konsekwencji w wojnę o dzieci.

To książka czytana jednym tchem, napisana klarownym językiem, starannie wydana i dostępna w dwóch wersjach językowych. Jej prawdziwa wartość polega jednak na przypomnieniu, że pamięć nie jest luksusem, lecz obowiązkiem, zwłaszcza wobec tych, którzy nie zawsze mogli opowiedzieć swoją historię sami.

Trwająca wojna w Ukrainie już teraz zapisuje się jako nie tylko pokoleniowe doświadczenie narodu, ale także rejestr bombardowanych miast, utraconych domów, rozdzielonych rodzin i wymuszonej migracji. Za niespełna dekadę, w czwartą rocznicę tej wojny, kolejne pokolenie będzie poddawać ten czas bolesnej refleksji, próbując nazwać stratę, nadać sens przetrwaniu i ocalić pamięć. 

Dziś jednak lektura ta domaga się ostrzejszego kontekstu. Wojna przeciwko Ukrainie nie trwa od czterech, ale od dwunastu. Rozpoczęta w 2014 roku, od aneksji Krymu i okupacji Donbasu, ma charakter długiego procesu niszczenia suwerennego państwa, społeczeństwa i pamięci kulturowej. Pełnoskalowa agresja z 2022 roku jest zatem eskalacją, a nie początkiem ogromnego dramatu ludności cywilnej, tysięcy porwanych dzieci i zabitych na froncie żołnierzy. 

W tym sensie książka Bileckiego przestaje być wyłącznie zapisem przeszłości, ale staje się kluczem do zrozumienia teraźniejszości i zapowiedzią przyszłych narracji pamięci tych, którzy przeżyją. 


14 lutego 2026

Tonący chwytają się rzeczników. Państwo prawa czy państwo protez?

 

Ilustracja autorska wygenerowana z pomocą AI (ChatGPT)


Kilka dni po rozmowie z redaktorem jednego z oświatowych periodyków przeczytałem o zamyśle powołania Rzecznika Praw Rodziców i Opiekunów Dzieci z  Niepełnosprawnościami

Argumentacja brzmi znajomo, niemal podręcznikowo, jak w przypadku powołanych już innych rzeczników w randze ministrów, co tylko potwierdza, że system przestrzegania w III RP konstytucyjnych praw obywatelskich i dziecięcych jest niespójny, pomoc rozproszona, a odpowiedzialne za jej udzielanie placówki czy organy władzy niewłaściwie pracują. Nic dziwnego, że i w tym przypadku rodzice błądzą między urzędami. Nasuwa się zatem dość oczywiste rozwiązanie, by powołać jeszcze jednego  rzecznika-urzędnika.

W tym momencie trzeba powiedzieć jasno, że to nie jest już próba naprawy państwa, lecz oswajanie jego niewydolności administracyjnej i oswajanie patologii kolejnych władz. Jednak empatia nie zastępuje odpowiedzialności. 

Nie mam najmniejszej wątpliwości, że rodzice dzieci z niepełnosprawnościami są jedną z najbardziej przeciążonych grup w Polsce. Ich frustracja jest realna, gdyż codziennie  doświadczają systemowej bezradności. Właśnie dlatego należy mówić prawdę, że  problemem nie jest brak rzecznika, lecz brak działającego państwa.

Jeżeli ktoś mówi, że potrzebna jest instytucja, która „pomoże poruszać się po systemie”, to de facto przyznaje, że system jest nieczytelny, niewydolny, niezdolny do samonaprawy, a pomoc jest nieskoordynowanaTrudno, by było to argument za powołaniem rzecznika, skoro jest to akt oskarżenia wobec władzy publicznej. 

Lista zadań postulowanego przez rodziców nowego rzecznika mówi wszystko, bowiem oczekują oni od ombundsmena/-ki interweniowania, wymagania odpowiedzi od szpitali i urzędów, monitorowania prawa, inicjowania zmian legislacyjnych, nadzorowania centralnego punktu koordynacji pomocy, zarządzania wojewódzkimi punktami wsparcia,

Nie widzę w tym żadnego „partnera”, ale substytut państwa, jego urzędów, tylko pozbawionych realnej władzy decyzyjnej i odpowiedzialności politycznej. Ewidentnie widać, że postuluje się zadania ministra, rządu, administracji publicznej, a nie urzędu, który z definicji nie rozstrzyga, nie egzekwuje i nie odpowiada za skutki. 

Rozwija się w III RP patologia drugiego stopnia, skoro mamy już m.in.:

  • Rzecznika Praw Obywatelskich,
  • Rzecznika Praw Dziecka,
  • Rzecznika Praw Pacjenta,
  • Rzecznika Finansowego,

a teraz miałby zostać powołany Rzecznik Praw Nauczycieli, zaś jutro,  być może rzecznik praw dyrektorów, opiekunów, terapeutów, asystentów, naukowców, pracowników administracji rządowej, samorządowej, a nawet rzecznik rzeczników. W końcu każdy w państwie ma prawo czuć się marginalizowanym, niedocenianym, lekceważonym, niespełnionym itp. 

Zmierzamy do tworzenia kolejnej patologii na już istniejącej patologii, bo rzecznik nie likwiduje chaosu, ale go instytucjonalizuje i sprawia, że znika odpowiedzialność tych, którzy są wynagradzani za określoną pracę, służbę, misję itp. 

Szczególnie groźnie brzmi pomysł „jednego miejsca kontaktu”, gdyż jest to klasyczna formuła nowoczesnej biurokratyzacji empatii, polegająca na tym, że sprawa zostaje „przyjęta”, „skierowana dalej” i „objęta koordynacją”. Tyle że w tym procesie nikt nie ponosi odpowiedzialności za właściwy efekt. 

W powyższym przypadku rodzic nie otrzymuje rozwiązania problemu czy wsparcia w tym zakresie, ale dostaje procedurę. Warto zadać pytanie brutalne, ale uczciwe, do czego potrzebny jest Rzecznik Praw Pacjenta osobie, która zmarła wskutek błędnej opieki zdrowotnej? Czy rzecznik zapobiegł tragedii? zmienił system? poniósł  odpowiedzialność? Nie. Pojawił się po fakcie, tam, gdzie państwo już zawiodło.

Dokładnie ten sam mechanizm proponuje się dziś w kolejnych obszarach życia części obywateli polskiego społeczeństwa.  Proponuję, by już powołać rzecznika rzeczników, skoro każda niespójność systemu ma być „naprawiana” nowym rzecznikiem. Byłoby to logiczną konsekwencją reakcji na pytanie, czy nie powinniśmy powołać Rzecznika Rzeczników do koordynowania chaosu instytucji, które powstały, by państwo zaczęło  wreszcie działać jako całość? To brzmi jak ironia, ale jest logicznym końcem tej drogi. 

Jeśli chcecie rzecznika od czegokolwiek (z pełnym poszanowaniem problemów osób w potrzebie) to zamiast upraszczania procedur, łączenia kompetencji, jasnej odpowiedzialności instytucjonalnej, będziemy mnożyć urzędy „pomagające poruszać się po systemie”. W taki sposób będziemy wychowywać obywateli do życia w świecie konserwowania pozoru.