Przywołane
przez autorkę artykułu w powyższym piśmie studium porównawcze na temat akademickiego drop out czeskich naukowców przebywających poza granicami kraju odzwierciedla nowy problem w Czechach. Okazuje się, że generacja czeskich uczonych, którzy wyjeżdżali w latach 90. XX wieku na uczelnie
zachodnioeuropejskie i zdobyli w nich cenne doświadczenie oraz osiągnęli sukcesy naukowe, nie chce wracać do kraju.
Powodem są zbyt niskie płace w Czeskiej Republice w porównaniu do wynagrodzeń w uczelniach zachodnioeuropejskich czy na innych kontynentach. Po powrocie do kraju widzą, że niewiele się tu zmieniło. Nadal ma miejsce obsadzanie
stanowisk swoimi, nepotyzm i niski poziom otwartości na innowacyjność
akademicką.
Markéta
Hronova już tytułem swojego artykułu przenosi debatę z poziomu zbyt niskich płac w szkolnictwie wyższym na poziom ustrojowej
patologii akademickiej. Cechuje ją nieprzejrzyste powoływanie na funkcje kierownicze, zamknięta sieć obsadzania stanowisk i odpływ talentów. W debacie publicznej potwierdza
się i wzmacnia to, co wynika badań empirycznych.
Problem powrotu uczonych do kraju nie sprowadza się do nostalgii ani do zwykłego pytania: „czy chcą wrócić?”. Chodzi raczej o strukturę warunków pracy akademickiej: jakość zatrudnienia, przejrzystość rekrutacji, stabilność kariery, kulturę instytucjonalną, relacje w czeskich uczelniach oraz możliwość realnego wykorzystania kompetencji zdobytych za granicą.
Autorka artykułu powołuje się na badanie sondażowe, które objęło 198 uczonych powracających do kraju. Część z nich wzięła udział w badaniu fokusowym. Z ich relacji przebija negatywne doświadczenie z pracy w czeskich uniwersytetach mimo prób utrzymywania kontaktów zawodowych z krajem, kiedy pracowali poza granicami kraju.
Problemem nie jest tylko to, że czescy, ale i polscy uczeni zarabiają za granicą więcej. Oni tam częściej doświadczają reguł gry, których w kraju im brakuje: przejrzystość, konkurencyjność, uznanie dorobku i mniejszą zależność od lokalnych patronów. W Polsce zaś jest zawiść, zamiatanie patologii pod dywan, osłona brudnych wspólnot i atakowanie tych, którzy nie chcą się z tym pogodzić.
Czesi
też mieli turystykę habilitacyjną na Słowację, ale sami ją rozpoznali i
zablokowali. W Polsce zaś docenci ze słowackimi habilitacjami pełnią funkcje
kierownicze w uniwersytetach, politechnikach i akademiach.
To
zmienia sens debaty także na temat drop out w polskich uczelniach z poziomu nie
tylko ekonomicznego na poziom republikański i akademicki. Wynagrodzenia są
ważne, ale same pieniądze nie zatrzymają ani nie przyciągną uczonych, jeżeli
struktura uczelni reprodukuje wewnętrzną klikowość. W takim systemie diaspora
naukowa nie jest „stratą narodowej inteligencji”, lecz lustrem, w którym naród,
w tym młode pokolenie potencjalnych uczonych widzi byle-jakość własnych
instytucji.
Warto
też zauważyć, że czeska dyskusja może być odczytana jako spór o nowoczesną
politykę diasporalną nauki. Tradycyjna polityka wobec diaspory pyta: jak
utrzymać więź z krajem, językiem i kulturą? Nowoczesna polityka wobec diaspory
akademickiej musi zapytać: czy kraj pochodzenia ma instytucje zdolne
przyjąć ludzi, którzy nauczyli się pracować w bardziej konkurencyjnych,
przejrzystych i innowacyjnych systemach nauki?

