24 kwietnia 2026

O rzekomych zaletach badań TALIS TKS 2024

 



Przeczytałem raport  z badania wiedzy pedagogicznej nauczycieli  TALIS TKS 2024. Powinien to być dowód na poziom niekompetencji kadry kierowniczej IBE-PIB wraz z jej Radą Naukową. Jestem zdumiony, że można było coś tak absurdalnego sfinansować z budżetu państwa. Otrzymujemy kolejny materiał tego Instytutu  zaprzeczający wartości poznawczej (merytorycznej) badań - w tym przypadku na temat rzekomej wiedzy pedagogicznej nauczycieli. Tymczasem są one przykładem pseudonaukowych badań przeprowadzonych przez instytucję publiczną MEN.  

Zacznę jednak od tego, co wprowadza czytelników takiego raportu w błąd, a z racji braku wiedzy generuje potencjalny zachwyt nad rzekomym umiędzynarodowieniem diagnoz edukacyjnych. Nie można  przecież przystępować do lektury z jakimś uprzedzeniem, negatywnym nastawieniem. W końcu IBE-PIB opublikował raport z badań, które są pod auspicjami OECD.  

Zapytajmy zatem o korzyść z przeprowadzonej diagnozy, starając się ustalić jej beneficjentów, poza rzecz jasna tymi, którzy otrzymali za udział w tym projekcie stosowne honoraria.    

Najważniejsza korzyść jest taka, że państwa uczestniczące w badaniach OECD otrzymują rzekomo porównywalne międzynarodowo dane, które mogą służyć do monitorowania i doskonalenia polityki oświatowej na rzecz jakości kształcenia oraz stabilności i efektywności kadr oświatowych. Będący przedmiotem mojej recenzji Raport dotyczy programu TALIS, z udziału w którym powinny wynikać konkretne pożytki:

Po pierwsze, państwo powinno dostrzec, jak wygląda środowisko pracy nauczycieli i szkół z perspektywy samych praktyków — nauczycieli i dyrektorów placówek oświatowych. Mogłoby to być materiałem do diagnozy systemu szkolnego nie tylko na poziomie funkcji założonych w ustawie Prawo oświatowe, ale także realiów szkolnych.

Po drugie, w przypadku komponentu badań o nazwie TALIS TKS kraj społeczeństwo polskie powinno uzyskać pomiar wiedzy pedagogicznej nauczycieli w trzech obszarach: nauczanie, uczenie się i ocenianie, po to, by móc rozpoznać mocne strony i deficyty własnego systemu przygotowania oraz doskonalenia nauczycieli.

Po trzecie, takie badanie powinno dostarczyć danych o uwarunkowaniach tej wiedzy — np. związanych z przygotowaniem do zawodu, stażem, specjalizacją przedmiotową czy poczuciem sprawstwa nauczycieli. Dzięki temu MEN oraz MNiSW mogłyby lepiej projektować reformy kształcenia i doskonalenia nauczycieli.

Po czwarte, udział w takim badaniu powinien stworzyć możliwość porównań międzynarodowych, by tak obywatele, eksperci, jaki  i przede wszystkim władze oświatowe mogły sprawdzić, gdzie lokuje się wobec innych krajów nasz system kształcenia i doskonalenia zawodowego i czy jego wyniki są wyższe, niższe czy zbliżone do innych systemów edukacyjnych. 

Sam raport pokazuje właśnie takie zestawienia między ośmioma państwami, a są to "szczyty" światowej edukacji :) - USA, Chorwacja, Portugalia, Chile, Południowa Afryka, Arabia Saudyjska  i Maroko. Nareszcie dzięki badaniu IBE-PIB możemy dowiedzieć się, jak sytuują się wiedza i umiejętności pedagogiczne polskich nauczycieli na tym tle. Brawo.       

Po piąte, korzyścią udziału w tych badaniach miało być zapewne współtworzenie narzędzia i standardów diagnozowania powyższych kwalifikacji polskich nauczycieli. W raporcie zaznaczono, że ostateczna postać operacjonalizacji i narzędzia uwzględniała konsultacje z ekspertami z w/w krajów oraz analizę ich standardów zawodowych. Miałoby to oznaczać, że polskie nauczycielstwo stało się nie tylko „obiektem pomiaru”, ale współuczestniczyło w budowie ram porównania.

Podsumowując to, co zapewne zachwyci niekompetentnych dziennikarzy i kadry MEN oraz MNiSW, to rzekoma korzyść dla państwa sprowadzająca się nie tylko do miejsca w tym kompromitującym „rankingu”, lecz na uzyskaniu diagnostycznego lustra dla własnej polityki oświatowej.

W następnych odcinkach wykażę, na co państwo polskie wyrzuca setki tysięcy złotych do kosza. Ściągnijcie sobie ten pseudoraport, bo warto omówić go ze studentami nauk społecznych - nauk o polityce, nauk prawnych,  socjologii, pedagogiki, a nawet psychologii.  W końcu od tylu lat zachęcamy do myślenia krytycznego, z którego nie potrafią korzystać nawet w Radzie Naukowej IBE-PIB, to nie dajmy sobie wciskać kitu.   

cdn. 

23 kwietnia 2026

Kapitał symboliczny, peryferyjność i złudzenie równego pola gry

 


Grafika wygenerowana i opracowana we współpracy z narzędziem AI ChatGPT (OpenAI)



Aby w pełni zrozumieć absurd narracji o „dobrobycie” polskich profesorów i oczekiwaniach wobec ich globalnej konkurencyjności, konieczne jest wyjście poza poziom prostych porównań płacowych i sięgnięcie do aparatu pojęciowego socjologii nauki. W tym kontekście szczególnie użyteczna pozostaje koncepcja Pierre’a Bourdieu, zwłaszcza jego rozróżnienie kapitału ekonomicznego, kulturowego i symbolicznego oraz pojęcie sfery naukowej jako struktury relacyjnej.

Sfera naukowa — wbrew deklaracjom o jej uniwersalizmie — nie jest przestrzenią równej konkurencji. Jest hierarchicznie ustrukturyzowana, w której pozycje aktorów zależą od ilości i struktury posiadanego kapitału. Kapitał ekonomiczny (wynagrodzenia, stabilność zatrudnienia, infrastruktura badawcza) nie jest tu elementem zewnętrznym, lecz warunkiem możliwości akumulacji kapitału symbolicznego, czyli prestiżu, cytowalności, rozpoznawalności i zdolności do stanowienia o obowiązujących kryteriach doskonałości naukowej.

W tym sensie polska profesura funkcjonuje w warunkach peryferyjności strukturalnej. Nie dlatego, że tworzy wiedzę gorszej jakości, lecz dlatego, że działa w przestrzeni, w której reguły gry ustanawiane są przez ośrodki akademickie dysponujące nieporównanie większym kapitałem ekonomicznym i instytucjonalnym. Oczekiwanie, że aktorzy peryferyjni będą konkurować na tych samych zasadach, przy radykalnie asymetrycznych zasobach, jest klasycznym przykładem tego, co Bourdieu określał mianem symbolicznej przemocy — przemocy niewidzialnej, bo ukrytej pod pozorem neutralnych procedur i „obiektywnych wskaźników”.

Narracja o „wystarczającym” poziomie wynagrodzeń profesorów pełni w tym układzie funkcję legitymizującą. Skoro bowiem formalnie spełnione są minimalne standardy bycia „klasą średnią”, to wszelka krytyka może zostać zredukowana do indywidualnego niezadowolenia, a strukturalny deficyt kapitału — do problemu motywacji lub zarządzania czasem. W ten sposób niedobór ekonomiczny zostaje przekształcony w moralne zobowiązanie do heroizmu, a peryferyjność — w cnotę skromności.

Wyrównanie płac w wysokości 3 proc. w stosunku do grudnia 2024 roku nie przesuwa Polski na mapie świata nauki nawet o jedno miejsce, nie skraca dystansu do liderów a utrwala głęboki kryzys szkolnictwa wyższego. Konkurencja bez kapitału jest systemowym paradoksem.

Dochodzimy do sedna absurdu, który tak wyraźnie przebija z entuzjastycznych komentarzy o „dobrobycie” polskich profesorów. Otóż MNiSW oraz instytucje oceniające naukę oczekują od polskich uczonych:

  • publikowania w tych samych czasopismach,
  • rywalizacji o te same granty,
  • budowania międzynarodowych zespołów,
  • spełniania identycznych wskaźników parametrycznych,

jakich wymaga się od badaczy funkcjonujących w systemach, gdzie profesura dysponuje 2–4-krotnie większym kapitałem ekonomicznym i infrastrukturalnym. 

Nie jest to już kwestią indywidualnej zaradności czy „etosowej motywacji”. Jest to problem strukturalnej nierówności pola naukowego, w którym polska akademia funkcjonuje jako dostarczyciel taniej pracy intelektualnej, a nie równorzędny partner.    

W logice pola naukowego kapitał symboliczny nie jest nagrodą za wysiłek, lecz rezultatem długotrwałej akumulacji zasobów, możliwej tylko w warunkach stabilności materialnej. Profesor, który musi permanentnie kompensować deficyt ekonomiczny dodatkowymi zajęciami dydaktycznymi, administracyjnymi lub pozauczelnianymi, traci nie tylko czas, ale przede wszystkim zdolność uczestnictwa w grze o najwyższą stawkę — formułowanie problemów badawczych,  rozwój dyscypliny naukowej i kryteriów jej doskonałości.

W tym sensie polskie uniwersytety nie tyle „przegrywają konkurencję”, ile zostały wpisane w rolę podporządkowaną, w której oczekuje się od kadr internalizacji reguł ustalanych gdzie indziej, bez realnej możliwości ich współtworzenia. Zachwyt nad rzekomym dobrobytem profesury jest więc nie tylko empirycznie fałszywy, ale teoretycznie naiwny: ignoruje bowiem fakt, że symboliczna równość w polu naukowym bez ekonomicznej równoważności jest jedynie ideologiczną fikcją.



English summary

Purchasing power parity data expose a stark and politically inconvenient reality: Polish full professors rank at the bottom of the European academic ladder and far outside the global core. In real terms, their monthly income amounts to roughly 4,600 international dollars—around 30 per cent less than in neighbouring Czechia or Estonia, and more than two to three times lower than in Japan, the United States or Singapore. Yet Poland’s science policy continues to demand performance according to identical global metrics, publication regimes and competitiveness standards. This is not meritocracy but structural hypocrisy: a system that proclaims international excellence while systematically underfunding the very actors expected to deliver it. Official claims about the “relative prosperity” of Polish professors do not withstand comparative scrutiny; they function instead as political narrative management, masking the long-term peripheralisation of academic labour.

(Transl. i opracowanie we współpracy z narzędziem AI ChatGPT (OpenAI)


22 kwietnia 2026

Ewaluacja czy akomodacja? O cichym przesunięciu sensu dydaktyki akademickiej

 


Grafika wygenerowana i opracowana we współpracy z narzędziem AI ChatGPT (OpenAI)


Jest coś głęboko niepokojącego w utrwalanej w uniwersytecie formie i metodzie ewaluacji zajęć akademickich. Nie kwestionuję ich istnienia, bo każdy z nas potrzebuje informacji zwrotnej o własnej aktywności. Forma i metoda pozyskiwania opinii może być zawsze doskonalona. 

Po raz kolejny analizowałem wyniki ewaluacji moich współpracowników, prosząc ich o odniesienie się do komentarzy studentów. Doszedłem do wniosku, że warto podzielić się z czytelnikami bloga refleksją, która wymaga dyskusji w środowisku akademickim, gdyż nie dotyczy to tylko mojej jednostki i uczelni.  

Utrwalana od kilku dekad konieczność odnoszenia się studentów do prowadzonych przez ich nauczycieli zajęć ma zarazem funkcję ukrytą, bowiem coraz częściej ewaluacja nie służy rozpoznaniu jakości kształcenia, lecz staje się narzędziem jej subtelnej deformacji. Polska Komisja Akredytacyjna traktuje ewaluację w ocenie jakości kształcenia w sposób biurokratyczny, proceduralny utrwalając patologię tego procesu.   

Arkusze ewaluacyjne nie mierzą tego, czy student się rozwija, ale to czy w czasie zajęć czuje się dobrze, a więc czy jest z nich zadowolony, a to nie jest to samo. W klasycznym sensie ewaluacja miała odpowiadać na pytanie: czy zajęcia prowadzą do zmiany poznawczej? Dziś – coraz częściej – odpowiada na inne - czy zajęcia były komfortowe, jasne i „przyjazne”?

To przesunięcie nie jest niewinne. Oznacza bowiem przejście od dydaktyki wymagającej do dydaktyki adaptacyjnej,  dostosowanej nie do poziomu wiedzy, lecz do poziomu oczekiwań. Nie chodzi już o to, by student przekroczył własne ograniczenia, lecz by nie odczuł dyskomfortu ich przekraczania.

Co naprawdę mierzą ankiety? Z analizy wypowiedzi nauczycieli akademickich wynika jednoznacznie: studenci najwyżej oceniają zajęcia, które:

  • są przystępne i uporządkowane
  • odbywają się w miłej atmosferze
  • prowadzący jest życzliwy, dostępny i „ludzki”
  • wiedza jest podawana w formie gotowych struktur
  • pojawiają się przykłady z praktyki

A co obniża ocenę?

  • konieczność czytania trudnych tekstów
  • praca projektowa wymagająca czasu
  • niejednoznaczność treści
  • brak „jasnych wskazówek, co trzeba umieć”
  • złożoność problemów

Innymi słowy, to, co konstytuuje uniwersytet, bywa tym, co obniża ocenę zajęć. 


Ewidentnie dostrzegamy u studentów zmianę w postawach wobec prowadzących zajęcia, które można sprowadzić do  tezy: dydaktyka sensu kontra dydaktyka dobrostanu. W tle tego zjawiska ujawnia się głębsze napięcie:

Dydaktyka sensu

                       Dydaktyka dobrostanu 

trudność

                       łatwość

złożoność

                       uproszczenie

samodzielność

                        prowadzenie za rękę

pytania otwarte

                       odpowiedzi zamknięte

odpowiedzialność

                       instrukcja

Ewaluacje akademickie coraz częściej premiują tę drugą dydaktykę, która sprowadza uniwersytet do roli szkoły zawodowej. Jest tak nie dlatego, że studenci „nie chcą się uczyć”, lecz dlatego, że zostali ukształtowani w systemie szkolnym, który nagradzał poprawność wykonania, a nie samodzielność myślenia.

Uniwersytet powinien być środowiskiem przełamania tego schematu, a coraz częściej staje się jego kontynuacją. 

Ewaluacja staje się dla studiujących niewidzialną sankcją wobec wymagających wykładowców. W tej sytuacji pojawia się zjawisko szczególnie groźne, jakim jest negatywna selekcja dydaktyczna. Wykładowca, który wymaga czytania, stawia problemy zamiast podawać gotowe odpowiedzi i oczekuje samodzielności, ryzykuje niższą ocenę.

Wykładowca, który upraszcza, porządkuje świat w „gotowce do nauczenia się”, minimalizuje wysiłek poznawczy, a zarazem zyskuje wysokie noty. To nie jest już ewaluacja jakości kształcenia, ale swoistego rodzaju system nacisku na obniżenie poziomu poznawczego.

Wreszcie zwróćmy uwagę na iluzję „jasności, klarowności wiedzy”. Jednym z najczęstszych zarzutów studentów jest stwierdzenie: „nie było wiadomo, co jest najważniejsze”.  Można zatem zapytać, ale co to znaczy?

W wielu przypadkach nie chodzi o brak struktury, lecz o brak redukcji trudności, uproszczeń, banalizacji treści, by można było zdać egzamin. Student nie pyta: „czy rozumiem problem?” lecz „co z tego będzie na zaliczeniu?” To nie jest deficyt intelektualny, ale racjonalna adaptacja do systemu oceniania

Coraz więcej nauczycieli akademickich – często niechętnie – zaczyna się dostosowywać do zapewnienia studentom dobrostanu a nie ich mądrości. Ograniczają literaturę do studiowania, upraszczają przekaz, rezygnują z wartościowych (a postrzeganych jako trudne) tekstów i zmniejszają wymagania. 

Czynią tak nie dlatego, że nie potrafią inaczej, ale dlatego, że system ewaluacji nagradza redukcję, a karze wymaganie. Na tym polega destrukcja uniwersyteckiej dydaktyki, którą cechuje właśnie akomodacja - cicha, rozproszona, pozbawiona decyzji systemowej, ale realna. 

Uniwersytet sytuuje się tą formą ewaluacji między odpowiedzialnością wobec nauki i kultury a troską o poczucie satysfakcji młodzieży akademickiej. Powstaje fundamentalne pytanie: czy uniwersytet ma być lubiany, czy ma być potrzebny? skoro te dwie funkcje coraz częściej się rozchodzą.

Uniwersytet, który jest tylko przyjazny, przestaje być wymagający. Jeśli zaś jest tylko wymagający, to przestaje być rozumiany. Sztuka dydaktyki polega na uwzględnianiu obu stanów kompetencyjnych. Ewaluacja w obecnej formie rozwiązuje ten problem jednostronnie

Co naprawdę powinniśmy mierzyć? Jeśli ewaluacja ma mieć sens, powinna pytać nie tylko o to, czy zajęcia były jasne, czy atmosfera była dobra, lecz także czy student musiał zmienić sposób myślenia, czy napotkał trudność poznawczą, czy nauczył się pracować samodzielnie, czy doświadczył intelektualnego niepokoju, bo bez tego nie ma uniwersytetu. 

Ewaluacja, która nagradza komfort, a nie rozwój, przestaje być narzędziem jakości stając się mechanizmem akomodacji.  

 

(we współpracy z AI. ChatGPT 5).