11 lutego 2026

Korepetycje jako szara strefa czy alibi polityki niekompetentnych władz MEN?

 




W Gazecie Wyborczej ukazał się artykuł Magdalenay Warchala-Kopeć pt. "Ile kosztuje matura? Na korepetycje chodzą już niemal wszyscy, ceny rosną w zawrotnym tempie". Jak autorka informuje czytelników: 

"Coroczne badanie CBOS, które monitoruje wydatki rodziców na edukację dzieci, od lat pokazuje rosnące zainteresowanie płatnymi zajęciami pozaszkolnymi. W roku szkolnym 2025/2026 aż 80 proc. rodziców zadeklarowało, że zainwestuje w tego typu zajęcia. To najwyższy wynik w historii i wyraźny wzrost względem poprzedniego roku, gdy podobną deklarację składało 73 proc. badanych".  

Jednak M. Warchala-Kopeć nie ma do końca racji, bowiem ponoszenie przez rodziców kosztów z tytułu udziału ich dziecka w zajęciach pozaszkolnych nie dotyczy tylko czy w ogóle korepetycji, ale udziału w zajęciach wolnoczasowych a rozwijających dziecięce pasje, zainteresowania czy uzdolnienia. Elżbieta Putkiewicz prowadząc niezwykle ważne badania korzystania z korepetycji przez uczniów w Polsce już w tytule raportu sugerowała, że są one szarą strefą edukacji.    

Rzeczywiście, korepetycje w Polsce są zjawiskiem od dziesiątek lat, będąc bardziej problemem rodziców aniżeli ich dzieci, głównie nastolatków w okresie poprzedzającym  egzamin państwowy - ósmoklasisty czy maturalny. Nie są też wyłącznie następstwem niskich płac nauczycieli, skoro przy tak nędznym wynagradzaniu część z nich wspomaga rozwój dzieci czy  młodzieży. Lubią swoją profesję, bo cenią sobie kontakt z uczniami, których rozwój osobowościowy stanowi dla wielu nauczycieli wyjątkową "zapłatę" za ich pracę w trudnych warunkach.   

To jednak jest wygodnym alibi władz państwowych, które od lat nie potrafią albo nie chcą tak zorganizować płacowych warunków pracy nauczycielskiej w szkole, by  zwiększać poziom satysfakcji z jakości kształcenia bez względu na to, których uczniów miałby ten proces dotyczyć, skoro w publicznej edukacji nie chodzi tylko o tych najzdolniejszych, utalentowanych czy o specjalnych potrzebach rozwojowych. 

Powszechnie uważa się, że skoro nauczyciele zarabiają mało, to muszą dorabiać, chociaż dotyczy to głównie nauczycieli przedmiotów selekcyjnych a egzaminacyjnych. Rodzice się boją, martwią o swoje pociechy, więc płacą podwójnie za publiczną edukację (płacąc podatki i za korepetycje). Uczniowie są pozbawieni realnego wsparcia autodydaktycznego w szkole, więc biorą korepetycje. Wszyscy przyjmują to jako normę, ze  zrozumieniem.

Problem w tym, że ta empatia służy do unieważnienia odpowiedzialności systemowej władz państwowych. Jeśli korepetycje są „naturalną reakcją rynku”, to MEN nie musi zmieniać podstaw programowych, nie musi doskonalić egzaminów zewnętrznych, szkoła nie musi uczyć inaczej,  a zatem i nauczyciel nie musi niczego tłumaczyć skuteczniej. Wystarczy, że ktoś zapłaci za to po godzinach szkolnej quasi edukacji.

Określam tę sytuację jako patologię, która ma w Polsce charakter strukturalny, systemowy, skoro korepetycje nie są wsparciem, lecz warunkiem sukcesuobejmują niemal wszystkich maturzystów (co potwierdzają CBOS i analizy rynku), a wynikają z przeładowanych podstaw programowych, selekcyjnej matury i rekrutacji punktowej, braku indywidualizacji nauczania oraz erozji zaufania do szkoły i egzaminów. W praktyce nastolatkowie pozbawieni korepetycji ryzykują wykluczenie ze starań dostania się na bezpłatne studia

Dorabianie korepetycjami nie jest zatem neutralnym zjawiskiem. Nauczyciel w Polsce ma bowiem prawo dorabiać korepetycjami, gdyż prawo tego nie zakazuje. Gdyby tak nawet było, to przecież można „podrzucać” uczniów innemu nauczycielowi i wszystko jest lege artis. 

Jednak to nie jest neutralne dla systemu szkolnego. Jeśli w szkole sprawdza się i ocenia, promuje lub pozbawia promocji, a poza szkołą tłumaczy się i ratuje, to szkoła przestaje być miejscem nauki. Staje się bramką selekcyjną, przez którą przechodzą tylko ci, których rodziców stać na „abonament edukacyjny”. 

Nie jest to zatem spór o intencje  nauczyciel, ale o mechanizm systemu, który premiuje bierność dydaktyczną.  Korepetycje są w nim bowiem mechanizmem demobilizacji kultury kształcenia w szkole.  Najbardziej destrukcyjne w polskiej wersji ukrytej systemowo  zachęty a nawet presji do korzystania z korepetycji nie jest to, że są drogie, ale to, że zwalniają kadry nauczycielskie z obowiązku zmian w m.in. sferze własnych kompetencji a MEN godnego wynagradzania za nie. 

Skoro uczniowie „i tak nauczą się poza szkołą”, rodzice „i tak dopłacą”, nauczyciele „i tak nadrobią własne dochody prywatnie”, to po co redukować przeładowaną  podstawę programową? po co inwestować w indywidualizację? po co zmieniać ocenianie, skoro spełniają swoją funkcję zasady selekcji? po co uczyć, skoro wystarczy egzekwować? Po o lepiej płacić, skoro olimpijczyków, laureatów konkursów przedmiotowych mają w swoich klasach nauczyciele o tym samym poziomie wynagrodzeń co ci, którzy tylko narzekają na niskie płace? 

Korepetycje są prywatnym buforem porażki polityki oświatowej kolejnej formacji kierowniczej w MEN. Oficjalnie mówi się o legalnych korepetycjach, działalności gospodarczej, podatkach, a nieoficjalnie wszyscy wiedzą, że ogromna część rynku działa poza systemem. I to też jest wygodne. 

Państwo nie musi liczyć skali zjawiska, nie musi go monitorować, nie musi odpowiadać na pytanie, dlaczego szkoła nie wystarcza, a jeśli nawet pojawiają się w przestrzeni publicznej powyższego rodzaju wyniki diagnoz, to zawsze można je lekceważyć, bo ministrowie i ich kadry kierownicze nie ponoszą żadnej odpowiedzialności cywilnej, karnej czy administracyjnej. Im większa ignorancja wśród ministrów, tym wyższej są lokowani w strukturach władz poselskich czy administracji państwowej.  

Szara strefa korepetycji nie jest patologią uboczną, ale funkcjonalnym elementem systemu, który pozwala udawać, że wszystko działa. Każda kolejna debata publiczna o skali korepetycji, bo przecież nie sejmowa, omija jedno z zasadniczych pytań: Czy dziś w Polsce można z satysfakcją zdać zewnętrzny egzamin państwowy bez korzystania z korepetycji? 

Jeśli odpowiedź brzmi „nie”, to nie mamy do czynienia z rynkiem usług edukacyjnych, ale pogłębiającym się kryzysem szeroko pojmowanej polityki oświatowej państwa polskiego. Mamy bowiem do czynienia z ukrytym podatkiem edukacyjnym, płaconym w PLN przez rodziców i rodziny nauczycieli, ale także obciążającym wszystkie podmioty stresem negatywnym. Państwo pobiera ten podatek pośrednio, a odpowiedzialność przerzuca na rynek.

Zadania egzaminacyjne są tak kalibrowane, żeby ich wyniki „jakoś się zgadzały z ustanowioną przez polityków władzy dopuszczalną normą niepowodzeń. Dla części nauczycieli bilans  finansowy się domyka, bo sobie dorobią online, a więc bez specjalnego wysiłku i strat czasowych, a dla opinii publicznej, bo może tkwić w fałszywym przeświadczeniu: „tak było, jest i będzie”, a może nawet tak jest wszędzie, także w innych krajach. 

Jedynym podmiotem, który nie ma wyboru, jest uczeń, który uczy się, że szkoła nie służy rozumieniu, wiedza jest towarem, a sens nauki zaczyna się dopiero po opuszczeniu budynku. 

Nikt nie będzie rozliczał władz resortowych z uczciwości i współodpowiedzialności , mimo że nie tylko sam wzrost wydatków rodziców na korepetycje, ale konieczność z sięgania po nie obnaża każdą reformę edukacyjną. Czy po kolejnej deformie rodzice będą mogli zrezygnować z korepetycji bez ryzyka porażki dziecka? 

Tego nie wiemy, ale upublicznione założenia, które niewiele mają wspólnego z psychopedagogicznymi fundamentami procesu kształcenia i samokształcenia pozwalają na hipotezę, że nadal będzie w szkolnictwie zarządzanie nędzą, zaś korepetycje będą pełnić rolę szczególnego rodzaju alibi.

Proszę nie odczytywać mojego wpisu jako zobowiązania nauczycieli do większego poświęcenia. Nie apeluję o heroizm, misję ani „zaciskanie zębów dla dobra dzieci”. Przeciwnie, odrzucam ten język jako wygodne narzędzie dla każdej władzy populistycznej a lekceważącej naukę, w tym także nauki ekonomiczne. Mit nauczyciela-siłaczki działa zawsze tak samo, a mianowicie państwo nie płaci, nie organizuje i pozoruje reformy, a w zamian oczekuje „lepszego nauczania”, większego zaangażowania
i moralnej odpowiedzialności za skutki własnych zaniedbań.

Nie mówię nauczycielom: „pracujcie więcej”, ale że „nie da się dobrze uczyć w warunkach, które temu zaprzeczają”. Jeśli nauczyciel pracuje w przeładowanej klasie, realizuje absurdalnie szczegółową podstawę programową w systemie klasowo-lekcyjnym, jest obciążony biurokracją off-i online, a otrzymuje wynagrodzenie, które nie pozwala na godne życie i inwestowanie we własny rozwój, to żądanie, by dodatkowo „uratował system”, jest nadużyciem.

Dlatego krytyka zjawiska korepetycji nie jest krytyką nauczycieli. Jest krytyką MEN, które używa rynku korepetycji jako alibi, by nie zmieniać polityki kadrowej, płacowej i organizacyjnej. To oznacza, że nauczyciele nie powinni musieć lepiej, skuteczniej, innowacyjnie edukować siebie i innych do uczenia się przez całe życie.

Jeśli korepetycje są dziś konieczne, to nie dlatego, że nauczyciele są zbyt mało ofiarni, lecz dlatego, że system opiera się na ich przeciążeniu i przerzuca koszty swojej niewydolności na rodziny. Apeluję zatem nie tyle o więcej pracy, ale o odmowę zgody na moralne szantażowanie nauczycieli. Pytanie, które naprawdę powinniśmy zadać, brzmi „Dlaczego władze III RP wciąż nie czynią tego, co do nich należy?” W końcu utrzymujemy te władze płacąc podatki. 

10 lutego 2026

Niemalże dziesięciomilionowa "Moc relacji" IBE-PIB z MEN

 

Młody dziennikarz - Paweł Mrozek pyta: "Co naprawdę dzieje się w miejscu, w którym powstaje reforma edukacji? Dlaczego tak wielu pracowników mówi o aferach? Czy ktokolwiek faktycznie panuje dziś nad polityką edukacyjną w Polsce?"

Odpowiedź znajdziecie poniżej. 

https://glospokolenia.pl/2026/02/afera-w-instytucie-badan-edukacyjnych-awangarda-klamstw/?fbclid=IwY2xjawP2ts5leHRuA2FlbQIxMABicmlkETFtS2JwQ1NqVjdtWlcxZGs0c3J0YwZhcHBfaWQQMjIyMDM5MTc4ODIwMDg5MgABHoGdbEtan8rVtgr7Hir6WBB73L-4KvINrc11_nCryfxD2XGyX0Ptt3DOsPmA_aem_hYEHKFVRo9enBgkcbKH0Hg 



Pytajcie - a może się dowiecie? Może zainteresuje się tym tekstem Prokuratura Krajowa i CBA? Można skorzystać z poniżych form pozyskania danych.


WNIOSEK DO MINISTERSTWA EDUKACJI (MEN)

Adresat:
Ministerstwo Edukacji
Biuletyn Informacji Publicznej MEN

Temat: Wniosek o udostępnienie informacji publicznej – projekt „Moc Relacji w Edukacji”

Treść wniosku:

Na podstawie art. 2 ust. 1 w zw. z art. 10 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r.
o dostępie do informacji publicznej (Dz.U. z 2022 r. poz. 902),
zwracam się z wnioskiem o udostępnienie informacji publicznej dotyczącej przedsięwzięcia „Moc Relacji w Edukacji”, ustanowionego komunikatem Ministra Edukacji z dnia 18 września 2025 r.

W szczególności wnoszę o udostępnienie:

1.     pełnej treści umowy dotacyjnej (wraz z załącznikami), zawartej pomiędzy Ministerstwem Edukacji a Instytutem Badań Edukacyjnych – Państwowym Instytutem Badawczym, dotyczącej realizacji przedsięwzięcia „Moc Relacji w Edukacji”;

2.     harmonogramu rzeczowo-finansowego przedsięwzięcia, stanowiącego podstawę realizacji i rozliczenia dotacji;

3.     sprawozdań merytorycznych i finansowych (częściowych i/lub końcowych), złożonych przez IBE-PIB w ramach rozliczenia dotacji;

4.     informacji o wynikach kontroli lub audytów, jeżeli były prowadzone przez MEN lub na zlecenie MEN w odniesieniu do realizacji ww. przedsięwzięcia;

5.     informacji o podjętych lub planowanych działaniach nadzorczych, jeżeli w toku realizacji lub rozliczenia projektu stwierdzono nieprawidłowości.

6.   wykazu pracowników MEN  i Fundacji Evidence Institute realizujących zadania w ramach tego projektu. 

Proszę o udostępnienie informacji w formie elektronicznej (skany dokumentów) na adres e-mail wskazany w nagłówku wniosku. 

Jednocześnie wskazuję, że wnioskowane dokumenty mają charakter informacji publicznej w rozumieniu art. 1 ust. 1 ustawy, gdyż dotyczą gospodarowania środkami publicznymi oraz realizacji zadań publicznych.

Z poważaniem
[imię i nazwisko – opcjonalne]


MEN ma na odpowiedzi: 14 dni Jeśli MEN odmówi lub „rozmyje” odpowiedź – to podstawa do skargi na bezczynność. 


WNIOSEK DO IBE-PIB

Adresat:
Instytut Badań Edukacyjnych – Państwowy Instytut Badawczy
Biuletyn Informacji Publicznej IBE-PIB

Temat: Wniosek o udostępnienie informacji publicznej – realizacja projektu „Moc Relacji w Edukacji” 

Treść wniosku:

Działając na podstawie art. 2 ust. 1 oraz art. 10 ust. 1 ustawy z dnia 6 września 2001 r.
o dostępie do informacji publicznej, wnoszę o udostępnienie informacji publicznej dotyczącej realizacji przedsięwzięcia „Moc Relacji w Edukacji”, finansowanego z dotacji Ministra Edukacji.

W szczególności wnoszę o udostępnienie:

1.     kopii umowy dotacyjnej zawartej pomiędzy IBE-PIB a Ministerstwem Edukacji w związku z realizacją projektu;

2.     szczegółowego zestawienia wydatków poniesionych w ramach projektu (wg kategorii budżetowych);

3.     sprawozdania końcowego merytorycznego z realizacji projektu;

4.     wykazu produktów i rezultatów projektu, w tym:

o    raportów badawczych,

o    materiałów szkoleniowych,

o    materiałów kampanii informacyjnej,

o    repozytoriów, narzędzi lub publikacji powstałych w ramach projektu;

5.     informacji, czy projekt „Moc Relacji w Edukacji” był przedmiotem kontroli wewnętrznych, audytu lub kontroli zewnętrznej, a jeżeli tak – kopii wystąpień pokontrolnych.

6.   wykazu pracowników MEN  i Fundację Evidence Institute realizujących zadania w ramach tego projektu. 

Proszę o udostępnienie informacji w formie elektronicznej.

Wskazuję, że wnioskowane informacje dotyczą realizacji zadania publicznego oraz gospodarowania środkami publicznymi, a zatem stanowią informację publiczną w rozumieniu ustawy.

Z poważaniem
[imię i nazwisko – opcjonalne] 


Mam też nadzieję, że profesorowie (ponoć reprezentujący) KNP PAN przedstawią na najbliższym posiedzeniu Komitetu informację na powyższy temat.    



a P. Mrozek udziela wywiadu:







09 lutego 2026

O pracy akademickiej promotorów, doktorantów i/lub recenzentów

 





Recenzenci rozpraw doktorskich, habilitacyjnych oraz wniosków o nadanie tytułu profesora ponoszą odpowiedzialność etyczną za kształt i przyszłość nauki. Nie jest to odpowiedzialność symboliczna ani wyłącznie proceduralna. Jest to odpowiedzialność realna, ponieważ każda pozytywna recenzja współtworzy zasób wiedzy uznanej za uprawnioną oraz legitymizuje osoby, które będą ją dalej reprodukować.

Transparentność postępowań awansowych nie zastępuje rzetelności. Dostępność recenzji w sieci nie chroni nauki przed degradacją, jeśli same recenzje są nierzetelne. Recenzja jest aktem etycznym, a nie jedynie administracyjną formalnością.

W naukach humanistycznych i społecznych spór interpretacyjny jest czymś naturalnym. Można różnić się co do znaczenia pojęć, doboru tradycji teoretycznych czy sposobu konceptualizacji problemu badawczego. Jednak poprawność metodologiczna nie podlega negocjacji. Błędy metodologiczne nie są „inną perspektywą” – są błędami.

Akceptowanie prac zawierających poważne uchybienia w założeniach badawczych, konstrukcji narzędzi, doborze próby czy analizie danych stanowi naruszenie elementarnej uczciwości naukowej. Skutkiem takiego naruszenia jest krzywda poznawcza: do obiegu zostają wprowadzone twierdzenia, które sprawiają pozór wiedzy, lecz nie spełniają jej warunków.

Krzywda ta nie dotyczy wyłącznie abstrakcyjnej „nauki”. Dotyczy studentów, którzy będą uczyć się z wadliwych publikacji. Dotyczy młodych badaczy, którzy będą na nich budować własne projekty. Dotyczy wreszcie społeczeństwa, które finansuje badania i oczekuje wiedzy możliwie rzetelnej.

Pozytywna recenzja ma charakter konstytutywny: tworzy fakt naukowy. Oznacza to, że recenzent współodpowiada za dalsze konsekwencje istnienia danej pracy w obiegu akademickim. Analogicznie promotor, dopuszczając dysertację do recenzji, zaświadcza, że autor opanował podstawy warsztatu badawczego. Jest to zobowiązanie moralne wobec wspólnoty akademickiej.

Odpowiedzialność ta nie dotyczy jednak wyłącznie recenzentów i promotorów. Autor pracy awansowej również ponosi odpowiedzialność etyczną za jakość własnych badań. Stopień naukowy nie jest nagrodą za wysiłek, lecz świadectwem kompetencji. Autor ma obowiązek sprawdzić poprawność zastosowanych metod, zrozumieć używane procedury i być gotowym do obrony swoich decyzji badawczych.

Nieznajomość metodologii nie jest etycznie neutralna. Powoływanie się na „błędy nieświadome” nie może usprawiedliwiać wprowadzania do obiegu prac, które nie spełniają podstawowych kryteriów poprawności. Ambicja awansowa bez kompetencji staje się formą nadużycia.

Szczególnie destrukcyjny jest mechanizm, w którym osoby dopuszczone do stopnia mimo poważnych braków metodologicznych same stają się promotorami i recenzentami. Wówczas krzywda poznawcza ulega zwielokrotnieniu. Błąd przestaje być incydentem – staje się strukturą.

Model pełnej autonomii środowiska akademickiego ma sens tylko wtedy, gdy jest wsparty silną kulturą samokontroli. Autonomia bez samodyscypliny prowadzi nie do wolności badań, lecz do erozji standardów.

Publikowanie recenzji powinno pełnić funkcję nie tylko informacyjną, lecz także formacyjną i kontrolną. Tymczasem ukrywanie negatywnych recenzji w przypadku umorzenia postępowań pozbawia środowisko wiedzy o typowych błędach i ogranicza możliwość uczenia się na cudzych porażkach. Jest to rozwiązanie nie do pogodzenia z etosem nauki.

Porażka w postępowaniu awansowym sama w sobie nie jest kompromitacją. Kompromitacją jest brak refleksji, uporczywe powielanie tych samych błędów oraz roszczeniowa postawa wobec środowiska.

Jeżeli chcemy chronić poziom nauki, musimy jasno powiedzieć: recenzowanie, promowanie i aplikowanie o stopień naukowy są działaniami obciążonymi odpowiedzialnością moralną. Każdy uczestnik tych procesów współtworzy jakość wspólnego dobra, jakim jest wiedza.