06 lutego 2026

Kryzysu badań empirycznych w pedagogice społecznej ciąg dalszy

 



 

 



Rozprawa doktorska z pedagogiki społecznej uzyskała trzy recenzje z pozytywną konkluzją. Znakomicie. Tylko skakać do góry z radości. Zapewne jej autor miał powód do satysfakcji. 

Gorzej jest jednak z pedagogika jako nauką, bo sama w sobie cieszyć się lub ubolewać nie może. Nie chodzi tu błędy edytorskiej natury, ale o błędy dyskwalifikujące część pracy, które są metodologicznie fundamentalne. Wymagały przed złożeniem pracy do oceny raczej korekty, które mieszczą się w standardowym repertuarze uwag dla solidnej pracy empirycznej. 

Rzeczowo traktujący swój obowiązek dwaj recenzenci sformułowali uwagi, koncentrując się na kwestiach o charakterze techniczno-warsztatowym autora pracy, które nie wpływają na zaprezentowane przez niego wyniki badań, lecz tylko na sposób ich zapisu, a mianowicie:

  • nieprecyzyjne przypisy typu „za:” zamiast wskazania źródła pierwotnego,
  • umieszczanie w bibliografii prac, do których autor prawdopodobnie nie dotarł bezpośrednio,
  • sporadyczne błędy językowe i stylistyczne,
  • niewygodne łamanie tabel na dwie strony. 
  • część hipotez jest sformułowana zbyt opisowo („X różnicuje Y”),
  • w części stricte diagnostycznej hipotezy nie są konieczne,
  • natomiast hipotezy odnoszące się do (...) są sensowne, lecz powinny być mocniej uzasadnione teoretycznie. To nie oznacza, że badania są błędne, lecz że: logika zapisu projektu mogłaby być bardziej konsekwentna. 
  • zbyt mocno eksponuje istotność statystyczną, 
  • za słabo uwzględnia siłę korelacji, czasem interpretuje bardzo słabe korelacje jako znaczące poznawczo.

To jest realny problem interpretacyjny, który dotyczy sposobu wnioskowania, natomiast recenzenci zupełnie pominęli poprawność skonstruowane narzędzia diagnozy oraz obliczeń uzyskanych danych. Nie podważają samego materiału empirycznego. Raczej sugerują selekcję ważniejszych zależności, aniżeli błędną analizę danych.

Trzeci recenzent podkreśla zaniedbania dotyczące dojrzałości narracji metodologicznej, zwracając uwagę  na to, że przy omawianiu cudzych badań warto częściej podawać: liczebności prób, sposób doboru, własności narzędzi, że należy wyraźniej oddzielać opinie autorów od dowodów empirycznych oraz że nie każdy wynik nadaje się do generalizacji. Tak ogólnikowa opinia oznacza, że właściwie zostały zaprojektowane i przeprowadzone badania, toteż są wartościowe, a to, że autor zaniedbał poprawność ich omówienia, to przecież nie ma żadnego znaczenia. Istotnie, gdyby tylko tego to dotyczyło, to zapewne można byłoby toczyć z doktorantem dyskusję w dniu obrony rozprawy.  

Doktorant opracował własne narzędzie diagnostyczne (skalę Likerta), które poprzedził badaniem pilotażowym, ale... niestety, nie podał go ocenie eksperckiej. wprowadził zatem w obieg narzędzie, które jest niewłaściwie skonstruowane. Gdyby recenzenci uważnie zapoznali się z założeniami metodologicznymi badań, w tym z treścią kwestionariusza, to powinni byli dostrzec klasyczny błąd konstrukcji itemu, który jest w nim „podwójnie pytającym” (double-barreled). W jednym zdaniu zawiera co najmniej dwa odrębne twierdzenia, na które respondent mógłby udzielić różnych odpowiedzi, a jest skazany na jedną. Odpowiedź na dany item „jakby uśrednia” dwie różne reakcje i jest niejasne, co tak naprawdę zostało zmierzone?

Mamy tu do czynienia nie z uchybieniem, lecz z klasycznym przykładem niedostrzeganego dysonansu między konstruktem teoretycznym zmiennej a jego empiryczną operacjonalizacją, który powinien zostać sprecyzowany w założeniach metodologicznych badań, zanim utrwali się jako standard. W związku z tym, że narzędzie jest opublikowane już nie tylko w uczelnianym portalu, ale także w monografii podoktorskiej, to będzie powielane jako prawidłowe, poprawnie skonstruowane, a takim nie jest.

Autor pracy zaproponował do jeden z subzmiennych bardzo wąską liczbę itemów (tylko dwa), to nadmierna interpretacja i tak już błędnie uzyskanych danych niesie daleko idące konsekwencje błędu metodologicznego. jest to bardzo typowe zjawisko w pracach badawczych w paradygmacie ilościowym, że autorzy często projektują narzędzie szeroko, ale nierówno dbają o głębokość poszczególnych konstruktów. Dowodzą zatem systemowej słabości w pedagogice kształcenia metodologicznego.

Analizując kolejne subzmienne w danym projekcie badawczym dość łatwo można dostrzec niewłaściwą ich operacjonalizację, a zatem i interpretacja statystyczna danych jest niewiele warta. Ani autor, ani  promotor, ani recenzenci nie wiedzieli o tym, że wartością rozprawy nie może być sama tylko technika dokonanego pomiaru (jest właściwa), lecz potoczne nadanie znaczeń badanym zmiennym, a w ślad za tym błędnie skonstruowane narzędzie diagnostyczne. 

Szkoda, bo znakomicie wyjaśnia kwestię operacjonalizacji pojęć Heliodor Muszyński w swojej rozprawie z metodologii badań pedagogicznych. Jak się okazuje, w środowisku nie tylko akademickiej pedagogiki, jest więcej literatury metodologicznej, krajowej i zagranicznej, ale nie skutkuje to wyższym poziomem projektów badawczych. Co gorsza, publikuje się rozprawy obciążone poważnymi błędami jako poprawne, toteż ich autorzy z dumą je upowszechniają. 

Badana przez doktoranta kategoria X budzi istotne zastrzeżenia metodologiczne, gdyż zastosowana przez niego skala charakteryzuje się bardzo niską rzetelnością wewnętrzną (α≈0,34), co wskazuje na brak spójności mierzonego konstruktu. Analiza treści itemów sugeruje, że łączą one zmienne należące do różnych porządków. W konsekwencji nie stanowi jednorodnej zmiennej latentnej, lecz raczej agregat heterogenicznych wskaźników. Z tego powodu wykorzystywanie tej kategorii jako zmiennej zależnej w analizach korelacyjnych i ścieżkowych należy uznać za metodologicznie wątpliwe.  

Mamy tu do czynienia z błędem polegającym na nadaniu zbyt szerokiej i obciążonej normatywnie etykiety konstruktowi o węższym zakresie treściowym. Jest jeszcze w tej pracy przykład inflacji pojęciowej, która polega na tym, że  konstrukt jest psychometrycznie spójny, lecz jego nazwa wykracza poza to, co rzeczywiście zostało zmierzone. Przypadek analizowanego narzędzia pokazuje, że analiza czynnikowa nie zastępuje refleksji teoretycznej, rzetelność statystyczna nie gwarantuje trafności pojęciowej, zaś nazwa zmiennej nie wynika z treści itemów, tylko z intencji badacza.

Z każdą częścią opublikowanego narzędzia diagnostycznego przekonuję się, że może lepiej by było nie wiedzieć, że mógł powstać taki bubel metodologiczny, ale  - zdaniem prof. Tadeusza Pilcha (w duchu jego metodologii badań pedagogicznych) -  nie należy wymieniać nazwisk autorów takich rozpraw, bo ...  popadną w depresję. Słusznie zatem, trzymajmy się przed Zjazdem Pedagogów Społecznych tej linii, by mówić i pisać ogólnie, dla dobra ... promotorów, recenzentów i doktorantów. W końcu ważny jest ich dobrostan. 


(foto: moje) 

05 lutego 2026

"Łaska późnych narodzin"

 

    


Książka Jürgena Habermasa, Miało być trochę lepiej... (Es musste etwas besser werden…: Gespräche mit Stefan Müller-Doohm und Roman Yos, 2024) ukazała się w bieżącym roku w przekładzie filozofa Bogdana Barana.  Trudno zatem o rodzimą jej recepcję, ale zapewne do niej dojdzie. 

Przeczytałem ją z wielka satysfakcją, toteż  dzielę się na gorąco opinią, biorąc pod uwagę najpierw opublikowane na stronie "Habermas Forum" recenzje i omówienia 'wywiadu-rzeki", które zostały wydane zarówno w czasopismach naukowych, jak i mediach:  

  • Michael Hofmann (recenzja Politische Vierteljahresschrift),  
  • Oliver J. Wiertz (omówienie w Zeitschrift für Theologie und Philosophie),  
  • Wolfgang Kowalsky (recenzja w Perspektiven. Zeitschrift für Gesellschaftsanalyse und Reformpolitik),  
  • Louis-Florentino Kapp  (Zeitschrift für philosophische Literatur),  
  • Wolfgang Hellmich –  (Archiv für Rechts- und Sozialphilosophie),  
  • Reinhard Mehring – (Philosophischer Literaturanzeiger) 

oraz  szereg krótszych omówień i komentarzy w mediach i na blogach: 

  • Stephan Wolting – Literaturkritik.de 
  • Jörg Phil Friedrich – Der Freitag 
  • Ferdinand Knauß – Cicero 
  • Peter Niesen – Soziopolis 
  • Christian Geyer – Frankfurter Allgemeine Zeitung 
  • i inni autorzy w dziennikach takich jak Neue Zürcher ZeitungBerliner MorgenpostMannheimer MorgenRheinische PostSWR Kultur itd.

Recenzje niemieckiego wydania z 2024 roku nie są ani jednoznacznie pozytywne ani też negatywne, a raczej stanowią krytyczne i analityczne refleksje nad stanem myśli Habermasa w zaawansowanym wieku (ma ok. 97 lat). Czytelników interesował sposób, w jaki interpretuje on własne dokonania w nauce, znaczenie jego filozofii krytycznej i teorii komunikacyjnej oraz elementy intelektualnej biografii i perspektyw, jakie Habermas udostępnił z własnej kariery. Recenzje w czasopismach naukowych często analizują jego myślenie z perspektywy teorii politycznej, filozofii społeczeństwa i etyki, a komentarze publicystyczne poruszają kwestie związane z aktualnością jego refleksji społecznej i politycznej. 

Zainteresowała mnie prymarna recepcja tej książki, bo rozmowa z J. Habermasem jest rzeczywiście fascynująca. Rekonstruowałem jego teorię krytyczną dla współczesnej myśli pedagogicznej, stąd byłem ciekaw, co nowego wnosi wypowiedź tak znakomitego socjologa i filozofa polityki do współczesnego odbioru jego teorii komunikacji (zob. B. Śliwerski, Współczesne teorie i nurty wychowania, Kraków 1998).  

Okazuje się, że w opinii głównie akademickich czytelników publikacji z 2024 roku powraca kilka wyraźnych osi interpretacyjnych, które czynią rozmowę z Jürgenem Habermasem czymś więcej niż tylko autobiograficznym wywiadem-rzeką. Lektura "Es musste etwas besser werden…" jest traktowana raczej jako późna autointerpretacja projektu filozoficznego, niż jako sentymentalne wspomnienia.

Czytelnicy oryginalnej wersji wydania zwracają uwagę, że J. Habermas nie przyjmuje pozycji mędrca dokonującego bilansu życia w duchu zamknięcia. Raczej rekonstruuje własną drogę problemową, nie „biograficzną”, podkreśla ciągłość projektu, mimo korekt i przesunięć akcentów i pokazuje filozofię jako proces permanentnej korekty. Dla wielu recenzentów wywiad jest świadectwem niezwykłej intelektualnej dyscypliny filozofa do późnej starości. Rozmowa jest odbierana jako przykład etyki argumentacji w praktyce, bowiem cechuje ją spokojna narracja, unikanie aforyzmów i „efektownych tez” oraz konsekwentne dopowiadanie kontekstów własnego rozwoju naukowego.

Często podkreśla się, że zapis rozmowy ujawnia, gdzie Habermas widzi niedopowiedzenia własnej teorii, jak dziś interpretuje napięcie między idealnymi warunkami dyskursu a realną polityką oraz dlaczego nadal broni normatywnego jądra projektu, mimo erozji sfery publicznej. Postrzega się to jako filozofię w trybie samokrytycznym, która jest rzadką cechą wśród autorów światowej rangi. 

Wielu komentatorów zauważa zmianę tonu, w świetle której uczonego cechuje mniej wiary w automatyczny postęp racjonalności, więcej świadomości kruchości instytucji demokratycznych, brak katastrofizmu, ale też łatwego optymizmu. Pojawia się określenie, że jest to nadzieja proceduralna, oparta nie na obietnicach historii, lecz na ciągłym podtrzymywaniu warunków dialogu.

Podkreśla się w powyższych recenzjach, że Habermas nadal myśli o Europie jako przestrzeni konstytucjonalizmu ponadnarodowego, widzi kryzys przede wszystkim jako kryzys solidarności, nie tylko gospodarki, a odrzuca zarówno nacjonalistyczny regres, jak i technokratyczny federalizm. Dla wielu jest to jedno z najmocniejszych politycznych przesłań najnowszego wywiadu z nim.

Duże zainteresowanie budzi sposób, w jaki Habermas mówi o „postsekularnym” uczeniu się między wiarą i rozumem, jak broni autonomii filozofii, ale bez agresywnego sekularyzmu, traktując religię jako zasób semantyczny, a nie jako konkurencję poznawczą. Dostrzega się tym dojrzałą wersję dialogu światopoglądowego, która jest pozbawiona triumfalizmu, nie rozmywa różnic, ale też ich nie demonizuje.  

Z powyższego punktu widzenia książka nie przynosi „rewelacji”, ale może właśnie dlatego jest tak ważna. Jej znaczenie polega na porządkowaniu sensu pracy naukowej przez wybitnego uczonego, a nie na kreowaniu nowości. Akademiccy czytelnicy postrzegają Es musste etwas besser werden… jako późną autointerpretację projektu nowoczesności opartego na rozumie komunikacyjnym, która została poprowadzona z niezwykłą konsekwencją, pokorą i świadomością ograniczeń prowadzących wywiad i ich interlokutora.

W świetle najczęściej powtarzanej opinii, książka stanowi autoryzowaną autointerpretację sensu wkładu w rozwój przełomowej filozofii krytycznej J. Habermasa, który w toku rozmowy nie przedstawia historii życia, lecz historię i powody odkrywania przez niego  problemów naukowych. Rekonstruuje w tym kontekście własne motywacje poznawcze, a zarazem pokazuje ciągłość własnych dociekań, mimo zmiennych kontekstów. 

Osobiście widzę w "Miało być trochę lepiej..." (2026) nie tyle triumf filozofii krytycznej, ani też zmierzch tego nurtu w naukach społecznych i humanistycznych, lecz świadectwo długiego trwania racjonalności w nieprzyjaznym dla niej świecie. Wydaje mi się, że projekt wydania rozmowy z Habermasem od początku wyrastał z doświadczenia moralnego wstrząsu w związku z toczącą się wojną w Ukrainie, a nie tylko z akademickiej ciekawości. Pierwszy rozdział pt. "Początki naukowej biografii" otwiera skierowany do młodego pokolenia w 1949 roku przez kanclerza Niemiec Helmuta Kohla pogląd, że cechowała je "łaska późnych narodzin" (s.7). 

Dramatyczne skutki wojny przeciwko narodowi ukraińskiemu wywołują u Habermasa zadowolenie z solidarnego wsparcia tego kraju w walce z rosyjskim najeźdźcą. W niemieckim kontekście „łaska późnych narodzin” oznacza możliwość dorastania po klęsce własnego państwa, po ujawnieniu własnych zbrodni, po zerwaniu z własnym reżimem. Jest to doświadczenie trudne, ale strukturalnie jasne: zło było „nasze”, klęska była „nasza”, odpowiedzialność była „nasza”.

Zapytany o ocenę obecnej sytuacji politycznej na świecie, stwierdził: "Oczywiście Zachód jest z dobrych powodów zdeterminowany zapewnić Ukrainie pieniądze, logistykę i broń przeciwko zbrodniczej rosyjskiej inwazji naruszającej prawo międzynarodowe, aby trwale zabezpieczyć jej istnienie jako państwa. Nie krytykuję prawnie dozwolonego i politycznie niezbędnego wsparcia dla tego narodu. który niejako "z opóźnieniem" wyrasta na naszych oczach, ale krótkowzroczność Zachodu pozbawionego koncepcji - brak jakiejkolwiek własnej inicjatywy podjętej na czas  w obliczu barbarzyństwa  wojny, za której trwanie bez perspektywy końca Zachód jest częściowo odpowiedzialny" (s.99).   

Rozmowa z J. Habermasem jest także świadectwem formowania się wrażliwości moralnej ówczesnego młodzieńca w cieniu zła, a dopiero potem historią jego kariery naukowej. Filozofowi nie chodzi o to tylko, że „miało być trochę lepiej”, ale o to, że nie wolno przestać próbować, by było lepiej. 

Odnosząc tę myśl do pokolenia, które przyszło ma świat po politycznym podziale tego kraju na strefę zachodnio-i wschodnioeuropejską Habermas potwierdza, że także jest jednym z tych, którzy zostali obdarzeni ową łaską. Pokoleniowa niewinność jest tu rozumiana nie jako moralna wyższość, lecz jako brak osobistego uwikłania w zbrodnię, toteż warto wydobyć także ten fenomen książki. Jest to zarazem wywiad o genealogii wrażliwości, o tym, jak z „łaski późnych narodzin” może wyrosnąć nie samozadowolenie, lecz zobowiązanie. 

Filozofia Habermasa rodzi się tu z ulgi połączonej z niepokojem, ulgi, bo „nie uczestniczył”, a niepokojem, bo „rozpoczynał studia w czasach "pozornej normalności”. Właśnie ten motyw, nie często akcentowany w recenzjach, stanowi jedną z najmocniejszych nici rozmowy. Uczony opisuje, jak młode pokolenie mogło szybciej niż starsi zobaczyć pęknięcie między codziennością a prawdą, między porządkiem instytucjonalnym a moralną otchłanią. 

W polskim doświadczeniu sytuacja jest inna, gdyż w naszym kraju nie było jednej klęski, nie było jednego końca, nie było jednego momentu oczyszczenia. Była ciągłość przemocy w zmiennych kostiumach (zabory, II wojna światowa, sowietyzacja w PRL). Dlatego odczytałem wywiad z Habermasem nie tylko jako z filozofem pokolenia powojennego, lecz także jako przedstawiciela kultury, która mogła nazwać własną winę, podczas gdy Polska musiała jednocześnie znosić cudzą winę i cudzą władzę.

Być może dlatego inaczej odczytuję niniejsza książkę. Polacy doświadczyli czasów dwóch totalitaryzmów, co oznacza w istocie, że łaska późnych narodzin nigdy nie była czysta. Jeśli nawet nie uczestniczyli w zbrodniach, to żyli w systemach, które karały za prawdę, nagradzały za lojalność i systemowo deformowały biografie. 

Nie chodzi już tylko o to, czy odchodzące moje pokolenie czy generacja moich mistrzów będzie rozliczana z cudzych win, ale czy w ogóle będziemy w stanie rozpoznać, że normalność bywa fałszywa. Habermas mówi o „otchłani pozornej normalności” III Rzeszy. Polski czytelnik dostrzeże otchłań podwójną: najpierw normalność okupacyjną, potem normalność socjalistyczną, a dziś — być może — normalność demokratycznie fasadową. 

Można zatem pogląd Kohla odnieść nie tylko do tych generacji, które nie uczestniczyły w armii hitlerowskiego najeźdźcy, ale także do dzieci przedstawicieli władz i służb represji wobec obywateli w państwach totalitarnych. Rozszerzając powyższą intuicję do czasów aktualnych, można dociekać - Czy młodzież A.D. 2026 również żyje w przestrzeni „pozornej normalności”, której sens zostanie dopiero nazwany przez jej dzieci?

Dzisiejsze pokolenie Z może cieszyć się, że przyszło na świat w wolnej Rzeczpospolitej od minionego reżimu radzieckiego, od socjalistycznego ubóstwa i deprywacji potrzeb ludzkich, bo nie może być obciążane jakąkolwiek winą za Zło-byt minionego ustroju. Ci, którzy wkraczali po 1989 roku do polityki, obejmowali kluczowe w państwie stanowiska, funkcje kierownicze w różnych dziedzinach życia publicznego, mogli być weryfikowani przez służby specjalne, później przez składanie oświadczenia w Instytucie Pamięci Narodowej o współpracy ze służbami poprzedniego reżimu, gdyż nie doświadczyli owego aktu łaski późnych narodzin.

Jeśli sami byli proreżimowo "czyści”, to w ramach walki politycznej o władzę, by można było ich wyeliminować z zajmowanych stanowisk lub ubiegania się o nie w III RP, sięga się nadal do życiorysów ich rodziców a nawet kolejnych pokoleń. Czyżby każda generacja musiała gromadzić dowody na swoją poprawność polityczną?

 Zostawiam to pytanie na marginesie, gdyż też mogę powiedzieć o sobie, że dostąpiłem owej "łaski późnych narodzin". Trzeba bowiem dookreślić, na czym owo zapóźnienie ma polegać, w czym się wyrażać i co potwierdza jego "czystość" wobec aktorów, sprawców Zło-Bytu w czasach PRL. Pojawiają się już badania społeczno-biografistyczne dotyczące tej kwestii w relacjach międzygeneracyjnych.

W III RP dotyczą one biografii np. Zygmunta Baumana, Lecha Wałęsy, czy artykułów dziennikarzy śledczych np. o prof. pedagogiki - Krzysztofie Kruszewskim, których wcześniejsze czy późniejsze w ich życiu dokonania w nauce czy polityce nie wymazują z pamięci społecznej przypisywanych im „win".  

Do tej refleksji skłonił mnie wywiad z wybitnym w skali światowej niemieckim filozofem Jürgenem Habermasem, dla którego zainteresowanie nauką było następstwem owej łaski. Jak mówił o początkach swojej drogi naukowej w 1949 roku:  

"Na początku studiów mieliśmy za sobą cztery lata na namysł nad głębokością tej ingerencji nazistowskiej władzy w życie i na uświadomienie sobie, co kryło się za codzienną normalnością, w której wtedy dorastaliśmy i żyliśmy. Dla nas było to łatwiejsze niż dla wielu starszych osób. Bez własnej zasługi bowiem byliśmy w naszym wieku na tyle wrażliwi, by wyczuć otchłań pozornej normalności, jaka rozciągała się za nami"(s.7).

Jaka otchłań pozornej normalności rozciąga się za współczesnymi funkcjonariuszami sfery publicznej z pokolenia Z? Czy będą obciążani przez swoje dzieci za to, czego sami nie dokonali lub co niewłaściwego uczynili w czasach rodzącej się demokracji? Czy może za aktywność lub jej brak członków rodziny? 

Wywiad z J.  Habermasem doskonale odsłania zderzenie wrażliwych społeczno-moralnie młodych studentów, a później rozwijających własne projekty naukowców-humanistów z przełomowymi wydarzeniami politycznymi. Filozof nie kryje, a wręcz potwierdza swoje rozczarowanie, że po 1949 roku do władz lokalnych, krajowych i akademickich wchodzili byli naziści, skrywając swoje uprzednie zaangażowanie pod parasolem nowych partii prawicowych. 

Jak mówi Habermas: "Takie wspólne doświadczenia konstytuują wprawdzie pokolenie, lecz zarazem jego członkowie różnią się "reakcjami na te doświadczenia". (...) Dążenie do nowego początku, odbieranego jako pozbawiony alternatywy, i krytyczna świadomość, że niemieckich tradycji nie można już kontynuować bez filtrowania, były rozpowszechnione przeważnie w liberalnym i lewicowym spektrum"(s.17). 

Normatywność nie może zostać zawieszona, nawet jeśli świat wielokrotnie dowiódł swojej odporności na normy moralne. Weryfikacje biografii, genealogiczne podejrzenia i przenoszenie win między pokoleniami trafia w samo centrum tego napięcia. Habermas, którego także   tak odczytują komentatorzy rozmowy z nim, nie oferuje łatwego rozwiązania, lecz broni zasady, że odpowiedzialność musi pozostać osobista, ale pamięć jest zawsze wspólnotowa. 

Stąd bierze się jego rozczarowanie powrotem dawnych nazistów do struktur władzy po 1949 roku, i stąd także bierze się także mój niepokój wobec mechanizmu, w którym każda generacja zmuszana jest do dowodzenia swojej „czystości”. Książka, czytana przez pryzmat recepcji, nie usprawiedliwia ani zapominania, ani dziedziczenia winy. Proponuje raczej trudną etykę czujności, by nieustannie filtrować dzieje kraju, a może także świata. 

Gorąco polecam tę publikację ze względu na znakomicie prowadzony wywiad z wyjątkowym socjologiem i filozofem. W toku rozmowy z Habermasem odsłaniane są przez niego fakty z życia i twórczości naukowej w kontekście własnego rozwoju, konstruowania i doskonalenia teorii komunikacyjnej, prowadzenia sporów naukowych  z wybitnymi uczonymi XX wieku. Niestety, nie odnajdziemy wśród nich ani jednego polskiego socjologa, psychologa czy filozofa, co tylko potwierdza, że nasi uczeni muszą nadrabiać kilkudziesięcioletnią przerwę w nauce światowej na skutek doświadczeń dwóch totalitaryzmów w Polsce w latach 1939-1989. 

Są też bardzo osobiste refleksje Habermasa jako członka wspólnoty uniwersyteckiej, które są charakterystyczne także dla starszej generacji profesorów  polskich uczelni.  Z autobiografii filozofa wyłania się bowiem wartość pedagogiki pamięci, której nie można nie rozwijać w Polsce tylko dlatego, że za artykuł w tomie dedykowanym jubilatce/-owi otrzyma się 5 lub 20 punktów. w Niemczech nie ma tego dylematu. Jak mówi Habermas o własnej aktywności w tym zakresie:  

"Zwykle taka osoba zostaje uhonorowana z określonej okazji, i to z reguły są artykuły urodzinowe lub wspominki. Te zresztą piszę coraz częściej także ze smutnej perspektywy rosnącej samotności podeszłego wieku, tak że próg pisania tego, który jeszcze żyje, ciągle się podwyższa. Główną rolę odgrywają tu osobiste relacje z przyjaciółmi, kolegami i rówieśnikami. Właściwie nie wiem, dlaczego robię to częściej niż inni. To służba w imię przyjaźni i zobowiązania intelektualisty, który w ogóle wypowiada się publicznie" (s.123).

Zdaniem J. Habermasa pokolenia konstytuują się przez wspólne doświadczenia, ale różnią się reakcjami na nie. W języku teorii komunikacyjnej oznacza to każde pokolenie formułuje własne roszczenia prawdziwości (jak było), własne roszczenia słuszności (jak należało postępować) oraz własne roszczenia szczerości (kim jesteśmy jako generacja). Konflikt międzypokoleniowy nie polega więc tylko na sprzecznych interesach, lecz na konkurencyjnych narracjach ważności.

W klasycznej formule tego uczonego świat społeczny nie powstaje przez siłę, tradycję ani czystą strategię, lecz przez uzgadnianie znaczeń w działaniu komunikacyjnym. Oznacza to, że wspólnota istnieje o tyle, o ile jej członkowie mogą się wzajemnie rozumieć, konflikty nie są anomalią, lecz naturalnym skutkiem rozbieżnych roszczeń ważności, zaś kluczowe pytanie brzmi: czy konflikt przybiera postać komunikacyjną, czy strategiczną. Przenosząc to na relacje pokoleniowe, można powiedzieć, że pokolenia są wobec siebie nie tylko następcami biologicznymi, lecz partnerami komunikacyjnymi. 

Zamiast modelu rywalizacji pokoleń można zaproponować, zgodnie z duchem Habermasa,  model translacyjny, w ramach którego starsi tłumaczą konteksty, młodsi artykułują wrażliwości, a obie strony korygują własne narracje. Nie chodzi o uzgodnienie jednej wersji historii, lecz o utrzymanie otwartego pola uzasadnień. Tego życzę wszystkim generacjom w naukach społecznych i humanistycznych. 

 

04 lutego 2026

O pudełkowej deformie edukacji

 






Dokonajmy kolejnej analizy deformy MEN (IBE-PIB) i pójdźmy krok dalej, na poziom dydaktyki ogólnej, a nie dokumentów politycznych. Wtedy bardzo wyraźnie widać, że zarówno strategia OECD Learning Compass 2030, jak i Kompas Jutra nie tworzą nowego paradygmatu kształcenia, lecz rekonfigurują klasyczną pedagogikę progresywistyczną w formie systemowego modelu biurokratycznego zarządzania edukacją (governance). Rządzący usilnie utrzymują centralistyczne władztwo oświatowe, by móc manipulować społeczeństwem z naiwną wiarą, że można to skutecznie czynić w XXI wieku. 

Nie mamy tu do czynienia z „nową dydaktyką” ale z globalnym standaryzowaniem progresywizmu w formie ram zarządzania edukacją. W strategii Learning Compass 2030 nie ma hierarchicznej tabeli taksonomii celów kształcenia i wychowania, nie ma klasycznego podziału na domeny operacjonalizowane taksonomicznie, a zamiast tego jest ekosystem komponentów:

well-being → agency → kompetencje → wiedza (umiejętności, postawy,  wartości).

Cele edukacji nie występują zatem jako lista, lecz jako funkcja projektowa, bowiem edukacja ma prowadzić do zdolności działania w przyszłościowych kontekstach. To znaczy, że cele są ukryte w profilu absolwenta i kompetencjach, a nie jawnie sformułowane jako kategorie taksonomiczne. Tym samym mamy tu przejście od taksonomii do architektury kompetencyjnej. 

Instytut Badań Edukacyjnych nie skonstruował taksonomicznej struktury celów typu Bloom, Niemierko, ale prowadził funkcjonalny odpowiednik ("produkt czekoladopodobny"): 

profil absolwenta → kompetencje → obszary kształcenia → wymagania.

Cele istnieją jako opisy cech absolwenta, jako kompetencje przekrojowe, jako efekty kształcenia. Natomiast nie istnieją jako autonomiczna, hierarchiczna taksonomia celów, czyli - podobnie jak w strategii OECD -  cele są umieszczone w konstrukcji profilu absolwenta. Naukowe a nie populistycznie konstruowane taksonomie dawały jasność poziomów trudności, możliwość stopniowania zadań oraz precyzyjne konstruowanie sprawdzianów wiedzy i umiejętności. W modelu "kompasowym" poziomy wiedzy i umiejętności są rozmyte, wiele pojęć jest opisowych, nieostrych, toteż trudniej będzie konstruować jednoznaczne narzędzia pomiaru. 

W krajach, w których o reformie decyduje nauka a nie ekonomia, to dydaktyka jako nauka projektuje cele kształcenia i wychowania. W modelu zaś OECD/IBE cele wynikają z wizji absolwenta i strategii społeczno-gospodarczej, czyli dydaktyka staje się narzędziem realizacji wizji, a nie jej źródłem. To sprzyja temu, by inwestować nie w nauczycieli, nie w naukę, nie w badania jakości kształcenia i wychowania, tylko w przedsiębiorczych a krajowych beneficjentów programów OECD. 

Odejście od  dydaktyki jako nauki do populistycznie kreowanej dydaktyki na podstawie profilu absolwenta służy interesom partiokracji, ale nie jakości i tym samym wyższej efektywności procesów kształcenia. Źródłem odmienności celów edukacji nie jest nowa teoria dydaktyczna, lecz zmiana ontologii świata społecznego i technologicznego, a dopiero wtórnie zmiana teorii uczenia się. Największe niebezpieczeństwo obecnego projektu reform polega na tym, że mówi się dużo o sprawczości i kompetencjach, a za mało twardo o minimalnych kanonach wiedzy ogólnej i zawodowej. 

Realny problem nie wynika z tego, że wiedza przestała być ważna, ale z tego, że język polityk publicznych jest sprymitywizowany, populistyczny, zorientowany na osiąganie doraźnych zmian kosztem ich odroczonych negatywnych skutków. Można to nazwać pedagogiką kompetencji w wersji makroekonomicznego zarządzania uczeniem się w szkole jako nadal panoptykonie. 

 Ministra Barbara Nowacka od ponad roku mówi o „otwartych konsultacjach”, ale gra w pozory jest tu oczywista, skoro architektura deformy (profil → kompetencje → wartości → sprawczość) jest nienaruszalna. Konsultuje się zatem "wnętrze pudełka", a nie to, czy "pudełko" w ogóle jest właściwe i kto je wyprodukował.