O współczesnej cenzurze m.in. w oświacie i nauce
Wczoraj pisałem o tym, jak w PRL funkcjonowała cenzura nie tylko polityczna, ale także kulturowa, aksjonormatywna, którą legitymizował urząd, pieczątki, wykaz książek zakazanych i zamknięte szafy w bibliotekach. Dzisiaj tak rozumiana cenzura może nie mieć niczego z tych rzeczy, a właśnie dlatego bywa trudniejsza do uchwycenia. W PRL sprawa była przynajmniej brutalnie jasna. Książkę władze wycofywały z obiegu, odpowiednio ją oznaczały, czyniły je niedostępnymi, bo umieszczone w osobnym katalogu. Cenzor nie musiał udawać, że go nie ma. Pozostawiał ślady. Dzisiaj takich śladów może nie być, bowiem nie ma zakazu, nie ma pieczęci, nie ma wykazu prohibitów. Jest za to coś znacznie bardziej „eleganckiego”, a mianowicie komunikat: „Nie spełnia standardów”, „Nie mieści się w profilu”, „Nie odpowiada priorytetom”, „Nie uzyskało rekomendacji”, „Nie znajduje się w podstawie programowej”, „Nie otrzyma finansowania”, „Nie rokuje zainteresowania”, „Nie jest zgodne ze strategią” itp...