12 maja 2026

Czyja jest szkoła?

 



Pedagogiczny i ustrojowy sens szkoły publicznej jest realnością w kraju dopiero wtedy, gdy państwo uznaje, że nie jest właścicielem edukacji, lecz jednym z podmiotów odpowiedzialnych za warunki jej sensownego funkcjonowania. 

Jeśli politycy MEN stosują od 1997 roku doktrynę etatyzmu, to władze państwowe prowadzą politykę oświatową zgodnie z ukrytą przed społeczeństwem zasadą: „szkoła publiczna jest nasza, bo jest częścią systemu politycznego III RP”. 

Nie o taką jednak politykę oświatową walczyła "Solidarność" lat 1989-1989. Szkolnictwo miało mieć charakter publiczny, samorządny, zaś rządzący zobowiązali się, że proces kształcenia i wychowania będzie objęty uspołecznieniem, a więc zostaną powołane organy społeczne na wszystkich szczeblach polityki oświatowej: 

Krajowa Rada Oświatowa

wojewódzkie rady oświatowe 

powiatowe-miejskie - gminne rady oświatowe 

szkolne i przedszkolne rady oświatowe. 

Zostało to zadekretowane w ustawie o systemie oświatowym w 1991 roku, zaś mimo wielokrotnej nowelizacji tej ustawy zachowano możliwość prawną powoływania takich rad. Odpowiada to  normie oświaty publicznej, którą cechuje to, że przedszkola, szkoły, placówki opiekuńczo-wychowawcze  nie są własnością MEN, ale są dobrem wspólnym, którego władze państwowe mają strzec, a nie je zawłaszczać.

Zapis w ustawie oświatowej zmieniał w stosunku do poprzednich rozwiązań ustrojowych (w PRL)  traktowanie roli rodziców, uczniów i nauczycieli w sposób instrumentalny, uprzedmiatawiający. Po 1989 roku żaden z tych podmiotów nie miał być ani klientem, ani oponentem wobec władz państwowych i samorządowych, ani też biernym odbiorcą decyzji władz państwowych czy samorządowych (MEN).  

Istotą solidarnościowej rewolucji była legitymizacja oświaty publicznej jako nosiciela pedagogii naturalnej, humanistycznej, realnie zakorzenionej w auto- i współodpowiedzialności rodziców za dziecko, nauczycieli za poziom profesjonalizmu i uczniów za  aktywną partycypację w kulturę szkoły. 

Państwo miało już więcej nie lekceważyć najważniejszych podmiotów edukacji przedszkolnej i szkolnej, ale rodzice i uczniowie nie mieli wypierać podejścia do edukacji na bazie pedagogiki naukowej ani zastępować profesjonalne kompetencje nauczycieli. Podobnie nauczyciel nie jest urzędnikiem państwowym od realizacji podstawy programowej, ale profesjonalnym mediatorem między prawem oświatowym, wiedzą naukową, dobrem dziecka, oczekiwaniami rodziców, kulturą szkoły, lokalnym środowiskiem a przyszłością społeczeństwa.

Dlatego sens edukacji publicznej wymaga równoważenia wzajemnych relacji a nie czyjejkolwiek dominacji. Państwo bez naukowych podstaw kształcenia i wychowania popada w etatyzm. Rodzice bez pedagogiki i psychologii mogą popaść w partykularyzm. Eksperci zaś bez szkoły mogą popaść w technokratyzm. Szkoła bez rodziców może popaść w biurokratyczną samowystarczalność, zaś nauczyciel bez autonomii staje się zleceniobiorcą. 

Właśnie dlatego zapisano w Porozumieniach Sierpniowych (1980-81) i Porozumieniach Okrągłego Stołu zapewnienie nauczycielom autonomii przez powołanie samorządu zawodowego nauczycieli. Szkoła jest publiczna, gdy stanowi przestrzeń współodpowiedzialności, w której żaden podmiot nie może rościć sobie monopolu do definiowania dobra dziecka, roli nauczycieli czy rodziców.    

Etatyzm w polityce oświatowej polega na tym, że władze MEN utożsamiają publiczny status  szkoły z podporządkowaniem jej administracji (nadzorowi pedagogicznemu). Tymczasem szkoła publiczna nie jest własnością państwa, lecz instytucją dobra wspólnego. Jej publiczny sens pedagogiczny rodzi się dopiero w napięciu i dialogu między pedagogią naturalną rodziców, doświadczeniem lokalnych środowisk wychowawczych, profesjonalizmem nauczycieli oraz pedagogiką naukową jako humanistyczno-społeczną refleksją zobowiązaną do służby publicznej. Państwo może tworzyć ramy edukacji, ale nie może zawłaszczyć jej sensu.

Konstytucyjny fundament tego procesu jest bardzo wyraźny. Art. 48 ust. 1 stanowi, że rodzice mają prawo do wychowania dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami, przy poszanowaniu dojrzałości dziecka oraz jego wolności sumienia, wyznania i przekonań; ograniczenie lub pozbawienie praw rodzicielskich może nastąpić tylko ustawowo i na podstawie prawomocnego orzeczenia sądu. Art. 53 ust. 3 dodatkowo potwierdza prawo rodziców do zapewnienia dzieciom wychowania i nauczania moralnego oraz religijnego zgodnie ze swoimi przekonaniami, a art. 70 ust. 3 gwarantuje wolność wyboru szkół innych niż publiczne. Do tego dochodzi konstytucyjna zasada pomocniczości, wyrażona już w preambule jako zasada „umacniająca uprawnienia obywateli i ich wspólnot”.

Z tego wynika zasadnicza konsekwencja: szkoła publiczna nie zastępuje rodziców w wychowaniu, lecz wspomaga ich funkcję wychowawczą. Także obecne Prawo oświatowe stanowi o „wspomaganiu przez szkołę wychowawczej roli rodziny”, a nie o przejęciu tej roli przez państwo (MEN; IBE-PIB). To znaczy, że władze państwowe mają obowiązek stworzyć warunki kształcenia, ochrony praw dziecka, równego dostępu, bezpieczeństwa, jakości i profesjonalnego działania szkoły, ale nie ma konstytucyjnego mandatu do zawłaszczenia moralnego sensu wychowania.

11 maja 2026

Typologia komentatorów polityki oświatowej

 


(Ilustracja: ChatGPT / DALL·E, OpenAI, opracowanie własne z użyciem AI)

    

Po wypowiedzi ministry Barbary Nowackiej na temat rodziców jako zmory szkolnej, pojawiła się w mediach społecznościowych lawina komentarzy. Pod krótkim tekstem (opracowaniem) Pauliny Ciesielskiej w "Wirtualnej Polsce" znajdziemy prawie 700 wpisów-komentarzy. Postanowiłem dokonać ich analizy, poszukując odpowiedzi na dwa pytania: 

1)  Jaką zajmują postawę wobec wypowiedzi ministry edukacji?

2)   Z jakiej pozycji (roli) społecznej formułowana jest w debacie publicznej opinia czytelników na temat wypowiedzi ministry? Kim są komentujący - rodzicami, nauczycielami czy obywatelami zaangażowanymi po jednej stronie sporu politycznego?  

 POZIOM I ANALIZY — Typologia postaw:

1. Postawa AKCEPTUJĄCA ("miała rację")

Liczna grupa komentarzy bezwarunkowo popiera wypowiedź Nowackiej, często odwołując się do własnego doświadczenia: "pracuję w szkole 25 lat, coś o tym wiem", "jeden toksyczny rodzic i po temacie". Charakterystyczne jest tu uogólnianie jednostkowych obserwacji na wszystkich rodziców, co jest symetrycznie tym samym błędem, który zarzucają ministrze jej krytycy.

2. Postawa odrzucająca (ad personam, ale nie merytoryczna:

Duża grupa czytelników atakuje osobę Barbary Nowackiej, a nie wyrażony przez nią pogląd. Wypominają jej uzyskanie wykształcenia na uczelni ojca, niekompetencję, żądają dymisji. To komentarze pozornie merytoryczne, w istocie będące typową reakcją emocjonalno-polityczną. Argument o "licencjacie u tatusia" pojawia się wielokrotnie jak mantra.

3. Postawa symetryzująca

Stosunkowo dojrzała intelektualnie grupa dostrzega obustronność problemu: "tak jak toksyczni rodzice, tak i toksyczni nauczyciele", "jedna toksyczna ministra też potrafi popsuć". To myślenie systemowe, choć wyrażone publicystycznie.

4. Postawa konstytucyjno-prawna

Nieliczna, ale merytorycznie najsilniejsza grupa komentatorów: "szkoła ma być neutralna światopoglądowo, światopogląd zgodnie z konstytucją przekazują rodzicom", "to rodzice decydują". Wypowiadający się odwołują się do porządku prawnego, a nie do emocji.

5. Postawa ideologiczno-kulturowa

Najliczniejsza i najbardziej hałaśliwa reprezentacja czytelników — publikuje komentarze, w których spór o wypowiedź B. Nowackiej staje się pretekstem do rozgrywania konfliktu światopoglądowego: Kościół vs. laicyzacja, PiS vs. KO, tradycja vs. postęp. Całkowicie znika meritum w ich wypowiedzi.

6. Postawa ofiary instytucjonalnej

Kilka komentarzy nauczycielskich wyrażających wyczerpanie i bezsilność: "współczuję nauczycielom", "za żadne pieniądze nie chciałbym tak pracować". To głos ludzi dających się usytuować między roszczeniowymi rodzicami a wymaganiami systemu szkolnego.

7. Postawa per analogiam 

Są też nieliczne, ale celne komentarze ironiczne: "pacjenci są zmorą służby zdrowia, bo chorują" . W ten sposób, przez analogię, obnażają logiczny absurd wypowiedzi ministerki.

POZIOM II analizy — Rozpoznawalne role społeczne

Nauczyciele — rozpoznawalni są na podstawie dzielenia się konkretnymi doświadczenia z własnej pracy, znajomości realiów szkoły, zmęczenia i jednoczesnego popierania B. Nowackiej w tej kwestii, nawet przy delikatnej krytyce jej innych działań. Piszą: "słyszałem to na wywiadówkach", "byłam wychowawcą 40 lat".

Rodzice — dwie wyraźne podgrupy:

  • rodzice krytyczni wobec innych rodziców — często sami przyznają, że doświadczyli      roszczeniowości innych rodziców,
  • rodzice broniący podmiotowości rodziny — powołują się na prawo, Konstytucję, pierwszeństwo rodziny przed placówką oświatową.

Obywatele po stronie władzy (elektorat KO) — popierają B. Nowacką niezależnie od kwestii merytorycznej. Każdą krytykę traktują jako atak PiS-u lub Kościoła. Charakterystyczne słownictwo: "ciemnogród", "zacofanie", "brawo ministra".

Obywatele w opozycji do władzy (elektorat PiS i prawicy?) — atakują osobę ministry, powołują się na wartości rodzinne i religijne, żądają dymisji. Charakterystyczne wypowiedzi: "indoktrynacja", "lewacka ideologia", "do dymisji".

Komentatorzy bez rozpoznawalnej roli — są najliczniejsi, a reagują impulsywnie, przeskakują między tematami wypowiadając się przy tej okazji na temat emerytur, granicy, Kościoła itp., używają wypowiedzi B. Nowackiej jako pretekstu do rozładowania frustracji niezwiązanej z edukacją.


Najbardziej rozpoznawalne jest w tym dyskursie to, że prawie nikt nie rozmawia o dziecku. W sporze o to, czy rodzice są "zmorą szkoły", dziecko jako podmiot procesu wychowania i kształcenia praktycznie nie istnieje w tych komentarzach. To samo w sobie jest diagnostyczne, bowiem potwierdza moją tezę, że zarówno w debacie politycznej jak i publicznej dziecko pozostaje obiektem sporu dorosłych, nie podmiotem, o którego dobro realnie chodzi.

Znikające w sporze dziecko odzwierciedla paradoks systemu oświatowego, który ma mu służyć a nie zawłaszczać. 

To jest sedno problemu. I jest ono głęboko tragiczne — system edukacji, który formalnie istnieje dla dziecka, w praktyce staje się areną, na której dorośli rozgrywają własne konflikty, potrzeby i lęki, a dziecko-uczeń-nastolatek staje się nieobecnym pretekstem.

Komentarze są więc lustrem nie tyle sporu o edukację, co niedojrzałości debaty publicznej, i to tej samej niedojrzałości, którą dostrzeżemy w wypowiedziach rodziców, nauczycieli i polityków. 

 

10 maja 2026

Rodzic "zmorą" ministry Barbary Nowackiej?


 (Ilustracja: ChatGPT / DALL·E, OpenAI, opracowanie własne z użyciem AI)

Rozpętała się polemiczna burza w mediach po wypowiedzi ministry edukacji Barbary Nowackiej, która stwierdziła, że niektórzy rodzice ​​są „zmorą szkoły”.  Dla mnie nie było to żadnym zaskoczeniem, bo przecież ignorancja łączy się z arogancją, kiedy niepowodzenia w polityce usiłuje się usprawiedliwiać zewnętrznymi, pozaosobowymi czynnikami. Ministra usiłuje odwrócić uwagę od własnych urzędników, od jej ekspertów i doradców, itp. którzy są tak samo winni chaosowi w polityce oświatowej, jak ona.  

Zdumiewające jest to, że nawet publicystka-dziennikarka popiera tę wypowiedź ministry pisząc: "Barbara Nowacka ma świętą rację. Niektórzy rodzice są zmorą szkoły. I może to potwierdzić każdy nauczyciel. Choć w debacie publicznej dominuje oburzenie na słowa ministry edukacji, w szkolnych pokojach nauczycielskich od lat mówi się o tym samym – o rosnącej presji, przekraczaniu granic i relacjach, które coraz częściej zamiast wspierać, skutecznie utrudniają pracę".

Mówiąc o rodzicach jako „zmorze szkół” ministra naruszyła nie tylko dobrze pojęty sens edukacji w kontekście ustawy Prawo oświatowe, ale także, moim zdaniem  - przede wszystkim nie przestrzega Konstytucji III RP, co budzi mój sprzeciw. Wyrażona w preambule Konstytucji zasada subsydiarności oznacza, że instytucje państwowe mogą wkraczać w obszar ochrony tylko tam, gdzie rodzina nie może sobie sama dać rady, , a nie wtedy, gdy władza państwowa wie lepiej, co jest dla nich dobre. 

Ministra B. Nowacka  działa jak w PRL decydując o tym, kto jest w szkolnictwie zmorą, a kto nią nie jest. Co ujawnia ta wypowiedź?  Nie jest to przypadkowy dobór słów, ale odsłonięcie sposobu myślenia o relacji między szkołą a rodziną uczniów. Wprawdzie w ustawie zakłada się, że szkoła jest placówką publiczną, a zatem współzarządzaną z rodzicami i ich dziećmi, ale to ministra wie lepiej niż rodzic, czego dziecko potrzebuje i jak jest traktowane w szkole. Opór części rodziców wobec m.in. programu kształcenia jest utożsamiany z patologią, a nie z ich prawem


(źródło: Fb)


Taki język budzi sprzeciw, gdyż ministra de facto wywyższa się instytucjonalnie w stosunku do rodziców, którzy utrzymują ją na tym stanowisku, płacąc podatki. Nowacka też podlega konstytucyjnej hierarchii, więc powinna pamiętać, że nie wolno jej czynić z władzy resortowej instytucji nadrzędnej wobec rodziców-obywateli. 

Ministra edukacji, która nie rozumie:

  • że subsydiarność to nie slogan, ale zasada ustrojowa,
  • że rodzic powierzający swoje dziecko szkole jest obywatelem, który ma prawo bronić swoich praw, a nie być traktowany jak "toksyczny produkt uboczny",
  • że dialog z rodzicami jest obowiązkiem konstytucyjnym, a nie łaską instytucji oświatowej i jej władz.

Nowacka jako ministra edukacji reprodukuje na poziomie państwowym dokładnie te same błędy, co każdy poprzedni minister edukacji kwestionujący podmiotowość rodziców, uczniów czy nauczycieli oraz poniżający ich pejoratywnym określeniem. Ministra zakwestionowała legitymację rodziców do wypowiadania się na temat funkcjonowania edukacji publicznej.