(źródło: opracowanie własne z wykorzystaniem narzędzia ChatGPT / DALL·E, OpenAI, 2026)
Opublikowany
przez Gazetę Wyborczą wywiad z współzałożycielem prywatnego Uniwersytetu skomentował już b. rektor Uniwersytetu Wrocławskiego prof. Przemysław Wiszewski. Nie dziwię się, bo też jestem zdumiony niespójną logicznie narracją udzielającego wywiadu, który zabiera głos rzekomo o kształcenia wyższego i prowadzenia badań naukowych w III RP. W istocie jednak oczekuje większych pieniędzy z budżetu państwa dla prywatnego uniwersytetu, mimo iż ten akurat uzyskuje je od lat w
bardzo wysokim zakresie właśnie w naukach humanistycznych i społecznych.
Zabieram zatem głos, bo Piotr Voelkel może - w sensie retorycznym - wprowadzać opinię publiczną w błąd sugerując czytelnikom, że uczelnia prywatna jest systemowo odcięta od publicznych pieniędzy na
badania.
Otóż
nie jest.
Trzeba rozdzielić trzy kwestie: granty badawcze, subwencję
podstawową i środki projakościowe typu IDUB. W
opublikowanym wywiadzie Piotr Voelkel buduje obraz asymetrii: uczelnie
publiczne mają „błogie ciepełko subwencji”, uczelnia prywatna dostaje „strzępy”, gdyż sektor
prywatny jest „dyskryminowany”. Jako przykład podaje konkurs IDUB, gdzie — jak
twierdzi — USWPS otrzymuje ok. 120 tys. zł, podczas gdy uczelnie publiczne
3,5–9,5 mln zł, bo wysokość wsparcia jest liczona jako procent subwencji. To
jest jednak inna kategoria pieniędzy niż granty NCN czy NCBR.
W
przypadku NCN USWPS nie tylko ma dostęp do konkursów, ale należy do
rozpoznawalnych beneficjentów. Sama uczelnia informowała, że w latach 2011–2021
pozyskała ponad 92,5 mln zł w obszarze nauk
humanistyczno-społecznych, zajmując piąte miejsce wśród ośrodków otrzymujących
największe środki w tej dziedzinie — za UW, UJ, UAM i UWr. Forum
Akademickie, omawiając dane NCN za 2019 r., wskazywało, że badacze Uniwersytetu
SWPS uzyskali ponad 14 mln zł na 27 projektów, ze skutecznością 32%,
porównywalną z UW i UJ, a wyższą niż większość uczelni publicznych.
To
znaczy, że w zakresie konkursowego finansowania badań nie
wolno twierdzić, że ta uczelnia jest wykluczana z dostępu do budżetowych
środków na badania naukowe. NCN prowadzi statystyki dynamiczne według
jednostek, konkursów i kwot, a dane obejmują liczbę wniosków zakwalifikowanych
do finansowania oraz wysokość przyznanych środków. W raporcie NCN za 2023
r. głównymi beneficjentami konkursów krajowych były „publiczne i niepubliczne
uczelnie wyższe”, które łącznie uzyskały 79% przyznanych wniosków; raport nie
przeciwstawia tu sektora publicznego i niepublicznego jako uprawnionego i
nieuprawnionego.
Czym
innym jest postulat, by uczelnia prywatna, która pobiera czesne, otrzymywała
instytucjonalną subwencję porównywalną z uniwersytetem publicznym. USWPS w
dokumentach opłat na rok 2025/2026 wskazuje na przykład roczne czesne rzędu 15
200 zł dla części studiów magisterskich w Warszawie i 23 000 zł dla
psychologii w indywidualnej organizacji toku studiów. Uczelnia
informuje też, że opłaty mogą być wnoszone w ratach i podlegać waloryzacji, co
nie jest detalem, bo student stacjonarny na uczelni publicznej nie wnosi
czesnego za regularne studia dzienne.
Dlatego
zasadne jest pytanie: dlaczego państwo miałoby finansować studentów,
badania naukowe, kierunek strategiczny, czy prywatną instytucję jako
taką? Właściciel prywatnej uczelni ma prawo zabierać głos w debacie
publicznej. Problem zaczyna się wtedy, gdy interes instytucjonalny zostaje
przedstawiony jako czysta troska o dobro wspólne. W tym sensie wypowiedź
Voelkela jest ważna, ale wymaga dopowiedzenia, że o tym mówi
przedsiębiorca, współtwórca uczelni prywatnych, a więc podmiot zainteresowany
zmianą strumieni finansowania.
Nigdzie
na świecie nie jest standardem, by prywatna uczelnia pobierająca czesne
otrzymywała automatycznie taką samą subwencję instytucjonalną jak uniwersytety
publiczne. Udzielający wywiadu mówi językiem troski o reformę, ale zarazem oczekuje wzmocnienia pozycji sektora prywatnych szkół wyższych.
W
wywiadzie są wątki interesowne i retorycznie jednostronne,
ale nie należy ich całkowicie odrzucać. Mają one znaczenie także dla uczelni
państwowych, ponieważ dotykają realnych słabości całego systemu szkolnictwa
wyższego, w tym sposobu finansowania, jakości kształcenia, relacji ze studentami,
efektywności zarządzania i sensu uniwersytetu w epoce cyfrowej.
Najważniejsze
jest chyba to, że P. Voelkel prowokuje do pytania o odpowiedzialność
uczelni publicznych za jakość dydaktyki. W wywiadzie twierdzi, że kariera
akademicka na uczelni publicznej zależy głównie od publikacji i osiągnięć
naukowych, a znacznie mniej od jakości prowadzenia zajęć i troski o studenta.
To jest teza uproszczona, ale dotyka realnego problemu: polski system awansu,
ewaluacji i prestiżu akademickiego premiuje przede wszystkim badania naukowe,
publikacje, punkty i projekty krajowe i unijne. Dydaktyka pozostaje często deklaratywnie ważna,
lecz instytucjonalnie jest fatalnie wynagradzana w wyższych szkołach państwowych, w uniwersytetach.
Drugim
ważnym wątkiem jest krytyka biernej zależności uczelni od subwencji. Pan P. Voelkel mówi o „błogim ciepełku subwencji” i twierdzi, że uczelnie publiczne
mają jeden cel: utrzymać dobre relacje z ministrem nauki. To oczywiście
publicystyczna przesada, ale odsłania poważny problem: im silniejsza zależność
finansowa od centrum polityczno-administracyjnego, tym większe ryzyko
konformizmu instytucjonalnego. Uczelnia państwowa może wówczas bardziej
troszczyć się o wskaźniki, klasyfikacje, zgodność z oczekiwaniami ministerstwa
niż o rzeczywistą jakość wspólnoty akademickiej. Wypowiadający się na temat kształcenia w uniwersytetach państwowych pomija fakt, że są one ograniczone tzw. wskaźnikiem Gowina (1:13), a zatem nie mogą tak, jak czynią to szkoły prywatne, przyjmować na studia stacjonarne i niestacjonarne tylu kandydatów, ilu chciałoby w nich studiować.
Trzeci
element dotyczy kosztów kształcenia i gospodarowania środkami
publicznymi. W wywiadzie pojawia się zarzut, że uczelnie publiczne
otrzymały ogromne środki unijne, rozbudowały infrastrukturę, ale nie zawsze
przekłada się to na efektywność, jakość pracy czy dostępność kadry technicznej.
Nawet jeśli ta diagnoza jest jednostronna, warto ją potraktować jako pytanie
kontrolne: czy inwestycje infrastrukturalne rzeczywiście wzmacniają proces
kształcenia i badań w naukach humanistycznych i społecznych, czy czasem stają się widocznym znakiem modernizacji bez
wystarczającego zaplecza organizacyjnego, kadrowego i intelektualnego?
Czwarty
wątek to drop-out i pozorność studiowania. Voelkel mówi o
kierunkach, na których odpływ studentów sięga bardzo wysokiego poziomu, oraz o
studentach zapisujących się głównie dla statusu studenta. Warto oddzielić
publicystyczną przesadę od problemu zasadniczego: uczelnie publiczne powinny
poważnie analizować, dlaczego studenci rezygnują ze studiów. Czy powodem jest
nietrafiony wybór? Słaba orientacja kandydatów? Zła dydaktyka? Nadmierna
anonimowość? Brak tutoringu, a może niedostosowanie programu do realnych możliwości i
aspiracji młodych ludzi? Drop-out nie jest wyłącznie „winą studenta”, lecz
także wskaźnikiem jakości relacji instytucji z kandydatem i studentem.
Piąta kwestia ma charakter najbardziej systemowy: P. Voelkel proponuje
urynkowienie studiów przez czesne i kredyty studenckie. Tego typu postulat pojawia się w debacie publicznej nie po raz pierwszy, ale w swej istocie grozi
przesunięciem edukacji wyższej z kategorii dobra publicznego do kategorii
inwestycji prywatnej. Sam postulat zmusza uczelnie państwowe do obrony
własnej racji istnienia.
Jeżeli studia stacjonarne są bezpłatne, to nie
dlatego, że „nic nie kosztują”, lecz dlatego, że państwo uznaje je za dobro
wspólne: formację obywatelską, naukową, zawodową i kulturową. Uczelnie
publiczne powinny lepiej artykułować tę misję, zamiast sprowadzać ją do
administracyjnego prawa do subwencji.
Szósty
wątek dotyczy elastyczności programów kształcenia. W wywiadzie jest mowa o
potrzebie odejścia od sztywnych ścieżek i o możliwości migracji studentów między
kierunkami. To jest ważne także w uczelniach państwowych. Dzisiejszy student
często nie potrzebuje wyłącznie zamkniętego programu, lecz mądrze
zaprojektowanej ścieżki rozwoju: modułowej, interdyscyplinarnej, możliwej do
korekty, ale nie chaotycznej czy ustawionej pod zasoby kadrowe szkoły wyższej. Uczelnia publiczna nie powinna odpowiadać na tę
potrzebę jedynie rozporządzeniami, sylabusami i efektami uczenia się. Musi
stworzyć rzeczywiste warunki doradztwa akademickiego.
Siódmy
wątek dotyczy AI i zmiany sensu uniwersytetu. Piotr Voelkel twierdzi, że
„uniwersytet według starych reguł nie ma dziś żadnego sensu”, bo sztuczna
inteligencja zmienia dostęp do wiedzy. To zdanie jest niebezpieczne, jeśli
rozumieć je jako likwidację klasycznej misji uniwersytetu. Jest jednak
inspirujące, jeśli odczytać je jako wezwanie do przemyślenia dydaktyki
akademickiej. Uczelnia nie może już uzasadniać swojego istnienia samym
przekazywaniem informacji. Musi uczyć rozumienia, krytycznej selekcji,
metodologii, odpowiedzialności poznawczej, odróżniania wiedzy od symulacji
wiedzy.
Ósme zagadnienie dotyczy relacji uczelni ze studentami i nauczycielami akademickimi oraz kadrą administracyjną. Właściciel prywatnego uniwersytetu może mówić językiem klienta, wyboru, konkurencji
i satysfakcji. Uczelnia publiczna nie powinna bezrefleksyjnie przyjmować języka
klientelizmu. Student nie jest klientem w sensie rynkowym. Nie może być też
petentem, przeszkodą albo anonimowym numerem albumu w USOS. W tym punkcie uczelnie
publiczne muszą analizować, jak zachować godność relacji
mistrz–student, nie popadając ani w paternalizm, ani w usługowy konsumpcjonizm.
Trudno
zgodzić się z tezą, że problemem uczelni publicznych jest rzekome niedocenienie
dydaktyki wobec parametryzowanej nauki. Dydaktyka i nauka nie są tym samym,
choć w klasycznej idei uniwersytetu powinny pozostawać w twórczym związku.
Jeśli autor wywiadu odrzuca „uniwersytet według starych reguł”, to w istocie
odrzuca także model, w którym właśnie badania naukowe nadawały głębię
kształceniu, a kształcenie było wprowadzaniem studentów w żywy proces poznania.
W
tym sensie P. Voelkel sam wikła się w sprzeczność. Krytykuje uczelnie
publiczne za to, że nauka dominuje nad dydaktyką, ale jednocześnie kwestionuje
klasyczną ideę uniwersytetu, w której nauka i dydaktyka były organicznie
powiązane. W modelu humboldtowskim wykładowca nie jest usługodawcą, a student
klientem, lecz obaj uczestniczą — oczywiście na różnych poziomach — w procesie
dochodzenia do prawdy.
W modelu korporacyjnym dydaktyka łatwo staje
się usługą edukacyjną, a nauka — produkcją mierzalnych rezultatów. Wtedy
dydaktyka rzeczywiście zaczyna „przeszkadzać” karierze naukowej, ale nie
dlatego, że taki jest sens uniwersytetu publicznego, lecz dlatego, że logika
korporacyjno-parametryczna rozbiła jego wewnętrzną jedność.
Uczelnia
publiczna jest instytucją państwa i społeczeństwa, powołaną do prowadzenia badań,
kształcenia, podtrzymywania ciągłości kultury, przygotowywania kadr, rozwijania
dyscyplin także nierentownych oraz zapewniania dostępu do studiów niezależnie
od zamożności rodzin. Jej publiczny charakter nie wynika z marketingowej
deklaracji jakości, lecz z funkcji ustrojowej.
Uczelnia
prywatna może oczywiście prowadzić wartościowe badania i wiele z nich tak czyni, zatrudnia wybitnych
uczonych i kształci na wysokim poziomie, ale pozostaje instytucją prywatną:
pobiera czesne, działa w warunkach właścicielskich, selekcjonuje ofertę według
własnej strategii i nie ma tego samego zakresu zobowiązań wobec państwa,
regionu, kultury akademickiej i obywateli, co uczelnie państwowe. Jeżeli chce korzystać z pieniędzy
publicznych w trybie konkursowym, to ma do nich dostęp i nie ma w tym nic niewłaściwego. Jeśli jednak
chce być finansowana jak uczelnia publiczna, musi przyjąć również publiczne
obowiązki.
Zdumiewające
jest zatem oczekiwanie P. Voelkela, by uniwersytet publiczny tłumaczył się ze swego publicznego
charakteru przed przedstawicielem uczelni prywatnej. To nie dobro publiczne
wymaga legitymizacji przez rynek, lecz rynek — jeśli sięga po pieniądze
publiczne — musi wykazać, że nie prywatyzuje korzyści przy jednoczesnym
uspołecznieniu kosztów.
Wrażliwość
na jakość kształcenia nie rodzi się z czesnego, lecz z etosu akademickiego,
stabilnych warunków pracy, wolności badań, odpowiedzialności dydaktycznej i
odpowiedniego finansowania. Jeśli tych warunków brakuje, to nie dlatego, że
uniwersytet publiczny jest „stary”, lecz dlatego, że państwo od lat oczekuje od
niego misji publicznej przy środkach niewspółmiernych do tej misji. Zapewne dlatego uczeni uniwersyteccy uciekają do uniwersytetu prywatnego.
Uniwersytet
publiczny nie jest anomalią wymagającą usprawiedliwienia, co nie oznacza, że nie ma w nim patologii. Anomalią byłoby jednak żądanie publicznej subwencji dla dobra prywatnego bez przyjęcia za nie pełnej
odpowiedzialności publicznej.