18 lutego 2026

Cichy apel szefowej małej biblioteki publicznej

 




Małe biblioteki żyją dziś głównie dzięki ludziom, którzy nie odwracają wzroku.

To nie jest apel o luksus.
To nie jest prośba o nowości pachnące drukarnią ani o literackie „hity sezonu”.
To jest głos z miejsca, które wciąż wierzy, że książka potrafi więcej niż algorytm.

Mała biblioteka publiczna nie woła głośno. Nie ma kampanii, banerów, grantów ani spektakularnych projektów. Ma za to półki, na których coraz wyraźniej widać puste miejsca. Ma czytelników – wiernych, cierpliwych, czasem zawstydzonych tym, że pytają o coś „nowszego”. I ma jedną osobę, która bierze na siebie ciężar tej ciszy: kierowniczkę biblioteki, dla której troska o książki nie jest obowiązkiem służbowym, lecz formą odpowiedzialności za wspólnotę.

Jej prośba jest prosta, aż do bólu:
jeśli macie książki – dobre, zadbane, przeczytane, a wydane po 2010 roku – podarujcie je bibliotece.
Bibliiteka nie ma pieniędzy. W budżecie nie ma pozycji „nowe książki”. Są tylko rachunki, konieczne wydatki, przetrwanie.

W tym jednym zdaniu – „nie mamy funduszy” – kryje się cała współczesna opowieść o kulturze lokalnej, o tym, co zostaje na końcu listy priorytetów, o tym, że czytelnictwo popiera się deklaratywnie, a biblioteki zostawia same sobie, o tym, że małe centra kultury istnieją nie dzięki systemowi, lecz wbrew niemu.

A jednak filia biblioteki wciąż trwa jako: -
* przestrzeń ciszy w świecie krzyku, 
* miejsce pierwszego spotkania dziecka z literaturą,
* azyl dla seniorów, uczniów, ludzi samotnych.
* ostatni bastion niekomercyjnego dostępu do myślenia.

Oddając książkę, nie oddajecie przedmiotu.
Oddajecie możliwość, 
szansę na rozmowę z tekstem, 
na zachwyt, niepokój, refleksję,
na to, by ktoś – zupełnie nieznany – znalazł w tej książce coś, co go zatrzyma albo uratuje.

Niniejszy apel nie jest patetyczny. Jest cichy.
Tak cichy jak biblioteka w środku dnia, 
ale właśnie dlatego warto go usłyszeć.

Jeśli książki stoją u Was na półkach – przeczytane, zapomniane, uśpione – pozwólcie im wrócić do obiegu życia. Pozwólcie im znów być czytane.
Mała biblioteka bardzo ich potrzebuje, a wraz z nią – my wszyscy, którzy wciąż wierzymy, że kultura zaczyna się nie w ministerstwie, lecz w lokalnej trosce.

To nie jest darowizna.
To gest solidarności z miejscem, które jeszcze nie zrezygnowało.

 

 


(AI - ChatGPT - wsparcie apelu)

 



17 lutego 2026

Niepokojąca erozja postaw

 







Szkoły wyższe i instytuty badawcze powinny być dowodem na to, że istnieją normy, których nie ustanawia się większością głosów, ale poprzedzają one każdą sensowną debatę. Normy naukowe będące nośnikiem prawdziwości, rzetelności metodologicznej, uczciwości argumentacji mają charakter autoteliczny. Ich istotą nie jest czyjaś pozycja, interes czy komfort instytucjonalny, lecz sama możliwość rozpoznania, jak jest, dlaczego tak jest, jakie są czegoś skutki itp. Jak się okazuje, w niektórych instytucjach, jednostkach badawczych są one naruszane.

Dlatego szczególnie niepokojące są sytuacje, w których normy te, mimo iż są zapisane w w statutach, regulaminach, bywają naruszane. W praktyce przestają pełnić funkcję realnego punktu odniesienia w procesach decyzyjnych. Nie zostają zakwestionowane wprost, nie są  też w kraju zniesione przez ustawodawcę. Po prostu przestają zobowiązywać, bo ważniejszy jest dla kogoś prywatny interes, lęk przed utratą autorytetu. Nie jest to kryzys norm, ale erozja postaw wobec nich.

W niektórych uczelniach, instytutach, w których rozstrzyga się o wartości osiągnięć naukowych czy o jakości wyników badań, zdarza się, że procedury demokratyczne przestają chronić prawdę. 

W zdrowej kulturze akademickiej procedury kolegialne pełnią rolę służebną wobec prawdy. Organizują debatę, umożliwiają konfrontację argumentów, chronią przed arbitralnością. Problem pojawia się wówczas, gdy procedura zaczyna pełnić funkcję odwrotną: nie chroni już rozpoznania merytorycznego, lecz staje się narzędziem jego neutralizacji.

Dzieje się tak szczególnie wtedy, gdy decyzja kolegialna — podjęta w sprawie merytorycznej, a nie personalnej — zostaje faktycznie unieważniona nie przez kontrargument naukowy, polemikę, lecz przez dystans władzy formalnej wobec jej skutków, a więc przez zawieszenie zobowiązania.

Na tym etapie nie mamy jeszcze do czynienia z jawnym nadużyciem, ale z czymś subtelniejszym, z przesunięciem ciężaru z argumentu wiedzy naukowej, czyichś kompetencji na pozycję władzy. Problem nie polega na istnieniu kadr kierowniczych, lecz na pomieszaniu porządków. Władza formalna nie jest i nie powinna być władzą naruszającą standardy naukowe. Jej rolą nie jest rozstrzyganie, co jest prawdziwe, lecz czuwanie nad tym, jak wspólnota dochodzi do rozstrzygnięć.

Gdy jednak osoba sprawująca władzę formalną zaczyna traktować zgodność z własnym stanowiskiem jako warunek akceptowalności rozstrzygnięć merytorycznych, pojawia się dysonans, którego nie da się zmniejszyć samą procedurą. Naukowe standardy nadal obowiązują, ale w wielu przypadkach tylko deklaratywnie, bowiem przestają być realnym punktem odniesienia dla podejmowanej uchwały.

W tym sensie mamy do czynienia nie z konfliktem poglądów, lecz z rozszczepieniem odpowiedzialności formalnej, która trwa i naukowej, która ulega odroczeniu. Ignorancja, której nie wolno nazwać, rozwija się po cichu, w zaciszu struktur upełnomocniających jej zwolenników. Wkrótce ukaże się mój artykuł na ten temat, skoro cisza bywa też patologią. 

Współczesna kultura publiczna oswoiła nas z faktem, że opinia coraz częściej próbuje zastępować prawdę o rzeczywistości. Umberto Eco trafnie zauważył, że wiek XXI przyniósł nie tyle pluralizm, ile ekspansję niekompetencji w obszarach wymagających specjalistycznych rozstrzygnięć. Tym bardziej jest niepokojące, że placówki odpowiedzialne za wiarygodność własnych działań i postaw nie są od tej tendencji wolne, choć powinny być szczególnie odporne na pozoranctwo, brudne wspólnoty czy konflikt interesów.

Najbardziej problematyczne nie jest zatem istnienie ignorancji, lecz sytuacja, w której patologię osłania się autorytetem władzy. Wtedy korekta merytoryczna przestaje być traktowana jako element procesu poznawczego, a zaczyna funkcjonować jako zagrożenie dla wizerunku, dla pozycji, dla poczucia kontroli. W takiej konfiguracji prawda naukowa nie przegrywa w otwartym sporze. Przegrywa w ciszy. 

W świetle teorii działania komunikacyjnego problem erozji postaw wobec norm prawdy i dobra ujawnia się jeszcze wyraźniej. Habermas przypominał, że racjonalność komunikacyjna nie polega na narzucaniu stanowisk, lecz na gotowości do ich uzasadniania w warunkach symetrycznego dostępu do argumentów. Prawomocność rozstrzygnięć rodzi się nie z pozycji mówiącego, lecz z siły uzasadnienia, które może zostać przyjęte lub odrzucone w toku dyskursu.

Jednostki akademickie są (przynajmniej w swoim samorozumieniu) przestrzenią uprzywilejowaną dla tego typu racjonalności. Ich sens polega na tym, że argument może skorygować autorytet, a nie odwrotnie. Gdy jednak rozstrzygnięcie merytoryczne zostaje zakwestionowane nie w drodze dalszej argumentacji, lecz poprzez dystans władzy formalnej wobec jego skutków, dochodzi do subtelnego, lecz istotnego przesunięcia: działanie komunikacyjne zostaje zastąpione działaniem strategicznym.

Argumenty mogą paść. Procedura może się odbyć. Głosowanie może zostać przeprowadzone. Problem zaczyna się wtedy, gdy wynik przestaje być traktowany jako zobowiązujący element wspólnego rozumowania, a staje się jedynie epizodem bez znaczenia decyzyjnego.

Habermas nazwałby to sytuacją, w której ważność roszczeń poznawczych zostaje podporządkowana logice utrzymania kontroli, a nie logice dochodzenia do porozumienia. W takiej konfiguracji komunikacja nie zanika, lecz traci swój normatywny sens. Przestaje być przestrzenią, w której prawda może „zadziałać”.

Z perspektywy wspólnoty akademickiej jest to moment szczególnie krytyczny. Nie dlatego, że pojawia się konflikt, lecz dlatego, że konflikt zostaje rozbrojony w sposób pozadyskursywny. Tam zaś, gdzie dyskurs przestaje być źródłem prawomocności decyzji, znika również fundament zaufania do sensu uczestnictwa w nim. Widać to po rotacji pracowników w danej instytucji, publicznie ogłaszanej rezygnacji czy odchodzeniu w ciszy, by nie zostać rozpoznanym jako współprawca błędów, nieuczciwości itp.  

Gdzie pojawia się presja, szantaż, zastraszanie, czy pokusa realizacji innych interesów, nie działa już autorytet instytucji, gdyż zostaje zastąpiony postawami w najuboższym sensie tego słowa. Jeśli przewodniczący demokratycznie ustanowionego gremium, które  poddało pod głosowanie merytorycznie ważną kwestię, uznając jej poprawność, przedkłada wyższej czy innej instancji władczej sprzeczne z tą uchwałą postanowienie, powinien podać się do dymisji albo zostać zdymisjonowanym.      

Autorytet naukowy nie polega na nieomylności, ale na gotowości przyjęcia korekty, gdy wspólnota, posługując się uznanymi kryteriami wiedzy, wskazuje granice naruszania przez kogoś normatywnego stanowiska. Odmowa uznania takiej korekty nie wzmacnia autorytetu, ale przeciwnie, ujawnia jego kruchość. W tym sensie zawieszanie skutków rozstrzygnięć merytorycznych nie jest obroną autorytetu, lecz jego cichą delegitymizacją. 

Akademia lubi myśleć o sobie jako o przestrzeni, w której władza nie rozstrzyga prawdy, a prawda w długim trwaniu potrafi korygować władzę. To samorozumienie nie jest naiwne. Jest normatywne. Opiera się na przekonaniu, że istnieją normy, standardy postaw, które mają charakter autoteliczny, a zatem ich sensem nie jest czyjaś racja, pozycja ani komfort instytucjonalny, lecz dążenie do możliwie najlepszego rozpoznania rzeczywistości.

Dlatego szczególnie niepokojące są sytuacje, w których normy te mimo ich naukowej nienaruszalności, przestają zobowiązywać w praktyce zachowań niektórych akademików. Procedury są zapisane w ustawach, regulacjach uczelni i ich jednostek, w towarzystwach naukowych. Tam padają argumenty, są przeprowadzane głosowania, a jednak ich skutki mogą zostać zawieszone nie w drodze polemiki naukowej, lecz przez dystans władzy formalnej wobec ich konsekwencji.

Zachęcam do refleksji nad czymś znacznie trudniejszym, a mianowicie nad kondycją postaw, które decydują o tym, czy norma naukowej PRAWDY pozostaje żywa, czy jedynie obowiązuje na papierze. Autoteliczność powyższych norm nie chroni ich automatycznie. Chroni je dopiero wspólnotowa gotowość do podporządkowania się im, także wtedy, gdy są niewygodne, korygujące lub podważające czyjś autorytet. Bez tej gotowości akademia zachowuje formę, lecz traci sens, który nie jest tym, co można przegłosować, a tym bardziej penalizować. 


Ps. Czytam z niepokojem najnowsze artykuły dotyczące IBE-PIB:

Habilitacja bliskiego stopnia, czyli kto pomógł reformatorowi polskiej edukacji 

MEN żąda wyjaśnień po tekście Zero.pl. Chodzi o konflikt interesów w państwowym instytucie

Instytut Błędów Edukacyjnych, czyli jak IBE tworzy rekomendacje dla MEN


15 lutego 2026

Życie i śmierć zapisane w pamięci

 


Profesor Stefan Łaszyn przesłał do mnie własną opinię na temat książki Bogdana Bileckiego pt. Wspomnienia Ukraińca z Polski, która powstała z potrzeby ocalenia pamięci tak autora, jak i czytelnika. Bilecki opowiada w sposób prosty i powściągliwy własne życie, które było naznaczone deportacją, wykorzenieniem i koniecznością ciągłego zaczynania od nowa. Jego prywatny los stał się świadectwem zbiorowym, a doświadczenie jednostki głosem całego pokolenia Ukraińców z Polski. 

Najmocniej wybrzmiewają fragmenty poświęcone dzieciństwu przerwanemu przez bolesną historię obu narodów oraz powojennemu życiu w Polsce. Pisze o edukacji, pracy nauczycielskiej i mozolnym budowaniu tożsamości w nowych warunkach. Autor unika ocen i wielkich deklaracji, pozwala mówić faktom, pamięci i codzienności. Dzięki temu książka nie moralizuje, lecz świadczy.

Rusyfikacja, indoktrynacja i podporządkowanie edukacji celom politycznym stają się jednym z najtrwalszych narzędzi przemocy, bo uderzają w to, co ma trwać poza jednym pokoleniem. Dlatego biografie takie jak ta opisana przez Bileckiego nie są jedynie świadectwem przeszłości, ale są ostrzeżeniem. Pokazują, że wojna o terytorium bardzo szybko zamienia się w wojnę o świadomość, a w konsekwencji w wojnę o dzieci.

To książka czytana jednym tchem, napisana klarownym językiem, starannie wydana i dostępna w dwóch wersjach językowych. Jej prawdziwa wartość polega jednak na przypomnieniu, że pamięć nie jest luksusem, lecz obowiązkiem, zwłaszcza wobec tych, którzy nie zawsze mogli opowiedzieć swoją historię sami.

Trwająca wojna w Ukrainie już teraz zapisuje się jako nie tylko pokoleniowe doświadczenie narodu, ale także rejestr bombardowanych miast, utraconych domów, rozdzielonych rodzin i wymuszonej migracji. Za niespełna dekadę, w czwartą rocznicę tej wojny, kolejne pokolenie będzie poddawać ten czas bolesnej refleksji, próbując nazwać stratę, nadać sens przetrwaniu i ocalić pamięć. 

Dziś jednak lektura ta domaga się ostrzejszego kontekstu. Wojna przeciwko Ukrainie nie trwa od czterech, ale od dwunastu. Rozpoczęta w 2014 roku, od aneksji Krymu i okupacji Donbasu, ma charakter długiego procesu niszczenia suwerennego państwa, społeczeństwa i pamięci kulturowej. Pełnoskalowa agresja z 2022 roku jest zatem eskalacją, a nie początkiem ogromnego dramatu ludności cywilnej, tysięcy porwanych dzieci i zabitych na froncie żołnierzy. 

W tym sensie książka Bileckiego przestaje być wyłącznie zapisem przeszłości, ale staje się kluczem do zrozumienia teraźniejszości i zapowiedzią przyszłych narracji pamięci tych, którzy przeżyją.