W ubiegłym tygodniu obradowała w Instytucie Pedagogiki Uniwersytetu Wrocławskiego III Szkoła Pedeutologiczna, którą organizuje cyklicznie prof. Jolanta Szempruch z Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN. Trudno było utrzymać optymistyczny ton referatów ze względu na fatalną sytuację socjoekonomiczną i kulturową polskich nauczycieli. Kogo to w MEN obchodzi, że brakuje w przedszkolach i szkołach nauczycieli, skoro można załatać tę lukę osobami: bez kompetencji i zawodowych kwalifikacji; z formalnymi kwalifikacjami, ale sprzed 20-40 lat; wypalone zawodowo lub zdrowotnie, ale podejmujące jeszcze zatrudnienie na emeryturze.
(źródło:Fb-Dealerzy Wiedzy)
Trudno im się nawet dziwić, że do pracy idą z niechęcią przez co pogłębia się u nich stan lękowy, poczucie bezradności, niezrozumienia zaistniałych u dzieci i młodzieży oraz u ich rodziców/prawnych opiekunów zmian socjokulturowych i/lub psychofizycznych. Na domiar wszystkiego złego resort edukacji wprowadza z dniem 1 września br. zmienione podstawy programowe wychowania przedszkolnego i podstawowego, co wymaga poświęcenia własnego sumienia na pozorowanie wdrażania ich w życie. Ani ministra, ani kurator oświaty, ani wizytatorzy nie są w stanie monitorować tego, co ma miejsce w szkołach, więc jak się nawet coś nie podoba dyrekcji placówki, to można ją postraszyć, że odejdzie się ze szkoły bez bólu, bo w okolicy są jeszcze inne, a etatowo wygłodzone placówki.
Już nie przemawiają do opinii publicznej kopie dowodów otrzymywanego wynagrodzenia, ani też statystyczne dane z nauczycielskiej bazy "Dealerzy Wiedzy", bo skoro jest tak źle, to nawet dobrze. Niektórzy uwielbiają, jak komuś jest gorzej, źle, doświadcza różnych kategorii strat, niepowodzeń, porażek, bo mogą poczuć się lepiej (typowy syndrom Schadenfreude).
Większość rodziców posiadających dzieci w wieku obowiązku szkolnego zapewne ma w swojej pamięci negatywne doświadczenia z własnej edukacji, kto był ich sprawcą? Wiadomo, nauczycielki i nauczyciele, którzy zapracowali kolejnym pokoleniom na wizerunek osób toksycznych. Zawsze znajdzie się okazja do oplucia tych, którym się chce pracować z uczniami, mimo wszystko.
Jakiś czas temu środowisko opozycyjne wobec Zjednoczonej Prawicy wydało „Raport SOS dla Edukacji. W jakim stanie jest stan nauczycielski?”, które - podobnie jak recenzowana przeze mnie przez dwa ostatnie dni pseudodiagnoza "Polska młodzież 2026" - jest publicystycznym opracowaniem. Jednak w odróżnieniu od tamtego pseudoraportu jego autorzy nie wmawiają, że jest to diagnoza, lecz syntetyczny przegląd narracji, danych i różnych raportów oraz opracowań dotyczących zawodu nauczyciela. Jego wartością nie jest zatem metodologia, bo nie mieli na to środków finansowych, lecz fakt, że nawet przy braku filtra naukowego badania uwzględnione w nim źródła wiedzy zwracają uwagę na niepokojące zjawiska.
Nie można wyprowadzać z tej publikacji wniosków natury naukowej, ale można dowiedzieć się, jak - w świetle potocznej opinii - patopolityka oświatowa rzutuje na patoedukację, na odpływ młodych do studiów nauczycielskich, deficyt kadr w przedszkolach i szkołach oraz deprofesjonalizację nauczycieli. Względna wartość opracowania SOS polega na zestawieniu rozproszonego materiału i pokazaniu niespójności diagnoz formułowanych w różnych źródłach.
Autorzy nie byli zainteresowani wartością metodologiczną przywoływanych źródeł wiedzy i danych, skoro obok wyników badań o rygorze
naukowym pojawiają się w niej odwołania do sondaży opinii publicznej, raporty
środowiskowe oraz narracyjne opracowania o niejednoznacznym statusie
poznawczym. Przynajmniej nie wprowadzają w błąd opinii publicznej, że mają właściwą wiedzę.
W państwach, w których rządzący kierują się nie nauką, ale wiedza potoczną, pozorując naukowe konsultacje a nawet kupując pozytywne recenzje, nie potrzebują wiedzy uzyskanej na podstawie rzetelnie przeprowadzonych badań oświatowych, lecz amunicję polityczną, jaką dostarczają im potoczne narracje. Ideokraci nie potrzebują prawdy, ale uzasadnienia dla decyzji już podjętych albo zaniechania decyzji niewygodnych, niepopularnych, zagrażających utracie elektoratu.
Taką
funkcję spełniają pseudoraporty. Schemat jest prosty: raport pokazuje, że część
(najlepiej większa) środowiska oświatowego jest zadowolona, że „są tacy, co wybierają
nauczycielski zawód z pasji” (tu trzeba odwiedzić ich w placówce, zaprosić do
ministerstwa, wręczyć medalik czy list gratulacyjny itp.). Dzięki temu opinia
publiczna dowiaduje się, że nauczyciele „radzą sobie mimo trudności”, że
„wystarczy im wsparcie, a nie systemowa czy tym bardziej finansowa zmiana”.
Logika
populistyczna zawsze jest ubrana w język „danych”, które są wykreowane pod
tezę, że skoro nawet bardzo młodzi ludzie dobrze się czują w tym
zawodzie, to znaczy, że nie jest on ani tak trudny, ani tak wymagający,
jak twierdzą krytycy. Jak usłyszałem od prorządowych działaczy NGO:
w przedszkolu czy szkole podstawowej może poprowadzić zajęcia czy
lekcje nawet student odpowiedniego do przedmiotu kierunku studiów. To,
że młodych jest w szkolnictwie zaledwie 4 proc. ogółu nauczycieli, nie ma dla władz znaczenia.
Lepszy rydz niż nic. Liczy się "sztuka" w tabeli organizacji roku szkolnego, zaś w narracji politycznej i publicznej znika różnica między „pracą” a profesją. Poza tym, rząd ma plan B a nawet C.
Nauczyciele też mają swój plan B lub C. Pasjonaci przyjechali do Wrocławia. Oni nie są wypaleni. Wprost odwrotnie, płoną energią, chęcią innowacyjnego działania, dlatego z przyjemnością uczestniczyli w zorganizowanych im przez akademików warsztatach. Każda nowa wiedza, umiejętności, dobre praktyki przydadzą się w ich zawodowej aktywności, niezależnie od tego, kto rządzi w MEN i jakie wprowadza regulacje. Szczęśliwi są ci uczniowie, którzy mają na co dzień pozytywnie zakręconych nauczycieli.




