niedziela, 26 maja 2013

Biznesowe podchody pedagogiczne



W świetle ustawy art.37a to rektor wyższej szkoły ponosi odpowiedzialność za kształcenie niezgodne z prawem. Nie spotkałem się jeszcze z tym, żeby w którejkolwiek uczelni prywatnej, gdzie Polska Komisja Akredytacyjna stwierdziła kształcenie niezgodne z prawem, poniósł odpowiedzialność. Senaty tych szkół nie mają de facto nic do powiedzenia, gdyż to założyciel (właściciel) decyduje o tym, kto zostaje rektorem i na jakich zasadach ma realizować swoją funkcję. Nadzór państwowy nad szkolnictwem wyższym nie ma tu nic do powiedzenia. Może jedynie wyrazić swoją opinię w formie oceny programowej dla prowadzonego w tzw. „wsp” kierunku studiów, ale nie ma możliwości pociągnięcia do odpowiedzialności rektora takiej szkoły, jeśli ten „kryje” w niej nieprawidłowości, ewidentne naruszanie prawa przez założyciela lub - co często ma miejsce - we współpracy z nim mataczenie danymi, manipulowanie kadrami itp.

Niestety, coraz częściej mamy do czynienia z fałszowaniem danych, jakie są kierowane do organów centralnych (PKA, CK) przez założycieli prywatnych szkół wyższych (zdarza się, że i władz niektórych uczelni publicznych). Wynika to zapewne z poczucia pełnej bezkarności. W szkole prywatnej, która jest prowadzona na szemranych zasadach właśnie o to chodzi, by zamulić wiedzę o mających w niej miejsce patologiach, uczynić ją niedostępną nie tylko dla opinii publicznej, ale i własnych pracowników. Na czele szkoły stawia się jako rektora – słupa gościa, który ma za cenę milczenia, a milczenie jest złotem, podpisywać i uwierzytelniać nieprawdziwe dane. Taki rektor nie będzie protestował przeciwko fałszowaniu danych o procesach, gdyż jest to w jego interesie.

Oto właściciel takiej „wsp” wywiera presję na rektora-słupa, by poprzez swoje kontakty prywatne lub/i za pomocą pokus finansowych ściągnął ludzi, którzy „pozwolą” (często nieświadomie) na uruchomienie procesu kreowania fikcji. Nadmuchuje się propagandowy balon sukcesów, pompując weń powietrze pozoru, otoczek w postaci zapraszanych gości na konferencje, publikowania nic nie wnoszących do nauki tekścików we „własnym” wydawnictwie, organizowania imprez, które nie mają nic wspólnego z procesem badawczym i dydaktycznym na poziomie akademickim, by wytworzyć przeświadczenie o czekającej wszystkich świetlanej przyszłości.

W rzeczywistości zaś na zapleczu, w gabinetach kanclerza i założyciela ustala się strategię wypompowywania środków na własny użytek, kosztem rozbudzanych wśród naiwnych klientów – studentów i nauczycieli akademickich – aspiracji i marzeń. Tak konstruuje się plany kształcenia i programy studiów, żeby zatrudniać do ich prowadzenia w pierwszej kolejności „swoich”, znajomych królika, a w następnej tych, których wkład pracy miałby być przykrywką dla tych pierwszych. Tak oto na kierunku pedagogika wprowadza się wydumane specjalności, w ramach których każe się studiującym uczestniczyć w zajęciach kolesiów-lekarzy, kolesiów-ekonomistów, kolesiów-socjologów, itp., bo przecież dzisiaj wszystko jest pedagogiką, wszystko jakoś łączy się z edukacją. Naiwni studenci sądzą, że mają do czynienia z odpowiedzialnym kształceniem, które powinno rozwijać i wzbogacać konieczne w ich przyszłej pracy kompetencje zawodowe. Nie wiedzą, że jest to „pic na wodę”.

Kiedy w szkole pojawiają się eksperci Polskiej Komisji Akredytacyjnej, to nie da się już tego ukryć przed studentami i kadrą akademicką. To oni bowiem będą hospitowani, oceniani i będą mieli też możliwość wypowiedzenia się na temat rzeczywistych warunków kształcenia i pracy. Ci, którzy chcą pracować i zarabiać, dorabiać, będą milczeć lub kadzić. To jest cena ich przetrwania. Studenci zaś, jeśli rzeczywiście nie są zainteresowani studiowaniem, tylko wynikającymi z tego statusu przywilejami, jakoś dopasują się do sytuacji kontroli zewnętrznej, bo przecież zostaną ostrzeżeni, że każdy glos krytyki będzie dla nich gwoździem do trumny. Nie skończą tu studiów lub skończą ale z opinią negatywną o szkole, do której sami się przyczyniają słowami krytyki.

Festiwal fikcji i pozoru musi trwać, jeśli w danej szkole nie chce się kształcić naprawdę, tylko czerpać z tego jednostronne korzyści. Głupota i determinacja w prowadzeniu tego fałszywego biznesu niektórych założycieli sięga już tak głęboko, że płacą firmom zewnętrznym za przygotowanie dokumentacji dla organu kontroli. Niestety, to kosztuje znacznie więcej niż 20 czy 30 tysięcy PLN, bowiem eksperci PKA z łatwością to rozpoznają. Żadna bowiem firma nie jest w stanie wpisać do kreowanej dokumentacji, jaką jest np. program kształcenia rozwiązań, które mają miejsce w szkole i są zgodne z normami KRK. Tu bowiem wszystko musi zgadzać się nie tylko na papierze, ale z zatrudnionymi do realizacji programu nauczycielami (ich kwalifikacjami, wykształceniem), hospitowanymi zajęciami, wywiadami, danymi z obserwacji itp. Kłamstwo zatem prędzej czy później zostanie wychwycone. Nic tu nie pomoże zamieszczanie na stronie internetowej szkoły fragmentu z opinii PKA, skoro nie publikuje się całego raportu. Tu dopiero widać, jak manipuluje się kadrą, studentami i ewentualnymi klientami.

Kandydaci na studia, osoby już studiujące, ale i pracownicy powinni jednak co jakiś czas zainteresować się tym, jaka jest prawda o wyższej szkole prywatnej. Na stronie PKA, wprawdzie z opóźnieniem, ale jednak są publikowane raporty pokontrolne. Tam można przeczytać, jaką naprawdę ocenę otrzymała szkoła prowadząca dany kierunek studiów. Można też skierować zapytanie do PKA o taką ocenę. To ważne, bo być może wkrótce okaże się, że uczestniczy się w masie upadłościowej, a to nie przysporzy ani dobrego imienia absolwentom, ani też pracownikom takiej szkoły. Być może wkrótce, ci ostatni, będą musieli szukać pracy w innym miejscu. Muszę przyznać, że z tak narastającym procesem fałszerstw, kreowania papierowej i internetowej rzeczywistości w szkolnictwie wyższym dawno nie miałem do czynienia. To tylko dowód na to, jak szybko rynek usług pozornych musi się sam oczyścić w wyniku wyborów, jakich będą dokonywać ich klienci, a być może i usługodawcy.