sobota, 1 kwietnia 2017

Pedeutologiczne newsy ze świata


Naukowców skupionych przy OECD zaczęło ostatnio dręczyć pytanie, dlaczego do nauczycielstwa zgłaszają się przede wszystkim kobiety? Przytaczam tu informacje za artykułem Dirk Van Damme pt. Why do so many women want to become teachers?

Fenomen przewagi w szkolnictwie kobiet nad mężczyznami nie jest tylko polską czy czeską specjalnością, ale dotyczy wszystkich państw należących do OECD. Pojawia się nawet hipoteza, że ta sytuacja skutkuje obniżonym wśród chłopców poziomem motywacji do kontynuowania powszechnej edukacji w szkolnictwie wyższym i do ustawicznego uczenia się. Także w Polsce jest wśród studiujących więcej kobiet niż mężczyzn.


W świetle danych OECD z 2014 r. wskaźnik przewagi kobiet wśród nauczycieli sukcesywnie wzrasta właśnie w szkolnictwie, bowiem w 2005 r. wynosił on 61 proc., zaś w pięć lat później już 65 proc. W 2014 r. odsetek kobiet wyniósł 68 proc. Najwyższy odsetek nauczycielek ma miejsce - co wydaje się oczywiste samo przez się - w edukacji przedszkolnej i początkowej, bowiem wynosi 82 proc. w stosunku do kształcenia systematycznego w szkolnictwie podstawowym, które ma miejsce po edukacji elementarnej (tu wynosi 63 proc. kobiet).


Wśród nauczycieli do 30 roku życia w szkołach ponadpodstawowych jest 70 proc. kobiet, zaś w grupie wiekowej 50+ odsetek pań wynosi już 65 proc. Powyższy trend daje się zaobserwować w 22 państwach OECD z 35, które udostępniły swoje dane na ten temat.

Zdaniem autorów tej analizy - panie nie garną się do ról kierowniczych w oświacie, skoro dyrektorami jest 45 proc. nauczycielek. Także w kształceniu przyrodniczym, matematyce czy technologiach jest ich w szkolnictwie średnim znacznie mniej niż mężczyzn. W Polsce od 10 lat kierownictwo resortu edukacji spoczywa jednak na kobietach (K. Hall, K. Szumilas, J. Kluzik-Rostkowska i A. Zalewska).

Dlaczego od tylu lat znacznie więcej kobiet od mężczyzn zabiega o pracę w nauczycielskim zawodzie? W świetle badań społecznych kobiety podejmują tę decyzję świadomie, kierując się szansą na zatrudnienie, normami społecznymi i kulturowymi przyzwyczajeniami. W niektórych państwa wzrost zatrudnienia pań w szkolnictwie ściśle koreluje z współczynnikiem zatrudniania ich w szkolnictwie ze względu na powinność legitymowania się wyższym wykształceniem. W Japonii ma miejsce niemalże równowaga płciowa, więc trudno tam mówić o jakiejś dyskryminacji czy zdumiewającej przewagi.

Z badań wynika, że podejmowanie nauczycielskiej profesji przez kobiety wiąże się ściśle z ich macierzyństwem, a tym samym połączeniem opieki nad własnym dzieckiem z wykonywaniem pracy, która stwarza warunki do częstszych urlopów, ferii itp. Wzrosły także płace nauczycielek w porównaniu z innymi zawodami, w których wymaga się wyższego wykształcenia. O ile płace nauczycieli-mężczyzn są średnio na poziomie 71 proc. ich kolegów w innych zawodach, o tyle już w przypadku kobiet te różnice wynoszą 90 proc. Tym samym coraz bardziej opłaca się kobietom wchodzić do nauczycielskiej profesji.

Nadal jednak najlepiej zarabiają nauczyciele w Luksemburgu i Szwajcarii, bo o ok. 20 proc. więcej, niż absolwenci studiów w innych dziedzinach w tych państwach. Polscy nauczyciele znajdują się niemalże na samym końcu rankingu płac w tym zawodzie wśród krajów OECD, więc mogą tylko marzyć o zmianie swojej sytuacji lub emigrować.

piątek, 31 marca 2017

ZNP razem z RAZEM czy może RAZEM razem z ZNP?


Związek Nauczycielstwa Polskiego chyba pogubił się w swoich działaniach związkowych. Odsłona partyjnej współpracy z socjalistyczną partią RAZEM budzi skojarzenia, które z troską o edukację polskich dzieci niewiele ma wspólnego. Z analizy mediów społecznościowych wynika, że społeczeństwo nie wie, o co jest tak naprawdę dzisiejszy strajk nauczycielski? O wyższe płace dla nauczycieli? O wycofanie reformy ustrojowej szkolnictwa?

Czytam, słucham, oglądam wypowiedzi różnych nauczycieli, reprezentujących odmienne często powiązania społeczno-zawodowe w środowisku oświatowym, a nawet światopoglądowe, ale żadna z dotychczas upublicznianych opinii nie wyrażała ich identyfikacji i zaangażowania na rzecz kanapowej, pozaparlamentarnej partii socjalistycznej RAZEM. Oto Tweety:

ZNP jest przeciwko reformie szkolnej, ale.. wnioskuje o to, by nie była wprowadzana tak szybko. Prezes ZNP stwierdza: "Od kilku lat polska szkoła jest nieustannie reformowana i marzeniem każdego z nas jest rok spokojnej pracy". Czy zatem chce odroczyć tę reformę o jeden rok? Nie rozumiem - albo jest przeciwko, albo jest ZA? Nie można być przeciwko będąc częściowo ZA.

BYŁEM PRZECIWKO TAK ZAPROPONOWANEJ ZMIANIE USTROJU SZKOLNEGO na kilka tygodni przed rozstrzygnięciem kampanii wyborczej jesienią 2015 r., o czym już wielokrotnie pisałem - nie tylko w blogu, ale i w prasie katolickiej. Zdania nie zmieniłem podobnie jak minister edukacji. Tyle tylko, że ona nie miała własnego zdania, gdyż została zobowiązana przez władze partii do wdrożenia zmiany, która w czasie kampanii wyborczej znakomicie wpisywała się w resentyment PRL-owskich "elit".

Nie mam - jak władze ZNP - problemu z tym, by być ZA a nawet PRZECIW. Jestem PRZECIW populistycznym zmianom i manipulacjom szkolnictwem dla partyjnych interesów, ale to jest moje osobiste podejście do pseudoreformy Anny Zalewskiej, które wynika z etosu "Solidarności", pracy w szkole, ruchu innowacyjnego lat 90.XX w. oraz z badań naukowych.

Nie rozumiem, na podstawie jakiej umowy politycznej ZNP włączył do szkolnego strajku partię RAZEM? Czy to jest zatem strajk nauczycieli-związkowców, czy członków ZNP będących zwolennikami partii politycznej, by w nowym rozdaniu "załapać się" na jej listy? Jak ktoś chce, proszę bardzo, tylko należy o tym powiedzieć RODZICOM uczniów, którzy dzisiaj muszą znaleźć pomoc domową dla swoich dzieci.

Partia RAZEM świetnie wykorzystuje lewicowe ZNP do swoich celów politycznych:

• RT @PolitykaNews_pl: .@ZandbergRAZEM: Dla nas realnym sondażem jest to, ile lokalnych org. nauczycielskich ma kontakt z @partiarazem i w… https://t.co/rcgQyKxMiq

• RT @migasbartosz: @MateuszMirys z Zarządu Krajowego @partiarazem podczas konferencji w #ZNPŁódź (fot. ZNP Łódź) https://t.co/3DoxSyj6ES

• Popieramy #strajkszkolny. Nauczyciele – jesteśmy razem z Wami! https://t.co/tzB0fzTArD https://t.co/uA5YZ9TYEr



Nie dowiedziałem się z "Listu prezesa ZNP" (Głos Nauczycielski 2017 nr 12) o jakiej wysokości podwyżki płac zabiegał we wcześniejszych negocjacjach z rządem, skoro najpierw stwierdza: "Domagamy się wzrostu wynagrodzenia, bo od pięciu lat nie było podwyżek w oświacie", po czym akapit dalej upomina się dla nauczycieli o "utrzymanie warunków pracy i płacy!".

To znaczy, że ten strajk nie dotyczy walki o podwyższenie płac do godnego dla tej profesji poziomu! Chyba, że postrzega się ją na poziomie podwyżek rzędu 30 czy nawet 100 zł. miesięcznie?

Chciałbym wiedzieć, jaki jest - zdaniem władz ZNP - pożądany standard "podwyższenia statusu zawodowego nauczycieli"? Jaka powinna być minimalna płaca nauczyciela stażysty?

Przytulenie przez ZNP partii RAZEM oznacza, że ten związek zawodowy już szykuje sobie kolejną lewicową koalicję, skoro z SLD się nie powiodło (zob. plakat - z wkomponowaną nazwą partii - jakoby nie dotyczył partii). Oto co piszą członkowie partii RAZEM:
"Razem @partiarazem Retweet Favorite 30 Mar
RT @PolitykaNews_pl: .@ZandbergRAZEM: Dla nas realnym sondażem jest to, ile lokalnych org. nauczycielskich ma kontakt z @partiarazem i wie,…"



Byłbym jako rodzic tego dnia razem, ale nie z RAZEM. Nie lubię politycznego pasożytnictwa, bo nie o taką oświatę walczyła "Solidarność" lat 1980-1989.


Natomiast za poniższą wypowiedź publiczną posła PIS - Stanisława Pięty ta formacja zapłaci najwyższą cenę, bowiem z taką arogancją i naruszeniem godności zawodu nauczycielskiego spotkałem się w PRL. Jeżeli to powtarza dzisiaj poseł z partii odwołującej się do nauki społecznej Kościoła Katolickiego, to powinien za to natychmiast przeprosić.

Poseł miał powiedzieć:"– Mam nadzieję, że żaden uczciwy, porządny polski nauczyciel nie dopuści się tak hańbiącego zachowania, jak zostawienie dzieci bez opieki w szkole, i nie będzie protestował – powiedział poseł Pięta. Polityk PiS dodał, że gdyby to od niego zależało wyrzuciłby tę „czerwoną lumpeninteligencję na pysk”.

czwartek, 30 marca 2017

Programowanie ważna rzecz

Czytam na jednym z portali The Atlantic, że dzieci w Finlandii uczą się życia z nowymi technologiami komunikacyjnymi, w tym programowania od najmłodszych lat. Linda Luikas, autorka serii książek o Ruby, która wprowadza dzieci w tajemnice kodowania i programowania, chwali zasady fińskiej edukacji.

Nie chodzi tu o wprowadzenie do programów szkolnych nowego przedmiotu zajęć, ale o kształcenie multidyscyplinarne umiejętności i wyobraźni dzieci. Tak więc, w czasie zajęć z kultury fizycznej dzieci uczą się sekwencji ruchów, które muszą występować w określonej kolejności, zaś w ramach zajęć z plastyki zdobywają umiejętności w zakresie plecenia(konstruowanie sieci) czy projektowania wzorów. Są też takie zabawy, jak rozbieranie się, a następnie ubieranie się, ale w taki sposób, żeby wszystko było nakładane przez piżamę.

Profesor Abrams z Columbia University zwraca uwagę na to, że Finom jest znacznie łatwiej zmobilizować dzieci i młodzież, ale także dorosłych do uczenia się, gdyż nie są społeczeństwem wielokulturowym a wprowadzane przez nich reformy szkolne są konsekwentnie i solidarnie realizowane przez wszystkie podmioty. Nauczyciele w tym kraju cieszą się bardzo wysokim prestiżem i bardzo dobrze są wynagradzani za swoją pracę.

Na wydziały pedagogiczne w Finlandii, gdzie kształci się przyszłych nauczycieli, dostaje się 10 proc. najlepszych kandydatów, którzy uczą się nie tego, jak nauczać w szkołach, ale jak być dla swoich uczniów przewodnikiem po świecie wiedzy. Nasi nauczyciele nie są gorsi. Pracują jednak w o wiele trudniejszych systemowo i gorszych finansowo warunkach oraz przy ustawicznym niszczeniu przez władze centralne innowacyjności. Zmiany w polskiej edukacji są tylko i wyłącznie w modelu "top-down", a więc adaptacyjne.


Polskim nauczycielom pozostają warunki, których żaden z dotychczasowych rządów od 1993 r. poprawić i radykalnie zmienić nie chciał i nie zamierza. Resortowi biurokraci i partyjni przywódcy myślą tylko i wyłącznie o tym, jak zyskiwać profity przed wyborami dla własnych stronnictw politycznych, jak w przyszłości zapewnić sobie drogę do Sejmu, do Europarlamentu, do samorządu, a nie w istocie poważnie reformować system szkolny i jego dydaktykę. O tym mówiłem wczoraj na spotkaniu z nauczycielami rzeszowskich szkół.

Mimo wszystko polscy nauczyciele przygotowują się także do zajęć z programowania. Ostatnio byłem na takim kursie w Łódzkim Centrum Doskonalenia Nauczycieli i Kształcenia Praktycznego w Łodzi, gdzie pani Anna Koludo wraz z mężem prowadziła bardzo interesujące zajęcia na temat kodowania 2 bitowego, 4 bitowego i 8-bitowego. Podziwiałem Jej pomysłowość, bowiem zbudowała wspólnie z pracownikami skrzyneczkę z przyciskami i światełkami pozwalającą na uczenie się powyższego kodowania.


Świetna zabawa, a przy tym sam przypomniałem sobie, jak prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska uczyła przedszkolaków właśnie kodowania na podstawie matematycznej gry "Super Farmer". Jej autorem jest wybitny polski matematyk Karol Borsuk. W tej grze hodujemy zwierzęta na swojej farmie, a stado nam wciąż rośnie. W okolicy grasuje lis i wilk. Trzeba zatem spowodować, by w na farmie był pies, który ochroni zwierzęta. Właśnie w tej grze uczymy się kodowania:

Oto 6 królików możemy wymienić na jedną owcę, a dwie owce na jedną świnkę, a trzy świnki na jedną krowę, a dwie krowy na jednego konia. Chcąc mieć jednego psa potrzebujemy na wymianę jedną owcę. Do tej gry są przygotowane dwie specjalne kostki z wizerunkiem zwierząt domowych, jak i wrogich drapieżników. Trzeba tak grać, by mieć największe i najbezpieczniejsze stado hodowlane na farmie.

Chyba politycy też grają w "Super Farmera", kiedy słyszymy o tym, jak zwalniając jednego dyrektora szkoły można wprowadzić do niej dwóch "swoich" nauczycieli, a za dwóch nauczycieli załatwić etat w delegaturze kuratorium itd. Tylko kto pilnuje "na farmie oświatowej", by wilk nie pożerał owieczek?


środa, 29 marca 2017

List KKHP w obronie traconej samorządności uczelni

Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej powraca na scenę polityczną jako ruch społeczny z Listem Otwartym w obronie samorządności uczelni. Przypominam, że Komitet rozpoczął prace na jesieni 2013.

Impulsem pobudzającym do działania grupę doktorantów, wykładowców i studentów z różnych ośrodków była decyzja likwidacji kierunku filozofia na Uniwersytecie w Białymstoku. W lutym 2014 roku grupa ukonstytuowała się jako Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Od ubiegłego roku to środowisko przekształciło się w Stowarzyszenie, a zatem staje się kolejnym podmiotem na mapie NGO walczącym o dobro wspólne.

Zdaniem kierownictwa KKHP Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego oraz współpracujące z nim zespoły ekspertów postulują likwidację samorządności uniwersyteckiej. Kompetencje uczelnianych ciał kolegialnych mają przejąć rady powiernicze, składające się przede wszystkim z zewnętrznych, w tym politycznych, partnerów uczelni. Uzależnienie uczelni od lokalnego biznesu, od samorządów, od polityków to koniec autonomii uczelni.

Działacze tego Ruchu są zdania, że konieczny jest wyraźny głos środowiska naukowego w tej sprawie, żeby uświadomić władzom resortu kluczowe zagrożenia dla środowisk naukowych. Nie chcą dopuścić do przemilczenia tej sprawy, gdyż samorządność uczelniana została wywalczona dzięki strajkom studentów i pracowników naukowych w 1981 r. i jest wielką wartością.


Pragnę przy tej okazji dedykować osobom odpowiedzialnym za politykę akademicką, że właśnie ukazał się nakładem Wydawnictwa Uniwersytetu Łódzkiego tom poświęcony powyższym strajkom, bo chyba zapomina się o tym, o co walczyliśmy w PRL, a co jest ustawicznym przedmiotem zdrady postsolidarnościowych "elit".

List w obronie samorządności uczelni

Jednym z najważniejszych filarów niezależnego społeczeństwa, nowoczesnego państwa i efektywnej gospodarki jest niezależność badań, dyskusji naukowych oraz nauczania. Aby badania przynosiły pożytek państwu, muszą być wolne od bezpośrednich nacisków politycznych i ideologicznych. Ważnym gwarantem niezależności badań naukowych oraz nauczania, chroniącym społeczność akademicką przed naciskami politycznymi jest samorządność uniwersytetów.

Wprawdzie ostateczny kształt ustawy jest jeszcze nieznany, to wyraźnie wyłaniają się jej generalne założenia. Dwa z trzech zespołów rekomendują znaczną redukcję ustrojowej samorządności uniwersytetu, ograniczenie roli Senatów na rzecz rad powierniczych, rezygnację z wyborów rektora przez członków społeczności akademickiej.

Przyjęcie tych rozwiązań byłoby poważnym cywilizacyjnym regresem. Samorządność stanowiła jedną z fundamentów idei uniwersytetu od czasu powstania uczelni akademickich w średniowieczu. Po latach ograniczania jej w czasach PRL została przywrócona dzięki strajkom pracowników naukowych i studentów zrzeszonych w NZS, które umożliwiły dopuszczenie studentów i pracowników do współdecydowania o losie uczelni.

Problemem polskich uczelni nie jest nadmierna demokratyzacja. Uczelnie wymagają zmian, system zarządzania wymaga odpowiedzialnego przemyślenia. Likwidacja samorządności uniwersyteckiej byłaby zarówno sprzeniewierzeniem się samej istocie uniwersytetu, stanowiącej ważne dziedzictwo cywilizacji europejskiej, jak i zaprzepaszczeniem dokonań „Solidarności” i NZS w zakresie demokratyzacji życia naukowego.

Stanowczo zaznaczamy naszą niezgodę wobec planów zakładających wykluczenie studentów i pracowników naukowych z procesu decyzyjnego. Oczekujemy, że ten głos zostanie wzięty pod uwagę w pracach nad ostatecznym kształtem ustawy.

Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej


Studenckiej samorządności nie doświadczam w ostatnich latach, toteż List jest przejawem opinii bardziej dojrzałych i świadomych różnych zagrożeń studentów studiów III stopnia, a więc doktorantów. Ci młodsi nie są zainteresowani jakąkolwiek samorządnością, chyba że dotyczącą ich prywatnej kariery. Obym się mylił.


Polakom trzeba najpierw coś odebrać, żeby zaczęli rozumieć, z czego dotychczas nie korzystali lub co lekceważyli skupiając się na własnych interesach. W PRL nie było samorządności, więc sens ówczesnej walki był kluczowy dla odzyskania szeroko rozumianej wolności. Jak się ją już posiadło, to - jak przewidywał ks. prof. Józef Tischner - trudno było ją udźwignąć większości. Słabe kręgosłupy ma młode pokolenie...

wtorek, 28 marca 2017

Komitet Nauk Pedagogicznych obradował w Instytucie Badań Edukacyjnych

W poprzedniej kadencji Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN ówczesny dyrektor Instytutu Badań Edukacyjnych dr hab. Michał Federowicz kierował zaproszenie na wspólne posiedzenie, ale nie było ono przyjmowane ze względu na częściowe włączanie się niektórych zespołów "badawczych" w działania odbiegające od standardów metodologii badań społecznych (szczególnie diagnoza sześciolatków w szkołach podstawowych, badania czasu pracy nauczycieli czy współpracy szkół z rodzicami).

Uczeni-członkowie KNP PAN wielokrotnie w swoich stanowiskach dla MEN, publikacjach i wypowiedziach dawali wyraz niezadowoleniu z prowadzenia diagnoz na zamówienie polityczne, niezależnie od tego, że ten Instytut ma w swoim dorobku przecież bardzo wartościowe pomiary diagnostyczne oraz badania o charakterze stricte naukowym, które są niezwykle ważne i wartościowe tak dla współczesnej pedagogiki szkolnej, dydaktyki, jak i praktyki oświatowej.

Nową kadencję na lata 2016-2019 rozpoczęliśmy zatem jeszcze w lutym br. od pozytywnej odpowiedzi na kolejne zaproszenie Dyrekcji IBE, by spotkać się i skupić na prezentacji wybranych wyników badań pracowników tej instytucji. Z udziałem nowego Dyrektora IBE dr. Piotra Stankiewicza mieliśmy okazję do wymiany poglądów na temat roli badań PISA oraz zwrócić uwagę na niezwykle korzystne dla nauczycieli szkół podstawowych wyniki badań w zakresie uwarunkowań jakości kształcenia na lekcjach matematyki i języka ojczystego.


Chcieliśmy zatem przy tej okazji przekazać b. dyrektorowi Michałowi Federowiczowi wyrazy także naszego zadowolenia z wielu, znakomity projektów, z których wynikami każdy zainteresowany może zapoznać się zaglądając na profesjonalnie prowadzoną stronę tego Instytutu.

Obrady otworzył wczoraj były dyrektor IBE - wiceprzewodniczący KNP PAN, a obecnie przewodniczący Rady Naukowej IBE prof. zw. dr hab. Stefan M. Kwiatkowski (rektor APS w Warszawie) oraz prof. zw. dr hab. Mirosław J. Szymański (obecnie w APS w Warszawie), który moderował zarazem dyskusję. W I części posiedzenia dr hab. Michał Federowicz oraz dr Michał Sitek syntetycznie omówili wyniki Polaków w badaniach międzynarodowych - PISA, TIMSS, PIRLS, ESLC, ICILS, PIAAC. W II części raportów badawczych dr hab. Krzysztof Biedrzycki zrelacjonował wyniki badań dotyczących jakości kształcenia z języka polskiego, zaś mgr Małgorzata Zambrowska z IBE mówiła o umiejętnościach matematycznych polskich uczniów na I, II i III etapie edukacyjnym.

Badania PISA stanowią - niezależnie od wykorzystywania ich przez rządzących do marketingu politycznego - bardzo interesującą mapę porównawczą stanu wykształcenia piętnastolatków na świecie, toteż z zadowoleniem przyjęto informację o tym, że władze MEN wyraziły zgodę na ich kontynuowanie. Słusznie pan dr hab. M. Federowicz wskazywał na to, że nie wszystko w oświacie da się zmierzyć, a być może nawet to, co jest w niej najważniejsze, w ogóle wymyka się badaniom kwantytatywnym. Są to tylko wskaźniki zjawisk znacznie głębszych, a nie obraz rzeczywistości edukacyjnej w kraju uczestniczącym w programie PISA.

Nie ulega też wątpliwości, że polscy eksperci, którzy od lat uczestniczą w zespole PISA przenoszą do Polski niezwykle cenną wiedzę na temat tego, jak należy konstruować zadania egzaminacyjne, by zdiagnozować poziom procesu myślenia naszych uczniów w trakcie rozwiązywania zadań oraz jak je szacować. Referujący nie ukrywał towarzyszących tym pomiarom problemów, dylematów metodologicznych czy związanych z interpretacją danych.


Ta ostatnia zresztą kwestia budziła zawsze krytykę wśród pedagogów, którzy jednak lepiej znają uwarunkowania procesu kształcenia zarówno w środowisku szkolnym, jak i pozaszkolnym, niż socjolodzy, którzy koncentrują swoją uwagę przede wszystkim na konstruowaniu narzędzi pomiaru i poprawności jego przeprowadzenia w kraju.

Tymczasem, jak słusznie przypomniał o tym wczoraj prof. Zbigniew Kwieciński - badania międzynarodowe są wyjałowione z najważniejszych, bo socjo-kulturowych uwarunkowań uczenia się, a więc kapitału kulturowego i ekonomicznego rodziców badanych uczniów, który rzutuje na poziom wiedzy i umiejętności uczniów. Konieczne jest uwzględnienie w reformach szkolnych zmiany koncepcji sprawiedliwości szkolnej, która uwzględniałaby sytuację najsłabszych i najzdolniejszych uczniów.

Pojawiło się pytanie, dlaczego rządzący - w ramach wprowadzanych zmian systemowych w polskim szkolnictwie - nie wyciągają żadnych wniosków z badań międzynarodowych i krajowych, tylko traktują je jako okazję do wydania środków budżetowych dla różnych podmiotów. Konsumpcyjne, częściowo polityczne wykorzystywanie licznych diagnoz - jak wynikało z omówienia kolejnych badań krajowych - jest demotywujące, bowiem w niewielkim stopniu sprzyja naprawie polskiej edukacji.

Badacze IBE mają świadomość tego, że w wyniku różnych projektów diagnostycznych docierali do pewnych umiejętności uczniów czy osób dorosłych z pewnym jedynie przybliżeniem, ale zarazem potrafią wskazać na najsłabsze punkty w edukacji szkolnej. Przed nami stoi poważne zadanie koncentrowania uwagi na najsłabszych uczniach, na tych, którzy mają problemy w uczeniu się, gdyż nie jest prawdą, że w Polsce nie ma analfabetyzmu. Nie został on wyeliminowany ani w PRL, ani w okresie transformacji ustrojowej po 1989 r. Rozwija się analfabetyzm funkcjonalny i półanalfabetyzm.



Najbardziej porażające były dla nas wyniki badań nad wiedzą i umiejętnościami uczniów szkół podstawowych oraz ich nauczycieli czy kandydatów do tej profesji. Być może dla zespołu socjologów i dydaktyków szczegółowych uzyskane przez nich wyniki były czymś zaskakującym, ale dla pedagogów nie stanowią one żadnej nowości. Znamy pewne prawidłowości już od kilkudziesięciu lat, toteż nie w kolejnych danych na temat wad, patologii czy dysfunkcji tkwi szansa na ich wyeliminowanie lub chociażby znaczące zredukowanie, tylko w makropolityce oświatowej formacji rządzących.

Przez ile jeszcze lat będziemy musieli słuchać kolejnych wyników diagnoz, a te będą miały miejsce, że uczniowie mają kłopot m.in. z:

- streszczaniem tekstu, jego interpretacją, samodzielnym pisaniem notatek, odróżnianiem opinii od faktów, odczytywaniem intencji bohatera, argumentowaniem i uzasadnianiem własnego stanowiska, itp.

- wykorzystywaniem mediów elektronicznych w rozwiązywaniu zadań, brakiem umiejętności rozwiązywania tzw. nietypowych zadań.


Katastrofą jest - jak to określono - ortografia i interpunkcja. Nauczyciele są bezradni wobec tego zjawiska. Uczniowie wćwiczani są do bezradności, do wyczekiwania na podyktowanie im przez nauczyciela notatki z lekcji. Poloniści nie potrafią zachęcić uczniów do czytania, a jeśli omawia się lektury, to pomija się w nich takie kwestie egzystencjalne dla dojrzewającej młodzieży, jak: erotyka (66 proc. wskazań braku), problemy dojrzewania, dorosłości (41 proc.) czy konfliktów międzypokoleniowych (29 proc.).

Nie jest dobrze - zdaniem diagnostów z IBE - w kształceniu matematycznym, skoro nauczyciele zadają uczniom prace domowe, ale ich nie sprawdzają, a jeśli już, to nie dokonują analiz błędów. Dominuje metoda "ojciec Wirgiliusz uczył dzieci swoje", czyli "róbcie dzieci to, co ja", a więc odwzorowywanie za nauczycielem jedynie słusznego rozwiązania. Pozoruje się na lekcjach pracę zespołową, nie różnicuje tempa pracy uczniów i przeważa nauczanie bazujące na wydawaniu poleceń, a nie pobudzaniu uczniów do samodzielnego, twórczego, elastycznego myślenia.

W podsumowaniu zwróciłem uwagę na to, że tego typu diagnozy są - niestety - oderwane od rzeczywistych uwarunkowań pracy polskich nauczycieli, których łatwo można oskarżać o nieakceptowanie nietypowych rozwiązań zadań, brak rozwijania krytycznego myślenia, posądzać ich o wygodnictwo, przywiązanie do wzorcowych rozwiązań, pozoranctwo, itp.

.

Tymczasem wraz ze zmianą ustroju szkolnego w 1999 r. rozpoczął się proces strukturalnego i merytorycznego niszczenia przez centralne władze oświatowe innowacyjności, kreatywności, elastyczności czy wreszcie odejścia od adaptacyjnego modelu nauczania na rzecz kształcenia konstruktywistycznego, kluczowego dla rozwoju młodych pokoleń w ponowoczesnej rzeczywistości. To nie nauczyciele są winni temu, że szkoły nie są de facto autonomiczne, system jest centralistycznie sterowany tak, jak w PRL, ma charakter nakazowo-rozdzielczy, a ewaluacja służy pozoranctwu i wćwiczaniu do nieuczciwości.

Powrót do poprzedniego ustroju szkolnego tylko pogłębi kryzys w jakości kształcenia dzieci młodzieży. Polska edukacja jest opóźniona o co najmniej trzydzieści lat w stosunku do stanu wiedzy na temat tego, w jaki sposób można i należy kształcić młode pokolenia w glokalnym świecie, żeby traktowały uczenie się jako proces ustawiczny, konieczny i satysfakcjonujący. Właściwie, możemy wrócić do rozpraw naukowych naszych profesorów sprzed lat, także do wyników badań wśród absolwentów ośmioklasowych szkół podstawowych, by tylko osadzić je we współczesnych realiach.

Profesorowie pedagogiki mają zatem co robić, by z jednej strony dalej prowadzić rzetelne badania naukowe, a z drugiej uświadamiać wszystkim podmiotom związanym z edukacją, że drzwi już dawno zostały wyważone. Trzeba tylko umieć przekroczyć próg zostawiając patologie poza drzwiami błędnie utrzymywanego i zarządzanego ustroju szkolnego.

poniedziałek, 27 marca 2017

Periodyczni oszuści akademiccy


Gorąco polecam świetne teksty Emanuela Kulczyckiego dotyczące akademickich oszustów, którzy żerują na wtłoczonej naszemu środowisku konieczności zabiegania o publikowanie artykułów w zagranicznych czasopismach, rzecz jasna znajdujących się na punktowanej liście Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego określanej skrótowo jak pociski zbrojne: A-B i C.

Oszuści periodyczni to tacy, którzy żerują na zdezorientowanych autorach z postsocjalistycznych krajów oferując im rzekomo impaktowany periodyk. Jak pisze E. Kulczycki:

Od wielu lat otrzymujemy na swoje skrzynki mailowe mnóstwo zaproszeń od różnych szemranych czasopism, które właśnie mają trwający nabór i – co często podkreślane – posiadają wyliczone różne „uniwersalne impakt faktory”, są indeksowane na różnych lokalnych listach i bazach, które mają je uwiarygodnić.

Od czasu, kiedy prowadzę „Warsztat badacza”, otrzymałem wiele zapytań o status czasopisma, w którym ktoś właśnie opublikował (niestety bardzo często się zdarza, że naukowcy swój tekst wysyłają do czasopism, które istnieją tylko po to, aby zarabiać pieniądze w drapieżnym modelu).


Dobrze się stało, że ów uczony i zarazem bloger dokonał analizy znajdujących się w wykazie ministerstwa czasopism, które w istocie publikują wszystko, jak leci, bez jakiejkolwiek analizy jakościowej, recenzji, naukowej uczciwości, byle tylko wyciągnąć od autorów opłatę za druk w danym periodyku. Kto jednak tę listę zatwierdził? Kto pracował w naszym resorcie nad wpisaniem periodyków do każdej z list? Może warto sprawdzić nazwiska profesorów i doktorów, którzy zapewnili byt drapieżnym wydawcom (ang. predatory journals publishers)?

Od kilku lat komitety naukowe Polskiej Akademii Nauk zabiegały o to, by Zespół Ewaluacji Czasopism przestał tworzyć wykazy i przyznawać punkty periodykom tylko i wyłącznie na podstawie wypełnionych przez redakcje czy inne podmioty deklaracji! Mam wrażenie, że odbywa się gra fałszywymi kartami z środowiskiem naukowym, która jest podobna do tej, jaka toczy się w Ministerstwie Zdrowia. Tyle tylko, że tam w grę wchodzą miliardy zysków lub strat z tytułu wpisywania na listy leków takich czy innych preparatów.

Kto zatem ma interes w tym, by na Listach czasopism A-B i C znalazły się takie, a nie inne czasopisma bez ich rzeczywistej, merytorycznej weryfikacji? Ilu jeszcze nie tylko drapieżnych, ale przede wszystkim kiczowatych wydawców będzie chronić nasz resort i jego Zespół, skoro nie ma możliwości transparentnego zweryfikowania powodów znalezienia się takich a nie innych czasopism w tych wykazach? Niech pan E. Kulczycki nie obciąża tym patologicznym stanem środowisko naukowe en block, tylko wreszcie dostrzeże, że ten stan wytwarza określone gremium w centrum władzy.

Apelowałem, ale bezskutecznie, by przeprowadzona przez komitety naukowe PAN po raz pierwszy i tylko jeden raz weryfikacja jakościowa periodyków naukowych z powyższych list skutkowała nie tylko podwyższaniem punktacji, ale także wykluczaniem niektórych, a pseudonaukowych czasopism oraz by obniżać punktację tym pismom, których redakcje zaczęły lekceważyć standardy piśmiennictwa naukowego.

Tylko częściowo zgodzę się z E. Kulczyckim, że: "Naukowcy naukowcom ten los zgotowali". Owszem, pod warunkiem, że usytuuje ich najpierw w resorcie nauki i szkolnictwa wyższego oraz w Zespole Ewaluacji Czasopism. Niestety, ale i tym razem jego analizy potwierdziły fakt psucia się "ryby od głowy".

To nieustanne chwalenie się naukowców reprezentujących nauki przyrodnicze, techniczne, medyczne wysokim indeksem cytowań wymaga jednak większej uczciwości, na którą ich nie stać, bo przecież fakt dopisywania się do publikacji wielu tylko z racji bycia zatrudnionymi w instytutach, a nie rzeczywistego wniesienia osobistego wkładu w powstanie wyników badań i publikacji na ten temat, budzi wśród humanistów uzasadniony dyskomfort etyczny. Złamią się czy już są na tej samej ścieżce klonowania rzekomych twórców?

niedziela, 26 marca 2017

Wspomnienie o twórcy polskiej szkoły edukacji zdrowotnej - prof. Macieju Demelu

Po powrocie z Lublina zastałem list od pani prof. dr hab. Barbary Woynarowskiej z Uniwersytetu Warszawskiego, w którym pisze, że pod koniec stycznia zmarł twórca polskiej szkoły edukacji zdrowotnej oraz nowoczesnej koncepcji wychowania fizycznego - prof. dr hab. Maciej Demel dr h.c. Informację tę otrzymała od Syna zmarłego Profesora - pana Jakuba Demela, u którego w Bieszczadach mieszkał Pan Profesor od 2 lat.

W dn. 6 marca 2017 r. urna z prochami Pana Profesora Macieja Demela została złożona do grobu w Krakowie na cmentarzu Rakowickim. Profesor życzył sobie, aby pogrzeb odbył się tylko z udziałem Rodziny. Uczestniczyło w tym Pożegnaniu dwóch Profesorów - pani prof. Barbara Woynarowska i prof. Henryk Grabowski z AWF w Katowicach.

W lipcu br. Profesor M. Demel skończyłby 94 lata. Piszę o Nim, gdyż doskonale pamiętam z okresu własnych studiów Jego publikacje, które były podstawą kształcenia na kierunku pedagogika, a zapewne i w naukach o kulturze fizycznej. Wprawdzie w Wikipedii znajdziemy podstawowe informacje biograficzne oraz najważniejsze publikacje naukowe i oświatowe tego znakomitego Uczonego, społecznika i edukatora nauczycieli kilku generacji, to jednak warto je w tym miejscu poszerzyć.

Maciej Demel (ur. 26 lipca 1923 w Twierdzy Modlin, zm. 27 stycznia 2017) – polski pedagog, lekarz, profesor nauk o kulturze fizycznej, specjalista w zakresie teorii wychowania fizycznego i pedagogiki zdrowia Cały okres własnej edukacji, a następnie pokonywania kolejnych etapów w karierze naukowej przypadł na PRL.

Maciej Demel najpierw ukończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie w zakresie wychowania fizycznego (1948), a następnie pedagogiki (1949), zaś w 1952 r. został lekarzem. Od początku swoich studiów był ściśle związany z edukacją w zakresie kultury fizycznej, stąd tak wielostronna była u niego potrzeba wykształcenia. Stopień naukowy doktora nauk humanistycznych otrzymał w 1962, zaś habilitował się na Uniwersytecie Warszawskim w 1965 r. także w dziedzinie nauk humanistycznych. Tytuł profesora nadzwyczajnego nauk o kulturze fizycznej uzyskał jako pierwsze w naszym kraju w 1970 roku, zaś tytuł profesora zwyczajnego w 1979 r.

Akademia Wychowania Fizycznego w Krakowie nadała w 1993 r. temu nestorowi polskiej edukacji zdrowotnej i kultury fizycznej godność doktora honoris causa. Profesor Maciej Demel był w latach 70. XX w. członkiem Komitetu Rehabilitacji, Kultury Fizycznej i Integracji Społecznej przy Wydziale VI - Nauk Medycznych PAN.

Jak wspomina Profesora Barbara Woynarowska:

"Prof. Maciej Demel stworzył i rozwijał przez wiele lat oryginalną, nowoczesną, humanistyczną teorię wychowania fizycznego, traktowanego jako proces przygotowania dzieci i młodzieży do uczestnictwa w kulturze fizycznej w całym życiu. Demelowska koncepcja zakłada ścisły związek wychowania fizycznego i zdrowotnego. Był twórcą koncepcji i podstaw teoretycznych wychowania zdrowotnego w Polsce, twórcą pedagogiki zdrowia, autorem pierwszej w Polsce monografii poświęconej tej subdyscyplinie pedagogiki (1980).

Maciej Demel był najwybitniejszym historykiem ruchu higienicznego w Polsce. Od początku lat 60. XX w. prowadził studia źródłowe nad polskim ruchem higienicznym. W Jego dorobku znajduje się wiele publikacji poświęconych rozwojowi tego ruchu i jego najwybitniejszym twórcom, w tym szczególnie cenne:

Monografie:

• Pedagogiczne aspekty warszawskiego ruchu higienicznego (1864-1914). Monografie Pedagogiczne t. 12. Wrocław, Ossolineum 1964.

• Księga tradycji Polskiego Towarzystwa Higienicznego, chronologia – biografia – topografia. Tom I. Czas niewoli. Problemy Higieny 1986 nr 1.

• Księga tradycji Polskiego Towarzystwa Higienicznego, chronologia – biografia – topografia. Tom 2. Między wojnami. Problemy Higieny 1991 nr 35.

• Z dziejów promocji zdrowia w Polsce tom I i II oraz tom III. Kraków, Akademia Wychowania Fizycznego w Krakowie, Kraków 2000."


Należy ten zbiór poszerzyć o tak kluczowe dla pedagogiki publikacje naukowe, jak:

• Propedeutyka wychowania fizycznego (1965)

• O wychowaniu zdrowotnym (1968)

• Szkice krytyczne o kulturze fizycznej (1973)

• Teoria wychowania fizycznego (1974).

Warto dostrzec niebywały wkład prof. M. Demela w rozwój historii polskiej oświaty, bowiem niezależnie od swoich bezpośrednich form działalności naukowo-badawczej zorientowanych na bieżący stan rozwoju edukacji zdrowotnej w naszym kraju i wychowania fizycznego oraz kształcenia kadr w tym profilu, prowadził znakomite badania biograficzne, w których wykazywał ścisłe związki pedagogiki z medycyną, w tym w zakresie profilaktyki zdrowotnej dzieci i młodzieży.

Był tym, który dał niezwykle silny impuls do rozwoju pedagogice zdrowia. To właśnie jej fundamentem stała się medycyna i teoria wychowania fizycznego. Słusznie wskazywał na to, że pogranicza tych dziedzin wiedzy zostały wprawdzie dostrzeżone w latach 20. XX w., ale miały wówczas charakter działań doraźnych, a nawet marginalizowanych.

W czasie II Kongresu Nauki Polskiej w 1972 r. prof. Maciej Demel przeprowadził wraz z Edwardem Mazurkiewiczem i Hanną Wentlandtową szeroką analizę stanu rozwoju pedagogiki zdrowia, w tym oświaty zdrowotnej upominając się nie tylko o zwiększenie zainteresowania poznawczego tymi sferami nauki i edukacji, ale koniecznego podjęcia działań przez władze kraju, by społeczna służba zdrowia i szkolnictwo państwowe realnie i skutecznie angażowały się w profilaktykę zdrowia, zwalczanie chorób, alkoholizmu, w tym szczególnie prowadzenia szerokiej oświaty zdrowotnej na wsi oraz w zakładach pracy.

Prace naukowe prof. M. Demela przyczyniły się znacząco do rozwoju historii medycyny. Jak wspomniałem, jego badania biograficzne były publikowane w rozprawach poświęconych wybitnym higienistom i lekarzom:

• W służbie Hygei i Syreny. Życie i dzieło doktora Józefa Polaka. Warszawa, PZWL 1964.

• Nauczyciel zdrowia, Zycie i dzieło doktora Stanisława Kopczyńskiego. Warszawa, Nasza Księgarnia 1972.

• Siedem pasji doktora Dobrzyckiego. Warszawa, PZWL 1974.

• Wysoko jak król Zygmunt. Życie i dzieło doktora Stanisława Markiewicza. Warszawa, PZWL 1977.

• Aleksander Landy. Życie i dzieło. Lekcja pedagogiki i medycyny przyszłości. Warszawa, PWN 1982.

Warto sięgać do historii i dokonań tego klasyka polskiej myśli pedagogicznej i medycznej, by dostrzec ogromny wkład prof. Macieja Demela w stan i rozwój kultury fizycznej oraz zdrowotnej - także w czasach nam współczesnych.