niedziela, 26 października 2014

Sześciolatki w toksycznej szkole


(źródło: IMG_8069848615339.jpeg)




W mijającym tygodniu finalizowały swoje studia egzaminem magisterskim dwie moje magistrantki z Wydziału Pedagogicznego Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Obie od dwóch lat już pracują - jedna w przedszkolu, a druga w szkole. Mogłoby się wydawać, że jak ktoś składa egzamin w październiku, to zapewne należy do najsłabszych studentów. Błąd albo stereotyp. Jedni wolą, a inni muszą jeszcze dopracować własną pracę dyplomową. Jednym się spieszy, by ukończyć studia w terminie, a innym nie, gdyż mają zupełnie inne plany np. związane z wyjazdem do innego kraju.

Coraz częściej jest tak, że stacjonarni studenci włączają się do zawodu nauczycielskiego czy terapeutycznego dzięki uczęszczaniu na praktyki pedagogiczne do placówek oświatowo-wychowawczych. Egzamin magisterski jest ukoronowaniem ich studiów, ale także znakomitą okazją dla wydziałowej komisji do wspólnej rozmowy, dialogu, kiedy magistranci odpowiedzą na protokołowane pytania formalne, akademickie.

Tak też stało się i teraz. W toku poegzaminacyjnej rozmowy z absolwentką studiów okazało się, że jest nauczycielką wspierającą w liczącej ok. 700 uczniów w jednej ze szkół podstawowych w stolicy. Już z liczby uczniów wynika, że jest to szkoła publiczna. Ze względu na jej lokalizację, gdyż znajduje się na dużym osiedlu, szkoła prowadzi kilka oddziałów dla pierwszoklasistów, przy czym udało się ich rozdzielić zgodnie z wiekiem do monogamicznych struktur klasowych. Tak więc, są osobne klasy pierwsze dla sześciolatków, osobne klasy pierwsze dla siedmiolatków i osobne klasy "zerowe" (status oddziałów przedszkolnych) dla sześciolatków.

To, co dzieje się od początku września, woła o przysłowiową pomstę. Sześciolatki nie są dojrzałe do uczęszczania do szkoły, która nie jest do tego odpowiednio przygotowana i być nie może. Nie wystarczy bowiem wydzielić na najwyższym piętrze budynku jego część, która będzie zarezerwowana tylko dla maluchów, gdyż - czy tego chcemy, czy nie - muszą one przebywać w gmachu niedostosowanym do psychiki jeszcze niedojrzałego emocjonalnie i społecznie dziecka. Wielki, obskurny, nieestetyczny z zewnątrz i wewnątrz gmach odstrasza dzieci, a wchodząc do szkoły natrafiają na nieprawdopodobny hałas na korytarzu szkolnym.

Jeszcze kilka miesięcy temu pięciolatki uczęszczały do przedszkoli, których budynki są małe, wejście do nich przyjazne, niemalże domowe, a korytarze i sale do zajęć znajdują się w bliskiej odległości, toteż nie ma problemu z przejściem z jednej grupy do drugiej w sytuacji nagłej epidemii i konieczności połączenia zespołów dziecięcych. Przedszkolaki po prostu znają się nawzajem, wiedzą, które dziecko jest z której grupy. Nie odczuwają lęku przed obcością, bo te placówki mają strukturę willową, wielorodzinnego domu. Każda sala do zajęć jest zupełnie inaczej urządzona, wyposażona, w ciepłym kolorze ścian, z ergonomicznymi mebelkami i pełna zabawek, gier dydaktycznych, pomocy do indukcyjnego poznawania świata.

Proszę zajrzeć do wielkich szkół publicznych, liczących ponad 300 uczniów, a przekonacie się państwo, jak w takich molochach mogą czuć się maluchy, które nie są jeszcze dojrzałe psychicznie i społecznie do funkcjonowania w tak dużej i zimnej przestrzeni. Co gorsza, dzieci mają w klasach stoliki ustawione klasycznie, w rzędach, frontalnie do tablicy, nawet tej interaktywnej. Od pierwszej klasy uczą się zatem w warunkach, które są doskonałym sposobem na zniechęcanie do szkoły i uczenia się pomimo dużej serdeczności większości nauczycielek.

Kilka sytuacji z ostatnich dni w takiej szkole, które dobrze ilustrują krzywdę, jaką wyrządzono sześciolatkom (co ciekawe, nie są to jednostkowe przykłady, gdyż coraz częściej rodzice wrzucają do Fb albo memy, albo fotografie własnych pociech w tym wieku):

1) Przy wejściu do szkoły, codziennie słychać przeraźliwy płacz niektórych sześciolatków, które boją się wejścia do budynku i pozostania w nim przez pół dnia. Płacz - jak mówią sami rodzice - spowodowany jest lękiem, czy aby nie zostaną w tej przestrzeni same, czy rodzice przyjdą po nie, by zabrać do domu? Moja studentka opowiadała jak od 6 tygodni niektórzy rodzice muszą wprowadzać za rękę swoje dziecko na II piętro szkoły, bo inaczej nie uda się ono ani ze swoimi rówieśnikami, ani nawet z nauczycielką do własnej klasy;

2) Zdarza się, że niektóre sześciolatki udając się do toalety (z której korzystają przecież także uczniowie innych, starszych klas) nie chcą do niej wejść, tak silny mają lęk przed obcością, różnicą wieku czy brakiem estetyki i warunków higienicznych (np. brak papieru toaletowego). Są dzieci, które mówią, że za nic na świecie nie załatwią się w szkole, toteż zdarza się im moczenie (a to wzmaga poczucie wstydu i jeszcze większy lęk);

3) Dzieci absolutnie nie chcą ze sobą współpracować w klasie, gdyż co chwila jedno, drugie, trzecie itd. zabiega u nauczycielki o głaski, o przytulenie, o to, by mogło trzymać swoją panią za nogę, być blisko niej, gdyż to ona zapewnia mu poczucie bezpieczeństwa. To sprawia, że nauczycielki mają problem z realizacją programu kształcenia, bowiem aktywność opiekuńcza przeważa nad dydaktyczną;

4) Pojawia się panika, kiedy dzieci muszą podporządkować się akcjom całej szkoły np. próbnemu alarmowi przeciwpożarowemu. Są takie, które nie chcą wyjść z klasy, nie rozumieją, dlaczego miałyby uciekać drogą ewakuacyjną, itp.

5) Dzieci pytają w czasie przerwy o to, gdzie jest piaskownica, gdzie są huśtawki i zjeżdżalnia, gdzie mają spędzać czas wolny od zajęć, skoro szkoła nie posiada placu zabaw dla maluchów. Przed budynkiem? Na betonie?


6) nauczycielki odnotowują u dzieci bardzo niski poziom koncentracji uwagi, co utrudnia kształcenie, alfabetyzację sześciolatków. Są dzieci, które zasypiają w klasie. Są takie, które nie są w stanie odrobić pracy domowej.

Wśród 33 uczniów z dwóch klas pierwszych - po przeprowadzonych przez studentkę badaniach - okazało się, że aż 22 jest zagrożonych ryzykiem dysleksji. Wśród 11 uczniów tylko dwie dziewczynki uzyskały we wszystkich sześciu sferach: motoryce małej, dużej, funkcjach wzrokowych, językowych – ekspresji, percepcji bądź uwadze - wynik w normie. Reszta uczniów, przynajmniej w jednej ze sfer, uzyskała wynik pogranicza lub umiarkowanego ryzyka dysleksji.

Według badań profesor Marty Bogdanowicz - największe deficyty u dzieci występują w sferze percepcji językowo – słuchowej, co uniemożliwia skuteczną naukę czytania i pisania. W badaniach mojej studentki ta teza również została potwierdzona. W grupie dzieci ryzyka dysleksji u wszystkich badanych obserwuje się znaczne trudności w tej właśnie sferze. Dzieci takie mają problemy z odróżnianiem głosek w nagłosie, śródgłosie, wygłosie, przekręcają wyrazy w zdaniach oraz źle formułują swoje wypowiedzi. Dlatego też bardzo ważna jest stymulacja tej sfery oraz wdrożenie ćwiczeń logopedycznych tej sfery.

Faktem niepokojącym jest również wysoki odsetek dzieci, które maja problem z koncentracją uwagi co znacząco wpływa na ich poprawne funkcjonowanie w czasie zajęć oraz na późniejsze wyniki w nauce. Zdiagnozowane sześciolatki mają duże problemy w zakresie motoryki małej oraz dużej, źle posługują się nożyczkami oraz mają nieprawidłowy chwyt narzędzia pisarskiego. Nie radzą sobie również w czynnościach samoobsługowych takich jak, zapinanie guzików czy wiązanie sznurowadeł. Stosunkowo lepiej przedstawiają się wyniki w sferze percepcji wzrokowej. Dzieci z takimi deficytami mają problemy z odwzorowywaniem nawet prostych wzorów czy szlaczków, niechętnie układają puzzle oraz klocki.

Taki los zgotowało sześciolatkom Ministerstwo Edukacji Narodowej. Na temat ulg dla dyslektyków w czasie egzaminów zewnętrznych stwierdza się, co następuje: Ministerstwo Edukacji Narodowej nie zamierza w najbliższych latach wprowadzać żadnych zmian w zasadach zdawania sprawdzianów i egzaminów zewnętrznych przez uczniów, posiadających opinię poradni psychologiczno-pedagogicznej w sprawie specyficznych trudności w uczeniu się, w tym uczniów z dysleksją.

Ministerstwo uważa, że uczniom borykającym się ze specyficznymi trudnościami w uczeniu się trzeba efektywniej pomagać. Dlatego też nowa podstawa programowa kładzie większy nacisk na indywidualizację procesu kształcenia i wsparcie uczniów ze specyficznymi potrzebami edukacyjnymi. MEN pracuje również nad programem, którego realizacja spowoduje skuteczniejszą niż dotychczas pomoc dzieciom mającym specyficzne trudności w uczeniu się. Będzie on polegał na wcześniejszym diagnozowaniu uczniów oraz prowadzeniu przez szkołę zajęć i organizowaniu specjalistycznej pomocy
.

Rodzice mogą sobie dzwonić na infolinię, klikać na mapkę internetową, czytać o tym, jak cudownie jest w innych szkołach (ciekawe, których?). Za kilka lat czekają ich duże wydatki na terapię i korepetycje. Co sądzą o ministrze edukacji? Na Facebooku wyrażają to politycznymi memami, które odzwierciedlają to, co naprawdę społeczeństwo sądzi o politykach oświatowych:


(źródło: .facebooku_1413231857312_resized.jpg)