sobota, 2 lipca 2011

Czy warto jeszcze rozmawiać?


To tytuł książki-wywiadu Sylwii Krasnodębskiej z Janem Pospieszalskim, Pawłem Nowackim i Maciejem Pawlickim - twórcami programu telewizyjnego, którym najpierw było „Studio Otwarte”, a następnie „Warto rozmawiać”. Publikacja ukazała się w momencie, kiedy już wiemy, że tytułowy program został usunięty z telewizji publicznej bez uwzględnienia opinii tych, którzy płacą za jej utrzymanie w postaci abonamentu. Ja też płacę i nie godzę się na to, by misja publicznego nadawcy w społeczeństwie pluralistycznym i demokratycznym redukowana była, jak w socjalizmie, do jedynie słusznej opcji ideowej partii rządzącej czy także tej, z którą zawarła ona pakt o współpracy. Na szczęście mamy w kraju demokrację, wolność słowa, toteż wykluczani z przestrzeni mediów publicznych intelektualiści mogą udostępnić swoje stanowisko, odsłonić kulisy procesów czy postaw osób sprzeniewierzających się funkcjom założonym czy ustrojowym wartościom tym, którzy zostali pozbawieni kontaktu z nimi.

Można było nie oglądać tych programów, jeśli kogoś one drażniły, wywoływały sprzeciw czy wydawały się mało atrakcyjne (dotyczy to zresztą każdego programu), ale usunięcie z TVP programu, który miał ponad milionową rzeszę odbiorców, jest nie tylko ich lekceważeniem, ale ignorowaniem obywateli, mających prawo do konfrontowania własnych postaw i poglądów z ich przeciwnikami czy afirmatorami. Muszę przyznać rację twórcom tych audycji, że tak nieadekwatna do jakości programu reakcja władz telewizji publicznej wpisuje się w retorykę dzielenia naszego społeczeństwa z wykorzystaniem do tego „przemysłu pogardy” dla inaczej myślących i postępujących w życiu, niż wymaga tego polityczna poprawność.

Wprawdzie, piszący wstęp do tego wydania - Jan Pospieszalski, nie przypomina przejawów takich samych postaw i działań niektórych z przedstawicieli środowisk prawicowych w naszym kraju, szczególnie z okresu, w którym byli oni u władzy, ale zapewne dlatego, że były one publikowane przez media z wyrazistą w stosunku do nich krytyką. Natomiast dobrze, że przytacza to, co niektórzy chcą koniecznie wyprzeć ze społecznej pamięci: Żadne z autorów słów o kartoflu, o prezydencie pijaku, o dorzynaniu watah, o wypatroszeniu, o „dyplomatołkach”, o bydle, o strzelaniu jak do kaczek, o tym, jaka wizyta, taki zamach, nie odwołał tych słów, nie przeprosił. (s.7)

Istotnie, w kraju toczy się już od kilkunastu lat światopoglądowa wojna między stronnictwami politycznymi, które ubiegają się o dostęp do władzy lub ją sprawują, a dla zwiększania skuteczności swoich działań, nie przebierają w środkach, dzieląc Polaków na swoich i obcych. To nie dotyczy tylko polskiej prawicy, ale ma miejsce po każdej stronie sceny politycznej. Jak zatem tworzyć program publicystyczny, żeby poszerzając przestrzeń debaty publicznej, można było wprowadzić do niej argumenty czy racje, do których nie jest i nie musi być przekonana większość odbiorców? Pospieszalski ma świadomość tego, że media (…) będąc sprzężone z władzą, są elementem władzy oraz kreowania i zarządzania rzeczywistością, zarządzania nastrojami ludzi, z których wynikają przecież polityczne wybory, przekładające się na werdykt kartką wyborczą, przy urnie.(s. 17)

Można jednak wywoływać i utrwalać takie emocje, nastawienia czy nastroje, w wyniku których przeważająca część społeczeństwa będzie uznawać za normalne to, co jest niewłaściwe. Co gorsza, można na tyle pośrednio zmanipulować opinię publiczną, że ona sama nie będzie się dopominać się innych racji lub protestować przeciwko tym, które naruszają określony kanon powszechnie obowiązujących wartości. Coraz częściej spotykamy się z negatywna reakcją na tych, którzy ośmielają się krytykować rządzących tak, jakby mieli oni być nietykalnymi, pod szczególną ochroną, gdyż inaczej zagrażamy racji stanu lub „interesowi narodowemu”. Jakbym już kiedyś to słyszał…

Program Pospieszalskiego wpisywał się w proces demokratyzacji sceny publicznej, by poprzez jej rozszczelnianie zaistniała możliwość mówienia własnym głosem tym, którzy mają inny pogląd na świat, odmiennie postrzegają rzeczywistość. U podstaw dobieranych tematów legła leżała fundamentalna zasada poszukiwania prawdy, dociekania jej bez względu na to, w jakim stopniu będzie możliwe jej poznanie. Istotnym bowiem zadaniem i cnotą dziennikarstwa jest nieuleganie naciskom, by nie można było jakiejś prawdy ujawnić.

O pedagogicznych kontekstach usuniętego z TVP programu Jana Pospieszalskiego świadczą przywołane przez niego te audycje, które zostały poświęcone współczesnym uwarunkowaniom socjalizacji dzieci i młodzieży w instytucjach edukacyjnych. Jedna z nich dotyczyła przeprowadzonej przed kilku laty w ramach międzynarodowych badań porównawczych badań postaw młodzieży wobec przemocy seksualnej. Złamana została wówczas neutralność światopoglądowa szkoły oraz naruszone zasady etyki badań pedagogicznych. Program miął wykazać, jak dalece szkoła jest bezbronna na wykorzystywanie jej uczniów do inwazyjnego diagnozowania zjawisk, których dotychczasowe nieuświadamianie sobie przez nią może wywołać niepożądane skutki.

Wystąpili w tym programie profesorowie pedagogiki, których poglądy na ten temat były radykalnie odmienne, odsłaniając zarazem konflikt (…) pomiędzy tym, co nienormalne, a tym, co normalne; co przyjęte i uznane, a co nieuznane (…). (s. 32). Nie jest przecież obojętne to, w jakim języku dokonywane są operacje diagnostyczne, a w jakim perswazyjne, kiedy w grę wchodzi analiza zjawisk w sfery obyczajowej, intymnej czy opisu prawdy historycznej.

Autorzy tych programów mieli jednak swoje przedzałożenia, własną prawdę, która zamazywana w debacie publicznej lub skazywana na bezzasadną, musiała się jakoś do niej przebić. Sięgali zatem po techniki i środki komunikacyjne, których celem było, jak sami przyznają - albo podważenie autorytetu profesora (a takie założenie, niezależnie od intencji, nie ma wiele wspólnego z wartościami poszukiwania prawdy), albo wykazanie, że w sporze ideologicznym o antropologię, o płciowość, chodzi wielkim koncernom farmaceutycznym przede wszystkim o kasę. Zapewne tak, tylko czy można eliminować w ten sposób cały dorobek kogoś, kto uczynił więcej dobra dla osób wykorzystywanych seksualnie, pozostawionych samym sobie, dla diagnostyki i profilaktyki ofiar przemocy seksualnej, niż w wyniku tego jednego sondażu diagnostycznego?

Był też w tym cyklu program o tym, jak finansowani przez wielkie koncerny farmaceutyczne lekarze-lobbyści prowadzili w szkołach gimnazjalnych oświeceniowe wykłady na temat konieczności poddania się dziewcząt profilaktycznym szczepieniom HPV (z podtekstem, że kilkunastoletnie dziewczynki współżyją z kilkunastoma partnerami, więc trzeba je zabezpieczyć przed niepożądaną z tego powodu chorobą nowotworową), czy o wchodzeniu do szkół przedstawicieli środowisk homoseksualnych pod pozorem edukacji antydyskryminacyjnej.

Jak mówi o tym Pospieszalski: Pokazaliśmy też pewne rozdzielenie między tym, czym jest homoseksualizm jako taki, a tym, czym jest wąska, niezwykle idealizowana grupa aktywistów gejowskich, którzy mają program polityczny, bardzo często pokrywający się z hasłami lewicy. (…) Otóż zachowując szacunek dla osób ze skłonnościami homoseksualnymi, które funkcjonują w społeczeństwie, jakoś realizują się i załatwiają swoje sprawy na różny sposób, w co my nie wnikamy, ale nie budują wokół tego nowego języka, nie głoszą haseł politycznej zmiany, próbowaliśmy mówić takim językiem, by nie ranić osób o tych skłonnościach, żeby nie czuły się napiętnowane, ale jednocześnie dezawuować i dekodować strategię środowisk silnie politycznych i ideologicznych, zorientowanych na zmianę prawa i paradygmatu obyczajowego.(s. 59).

Wyjątkowo mało uwagi poświęcono tej audycji, która powinna zainteresować pedagogów wczesnoszkolnych, a mianowicie obniżeniu obowiązku szkolnego i oddolnej akcji rodziców „Ratuj Maluchy” czy członków Stowarzyszenia „Rzecznik Praw Rodziców:” Utrwalono jednak kilka, najbardziej charakterystycznych pytań i wątpliwości, jakie wiążą się z tą decyzją MEN. Wśród nich niewątpliwie centralnym jest pytanie, czy rzeczywiście brane było pod uwagę dobro dziecka przy tworzeniu prawa, które preferuje instytucjonalną opiekę nad małym dzieckiem w miejsce opieki najwłaściwszej, jaką stwarza im rodzina? Szkoda, że marginalnie pojawia się tu wątek ustawy o systemie informacji oświatowej, której realizacja zezwala na zbieranie tzw. danych wrażliwych o każdym dziecku, a więc także przyszłym dorosłym. Ciekawe, jak te dane będą w przyszłości wykorzystywane przez różne służby?

Mamy dzięki tej publikacji dopełnioną własną wizję jakości i wartości audycji o przesłanie moralne, które powinno umożliwiać każdemu ich widzowi czy uczestnikowi osądzanie określonych zdarzeń, ludzkich postaw, rozwiązań czy praktyk w kategoriach dobra i/lub zła. Warto pokazać też, że w kategoriach moralnych istnieją punkty odniesienia. One są ważne dla wspólnoty. Pokazaliśmy też, że prawo jest normotwórcze, co widać było w programie o ustawie chroniącej życie, i jeśli abdykujemy albo świadomie z tych norm rezygnujemy, bo nam tak pasuje, bo tak wyglądał deal polityczny, bo tak została skonstruowana III RP, to popełniamy sabotaż etyczny, który bardzo negatywnie wpływa na następne pokolenia. Społeczeństwo nie funkcjonuje, gdy nie ma tego minimum moralnego. (s. 94)

Odsłaniając kulisy programu telewizyjnego, jego twórcy przybliżają nam zarazem jego efekty, reakcje od pozytywnych po negatywne, w całej skali ich możliwych odcieni. Tego nie moglibyśmy wiedzieć, gdyby nie wspomniany tu, a opublikowany wywiad.
Jan Pospieszalski rozstaje się z odbiorcami swoich programów, dziękując im za ufność i słowa otuchy. Bo niby dlaczego rację mieliby mieć ci, którzy zdecydowali, że nie warto rozmawiać.(s. 180)

piątek, 1 lipca 2011

Szanowni Studenci, Szanowni Pracownicy WSP w Łodzi

Tak zaczyna się list, jaki został opublikowany na pierwszej stronie Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Łodzi. Zapewne nie zapoznałbym się z nim, bo już od ponad roku nie jestem rektorem tej uczelni, a z dn. 30 września 2010 r. zakończyłem w niej swoje zatrudnienie, więc nie interesują mnie problemy i sukcesy, z jakimi borykają się jej obecne władze, ale zwrócili mi nań uwagę pracownicy tej szkoły zdumieni, że podpisana inicjałem jego autorka „MC” (kryje się za nimi właścicielka i zarazem kanclerz tej szkoły) postanowiła wyjawić powody złożenia rezygnacji z pracy dwóch znakomitych pedagogów specjalnych – prof. dr hab. Iwony Chrzanowskiej i dr Beaty Jachimczak. Włączając w to uzasadnienie także moja osobę, zobowiązała tym samym mnie do reakcji, co niniejszym czynię.

Pani MC stwierdza: Kiedy w 2008 roku kilku nauczycieli akademickich podjęło decyzję o przejściu do WSP na pierwszy etat (wśród nich Iwona Chrzanowska i Beata Jachimczak), ówczesny rektor powiedział: będą mieli szansę na sukces. Ja pogratulowałam decyzji, twierdząc że odważne decyzje i mądre działanie zawsze prowadzą do sukcesu. Niewielka uczelnia stwarza swoim pracownikom dużo lepsze warunki do rozwoju niż wielka”.

Jak widać, niewielka uczelnia nie stworzyła dużo lepszych warunków, skoro mimo stworzeniu obu Paniom znakomitych warunków do pracy naukowo-badawczej, do których zaliczyła względy finansowe jak i organizacyjne, „danie im” możliwości działania w zakresie zarządzania „(…) obie (z sukcesami) pełniły funkcje prorektorów WSP” oraz pomimo stworzenia im (…) przez władze WSP bardzo dobrych warunków rozwoju naukowego, obie Panie postanowiły podjąć pracę w innej uczelni.

To wzruszające, publicznie ogłoszone rozstanie ominęło w ubiegłym roku takich naukowców, jak piszącego te słowa, a ówczesnego rektora WSP po 6 latach pracy (piszę o tym w blogu czerwiec, grudzień 2010), wybitnego naukowca - profesora Czesława Kupisiewicza oraz twórczych doktorów – Teresę Wejner i Beatę Owczarską. Prawdopodobnie nie miało to dla właścicielki uczelni żadnego znaczenia. Pani MC nie wspomina o tym, że obie panie nie są prorektorami już od roku (podały się do dymisji z określonych, a przecież znaczących powodów, w czerwcu 2010 r., które nijak się mają do podanych teraz zapewnień o stworzeniu im bardzo dobrych warunków do pracy).

To prawda, że będąc rektorem w 2008 r. zapewniałem każdego zatrudnianego przez panią MC nauczyciela akademickiego, że będzie miał tu sukcesy. Mówiłem o sukcesach naukowych i dydaktycznych, bo tylko za takie mogłem odpowiadać i mieć w nich swój udział. Z zadania wywiązałem się chyba znakomicie, skoro dr hab. Iwona Chrzanowska w tym czasie uzyskała tytuł naukowy profesora a dr B. Jachimczak przygotowała dwie monografie naukowe, ktore dopełniają jej dorobek habilitacyjny. Także inni doktorzy, którzy chcieli rozwijać się naukowo w WSP pod moim kierunkiem, mieli tę możliwość i z tego skorzystali. To nie Pani MC zapewniła im w tym zakresie rozwój. Sam etat nie wystarczy, czego najlepszym dowodem jest to, że zatrudnione są tu osoby, które z rozwojem naukowym niewiele mają wspólnego. Nie były, nie potrafiły lub nie chciały się jemu poświęcić.

Zdaje się, że nie tylko mnie nie odpowiadały wspomniane w powyższym liście „konfitury” Pani MC, skoro postanowiliśmy z nich zrezygnować dla wartości ważniejszych od nich, a dla których nie warto pracować w tak zarządzanej szkole (co nie wyklucza tego, że z wieloma osobami warto było realizować różne zadania). Słusznie, że zapewnia się studentów o spełnieniu, pomimo tych zmian kadrowych, ustawowych wymagań. Gratuluję i szczerze życzę studentom oraz nauczycielom dalszych sukcesów!
(źródło: http://wsp.lodz.pl/ z dn. 30.06.2011)

czwartek, 30 czerwca 2011

Pedagogika w obszarze dojrzałości wyborów dalszej edukacji


Dzisiaj tegoroczni maturzyści dowiedzą się, jakie uzyskali wyniki z najważniejszego dla nich egzaminu, bowiem uzyskanie świadectwa dojrzałości staje się przepustką do bezpłatnych studiów w najlepszych uczelniach publicznych w naszym kraju. Dojrzałość wyboru dalszej drogi własnego rozwoju zapewne będzie wiązać się z własnymi możliwościami, a raczej potencjałem wsparcia ze strony rodziców, dla których w większości wiąże się to z osobistą gotowością zapewnienia swoim dzieciom dalszych i jak najlepszych szans na uzyskanie wyższego wykształcenia.

Osoby, które myślą o szeroko pojmowanej pedagogice przedszkolnej, szkolnej, pozaszkolnej czy pedagogice specjalnej, a mają w wyniku nabytych w swoim środowisku życia (np. rodzina nauczycielska, wielopokoleniowe środowisko humanistyczne itp.), czy własnych doświadczeń społecznych (np.. instruktorzy harcerscy, wolontariusze pracy z dziećmi i młodzieżą, animatorzy pracy z dziećmi w środowiskach kościelnych itp.) sprecyzowane aspiracje i oczekiwania co do tego, jakimi pedagogami chcieliby być w swoim zawodowym życiu, powinni dokonać właściwego wyboru swojej przyszłej uczelni.

Trwa już najczęściej elektroniczny do nich nabór. Jest możliwość zapoznania się z dorobkiem naukowym i metodycznym tych naukowców i nauczycieli akademickich, którzy będą ich przyszłymi przewodnikami w zdobywaniu wiedzy, umiejętności, ale – co jest tu niesłychanie ważne – także wzorami postaw. Obcowanie z autorytetami osobowymi, z kadrą, która posiada niekłamany szacunek i uznanie w kraju i poza granicami, a taką spotkają kandydaci na pedagogikę jedynie w publicznych uniwersytetach i akademiach pedagogicznych, teologicznych (np. Wyższa Szkoła Filozoficzno- Pedagogiczna „Ignatianum” w Krakowie czy Chrześcijańska Akademia Teologiczna w Warszawie) czy jedynej niepublicznej szkoły wyższej o tożsamym dla uniwersyteckich jednostek statusie akademickim, jaką jest Dolnośląska Szkoła Wyższa we Wrocławiu. To właśnie w tych środowiskach akademickich, które pielęgnują równowagę między rozwojem naukowym i wkładem w humanistykę pedagogiczną jej kadr a jakością kształcenia i zapewnienia praktyk zawodowych na najwyższym poziomie, warto lokować swoje nadzieje autoedukacyjne i przyszłość.

W drugiej kolejności pozostają wśród szkół oferujących bezpłatną edukację, państwowe wyższe szkoły zawodowe, które są zlokalizowane w miastach powiatowych, oferując przygotowanie do zawodów głównie nauczycielskich. W nich można liczyć na kontakt z dobrymi praktykami, wykładowcami z dużym doświadczeniem zawodowym. Niestety, nie są to środowiska akademickie, gdyż nie dysponują uprawnieniami do nadawania stopni naukowych. Organizują zatem na miarę możliwości własnych kadr nauczycielskich różnego rodzaju konferencje, seminaria, często we współpracy z najbliższym uniwersytetem czy akademią pedagogiczną, ale ich głównym zadaniem jest kształcenie zawodowe. Tu studenci nie będą uczestnikami projektów naukowo-badawczych, gdyż te nie są, ale i nie muszą być realizowane.

Warto jednak podkreślić, że dla tych, którzy myślą o zdobyciu rzetelnych podstaw do pracy zawodowej, właśnie w tego typu szkołach państwowych spotkają się z nauczycielami-nauczycieli, metodykami, doradcami czy byłymi lub wciąż jeszcze aktywnymi zawodowo przedstawicielami nadzoru pedagogicznego w oświacie.
Nie każdy jednak młody człowiek, który dzisiaj odbierze swoje świadectwo dojrzałości, będzie mógł podjąć się studiów stacjonarnych (dziennych), gdyż warunki życia na to mu nie pozwolą. Być może część już młodych-dorosłych będzie musiała podjąć decyzję o zatrudnieniu się, by pozyskać środki nie tylko na codzienne życie, wsparcie własnych rodziców, ale i być może także dalsze studia w systemie kształcenia niestacjonarnego (zaocznego). Wówczas dobrze jest pomyśleć o dobrej lokacie swoich z trudem wypracowanych pieniędzy.

Stara maksyma powiada: Jeśli masz mało środków, to nie wydawaj ich na byle co, bo uzyskany nawet dyplom w kiepskiej wyższej szkole prywatnej czy oferującej po dumpingowych cenach tanie studia (często jeszcze określane jako przez jakiś czas „bezpłatne” czy bez opłat wstępnych) będzie miał wartość równą papierowi, na którym zostanie wydrukowany. Będzie można sobie go co najwyżej powiesić na ścianie, w ramce.

Od tego bowiem roku akademickiego wyższe szkoły nie będą już wydawać jednolitych dla wszystkich uczelni świadectw, ale będą wydawać dyplomy własnego wzoru. Pracodawcy zatem będą już rozpoznawać, że jest to inny dyplom, niż tej uczelni, w której dba się o jakość edukacji. Lepiej jest zatem wybrać studia niestacjonarne nawet nieco droższe w publicznych uniwersytetach lub akademiach, ale także mające wyższą wartość, niż zaoszczędzić skazując się na dalszą porażkę.

Nawet najpiękniej opakowana na stronie internetowej wyższej szkoły prywatnej oferta może okazać się jedynie wyrobem czekoladopodobnym. Sprawdzianem dojrzałości jest to, gdzie lokujemy swoją przyszłość – w środowisku akademickim, uczciwym, gwarantującym najwyższe standardy i najlepszą kadrę, czy w instytucji biznesowej, dla której jest się tylko przygodnym klientem, omamionym trickami, zachętami i błyskotkami płatnikiem, niejako jej „własnością” niskim nominale końcowego efektu.

Jeśli z jakiegoś powodu najbliżej nam do wyższej szkoły prywatnej, to zwróćmy uwagę na to, od kiedy działa, jaki jest jej staż (jeśli istnieje ponad 10 lat, to znaczy, że sprawdziła się na akademickim rynku), kto jest jej rektorem, kto jest dziekanem czy kierownikiem innej jednostki prowadzącej studia na danym kierunku i jacy pracują w niej profesorowie oraz doktorzy (z jakim dorobkiem naukowym, o jakiej pozycji), kto jest jej właścicielem (jeśli jest to osoba prywatna, to znaczy, że mamy do czynienia ze szkołą jako instytucja biznesową; jeśli zaś ma nadzór kilkuosobowy, stowarzyszenia czy towarzystwa oświatowego, związku wyznaniowego, fundacji itp. – to znaczy, że nie są w niej podejmowane arbitralnie, jednoosobowo decyzje, często na niekorzyść tak studiujących, jak i nauczycieli akademickich), od kiedy prowadzi kształcenie na kierunku pedagogika czy pedagogika specjalna (jak pojawia się hasło „nowość”, to warto być uczulonym, gdyż to oznacza, że edukacja na tym kierunku lub jego wyższym poziomie np. na studiach II stopnia jest dopiero w stanie tworzenia).

Niestety, poziom fałszowania lub „upiększania” danych na stronach internetowych niektórych wyższych szkół prywatnych jest trudny do rozpoznania przez kandydatów, bo nie dysponują możliwościami ich zweryfikowania. Dopiero, kiedy podejmą w tych szkołach studia przekonają się, że wiele nazwisk stanowi kronikę historyczną szkoły, nie odpowiada osobom zatrudnionym w niej na pełnych etatach (najczęściej podaje się osoby na umowę o dzieło czy zlecenie, a więc zatrudnianych do prowadzenia tylko jednego czy dwóch przedmiotów). Tego typu fikcyjne prezentacje danych nie mają miejsca w publicznych uniwersytetach i akademiach.

środa, 29 czerwca 2011

Upadek dobrych obyczajów wśród niektórych pedagogów w szkolnictwie wyższym


Jedna z zasad przyjętych przez Komitet Etyki w Nauce przy Prezydium Polskiej Akademii Nauk (Warszawa 1996) głosi, że:


"Pracownik nauki nie mnoży publikacji naukowych wyłącznie w celu upozorowanego wzbogacenia swego dorobku. Jeżeli upowszechnienie osiągnięć naukowych usprawiedliwia opublikowanie tej samej pracy w różnych czasopismach, to należy powiadomić o tym redakcje tych czasopism i uzyskać ich zgodę."

Jedno z renomowanych wydawnictw naukowych zostało powiadomione przez autorkę drukowanej właśnie w nim jej książki, na dwa tygodnie przed jej ukazaniem się na rynku, że zamieściła cały rozdział w czasopiśmie on-line, jakie wydaje jedna z łódzkich wyższych szkół prywatnych. Młoda pedagog nie raczyła powiadomić redakcji tego czasopisma o tym, że przekazuje jej właśnie drukowany w książce rozdział. Wydawnictwo szkoły prywatnej nie zadbało o to, by uzyskać prawa autorskie do tego tekstu. W środowisku akademickim zaczyna się pęd nie tylko do namnażania publikacji, ale także pozyskiwania przeze wydawnictwa uczelni prywatnych autorów bez sprawdzenia i wyegzekwowania od nich stosownych oświadczeń. Jak chce się tylko byle wydawać, to takie są tego efekty.

W otrzymanym do recenzji zbiorze rozpraw młodych pracowników nauki uczelni publicznej znalazły się aż cztery artykuły, które były dosłownym powieleniem wcześniej opublikowanych książek podoktorskich. Nie mieli czasu na napisanie czy zaktualizowanie własnych tekstów? Czy może uważali, że nikt ich książek nie czytał, więc można dowolnie, jak w powyższym przypadku, wklejać je do kolejnych tomów lub czasopism?

Inna z zasad Dokumentu "Dobre obyczaje w nauce" głosi, że: "Pracownika nauki obowiązują m.in. normy prawdomówności".

Niestety, ta jest dość często łamana przez tych nauczycieli akademickich, którzy będąc zatrudnionymi po habilitacji na uczelnianych stanowiskach profesorskich (jako tzw. profesorowie nadzwyczajni) przekazują wydawcom książek czy czasopism informacje, że są profesorami tytularnymi. Otrzymałem właśnie dzisiaj książkę z jednego z uniwersyteckich wydawnictw na Słowacji, której współredaktorem jest profesor nadzwyczajny uniwersytetu, a zarazem prorektor jednej z wyższych szkół prywatnych w tym samym mieście. Pewnie uważał, że poza granicami kraju, choć czyni to także w publikowanym na swojej stronie życiorysie, może tytułować się profesorem, choć nim nie jest.

Ciekawe, jak z tym faktem poradzą sobie kiedyś historycy wychowania? Chyba będą musieli sięgać do źródeł archiwalnych Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego, by weryfikować tego typu oświadczenia niektórych naukowców. Naukowcy innych państw jakoś z tym problemu nie mają. Precyzyjnie określają swój status akademicki, gdyż wiedzą, że jest to związane z oświadczaniem prawdy nie tylko historycznej. Tylko w Polsce panuje mania bezkarnego podwyższanie swojego statusu, mimo braku stosownych dyplomów.

wtorek, 28 czerwca 2011

Konkurs na scenariusz gry edukacyjnej „wyższa szkoła perfidii”


Jeden z portali internetowych ogłosi konkurs w ramach walki z mobbingiem w miejscu pracy na opracowanie gry komputerowej, która pozwoli rozładować pracującym w nich nauczycielom i pracownikom administracji – jako ofiarom różnych form przemocy i szykan, negatywne emocje i doświadczenia z toksycznego dla nich środowiska. Chodzi tu o wyższe szkoły prywatne, w których w ostatnich latach dochodzi do coraz częstszego łamania praw pracowniczych i naruszania ich godności. Bohaterem gry ma być nauczyciel akademicki, który został zatrudniony do prowadzenia zajęć dydaktycznych jako wykładowca np. języka angielskiego czy zarządzania placówką oświatową (uczestnik gry powinien mieć możliwość zdefiniowania swojej tożsamości). Oczywiście, powinna być możliwość wybrania poziomu trudności gry, a więc czy od razu chce on pokonywać wiele negatywnych sytuacji, czy może woli powoli się z nimi oswajać. W tej grze głównym bohaterem musi być opresora, tyran, rozchwiany emocjonalnie szef, psychopata, neurotyk, znęcających się nad swoimi podwładnymi. Gracz może sam zdefiniować jego tożsamość: np. właściciel szkoły, kanclerz, rektor, prorektor, dziekan, kierownik katedry lub jego zastępca, itp. W tym przypadku będzie chodziło o to, by w toku coraz wyższych poziomów trudności i przebiegłości w znęcaniu się nad swoimi podwładnymi, osiągać jak najwyższy efekt ich wykańczania, manipulowania nimi, wykorzystywania ich do różnych, ale zawsze sprzecznych z ich powołaniem i umową o pracę – celów.

W takiej grze powinien być zdefiniowany drugi bohater, jakim jest donosiciel, a więc ktoś, kto wykona każde polecenie szefa, byle tylko zaskarbić sobie jego przychylność i zaufanie. Jego zadaniem będzie przygotowywanie dla szefa danych do wykańczania każdego, kto chciałby w jakikolwiek sposób zakłócić spokój zwierzchnika upomnieniem się o czyjeś lub swoje prawa, racje czy wskazaniem na jakieś nieprawidłowości w szkole. Trzeba stworzyć wokół niego kordon uszczelniający wszelkie informacje mówiące o jakichkolwiek nieprawidłowościach. Trzeba konstruować rzeczywistość lepszą, niż jest ona w realu, by nie podpaść, nie wylecieć z pracy, nie stracić szans na gratyfikacje. Taki oficer do zadań specjalnych (często w spódnicy), będzie wkradał się w łaski szefa nieustannie podkreślając, jaki on jest wielki, wspaniały, wyjątkowy, i jak to dobrze, że w ogóle jest. Musi przekonać go, że ma w nim jedynie oddanego mu wielbiciela i obrońcę prawdy.

Donosiciel musi mieć możliwość w toku tej gry budowania sobie gabinetowej pozycji, toteż najlepiej, by pełnił w tej jednostce tez jakąś kierowniczą rolę, w dowolnie zdefiniowanym dziale uczelni. Muis on mieć możliwość wydzwaniania do w/w przełożonego, zapewniając go o przyjaźni do niego i uznaniu, zapraszając go na lunche, prywatne przyjęcia, by był przekonany, że zawsze ma w nim oparcie. Poza jego plecami będzie z niego kpił lub narzekał, jak jest nieludzki (tu powinny być przewidziane różne możliwości odreagowania werbalnego czy niewerbalnego, bo w końcu donosiciel też jest ofiarą), ale w obecności szefa zawsze musi potwierdzać swoją lojalność i wierność. Warto to przewidzieć jakieś przeszkody do pokonania, może ilość zdobytych „skalpów”?
Taki donosicielek musi być gotów szefowi nosić teczkę, narty, kufry, czyścić i sznurować mu buty, wyjeżdżać z nim na wakacje czy w weekendy, opiekować się jego kotem, domem, a nawet oddawać się mu fizycznie (to jednak tylko w wersji dla osób 18+), byle tylko nie utracić pozycji wpływowego doradcy. Warto tez przewidzieć w tej grze, że każde przeszeregowania w otoczeniu szefa powinny wzbudzać u takiego donosiciela lęk, poczucie niepewności, czy aby teraz ktoś nie będzie donosił na niego, czy nie zacznie rozgrywać nim swoje interesy, ubiegać się o prymat. W końcu ile można obgryzać kości rzucone pod stół? Można zatem zaplanować różnego rodzaju kości, które podwładni będą zbierać pod stołem.

Są sprawy, na których szef się nie może poznać, że stanowią klasyczne wyłudzanie jego przychylności kosztem tworzenia pozorów, iluzji i fikcji. Taki „oficer do specjalnych zadań” musi dbać o to, by podtrzymywać w swoim przełożonym poczucie jego wysokiej wartości, wszechmocy. On musi chodzić z komnaty do komnaty, by gromadzić haki na innych. Szef, który wysługuje się donosicielami, i tak im nie ufa. Będzie ich sprawdzał, dopytując innych, jak im się podoba, co o nim mówią, jak go postrzegają, czy rzeczywiście jest najlepszy i dlaczego, jak to dobrze, że tylko dzięki niemu szkoła odnosi nieustannie same sukcesy, a chwilowe kryzysy czy załamania są wypadkową złych ludzi, wewnętrznych wrogów, których trzeba tropić, szpiegować i usuwać. Tu warto przewidzieć różne sposoby pozbywania się nieposłusznych pracowników. Nawet, jak ich nie ma, to prewencyjnie trzeba ich stworzyć, żeby publicznie zastraszyć pozostałych, by znali kolejność dziobania. Uderzenie musi być w najsłabsze i najsilniejsze ogniwo, by mógł rządzić niepodzielnie, okazując swoja łaskę lub frustrację redukując ludzi do mebli, które można dowolnie przesuwać z miejsca na miejsce czy wymieniać je na inne.
Nikt nie może być od takiego szefa lepszy, ważniejszy, bardziej kompetentny, dlatego powinien on mieć możliwość wydobywania informacji, dzięki którym mógłby trochę douczyć się, a przynajmniej zrozumieć, w jakim stopniu można by w każdej chwili zastąpić jakiegoś podwładnego kimś innym tzn. bardziej mu uległym, posłusznym. Tu można przewidzieć włączenie przez hiperłącze takiego szefa do programu kształcenia e-learningowego, by jak studiujący w tej szkole studenci mógł się przekonać, czego jeszcze nie wie, nie rozumie lub nigdy nie pozna i nie zrozumie.

Szef powinien mieć możliwość poszukiwania poza plecami mianowanych przez siebie kierowników, którzy w takiej szkole – jak wiadomo – są tylko pozornie jakimiś kierownikami – ich zastępców (następców), ale tak, by się w tym nie zorientowali. Oczekuje się jednak, by nie wprowadzać do scenariusza gry elementy przemocy fizycznej, bo w końcu ma to być gra edukacyjna. Należy jednak przewidzieć tajne komnaty do tajnych spotkań i negocjacji tak, by zaplanowany do usunięcia nie mógł o nich wiedzieć. Zgodnie jednak z życiowymi realiami trzeba przewidzieć też nieszczelności w tym systemie. Skoro bowiem wycieka z CBA, ABW i CBS, to dlaczego nie miałoby wyciekać z gabinetu takiego przełożonego? Świat w końcu jest mały i i tak wszyscy o wszystkich coś wiedzą. Istotne jest jednak to, by występujące w tej grze postaci nie mogły w żadnym momencie czuć się bezpiecznie, pewnie, by cały czas musiały albo czegoś dociekać, albo się kogoś bać, obawiać, albo same rozpoznawać potencjalne zagrożenia.

Taki szef ma potrzebę posiadania dobrego wizerunku, mniemania o sobie, jako tym, który powinien być przez wszystkich uwielbiany, kochany za jego poświęcanie się dla nich. Będzie, zatem powoływał na stanowiska kierownicze w swojej firmie osoby mu bliskie, powiązane rodzinnie lub emocjonalnie, ale także słabe, mierne, byle były mu wierne, na które zawsze będzie mógł w razie niepowodzeń przerzucić całą odpowiedzialność i się ich w razie czego pozbyć. Najchętniej rządziłby sam, ale skoro nie pozwala mu na to prawo, to musi powierzyć funkcje albo miernotom, którym zapłaci za to, by posłusznie realizowały jego strategię i misję „rozwoju” szkoły, albo osobom oddanym, ufającym mu, ale uwikłanym w różne zobowiązania. Tu jeden musi być uzależniony od drugiego, toteż nikt tak naprawdę nie wie, kto na kogo donosi, kto kogo śledzi i co mówi szefowi na innych oraz jak komentuje jego wielkość. Taki szef nie pamięta, co komu powiedział, ale zawsze będzie mógł wypomnieć tym, którym przestał ufać, że ujawnili innym coś, co było przedmiotem jakiejś tajemnej wiedzy tylko między nimi. Nie rejestruje, że o tym mówił innym swoim zausznikom, a ci puścili to w obieg. To taki „szeptany marketing szefa” w jego szkole i poza nią. Wygrywa ten, który nie da się przyłapać na kłamstwie, poza – rzecz jasna – samym szefem. On w ogóle nie podlega ocenom, opiniom, a tym bardziej negatywnym. On jest the best.

Czas gry jest czasem pozorowanej pracy w takiej szkole. Jeśli uwzględnimy w scenariuszu nauczycieli, którzy powinni prowadzić badania naukowe czy organizować konferencje, to musimy przewidzieć, których bohaterów należy tymi zadaniami obciążyć. Można wprowadzić do scenariusza wywiad i kontrwywiad naukawy, czyli powoływać do życia postaci, które będą pozyskiwać czyjś dorobek nawet, jeśli miałby to być autoplagiat. Ważne, by była możliwość namnażania tzw. „tfurczości”, którą będzie można podsunąć kontrolerom z MNiSW czy PKA. Czekamy na kolejne pomysły do scenariusza tej gry. Jakie wato byłoby w niej umieścić zadania dla głównych bohaterów? Co mają w tej grze zyskiwać, a co tracić? Nie może to być gra oparta na metodzie Thomasa Gordona, bo wówczas nie będzie się dobrze sprzedawać, a przecież chodzi o to, by była ona odzwierciedleniem zbliżonych do życia sytuacji i zdarzeń. Może włączą się do tego scenariusza klinicyści, by uwzględnić w grze jakieś formy terapii czy autoterapii. Muszą tu być zaplanowane różne wyjścia z trudnych sytuacji, ale także i dla niektórych toksyczne „pułapki”. Oczekujemy też na sponsorów, dzięki których wsparciu będzie można te grę szybko wydać. Mogą to być nawet środki unijne, jakie przewiduje się na doskonalenie kadr i budowanie kapitału ludzkiego. Gra musi być kapitalna.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Trudny okres dla pedagogów w szkolnictwie wyższym


Szkoły wyższe muszą dostosować regulacje wewnątrzuczelniane do wymogów określonych w znowelizowanej Ustawie Prawo o szkolnictwie wyższym.

Minister Nauki i Szkolnictwa Wyższego wystosował list do Rektorów i Kierowników Podstawowych Jednostek Organizacyjnych Uczelni z prośbą o rozpoczęcie prac nad przygotowaniem koncepcji niezbędnych regulacji wewnętrznych uczelni dotyczących zobowiązań uczelni wobec studentów. Wiceminister prof. Zbigniew Marciniak zapowiada, że opublikowane na stronie MNiSW projekty przepisów wykonawczych do znowelizowanej ustawy, które obecnie poddane są konsultacjom społecznym, zostaną podpisane w ostatecznej wersji w lipcu i sierpniu. Dlatego też powinny zostać powołane odpowiednie zespoły, które przedyskutują i opracują założenia wewnętrznych regulacji uczelni.

Dla zapewnienia płynności wejścia w życie przepisów ustawy nowelizującej, a także aby niewywiązanie się z tych prawnych obowiązków nie wywołało negatywnych skutków dla studentów i kadry akademickiej uczelni, przygotowanie wewnętrznych regulacji uczelni powinno nastąpić najpóźniej we wrześniu br.


Nie będą mieć problemu uczelnie publiczne, gdyż już w lipcu i sierpniu rozstrzygnie się główna batalia o indeksy na bezpłatne studia stacjonarne oraz studia niestacjonarne. Nie ulega wątpliwości, że w sytuacji, gdy wyższe szkoły prywatne nie będą już wydawać takich samych dyplomów ukończenia studiów, jak do tej pory (a więc takie same, jakie wydawały renomowane uniwersytety i akademie), tylko będą musiały opracować własny wzór tych świadectw, zacznie obowiązywać na rynku pracy identyfikowanie nazwy i marki uczelni z uzyskanym w niej wykształceniem.

Już małoznaczące wyższe szkoły prywatne, szczególnie w wielkich miastach i aglomeracjach miejskich, w których są publiczne uniwersytety, politechniki i akademie, mające mimo wszystko nadal najwyższy znak jakości, tradycje i międzynarodową renomę, będą musiały liczyć się ze spadkiem zainteresowania wśród tegorocznych kandydatów na oferowane przez nie kierunki studiów. Dyplom absolwenta uniwersytetu, politechniki czy akademii będzie znaczył więcej, niż jakiejś małej wyższej szkoły prywatnej. Wygrają natomiast te wyższe szkoły prywatne, które działają już od kilkunastu co najmniej lat w miastach powiatowych, gdzie nie ma uniwersytetów i akademii, a dysponują one utrwalonym w środowisku uznaniem i mają kilka wydziałów. W nich też będą zatrudniani profesorowie wielkomiejskich ośrodków akademickich, by nie wchodzili w konflikt interesów z pierwszoetatowym miejscem pracy akademickiej w uniwersytecie czy akademii.

Rektorzy uczelni publicznych nie będą bowiem - zgodnie z nową ustawą – zezwalać na zatrudnianie się ich kadr akademickich w wyższych szkołach prywatnych, które działają w tym samym mieście. Skończy się pozorowanie pracy w jednym czy także drugim miejscu pracy przez tych, którzy zaniedbują swoje obowiązki naukowo-badawcze w uniwersytecie, działając zarazem na jego szkodę pełnieniem funkcji kierowniczych i zasiadając w senatach czy w radach wydziałów wyższych szkół prywatnych w tym samym mieście.

Dojdzie do zapowiadanego już od kilku lat procesu zamykania i likwidowania wyższych szkół prywatnych, działających od kilku zaledwie lat i prowadzących dwa czy trzy kierunki studiów, który wymusza swoim sterowaniem przez nowelizacje prawa resort nauki i szkolnictwa wyższego. Władze uczelni muszą bowiem dostosować statut uczelni do nowych przepisów ustawy (w tym określić godło uczelni, kryteria i zasady oceny okresowej nauczyciela akademickiego.

Skończy się zatem tolerowanie w uczelniach publicznych tych nauczycieli akademickich, którzy nie rozwijają nauki, nie podnoszą swoich kwalifikacji i stopni naukowych, nie publikują, a więc nie przyczyniają się do wzrostu lub przynajmniej utrzymania poziomu dofinansowywania z budżetu państwa działalności statutowej i naukowo-badawczej podstawowych jednostek. Rektorzy i dziekani będą musieli policzyć, ilu „bezproduktywnych” naukowców „opłaca im się” zatrudniać (wskaźnik oceny parametrycznej obejmuje 20%), by nie „zjadać własnego ogona”.

Wyższe szkoły prywatne, które nie uzyskały do tej pory statusu uczelni akademickich (nadających stopnie naukowe doktora czy posiadające pełne prawa naukowe), nie będą miały szans na dotacje budżetowe, poza funduszem stypendialnym, ale i ten został zredukowany do stypendiów jedynie socjalnych. Głównym zatem źródłem ich dochodów będą wpłaty z czesnego za studia, a jeśli szkoła już pojawiła się w lokalnej prasie w aurze jakiegoś skandalu, naruszenia prawa czy obyczajów, to wiadomo, że poziom zaufania do jej władz spadnie, gdyż kto raz oszukał studentów i nauczycieli akademickich, ten złamał zasady kultury akademickiej i budowania kapitału społecznego. W Łodzi i w Warszawie takich wyższych szkół prywatnych w ostatnim roku akademickim, o których dziennikarze pisali z jakiegoś powodu negatywnie, było po kilka. Powinny zatem w swoim logo umieścić symbol „szkoły niewiarygodnej” mimo, iż niektóre z nich uczestniczyły w akcji o odwrotnym charakterze.

Władze uczelni muszą też dostosować regulamin studiów do nowych przepisów (w tym określić warunki m.in. przeprowadzania otwartego egzaminu dyplomowego, realizacji procesu dydaktycznego z uwzględnieniem szczególnych potrzeb studentów będących osobami niepełnosprawnymi); opracować szczegółowy regulamin ustalania wysokości, przyznawania i wypłacania świadczeń pomocy materialnej dla studentów; opracować wzór uczelnianego dyplomu ukończenia studiów. Natomiast samorząd studencki musi opracować i promować kodeks etyki studenta.

Trzeba też będzie dostosować programy kształcenia na prowadzonych kierunkach studiów do efektów kształcenia opracowanych przez uczelnię (albo do wzorcowych efektów kształcenia dla wybranych kierunków studiów określonych w rozporządzeniu) zgodnych z Krajowymi Ramami Kwalifikacji dla Szkolnictwa Wyższego dla obszarów kształcenia (w terminie do 12 miesięcy).

Muszą też być określone zasady pobierania opłat oraz wysokości opłat za świadczone
usługi edukacyjne oraz kształcenie, jak i opracowany nowy wzór umowy między uczelnią a studentem, określającej warunki odpłatności za studia lub usługi edukacyjne. Nie będzie zatem można zaskakiwać studentów w toku roku akademickiego podsuniętymi im do podpisania podwyżkami opłat z tytułu prowadzonych egzaminów dyplomowych czy promowanych prac dyplomowych, o ile nie były one wcześniej ujęte w kontrakcie.

MNiSW zobowiązuje także władze wszystkich szkół wyższych do opracowania systemu monitorowania karier zawodowych swoich absolwentów. Tym samym będą publikowane informacje o tym, ilu absolwentów uczelni publicznych i wyższych szkół prywatnych jest w grupie młodych bezrobotnych. Najnowsze dane są niepokojące, gdyż jak się okazuje wśród absolwentów pedagogiki jest najwyższy odsetek osób zarejestrowanych w urzędach pracy. Tym samym uzyskanie dyplomu w renomowanej uczelni może zwiększać ich szanse na zatrudnienie.