sobota, 26 stycznia 2013

Niezręczność czy może jednak dzielność jako kategoria politycznej socjalizacji


Światopoglądowe debaty w Sejmie muszą budzić silne emocje każdej z zainteresowanych nimi stron z pełnym przeświadczeniem, że nie uzyska się zgodności poglądu. Sfera wartości nie podlega uzgodnieniom w kategoriach prawdy i fałszu. Nie ma zatem możliwości przekonania do swoich racji przez przedstawicieli lewicy reprezentantów prawicy czy liberalizmu. Chociaż bliżej jest lewicy do liberałów niż do konserwatystów. Wczorajsza debata i głosowanie w polskim Parlamencie aż trzech projektów ustaw w sprawie legalizacji związków partnerskich, odsłoniło po raz kolejny, jaki jest stan klasy politycznej w naszym kraju. Wykorzysta się każdą okazję, by zwrócić ostrze nie dającej się uzgodnić argumentacji w konflikcie wartości przeciwko wrogom, niezależnie od tego, po której jest się stronie: władzy, opozycji czy quasi opozycji.

Nie podejmuję tu dyskusji z prezentowaną przez posłów argumentacją, bo byłaby tu konieczna krytyczna analiza dyskursu z punktu widzenia wykorzystywanych przez aktorów sceny politycznej taktyk propagandowych nie do wzajemnego przekonywania się, co komunikowania społeczeństwu własnego systemu wartości i światopoglądu. Zainteresowała mnie natomiast postawa ministra sprawiedliwości dra Jarosława Gowina, który występując z trybuny sejmowej powiedział, że w jego ocenie, wszystkie trzy projekty są sprzeczne z art. 18 konstytucji. Artykuł ten stanowi, że "małżeństwo, jako związek kobiety i mężczyzny, rodzina, macierzyństwo i rodzicielstwo znajdują się pod ochroną i opieką Rzeczypospolitej Polskiej".

Jestem przekonany, że taki komunikat miał wpływ na postawę części posłów partii władzy, którzy wraz z ministrem zagłosowali przeciwko tym projektom. W efekcie Sejm żadnej z nich nie uchwalił, skierowując do dalszych prac w komisjach, czyli do dalszego pozorowania możliwego uzgodnienia stanowiska przynajmniej przez większość parlamentarną. Takiej jednak nie uzyska.

Opinia Marszałkini Sejmu Ewy Kopacz, jakoby wystąpienie J. Gowina było zdecydowaną niezręcznością, kiedy na mównicę wychodzi minister sprawiedliwości i wygłasza kwestię, która brzmi jak stanowisko rządu, a potem premier ją prostuje, jest zdumiewający. O niezręczności mówi ta, która akurat wdrożyła ją w czyn w sposób oburzający niemalże całą opinię publiczną. Zdaniem pani marszałek minister Gowin nie zachował się nielojalnie, on po prostu nie ukrywa swoich poglądów w sprawie związków partnerskich . Wystąpienie Premiera trafnie ocenił Eugeniusz Kłopotek z Polskiego Stronnictwa Ludowego, który odczytał je jako próbę łamania kręgosłupów moralnych członków partii, a tego nie wolno robić w tych właśnie kwestiach.

Otóż to. Tak kształtuje się proces socjalizacji politycznej młodych pokoleń, które mają okazję zobaczyć usłyszeć i na własne oczy oraz uszy przekonać się, na czym polega handel wartościami, by tylko utrzymać jak najwyższe poparcie dla władzy. Myli się Marszałkini Sejmu, że wystąpienie J. Gowina było niezręcznością i nielojalnością. Należy umieć odróżniać lojalność bez wartości, jaką jest instrumentalna służalczość w imię własnych interesów (korzyści) od lojalności w zgodzie z wartościami nawet, gdyby wynikały z tego tytułu określone starty osobiste.

(fot. Aleksander Kamiński).

Aleksander Kamiński określiłby postawę posła J. Gowina mianem dzielności , która łączy się w postępowaniu prawego człowieka z odwoływaniem się do kategorii mądrości i sprawiedliwości. Postawa dzielności - odwagi cywilnej - jest bowiem aktem formacyjnym ludzkich charakterów w tych wszystkich sytuacjach, w których dochodzi do łamania zasad moralnych, do naruszania wolności i godności ludzkiej. Tak pojmowany „mały sabotaż” nie jest przecież niczym innym, jak środkiem do emancypacji poprzez krytyczną negację społecznych łańcuchów dominacji i posłuszeństwa. Może ona mieć miejsce w każdych warunkach, niezależnie od ustroju, zaś potraktowanie dzielności w kategorii osobistego sprzeciwu jest nie tylko świetną szkołą rzetelności i męstwa, szkołą pracy nad sobą, ale i wpisaniem się w proces podnoszenia morale całego społeczeństwa. Tak wyrażony opór spełnia z jednej strony funkcję odkrywczą, ujawniającą dominację czy przemoc, z drugiej zaś strony dostarcza możliwości poznawczych dla autorefleksji i do walki w interesie społecznego i jednostkowego upełnomocnienia.

Niech posłowie i sprawujący władzę przeczytają sobie i swoim dzieciom opowiadania Aleksandra Kamińskiego pod tytułem: "Narodziny dzielności", które autor-pedagog społeczny tak podsumowuje na końcu książki:

Dzielność jest jakby energią w służbie wartości moralnych. Ludzie mają różne ideały. I różne poglądy na świat. Ale tylko te ideały i te poglądy mają szanse realizacji, które oprą się o ludzi dzielnych. Dzielność jest fundamentem charakteru, a tylko ludzie z charakterem mogą zbudować lepszy świat. (Katowice, 1958, s. 145)

Aleksander Kamiński dał temu imperatywowi moralnemu szczególne upełnomocnienie całym swoim życiem. Potwierdził zarazem, że nie powinniśmy być bohaterami tylko w wielkich dniach historii, ale także silni dzielnością prawdziwą w dobie pokoju. Ta zaś nie zwalnia nas z prowadzenia walki przeciwko szeroko rozumianemu złu moralnemu czy społecznemu. Przeciwstawiając się rozpoznanemu w środowisku złu, musimy zrezygnować z jego wsparcia, dlatego ten typ postawy nie należy do zbyt powszechnych. Człowiek prawdziwie dzielny, to człowiek samotny. Tylko ten, kto milczy, godzi się na sytuację zła. Jest to wezwanie do tego, by - będąc dzielnym - nie wyciszać swojego oporu, ale umiejętnie przezwyciężać dzięki niemu własne słabości na drodze do samodoskonalenia.

piątek, 25 stycznia 2013

Parlamentarna lekcja wychowania społecznego


Rozpętana przez media "afera" z przyznaniem przez Marszałkinię Sejmu sobie i wicemarszałkom pieniężnej premii odsłania co jakiś czas "konfitury" władzy publicznej. To samo dotyczy Marszałka i wicemarszałków Senatu, ale tych jakoś media nie naciskają na zwierzenia dotyczące celu, na jaki mają zamiar wydatkować dodatkowe apanaże. Mnie ta populistyczna nagonka nie interesuje z punktu widzenia tego, że takie premie zostały przyznane. Być może powinny być nawet wyższe, żeby osoby na szczytach władzy nie były podatne na korupcję, ukryty lobbing itp. Może pensja posłów powinna być wyższa, a ich samych powinno być w Sejmie mniej?

Zdumiewające jest przy tym wypowiadanie przez zawstydzonych demistyfikacją marszałków deklaracji o rzekomym - "w tej sytuacji" - przekazaniu owych premii na cele charytatywne, skoro była dwa tygodnie temu Orkiestra Świątecznej Pomocy, a oni tego nie uczynili. Już wówczas mogli tak postąpić, a nawet wcześniej, przekazując nagrodę na jakiś cel społeczny, ogłaszając o tym wszem i wobec, a zatem zbijając przy tej okazji "kapitał polityczny". Mogli w ten sposób nie przyjąć premii, skoro tak wiernie służą swojej ojczyźnie, narodowi i społeczeństwu. Jakaż jest w tej debacie hipokryzja, skoro marszałkowie poprzednich kadencji też przyznawali sobie i wicemarszałkom premie, a nikt nie czynił z tego problemu. Czyżby wówczas te premie były niższe? Czy może nie dowiedzieli się o nich dziennikarze? Polskie życie polityczne nie jest transparentne. Byli ministrowie już nie opublikowali swoich oświadczeń majątkowych po zakończonej służbie, żeby lud mógł porównać, jak bardzo się wzbogacili albo jak wiele stracili. Ministrowie rządu ponoć nie otrzymali premii. Czyżby? Są lokowani w różnych radach nadzorczych, instytucjach czy fundacjach, o których nikt nawet nie wie. W wielu instytucjach państwowych, ale i samorządowych, władze przyznają sobie premie, bo przecież stało się to oczywistym dodatkiem do pensji. Jakoś trzeba ją sobie podwyższyć, skoro nie można tego uczynić w ramach podstawowej płacy.

Pamiętam, jak w uniwersytecie był obowiązek uzyskiwania przez dziekana wydziału opinii rady wydziału w sprawie nagród - premii dla kierujących tą jednostką funkcyjnych (najczęściej na Dzień Edukacji Narodowej albo święto uczelni). Był taki dziekan, który przyznawał sobie i prodziekanom wysokie premie, nagrody finansowe, nie tylko nie uzyskując stosownej opinii członków rady, ale i nie zabiegając o nią. Jakież było zdziwienie pracowników, kiedy w rektoracie mogli zobaczyć na liście nagrodzonych dziekana i jego prodziekanów. Kiedy został złożony do rektora protest w związku z naruszeniem obowiązującej w uczelni procedury, ten nagród dziekanom nie wręczył w czasie uroczystego Senatu, tylko następnego dnia zaprosił ich do swojego gabinetu i przekazał im je w kopercie. Oficjalnie nie występowali na listach nagrodzonych, ale ... no właśnie. Tylko to ale...

Później to już wszyscy wiedzieli, że mają rytualnie przegłosować pozytywnie opinię dla dziekana i jego prodziekanów w sprawie nagród. Dobrze, jak ten wysupłał z wydziałowej kasy trochę grosza na nagrody dla niektórych wybrańców. Premie zawsze stawały się kością niezgody, zawiści, insynuacji, kiedy niejasne i niejawne były dla innych kryteria ich przyznawania. Pani Marszałkini stwierdziła, że jest pracodawczynią i zgodnie z regulaminem ma prawo nagradzać swoich współpracowników. Słusznie. Co by się stało, gdyby opublikowała uzasadnienie dla owych premii? Jak mówią neobehawioralni psycholodzy, nagradzać należy za coś, co jest ponadnormatywne, co wynika z działań wykraczających poza przypisane danej roli powinności. Niech zatem naród się dowie, co takiego szczególnego uczynili jego wybrańcy, że zasłużyli na premie? Może okazałoby się, że w stosunku do zasług, były one za niskie? Tylko 45 czy 40 tys. złotych brutto?

Jakież namiętności rozbudzają płace i premie w każdym środowisku. W szkołach, by uniknąć konfliktów, najczęściej dyrektorzy przydzielali wszystkim nauczycielom po kilkadziesiąt złotych, byle tylko któregoś nie wyróżnić, a tym samym innych nie pominąć. Ot, taka socjalistyczna urawniłowka. Młodzież szkolna poddawana jest nieustannym pomiarom poziomu osiąganych przez nią kompetencji społecznych. Dzięki wzorom postaw władz centralnych już wie, że nagrody są tylko dla funkcyjnych, dla nomenklatury jako obowiązkowa część ich zasadniczej płacy. Uczniowie są do tego zresztą wćwiczani w swoich szkołach, bo jak spojrzymy na regulaminy oceniania ich zachowań, to przeczytamy, że dodatnie punkty otrzymują ci, którzy przychodzą do szkoły, są punktualni, regularnie odrabiają prace domowe, noszą obuwie na zmianę, itd., itp. Lekcja wychowania społecznego zaczyna się od góry. To nie uczniowie wymyślają takie kryteria "nagradzania" ich postaw czy zachowań.


czwartek, 24 stycznia 2013

Komitety naukowe PAN o edukacji




Coraz częściej i bardziej stanowczo będą naukowcy mówić o minionej i obecnej polityce oświatowej, szkolnictwa wyższego i nauki, gdyż poziom debaty publicznej, jaką usiłuje kreować władza obu resortów, jest daleki od realiów i standardów koniecznych do tego, by móc ze spokojem jedynie konstatować zakres pozorów, dewiacji i zaniedbań w tak ważnej dla polskiego społeczeństwa sferze życia i aktywności.

(fot.1. Prof. Michał Kleiber)


Temat konferencji Komitetu Prognoz Polska 2000 Plus i Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN brzmiał czytelnie: EDUKACJA W POLSCE: diagnoza, modele, prognozy, zachęcając do udziału w debacie nie tylko obu komitetów naukowych PAN, ale także zaproszonych naukowców z całego kraju, i to kilku pokoleń. Byli bowiem w Pałacu Staszica w Warszawie zarówno wybitni uczeni, członkowie PAN, zainteresowani debatą dziekani wydziałów i dyrektorzy instytutów pedagogicznych polskich uniwersytetów oraz akademii, jak i młodzi doktorzy i doktoranci. Konferencję otworzył Prezes Polskiej Akademii Nauk, a zarazem Przewodniczący Komitetu Prognoz Polska 2000 Plus prof. Michał Kleiber, podkreślając wagę tej debaty z udziałem ekspertów. Na łamach periodyku „Nauka” (2012, nr 3) dał wyraz swojemu stanowisku w artykule pt. Edukacja, nauka i kultura – kluczowe determinanty przyszłości Polski pisząc m.in.:

Do kluczowych problemów stojących przed nami wielu z nas niejako automatycznie zaliczyłoby problematykę gospodarczą oraz międzynarodową. To te dziedziny wydają się głównie kształtować nasze codzienne emocje, obawy i nadzieje. Patrząc w nieco dalszą przyszłość, nie sposób jednak wśród otaczających nas problemów i pytań domagających się mądrych odpowiedzi i gruntownych analiz nie uznać za kluczową także, a może przede wszystkim, problematykę edukacji, nauki i kultury. Dziedziny te tworzą bowiem ten szeroki sektor życia, którego ukształtowany dzisiaj charakter w znacznej mierze przesądzi o kondycji naszego kraju na wiele nadchodzących dziesięcioleci – wręcz o jego sukcesie bądź porażce rozwojowej. Spróbujmy zasygnalizować choćby parę pytań dotyczących tego obszaru, na które uporczywie musimy dzisiaj szukać właściwych odpowiedzi.

Obrady prowadził wiceprzewodniczący Komitetu Prognoz prof. Jerzy Kleer. Pierwszym referującym był prof. Zbigniew Kwieciński, który skupił swoją uwagę na pilnych kwestiach naprawczych systemu edukacji. Jego wystąpienie miało charakter ważnego wezwania do przemyślenia zasadniczych, całościowych i głębokich zmian systemu edukacji w Polsce, którego podstawą była gruntowana analiza raportu w/w Komitetu pt. Polska 2050. Politykę oświatową w Polsce cechuje - zdaniem profesora - chaos, upartyjnienie, krótkofalowość, rozczłonkowanie oraz pozbawienie jej spójności i konsekwencji, co jest sprzeczne z konstytucyjnymi zasadami demokracji, subsydiarności, równości szans oraz rozdziału państwa i kościołów. Rozbieżność profili kształcenia z potrzebami rozwojowymi społeczeństwa i rynku pracy oraz silna tendencja do powielania i powiększania nierówności społecznych w oświacie, przesłania propaganda rzekomego sukcesu PISA.

Polska oświata nie ma żadnej koncepcji wychowywania młodych pokoleń, która byłaby nowoczesna i odpowiadała wyzwaniom przyszłości. Dochodzi do tego kryzys rodzicielskiego rozumu (w kuluarach dyskutowano o przypadku nastolatka z tzw. dobrej rodziny, który popełnił w wigilię 2012 samobójstwo) polegający na tym, że dojrzałe pokolenia nie troszczą się o los swoich podopiecznych, w związku z czym po raz pierwszy możemy mieć do czynienia - używając określenia Z. Baumana - z "wyrzuconym pokoleniem". Do tego też wątku nawiązała w swoim głosie prof. Irena Wojnar wskazując na to, jak mało mówimy dzisiaj o młodzieży o jej problemach zderzenia się ekonomicznej tożsamości z przeżywanym przez nią bólem świata i własnej egzystencji.

(fot.2 Prof. Irena Wojnar)


Prof. Zbigniew Kwieciński mówił też o umasowieniu fikcyjnego wykształcenia wyższego, w którym dyplomy nie mają pokrycia ani w kompetencjach kadr je legitymizujących ani w kompetencjach absolwentów. Przełamanie kształcenia akademickiego na trzyletnie "studia" zawodowe i dwuletnie "studia" drugiego stopnia doprowadziło de facto do samobójstwa uniwersytetów. Tego samego dnia media informowały o wypowiedzi Prezydenta B. Komorowskiego w czasie odbywających się nominacji profesorskich, że trzeba przyspieszyć proces konsolidacji polskich wyższych uczelni publicznych, gdyż tylko w ten sposób będą one mogły sprostać konkurencji w świecie nauki.

Tego dnia zderzyły się ze sobą dwa odrębne światy stawiania diagnoz i rozwiązywania problemów. Zdaniem Prezydenta (...)mamy ponad 100 wyższych uczelni publicznych i ponad 300 niepublicznych, ale nie zajmują najwyższych lokat w światowych rankingach. Najlepsza z nich na tak zwanej liście szanghajskiej znalazła się w czwartej setce. „To dla nas zła wiadomość” . Tymczasem prof. Andrzej P. Wierzbicki przytaczał empiryczne dane na temat rzeczywistych powodów pozornej tylko niezdolności polskich uczonych do rywalizowania z naukowcami świata. Po pierwsze, ocena tego poziomu zależy od tego, jakimi będziemy operować wskaźnikami. Nie jest bowiem prawdą, że to polska nauka jest niewydajna czy nieskuteczna (jak to często sugerują międzynarodowe firmy doradcze, którym zresztą wcale nie zależy na dobrej opinii o nauce polskiej): jeśli mierzyć jej skuteczność nawet tak prymitywnymi wskaźnikami, jak stosunek przeciętnej liczby cytowań prac badaczy polskich do finansowania nauki jako procentu PKB, to nauka polska okazuje się bardzo skuteczna. Po drugie, profesor udokumentował, że od 1991 r. finansowanie badań naukowych przez państwo w ciągu ostatniego dwudziestolecia z przyczyn doktrynalnych pozostawało poniżej progu, którego przekroczenie sprzyjało kumulacji zjawisk patologicznych. Ten stan rzeczy nadal się utrzymuje, a nawet pogłębia (m.in. przez patologiczną ocenę parametryczną osiągnięć naukowych, przez degradację i zanik funkcji badawczych uniwersytetów i spadek prestiżu nauczyciela akademickiego).

Prof. Stefan. M. Kwiatkowski - wiceprzewodniczący KNP PAN mówił o dysfunkcjach kształcenia zawodowego w szkołach ponadgimnazjalnych, o braku doradztwa zawodowego już na poziomie kształcenia gimnazjalnego, o nieodpowiedzialnym zamykaniu szkół zawodowych i zniechęcaniu młodzieży do pobierania w nich nauki, o nieuzasadnionym z punktu widzenia całości procesu kształcenia skupianiu uwagi głównie na jego efektach, a pomijaniu sfery teleologicznej, metodycznej i organizacyjnej, w tym braku powiązań edukacji zawodowej z przemysłem i sektorem usług, braku nowoczesnego sprzętu w warsztatach kształcenia zawodowego czy przesadnym skupianiu się na edukacji algorytmicznej, a pomijaniu kreatywnej, proinnowacyjnej, itd. itd. Każdemu z ogniw procesu kształcenia zawodowego profesor przyporządkował zaniedbania, braki, absurdy, które czynią tę edukację nieskuteczną, a nawet toksyczną.

Już ta część obrad wywołała dyskusję, na którą było dużo czasu, dzięki czemu głos zabierali wsłuchujący się w referaty uczestnicy obrad. Dr hab. Mariusz Jędrzejko przywołał wstrząsające wyniki badań na temat złej sytuacji w szkolnictwie publicznym, gdzie aż 87% dyrektorów szkół przyznaje się do "przepychania" uczniów ostatnich klas (szkoły podstawowej i gimnazjum), by mieć wyższą ocenę jakości pracy szkoły! Aż 15% młodzieży szkolnej nie ma żadnego wsparcia w środowisku rodzinnym, toteż w wyniku przymusu szkolnego stanowią potencjał oporu i kontestacji procesów wychowawczych w szkołach. Nauczyciele - zdaniem tego badacza - są załamani łączeniem oddziałów szkolnych, by oszczędzać na kosztach publicznej edukacji. Kiedy jednak odwołał się do wyników swoich diagnoz, w świetle których dla 73% młodzieży Internet - a nie szkoła - jest głównym źródłem wiedzy, zaś tylko 4% nauczycieli korzysta w edukacji z elektronicznych technik dostępu do źródeł wiedzy i jej przekazu, to tylko utwierdził zebranych w znanej już tezie socjologów o radykalnym powiększaniu się dysonansu między nauczycielami a ich uczniami.

Nawiązał do tego wątku prof. APS Maciej Tanaś, wskazując na to, że bez znajomości technologii informacyjno-komunikacyjnych nie sposób dzisiaj jest rozumieć świat, w którym nauczyciele powinni przygotowywać młodzież do odkrywania własnego człowieczeństwa, do myślenia w sytuacji, gdy w wyniku postępu padają kolejne mity. Natomiast prof. APS Andrzej Ciążela pytał: po co młodzieży system edukacji, skoro ona i tak żyje własnym życiem, podporządkowywanym nie kulturze, a funkcjom biologicznym, hedonizmowi i przemysłowi konsumpcyjnemu?

Poznańscy naukowcy - prof. Maria Dudzikowa i prof. Kazimierz Denek mówili o pozorach edukacji i klęsce humanistycznego kształcenia w wyniku zaniedbania sfery aksjologicznej edukacji i weryfikowania poziomu wiedzy oraz umiejętności uczniów za pomocą testów, a więc orientowania pomiaru jakości kształcenia jedynie na efekt. O reagowaniu pedagogów na iluzje, pozory, fałsze, mity w polityce oświatowej mówiła prof. M. Dudzikowa przywołując najnowszą serię naukowych ekspertyz KNP PAN w serii wydawniczej "Palące problemy" polskiej edukacji. Naukowcy powinni zająć bardziej stanowczą postawę protestu wobec kolejnych "reform urzędniczych" - mówił prof. APS Franciszek Szlosek - także związanych z wdrażaniem w szkolnictwie wyższym systemu bolońskiego.

(fot.3. Prof. APS Franciszek Szlosek)


Także ten głos został wsparty przez jednego z członków PAN, który mówił o zadziwiającym syndromie bezradności czy nieumiejętności manifestowania przez środowisko naukowe akademickiej solidarności w sprzeciwie na niszczenie przez neoliberalną politykę universitas. Pytał zatem: co zrobić, byśmy jako naukowcy nie dali się "wyłuskiwać" władzy do służenia szkodliwym celom. Był też głos praktyków, nauczycielki Zofii Grudzińskiej zmagającej się na co dzień z patologiami polskiej oświaty, która potwierdziła, że obowiązujące rozwiązania karzą nauczycieli za ambicję, zaangażowanie, a promują pozoranctwo. Zamyka się szkoły, w których pedagodzy pracują z młodzieżą trudną, mająca problemy egzystencjalne i doświadczającą wykluczenia społecznego, gdyż jej niższe wyniki na egzaminach zewnętrznych obniżają ocenę jakości pracy szkoły. Może należałoby zwołać Sejm Edukacyjny, by zacząć wreszcie mówić o realiach polskich szkół publicznych i dewiacyjnej polityce MEN.

Jeszcze w tym roku Komitet Prognoz "Polska 2000 Plus" wyda tom z referatami, których nie sposób w tym miejscu szczegółowo omawiać. Zachęcamy uczestników tej debaty do nadsyłania na elektroniczny adres Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN swoich wystąpień, głosów w dyskusji, by zarejestrować nie tylko jej ślad, ale i znaczenie dla polskiej edukacji, nauki i szkolnictwa wyższego.



środa, 23 stycznia 2013

Kodeks założyciela wyższej szkoły prywatnej

Pomóżmy opracować założycielom wyższych szkół prywatnych Kodeks etyki, by mogli w jego przestrzeganiu dać dowód swojej odpowiedzialnej służby na rzecz środowiska wyższych szkół zawodowych, kraju, czy nawet cywilizacji. W tym roku odbędzie się już XVII Ogólnopolska Konferencja „Etyka w życiu gospodarczym”. Tegoroczna debata odbędzie się w Łodzi w dniach 16-17 maja 2013 r. w Centrum Szkoleniowo-Konferencyjnym Uniwersytetu Łódzkiego przy ulicy Kopcińskiego 16/18. Może ktoś chciałby w czasie tej konferencji przedstawić projekt takiego Kodeksu, który zostałby wypracowany w ramach debaty publicznej z udziałem zainteresowanych? Może mógłby on brzmieć m.in. tak:

Ja, założyciel prywatnej wyższej szkoły zawodowej, mając na uwadze doniosły wpływ kształcenia w szkolnictwie wyższym na jakość ludzkiego życia, żywię przekonanie, iż stanąłem przed szansą, która przez wieki była mi niedostępna i elitarna, bowiem korzystała z niej partyjna nomenklatura okresu PRL. Po ponad dwudziestu latach budowania kapitalizmu i wolnego rynku pojawiła się wreszcie możliwość zmiany stosunków społecznych i gospodarczych.

Tą szansą jest możliwość prowadzenia prywatnej wyższej szkoły zawodowej. Wierzę, że ten kodeks posłuży za dowód świadomości mojego niezwykłego oddania, a także poczucia odpowiedzialności wobec całej cywilizacji.

Będąc wiernym powinnościom biznesmena i wartościom społecznym, historycznym i narodowym, mając świadomość odpowiedzialności za stan konta szkoły, zobowiązuję się do przestrzegania zasad etycznych i stosowania się do najwyższych standardów akademickich oraz deklaruję, iż będę:

- kierować się fundamentalnymi zasadami moralnymi i etycznymi, będącymi podporą płynnej rzeczywistości (za Zygmuntem Baumanem), w której wszyscy funkcjonujemy.

- przestrzegać obowiązującego prawa, a w szczególności ustawy - Prawo o szkolnictwie wyższym, Kodeksu Pracy, Prawa Podatkowego, Prawa Autorskiego, Prawa o Spółkach i Stowarzyszeniach oraz innych aktów prawnych obowiązujących w naszym kraju.

- przeciwdziałać wszelkim plotkom, intrygom, złej atmosferze międzyludzkiej, by wszystkim żyło się dobrze, a szkoła rosła w siłę i potęgę;

- zatrudniać pracowników, którzy będą potrafili codziennie okazywać swoją wdzięczność
i lojalność, posłuszeństwo i dyspozycyjność, będą gotowi do poświęcenia własnego życia osobistego, rodzinnego, a przede wszystkim - naukowego.

- dbać o godność osobistą, przeciwdziałać mobbingowi i walczyć z cyberbullyingiem.

- poszerzać wiedzę na temat skutecznego zarządzania pracownikami, by zdobytą wiedzę z tego zakresu wykorzystywać dla dobra Kraju i społeczeństwa.


Może jeszcze coś Państwo dodacie? Chyba brakuje tu czegoś o kancie albo o Kancie...



wtorek, 22 stycznia 2013

Pedagogika specjalna ma kolejnego samodzielnego pracownika naukowego


W minionym tygodniu odbyło się kolokwium habilitacyjne na Wydziale Nauk Pedagogicznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu pani dr Ditty Baczały. Jak informuje środowisko tej uczelni, wypromowana już doktor habilitowana jest z wykształcenia pedagogiem specjalnym, nauczycielką – wychowawczynią w nowo utworzonej placówce dla dzieci i młodzieży z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym, znacznym i głębokim. Oprócz upośledzenia umysłowego jej podopieczni są dotknięci dodatkowo: epilepsją, głuchotą, zaburzeniami mowy, ślepotą, autyzmem, porażeniami i niedowładami kończyn, chorobami psychicznymi.

Przed takimi wyzwaniami stają absolwenci studiów w tej dyscyplinie nauk pedagogicznych: jedni nie zawsze świadomi ogromnej odpowiedzialności za wspomaganie w codziennym życiu osób wielokrotnie dotkniętych nieszczęściem, inni - poszukujący rozwiązań w nauce i doświadczeniu starszych specjalistów. Nie jest to moja dyscyplina naukowa, toteż zawsze z dużym szacunkiem i podziwem odnoszę się do wykształconych w tym zakresie specjalistów, naukowców, którzy chcą nie tylko badać, ale i działać na rzecz osób niepełnosprawnych. W ostatnich latach wyłoniła się w Polsce bardzo liczna i silna już reprezentacja naukowców, doktorantów, doktorów, samodzielnych pracowników naukowych i profesorów, którzy wnoszą wsparcie tak nauce, jak i praktyce. Jak pisze o tym toruńska pedagog:

Do smrodu, śliny, nachalnej stereotypii ruchowej, krzyków można się przyzwyczaić. Nie trzeba lubić fizjologicznych patologii i psychicznych zaburzeń. Po pewnym czasie odbiera się je inaczej. Dzieci są szczere, infantylnie otwarte, chętne do pracy i podejmowania wysiłku. Upośledzenie umysłowe tym różni się od innych niepełnosprawności, że człowiek nim dotknięty nie jest jego w pełni świadomy.


W swojej rozprawie habilitacyjnej pt. „Niepełnosprawność intelektualna a kompetencje społeczne” Ditta Baczała zajęła się czynnikiem warunkującym - jej zdaniem - rozwój społeczny osób z niepełnosprawnością intelektualną w stopniu umiarkowanym i znacznym, jakim są ich kompetencje społeczne. Te zatem uznała nie tylko za determinantę ich rozwoju, ale jednocześnie za jego przejaw i główny czynnik kształtujący autonomiczność tych osób. W swoich badaniach, jak to opisuje, przede wszystkim skoncentrowała się na problematyce samych kompetencji społecznych i niepełnosprawności intelektualnej w nowej, humanistycznej przestrzeni życia badanych osób.

Konceptualizację jej badań i sposób ich przeprowadzenia pozostawiam do oceny specjalistów, bo ci będą się na ten temat wypowiadać nieustannie, niezależnie od tego, czy praca stała się przedmiotem awansu naukowego, czy też nie. Taki już jest los badacza, że opublikowane przez niego wyniki stają się przedmiotem debaty, krytyki czy mniej lub bardziej wyraźnego zachwytu. Jak będzie tym razem? Zobaczymy.

Pisałem wcześniej o tym, że mamy w kraju kilka bardzo dobrych czasopism lokujących swoje rozprawy w obszarze pedagogiki specjalnej. Naukowe prace monograficzne i periodyki z tej dyscypliny wydają: najstarsza i najlepsza uczelnia w tej dyscyplinie - Akademia Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie; Wydział Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu, Wydział Nauk Społecznych w Gdańsku, Wydział Nauk Pedagogicznych UMK w Toruniu i Wydział Etnologii i Nauk o Edukacji Uniwersytetu Śląskiego w Cieszynie. Zachęcam do ich czytania, prenumerowania, a także do zamieszczania na ich łamach własnych opinii, nowych tez czy analiz krytycznych, gdyż tylko w ten sposób ostrzeżemy jednych przed powtarzaniem błędów, a innych wzmocnimy w zasadności działań praktycznych i naukowo-badawczych.


Przy tej okazji informuję, że trwają przygotowania do VI Międzynarodowej Konferencji Miejsce Innego we współczesnych naukach o wychowaniu - Inny w przestrzeni społecznej, która odbędzie się w Obrzycku w dn. 8-9 kwietnia 2013 roku pod patronatem Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk.

Konferencję organizują po raz szósty prof. zw. dr hab. Iwona Chrzanowska i dr hab. Beata Jachimczak z Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu. Tegoroczne spotkanie i dyskusje o inności we współczesnym świecie będą jak zwykle interdyscyplinarne, toteż zaproszenie adresowane jest do całego środowiska pedagogów i przedstawicieli nauk pokrewnych.

Hasłem przewodnim tegorocznej konferencji jest dostrzeżenie i określenie miejsca Innego w przestrzeni społecznej. Interesująca będzie w tej debacie teoria i praktyka relacji z Innym, proces kształcenia, wychowania, komunikacja, koegzystencja ujęte w analizach teoretycznych i wynikach badań, które mogą stać się podstawą korzystnych zmian społecznych, zmian poglądów i postaw.

Zgłoszenia można przesłać pocztą drogą mailową: b.jachimczak@gmail.com
lub na adres :

Uniwersytet Adama Mickiewicza w Poznaniu
Zakład Pedagogiki Specjalnej
Tel. 604 123 558
Konferencja Miejsce Innego…
ul. Szamarzewskiego 89
60- 568 Poznań



UNIWERSYTET MIKOŁAJA KOPERNIKA w Toruniu - Wydział Nauk Pedagogicznych, Katedra Pedagogiki Specjalnej zaprasza na Międzynarodową Konferencję Naukową pt. "Osoba z niepełnosprawnością we współczesnej rzeczywistości społecznej ? ukierunkowania i możliwości wspomagania rozwoju" - UMK, Toruń 11.-12. września 2013 roku.

Organizator zaprasza do udziału w kolejnej konferencji naukowej na temat: Osoba z niepełnosprawnością we współczesnej rzeczywistości społecznej. Tematyka konferencji jest kontynuacją dyskursu, jak również teoretycznych i praktycznych analiz, obejmujących aktualne problemy współczesnej pedagogiki specjalnej oraz innych dyscyplin i subdyscyplin wiedzy, angażujących się w sferę wspomagania osoby z niepełnosprawnością, podjętych na poprzednich konferencjach organizowanych przez Katedrę Pedagogiki Specjalnej Wydziału Nauk Pedagogicznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu w roku 2009 oraz 2011.

W czasie konferencji będzie dyskusję odniesiona do ważnych i aktualnych problemów edukacji, rehabilitacji, wspomagania rozwoju osób z niepełnosprawnością w stale zmieniającej się rzeczywistości społecznej, z ulokowaniem tych problemów w obszarze opieki, terapii i wsparcia.

Komitet Organizacyjny Konferencji:

1. Prof. dr hab. Marzenna Zaorska - UMK w Toruniu (przewodnicząca Komitetu Organizacyjnego), mzaorska@umk.pl

2. Dr Beata Borowska-Beszta (sekretarz konferencji), e-mail: borbesz@umk.pl

3. Dr Anna Grabowska-Dąbek (sekretarz konferencji), e-mail: agrabowska2@wp.pl

4. Dr Monika Dąbkowska (sekretarz konferencji), e-mail: Monika.Dabkowska@umk.pl

5. Dr Hanna Rudomska (sekretarz konferencji), email: harud@wp.pl

poniedziałek, 21 stycznia 2013

Jak to familie walczą o ratunkowe przejęcie szkoły publicznej


Problem przejmowania szkół przez podmioty prywatne czy społeczne (stowarzyszenia, fundacje, organizacje itp.) rodzi emocje i stawia znaki zapytania, o co w tym wszystkim chodzi? Czy jest to droga do prywatyzowania majątku szkolnictwa publicznego? Jeśli tak, to gminom czynić tego nie wolno, gdyż nie zezwala im na to prawo. Krążące zatem tu i ówdzie opinie, plotki, że jakaś organizacja chce przejąć małą szkołę, by się na tym wzbogacić, wynikają z fałszywej przesłanki. Może co najwyżej dołożyć i stracić, ale na pewno na tym nie zyska.

Skąd zatem taka burza w szklance łódzkiej wody? Skąd nagle atak na władze miasta, które zmuszone do łączenia, wygaszania i/czy likwidowania małych szkół, stawiają swoim mieszkańcom pytanie - a z czego mamy to utrzymać? Kto da na to pieniądze, bo przecież wiadomo, że szkoła - nie spełniająca odpowiedniego progu minimalnej liczby uczniów - nie otrzyma pełnej dotacji z budżetu na prowadzenie w niej edukacji? Z czego mają utrzymać taką szkołę samorządy? Z własnej kieszeni, z diety radnych lewicy, prawicy czy PO, czy może zaciągnąć na to kredyt? Kogo to obchodzi? Chcieli rządzić, to niech się martwią, a opozycja jest od tego, by wytykać władzy na każdym kroku jej ... no właśnie, co? - potrzebę utrzymania dyscypliny budżetowej, przestrzeganie prawa, poszanowanie tradycji?

Opozycja żyje z intryg, knowań, podejrzeń, oskarżeń, insynuacji, ale także mówienia znanej sobie prawdy, dzielenia się informacją zwrotną o tym, co jest jej wiadome, jak postrzega zagrożenia, straty czy porażki. Gorzej, kiedy to wszystko przekracza granice norm społeczno-moralnych, kiedy usiłuje się w sposób sztuczny konstruować i narzucać innym własną, nastawioną na niszczenie i destrukcję wizję własnych postaw czy działań.

Mamy w Łodzi sytuację nie jednej tzw. małej szkoły, która - zdaniem władz samorządowych - musi wyjść spod finansowania gminy i zostać przejętą przez zainteresowany tym podmiot zewnętrzny, albo będzie zamknięta. Rodzice uczniów, mimo wiedzy na ten temat od dwóch lat, ciągle liczyli na to, że "jakoś to będzie", że tu i tam się pokrzyczy, pochodzi z transparentami na sesje Rady Miasta, postraszy władze opozycyjną lewicą czy prawicą, napuści dziennikarzy i nadal będzie można na koszt mieszkańców utrzymywać przy życiu szkołę z pieniędzy publicznych. Kiedy jednak zorientowali się, że determinacja władz miasta jest duża, a została wyrażona opublikowaniem oferty przejęcia tej szkoły przez podmiot zewnętrzny, postanowili ruszyć do ataku... na zainteresowaną zainwestowaniem w tę placówkę jedną z Fundacji - "Familijny Poznań" jako tę, która zagraża oświatowemu bytowi. Postanowili zatem, dopiero w tym momencie, założyć własne stowarzyszenie, by szkołę przejąć we własne ręce, tzn. ręce stowarzyszenia, którego członkami zapewne będą rodzice uczniów uczęszczających do tej szkoły. Oby wytrwali w swojej misji, kiedy ich dzieci przejdą do gimnazjum, a trzeba będzie rozstrzygać o losach już obcych sobie dzieci.

Bardzo dobrze. Gorąco to popieram. Rodzice drodzy, bierzcie tę szkołę w swój zarząd i zróbcie z tej placówki fantastyczną oazę edukacji, wyspę dziecięcej szczęśliwości i rodzicielskiej satysfakcji. Niech wreszcie powstanie w Łodzi taka szkoła przejęta przez rodziców dzieci, którzy będą mieli na to własny kapitał finansowy (nie ma dwóch zdań, będą musieli do tego dołożyć, i to dużo), kapitał ludzki (koniecznie trzeba zatrudnić czy utrzymać na dotychczasowych etatach nauczycieli, oby wybitnych, jak najlepszych i bez osłony Kartą Nauczyciela) no i kapitał infrastrukturalny (pamiętajcie o remontach, dogrzewaniu, oczyszczaniu i wywozie śmieci itp.).

Doprawdy, nie trzeba szukać wroga czy wilka w otoczeniu, oskarżając go o atak, chęć zaboru, skoro chce się samemu ratować placówkę. No to ratujcie! Jestem ZA. Ani mnie to parzy, ani nęci, a piszę to jako członek rady poznańskiej Fundacji. Nikt wprawdzie mnie nie pytał, co o tym sądzę, ani też nie prosił o jakąkolwiek w tej sprawie reakcję. Podoba mi się wieloletnie doświadczenie w prowadzeniu przez tę fundację przedszkoli. Są też takie w Łodzi i województwie. Nie słyszałem, by były jakiekolwiek skargi czy problemy, może poza drobną zawiścią konkurencji, ale to jest czymś naturalnym.

Nie jestem ani pracownikiem, ani jakkolwiek gratyfikowaną osobą w radzie "Familijnego Poznania". Gdyby mnie zapytano, co sądzę o tym konflikcie, to odradzałbym jakiekolwiek zaangażowanie w ratowanie jakiejkolwiek łódzkiej szkoły, która musi być zamknięta z powodu zbyt małej liczy uczniów. W systemie pomocowym obowiązuje fundamentalna zasada - pomagaj tym, którzy tego pragną, a jak cię nie chcą, to nie ubolewaj z tego powodu, bo inaczej będzie to świadczyło o tym, że masz inne zamiary.

Przejmowanie tzw. „małych szkół” przez stowarzyszenia społeczne, organizacje pozarządowe jest jednym z możliwych rozwiązań tego problemu, o ile te w sposób odpowiedzialny traktują jego rozwiązanie, a więc nie wietrzą w tym szansy na ukrytą formę prywatyzacji mienia publicznego na cele pozaoświatowe. Tu samorządy mogą przecież wprowadzić prawne zabezpieczenia, by nie pozbywając się w ten sposób materii, zachować szkoły jako coś więcej niż tylko budynki do utrzymania. Istnieje też uzasadniona obawa, czy w wyniku silnych emocji rodziców i ich dzieci na rzecz obrony „własnej” szkoły powołane do jej prowadzenia stowarzyszenie utrzyma się na powierzchni dłużej, niż pobyt dzieci w tej placówce najbardziej aktywnych jego członków?

Czy rodzice stający w obronie szkoły, by ta nie została przejęta przez jakąś organizację pozarządową mają świadomość tego, że każde takie przejęcie, niezależnie od tego, kto tego dokonuje, wiąże się z koniecznością prowadzenia działań organizacyjnych związanych z bieżącym funkcjonowaniem placówki, wypracowywaniem w niej procedur postępowania, identyfikowania jej potrzeb i ich zaspokajania, rozwiązywania konfliktów wewnątrzszkolnych i finansowania kadr nauczycielskich oraz administracyjno-technicznych? Samorządy mogą przecież organizować i finansować szkolenia dla rodziców zainteresowanych tworzeniem stowarzyszeń, które przejmowałyby szkoły publiczne jako ich nowy organ prowadzący.

Jest to lepsza droga niż wchodzenie w konflikt z mieszkańcami na zasadzie, że władza ma zawsze rację, kiedy nie ma pieniędzy. Czyż to nie samorządy powinny być zainteresowane wspieraniem ruchów samoorganizacji obywatelskiej, które są naturalnym ogniwem demokracji partycypacyjnej? Dlaczego nie powołuje się miejskich rad oświatowych, by oddolnie rozpoznawać potrzeby i zagrożenia, tworzyć przestrzeń do szerokiego uczestniczenia obywateli w procesach przygotowywania, podejmowania i kontroli decyzji politycznych w środowisku lokalnym, które w możliwie optymalnym zakresie uwzględniałyby realizację praw i interesów obywateli?

Można także zastanawiać się nad tym, czy istniejących szkół publicznych nie przekształcać w centra – sieci autoedukacji dla lokalnej społeczności z możliwością finansowania organizowanych w nich w czasie pozalekcyjnym, zajęć oświatowych dla różnych wiekowo grup mieszkańców. Może warto byłoby zbliżyć się do ludu i część wolnych pomieszczeń szkolnych przeznaczyć na cele publicznej dostępności dla mieszkańców administracji samorządowej. Chyba lepiej jest ratować szkoły, nawet w ich części, niż remontować kolejne budynki dla potrzeb samej administracji. W miastach działa szereg organizacji, fundacji, stowarzyszeń, które nie posiadają swoich lokali, siedzib, a mogłyby ze składek członkowskich i prowadzonej działalności gospodarczej wynajmować wolne pomieszczenia szkolne do czasu, kiedy nadejdzie kolejny wyż demograficzny i znowu będzie za mało sal lekcyjnych.

Przez wieki szkoła kumulowała doświadczenia dotyczące jej relacji kulturowych w obszarze wewnętrznych wpływów między nauczycielami-uczniami i ich rodzicami a pracownikami administracyjno-technicznymi (często postać woźnej/woźnego była bardziej znacząca od kierownictwa szkoły u zarania pojawiających się w jej przestrzeni konfliktów postaw czy zachowań), więzi ze środowiskiem lokalnym, jego grupami społecznymi i instytucjami. Dzisiaj musi "walczyć" siłami zainteresowanych nią osób o swoje istnienie, przetrwanie czy rozwój.

niedziela, 20 stycznia 2013

Konfliktogenna troska o szkoły publiczne


W samorządach polskich pracuje ćwierć miliona osób, a więc o ponad 70 tys. więcej niż w administracji państwowej, bo ta zatrudnia ok. 180 tys. urzędników. Jeśli połączymy te dwie liczby administrowania polskim państwem, jego publiczną infrastrukturą, powoływanymi spółkami z udziałem Skarbu Państwa, spółkami gminnymi, placówkami pomocy socjalnej, oświaty, kultury i służby zdrowia itp., to możemy zastanawiać się nad tym, czy ta armia ludzi właściwie wywiązuje się ze swoich zadań.

Trwająca od kilku lat polityka zamykania szkół przyjmuje już ekstremalnie patologiczną formę, gdyż przestają się w niej liczyć kluczowe dla jakości edukacji, kształcenia i wychowywania młodych pokoleń procesy pedagogiczne, społeczne, psychologiczne, kulturowe, zdrowotne i związane z bezpieczeństwem uczniów, a liczą się tylko i wyłącznie czynniki ekonomiczne. Nikt nie chce już racjonalnie spojrzeć na zależność jednych od drugich, na współwystępowanie w konflikcie wartości materialnych , mierzalnych, policzalnych z niewymiernymi, ale za to po pewnym czasie już dającymi policzalny kapitał w życiu ludzi i społeczeństwa.

Nie jest prawdą, że współczesna makroekonomia nie bierze pod uwagę konieczności wydatkowania niewspółmiernych kosztów na edukację w stosunku do jej doraźnej opłacalności, gdyż taka w ogóle nie istnieje. W żadnym państwie rozwiniętym gospodarczo nie można określić na dany moment opłacalnego poziomu koniecznego ponoszenia kosztów na publiczna edukację, gdyż zyski z jej właściwego poziomu, efektów, tzw. wartości dodanej do kapitału ludzkiego są rozpoznawalne dopiero po kilkunastu latach od wejścia na ścieżkę kształcenia małego dziecka. Zamykanie szkół nie jest procesem bezkosztowym, a przy tym nikt nie chce nawet dokonać wyliczeń strat pozornie tylko pozabudżetowych, jakie wiążą się z nim na dłuższą metę.

Polityka likwidowania, zamykania szkół tylko dlatego, że są one w zbyt dużych powierzchniowo budynkach publicznych przy zbyt małej liczbie osób, które z nich korzystają na co dzień, wymaga odpowiedzi na pytanie, jaka jest strategia funkcjonowania i rozwoju edukacji w województwie, powiecie, mieście i gminie? Kto to liczy? Kto analizuje wszelkie, a kluczowe dla podejmowanych decyzji procesy? Jaki jest stan świadomości społecznej utrzymywania szkół z uwzględnieniem jednak wszystkich wymiarów ich funkcjonowania, a więc nie tylko jako budowli wymagających ogrzania, oświetlenia, skanalizowania, zabezpieczenia przed włamaniami, itp., itd., ale tego, co jest dla i w nich de facto najważniejsze, to znaczy dla procesów rozwojowych dzieci i młodzieży.

Odnoszę wrażenie, że uczniowie w ogóle są samorządom i władzy państwowej niepotrzebni, stanowią jakąś kulę u nogi, której trzeba się pozbyć, wtłoczyć ich w jakieś szkoły-kontenery, by tuczyć jak trzodę w klatkach, podając regularnie wiedzę, którą mają wydalić na zawołanie w czasie testów. Nie są ważne już żadne procesy: historia szkoły, jej tradycje, zwyczaje, przez wiele lat wypracowywana przez kolejne generacje pedagogów kultura współżycia, nie są już istotne przekazy wartości międzypokoleniowych, swoiste rozwiązania organizacyjne, metodyczne czy programowe, gdyż wszystko to można zlikwidować jedną decyzją radnych, bezradnie stojących w obliczu zbyt małego budżetu na pokrycie wszystkich, koniecznych wydatków.

Jeszcze w latach 90. XX w. pojęcie „mała szkoła”, czyli zbyta mała, by mogły ją utrzymać władze publiczne, dotyczyła jedynie szkół wiejskich liczących do 30 uczniów. Mieszkańcy lokalnych społeczności protestowali, bowiem ich dzieci, a dotyczyło to głównie szkół podstawowych, musiały rozpocząć nową drogę „pod górkę” własnej edukacji, a więc dojeżdżać do większych szkół-budynków, które nie były już ich szkołami.

We wsiach zaczął zanikać ruch kultury lokalnej, ludowej, bo przecież sale małych szkół były przed ich likwidacją miejscem do spotkań kół gospodyń wiejskich, emerytów, działalności drużyn zuchowych i harcerskich, aktywności klubowej, a nawet sportowej. W nich można było organizować zawody, spotkania z ciekawymi ludźmi, wieczorki czy zabawy w okresie wolnym od zajęć szkolnych. To w nich można było szybko zorganizować spotkanie małej społeczności, by coś wspólnie przedyskutować, uzgodnić z punktu widzenia interesu całej społeczności. Wszystko to zostało zniszczone, zredukowane do „zera”, często wyprzedane na hurtownie lub rozkradzione.

W wielkich miastach tego tak nie widać, bo jest w nich więcej budynków szkolnych, niż w małej społeczności wiejskiej czy małomiasteczkowej. Tu likwidacja kilku szkół, chociaż wywoła protest społeczny, spotyka się z pełnym przyzwoleniem masy dziesiątek czy setek tysięcy mieszkańców, bo przecież problem ten dotyczy tylko nielicznych. Zawsze można powiedzieć, że w istniejącej sieci szkół o kilka czy kilkanaście ulic dalej znajduje się inna szkoła, do której można wpakować jak „sardynki:” do puszki uczniów z likwidowanej placówki, by zaoszczędzić ekonomicznie. Wszystko to toczy się kosztem wspomnianych powyżej procesów pedagogicznych, społeczno-kulturowych itp. Uruchamiane jest błędne koło, z którego – jak się wydaje – nie ma już żadnego, dobrego wyjścia.

Sprawujący władzę państwową i parlamentarną, a więc decydenci także finansowi, budżetowi planują i ustanawiają niskie nakłady na oświatę, w tym na utrzymanie, konserwację, ale i tworzenie nowej infrastruktury szkolnej, (bo przecież są miejsca w kraju, gdzie się buduje przedszkola i szkoły), stawiając pod ścianą samorządy jako organy prowadzące przedszkola i szkoły, poradnie i placówki opieki specjalnej itp. Przy centralistycznym modelu zarządzania oświatą przez MEN i większości parlamentarnej można jeszcze upchnąć dwa razy więcej zadań na samorządy w ramach tego samego poziomu przyznawanych im wg algorytmu środków, by te stawały się czynnikiem wykonawczo-egzekucyjnym wobec swoich mieszkańców, obywateli. Gminy od wielu już lat pokrywają ponad poziom otrzymywanej subwencji co najmniej 1/3 kosztów na prowadzenie przedszkoli i szkół , a niektóre wydają na te zadania nawet powyżej 50% środków własnych.

Oczywiście samorządy mogłyby zacząć się buntować, uruchamiać ruch protestu obywatelskiego, ale większość tego nie czyni, ponieważ są upartyjnione i nie będą prowadzić polityki przeciwko własnym mocodawcom, którzy wystawili ich na listach wyborczych i zapewnili im władzę terenową. Najłatwiej jest zrzucić ten problem na jego ofiary, czyli uczniów i ich rodziców. Niech oni się martwią tym, że będzie dalej do szkoły, ze będzie to już inna szkoła, że nie jest ważne to wszystko, co takim było dotychczas. Tylko nieliczne samorządy jako środowiska apartyjne są w stanie prowadzić niezależną politykę, chociaż – niestety – też są skazane na wspomniane ograniczenia budżetowe. Szukają jednak rozwiązań, które pozwalają im wspólnie z obywatelami, ze swoimi wyborcami rozwiązywać problemy w taki sposób, by nie niszczyć wartości kulturowych, społecznych, symbolicznych, a więc i edukacyjnych.

Może wreszcie polskie społeczeństwo uświadomi sobie, że w wyborach samorządowych nie powinno być miejsca dla kandydatów popieranych przez partie polityczne, by w terenie można było zatroszczyć się o losy jego mieszkańców, a nie kontynuować perfidną, często antyobywatelską i antykulturową politykę interesów partii władzy. Przed nami jeszcze długa droga do uzyskania wolności społecznej, której fundamentem musi być autentyczna, a nie kryptopartyjna samorządność. Tymczasem w wielu miastach ich mieszkańcy będą sobie i samorządowym władzom skakać do oczu, bez szans na racjonalne rozwiązanie problemów w wyniku budowania sfery publicznej debaty, ujawniania rzeczywistych powodów zamykania szkół i związanych z tym zysków i strat. To, co dla jednej strony jest korzyścią, dla drugiej jest porażką, stratą.

Administracja – tak ta państwowa, jak i samorządowa powinny pamiętać, że w demokratycznym państwie civil servant (urzędnik) oznacza „sługa obywatelski”, a nie wbrew interesom obywateli rządzący nimi i za nich. Tymczasem odnoszę wrażenie, że władze wolą przyjmować role gubernare. To chyba pomyliły im się ustroje polityczne, kiedy zaprzeczają roli ministrae („sługi”).