sobota, 5 listopada 2016

Telewizja Publiczna atakuje harcerzy!

W tym tygodniu miałem spotkanie autorskie na Wydziale Nauk Pedagogicznych Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie, które skupiło wśród uczestników naukowców i studentów tej Uczelni, którzy nie musieli być związani z harcerstwem, ale w jakiejś mierze byli zainteresowani kulisami mojej harcerskiej drogi do pedagogiki.

Nie spodziewałem się, że akurat najnowsza moja książka pt. "Harcerstwo źródłem pedagogicznej pasji" (Kraków 2016) może wzbudzić zainteresowanie akademickiej wspólnoty na Szczęśliwickiej 40, gdyż w pedagogice i dla pedagogiki inne monografie wydawały mi się ważniejsze. Jak się okazuje czytelnicy (także ci potencjalni) są najważniejsi, bowiem to oni rozstrzygają, czy sięgną po publikację danego autora, czy też ominą ją bez poczucia jakiejkolwiek straty.


Dziekan Wydziału Nauk Pedagogicznych PAS prof. APS dr hab. Maciej Tanaś zainicjował w tym roku cykl spotkań z autorami pedagogicznych książek. Pierwsza autorska debata poświęcone była najnowszej monografii prof. dr. hab. Franciszka Szloska pt. "Tożsamość pedagogiki pracy w kontekście przemian systemowych". Niestety, ze względu na obowiązki w Centralnej Komisji nie mogłem w niej uczestniczyć.

Zachęcam jednak już teraz badaczy interesujących się pedagogiką pracy do lektury książki, która stanowi nowe spojrzenie na tę subdyscyplinę nauk pedagogicznych. Cenię Autora za to, że osadził swoje studia metateoretyczne w szeroko rozumianej humanistyce nawiązując tym samym w nowym wymiarze do klasyka pedagogiki pracy, jakim był niewątpliwie prof. dr hab. Tadeusz Nowacki dhc.


Nie będę przywoływał treści autorskiego spotkania ze mną, które przygotowali i poprowadzili adiunkci dr Sylwia Galanciak i dr Marek Siwicki z Zakładu Edukacji Medialnej APS, gdyż miało ono wspomnieniowy charakter z czasów, kiedy byłem czynnym harcerzem, zastępowym, drużynowym, szczepowym aż po pełnioną funkcję Przewodniczącego Ogólnopolskiej Rady Studenckich Kręgów Instruktorskich ZHP.

Być może nawet nie wspomniałbym o tym w blogu, gdyby nie fakt, że w dniu wczorajszym w głównych "Wiadomościach TVP1" został wyemitowany - moim zdaniem - zmanipulowany materiał z harcerzami w roli głównej.

Przyznam szczerze, że tak niegodnej dziennikarsko manipulacji doświadczałem w okresie stanu wojennego w PRL. Wczorajszy materiał TVP1 dotyczył rzekomej analizy dokumentów dotyczących finansowania z budżetu państwa czy środków publicznych, jakimi dysponowały samorządy terytorialne (w tym przypadku chodziło o Mazowsze) różnych fundacji i stowarzyszeń. Nie pokazano i nie przytoczono żadnego dokumentu, który świadczyłby o naruszeniu przez Stowarzyszenie Harcerskie obowiązującego w naszym kraju prawa. Skupiono się na powiązaniach personalnych polityków z fundacjami i stowarzyszeniami, które - jak stwierdzono - "...każą postawić kolejne pytania".

Jak można w ten sposób niszczyć, dezawuować aktywność organizacji pozarządowych, które miały i mają obowiązek rozliczania się z wszelkich dotacji publicznych. Żadnej z wymienionych w tym programie organizacji tego nie wykazano, ale obrzucono je "propagandowym błotem", by przylepiwszy się do nich odwrócić uwagę od innych zapewne wydarzeń z udziałem obecnej formacji rządzącej.

Nie znam żadnej z tych organizacji, ani ich liderów. Nie mogę jednak uwierzyć w to, że Stowarzyszenie Harcerskie, które w tym roku obchodziło 20-lecie swojej działalności, a będące samodzielną organizacją Śródmiejskich Hufców, miało cokolwiek złego na sumieniu. Wystarczy wejść na stronę tej organizacji, by zobaczyć jak perfekcyjnie przygotowała swoich instruktorów do rozliczania się z dotacji publicznych!

Jak można oskarżać harcerzy o rzekomo "brudne pieniądze", tylko dlatego, że w ramach programu Inicjatywy Młodzieżowe, realizowali zadania edukacyjne wspólnie z instruktorami Okręgu Mazowieckiego ZHR-u, a więc ściśle powiązanego ideowo z rządzącą formacją prawicową? O co chodzi? O dotację dla Stowarzyszenia Harcerskiego w wysokości ... tylko trzymajcie się mocno krzesła, żeby nie spaść z wrażenia ... 37,5 tys. zł.?

Czy któryś z niedouczonych dziennikarzy ma świadomość, że narusza w ten sposób dobre imię społecznej organizacji, szkaluje harcerską służbę tych, którzy zgodnie z prawem uzyskali dotację na statutową działalność? Opracowany i dotowany program wychowawczy został skierowany do młodzieży gimnazjalnej oraz uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Czy rzeczywiście warto, by telewizja publiczna fałszowała rzeczywistość wybiórczymi informacjami, insynuacjami?

Może dziennikarz TVP1 (ciekawe, kto go tak wykształcił) zajrzy na stronę Stowarzyszenia Harcerskiego i Mazowieckiego ZHR - skoro nie raczył porozmawiać z instruktorami obu Związków - i poczyta, na jakie formy spędzenia wolnego czasu, rozwijania zainteresowań młodzieży i jej pasje zostały wydane te środki?

Czy rzeczywiście jest coś złego w tym, że Stowarzyszenie Harcerskie otrzymało dotację od Prezydent m. st. Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz ? A od kogo miało je otrzymać, skoro są to środki samorządu?! Czy popełniono błąd, bo Prezydent Warszawy jest "powiązana" z X-em, Y-ekiem czy Z-etem albo z fundacją "współpracującą" z córką innego X-a itd., itd.?


Dotrwałem do końca tego propagandowego materiału, by dowiedzieć się, że instruktorzy harcerscy popełnili jakiś ciężki grzech prowadząc warsztat "Seksualność młodzieży", którego tematem było:

Pozwalać czy nie pozwalać na spacery wieczorową porą i co się z tym wiąże?
Co zrobić, gdy harcerze oglądają tzw. świerszczyki?
Co zrobić, gdy na obozie dziewczynka po raz pierwszy miesiączkuje?


Doprawdy, to aż tak źle jest z dziennikarstwem w telewizji publicznej??? Czyżby powstawała nowa wersja "Pani Dulskiej"? Wstyd.

To jest kolejny już sygnał o podjęciu przez rządzących polityków działań niszczących w Polsce jeden z fundamentów społeczeństwa obywatelskiego jaki stanowią organizacje pozarządowe, a więc te, których upełnomocnianiem w pierwszych latach transformacji ustrojowej zachwycał się i badał obecny wicepremier rządu, socjolog i ekonomista prof. dr hab. Piotr Tadeusz Gliński. Coraz bardziej żałosny staje się obraz walki politycznej za wszelką cenę, także za cenę demokracji deliberatywnej, partycypacyjnej na rzecz ...?

Politolodzy, socjolodzy, historycy, ale i pedagodzy będą mieli o czym pisać przez najbliższe lata i co badać, by udokumentować dewastację wartości polskiej transformacji przez kolejne rządy - począwszy od 1993 r.

piątek, 4 listopada 2016

Niepokorni "pionierzy" badań w Polsce


W epoce dominującej popkultury, błyskotek, powierzchowności, pośpiechu, płynnej nowoczesności, zamiast Lifelong learning i unikania patologicznej grywalizacji o parametryczny status przetrwania, coraz częściej spotykam się w rozprawach awansowych - doktoratach czy habilitacjach z bezkrytycznym zachwytem początkujących naukowców nad wyjątkowością czy poczuciem pierwszeństwa w "odkryciach naukowych" własnych i/lub ich przełożonych. Ani jednym, ani drugim nie jest to do niczego potrzebne, a jednak postanawiają w ten sposób kogoś dowartościować.

Tygodnik "Polityka" opublikował charakterystyki laureatów i finalistów 16. edycji programu stypendialnego dla aplikujących o pieniądze osób, które potrzebują wsparcia w specyficznym momencie swojej kariery. Chodzi tu o nauczycieli akademickich, którzy "(...) już mają za sobą znaczne dokonania, ale wciąż jeszcze nie są na - by tak powiedzieć - intelektualnym rozruchu, dopiero na dobre sadowią się w świecie nauki, wiją tam gniazdo dla swoich badań, teorii, refleksji." (E.W., Próg dojrzałości, Polityka 2016 nr 44, s. 100).

O jednym z laureatów napisano, że jest w Polsce pionierem badań na określony temat. Urodził się w II połowie lat 80. XX w. i nie wie, że nie jest żadnym pionierem badania czegoś, co było już przed wielu laty diagnozowane i opublikowano wyniki badań. Dzisiaj jednak wielu młodych adeptów nauki nie przeprowadza rzetelnej kwerendy literatury, która wykraczałaby poza ich dyscyplinę naukową, tylko przyjmuje, że skoro w niej nie znaleźli adekwatnych do interesującego ich problemu źródeł, mają prawo do mianowania siebie pionierami badań.

W świecie otwartego dostępu do literatury, bibliotek znacznie łatwiej jest dostrzec, że interesującą nas problematyką badawczą zajmowali się nie tylko przedstawiciele naszej nauki, ale i innych nauk. Tymczasem socjolodzy i psycholodzy z poczuciem nieuzasadnionej wyższości kreują swoje analizy jako odkrywcze. Inna rzecz, że prawdopodobnie niektórzy spotykają się w swoim środowisku akademickim ze strażnikami granic wiedzy zastrzeżonej tylko i wyłącznie dla jej utytułowanych akademików.

W jednym z doktoratów z pedagogiki czytam ze zdumieniem, że promotor dysertacji jako pierwszy zaproponował w polskiej literaturze metodę „X”. Po co pisać o czymś, co nie znajduje potwierdzenia w faktach? Autor rozprawy sam zresztą przywołuje w jednym z rozdziałów innych autorów, których publikacje i rok ich ukazania się przeczą powyższej tezie. Wystarczyłoby napisać, że w analizowanej literaturze okresu od ... do... nie znaleziono żadnych badań na interesujący nas temat.

W humanistyce pierwszeństwo idei, kategorii pojęciowej czy myśli jest bardzo trudne do udowodnienia. Uzdolniona młodzież akademicka, która urodziła się na kilka lat przed transformacją, zdobywała swoją wiedzę w państwie bez cenzury, bez ZOMO, bez bojówek młodych asystentów napadających na mieszkania działaczy KOR-u, bez akcji strajkowych w związku z brakiem dostępu do podstawowych produktów żywnościowych itd., itd. Nie korzysta z bibliotek uniwersyteckich, nie przegląda katalogów przedmiotowych, by dotrzeć do odpowiednich publikacji.

Coraz rzadziej też korzysta z przeglądu roczników czasopism. Najczęściej sięga się do zbiorów w wirtualnym świecie, który wcale nie oferuje względnie rzetelnego obrazu stanu dotychczasowej wiedzy na interesujący nas problem. W grupie trzydziestu doktorantów na pytanie, kto prenumeruje specjalistyczny periodyk, potwierdziły to zaledwie trzy osoby wskazując zarazem tytuł systematycznie czytanego czasopisma.

Ktoś stwierdził, że nie ma takiej potrzeby, gdyż w Polsce oczekuje się przywoływania w studiach teoretycznych przede wszystkim rozpraw monograficznych. Tymczasem w innych krajach przeważają wśród wykorzystywanych źródeł wiedzy artykuły z czasopism naukowych. Jedno nie wyklucza drugiego, ale też nie może prowadzić do wyłączania któregoś z tych źródeł w toku naszych badań. Zaglądam do biblioteki. Czytelnia świeci pustkami i jarzeniówkami.

Brak pokory wobec istniejącego - a nie zawsze dostępnego nam - stanu wiedzy naukowej, pośpiech są czynnikami kryzysogennymi w okresie przygotowywania dysertacji w toku studiów III stopnia. Szczególnie niepokojąca jest samoświadomość doktoranta opracowania błędnego narzędzia diagnostycznego, ale mimo to prowadzenia badań pod ciśnieniem uciekającego czasu, żeby zdążyć, zmieścić się w wyznaczonym terminie.

czwartek, 3 listopada 2016

Odszedł na Wieczną Wartę "Promienisty" hm PL Marian Kierczuk


Tuż przed Świętem Zmarłych dotarła do mnie wiadomość o śmierci także mojego b. komendanta Hufca ZHP Łódź-Bałuty "Promieniści" - Harcmistrza Polski Ludowej Mariana Kierczuka. Należał do tych instruktorów harcerskich, którzy rzeczywiście całym życiem służyli Ojczyźnie przydając bałuckiemu harcerstwu najsilniejszą pozycję wśród wszystkich pozostałych hufców (przynajmniej w tym czasie, kiedy ja byłem czynnym harcerzem a potem instruktorem tego Hufca, czyli w latach 1968-1972).

Ktoś może się zdziwić, że odnotowałem przed nazwiskiem stopień Harcmistrza PL, skoro takowy dzisiaj nie istnieje. Był to jednak najwyższy stopień instruktorski, jaki mogli uzyskać w okresie PRL najlepsi z najlepszych, instruktorzy-instruktorów, zuchowi/harcerscy wychowawcy-wychowawców, komendanci-komendantów. Takim właśnie stopniem był Harcmistrz PL.


Transformacja zniosła ten stopień, skoro skończyła się ustrojowo Polska Rzeczpospolita Ludowa. W moim przekonaniu nadal ma ona miejsce mentalnie i strukturalnie także w dzisiejszym harcerstwie i jego kadrach kierowniczych. Nie jest to jednak właściwy moment, żeby o tym pisać.

Chciałem jednak przypomnieć, że hm PL M. Kierczuk był właśnie takim liderem, twardym w negocjacjach, gdy w grę wchodziło załatwienie spraw kluczowych dla bezpieczeństwa, zdrowia i wyżywienia zuchów oraz harcerzy i ich instruktorów w czasie hufcowych akcji - śródrocznych, zimowych czy letnich.

Nie miałem szczególnych kontaktów z moim ówczesnym Druhem Komendantem, bo byłem drużynowym jednej z najstarszych łódzkich drużyn - 13 ŁDH, a potem 63 ŁDH, komendantem szczepów harcerskich przy 49, 153, 17 i 101 Szkole Podstawowej. Prowadziłem kilkanaście obozów harcerskich, na które dh M. Kierczuk przyjeżdżał jako wizytator, więc miałem okazję zobaczyć Go w różnych rolach i sytuacjach.

Widywałem Druha Komendanta rzadko, bo zawsze stroniłem od władz, tym bardziej w okresie PRL, gdyż te były poddawane - często z własnej woli partyjnej przynależności - silnej indoktrynacji i partyjnym manipulacjom ówczesnego reżimu.


(fot. Strona z kroniki mojej drużyny - 13 ŁDH)

A drużynowy mógł wszystko, mógł jak "wolny ptak" - jeśli tylko chciał, był dzielny i potrafił - realizować ze swoimi podopiecznymi harce, które miały ukryty wobec socjalizmu program (tzn. sprzeczny z obowiązującym wówczas modelem, bo skautowy). Tak więc to raczej dh M. Kierczuk mógł mieć ze mną kłopot, o czym dowiadywałem się w kuluarach, ale nigdy tego nie zdradzał.

Dzięki prowadzonej przez mnie współpracy z b. naczelnikiem skautów na czeskich Morawach mieliśmy wspólnych przyjaciół, dzięki czemu mogłem ćwierć wieku temu odwiedzić Komendanta w jego prywatnym mieszkaniu wraz z moim czeskim skautem - Luboszem Boudą. Pamiętam wzruszenie mojego Komendanta, radość z dzielenia się wspólnymi wspomnieniami, a przy tym miałem po raz pierwszy okazję zobaczenia kronik mojego Hufca, o które dh M. Kierczuk bardzo się troszczył.

To pod Jego kierownictwem wraz z moją drużyną - podobnie jak wszystkie drużyny Hufca - sadziłem Harcerski Las na wielohektarowym terenie przy ul. Sianokosy na krańcach Łodzi, blisko Zgierza.
Dzisiaj rośnie tam bujny, gęsty las i pewnie trudno by mi było znaleźć własne (posadzone przez siebie) drzewa. Harcerski Las na Bałutach stał się największym, chociaż nie jedynym kompleksem leśnym, jaki powstał wokół Łodzi dzięki harcerskiej służbie.


Ciekawe, bo kiedy wpiszę dzisiaj w wyszukiwarkę imię i nazwisko Zmarłego Harcmistrza, to znajdę niewiele odnośników do relacji czy nawet prasowych artykułów na Jego temat. Ucieszyła mnie więc jedna z niewielu wiadomości o wręczeniu Mu w 2011 r. Medalu „Serce Dziecku", który od prawie 30 lat jest nadawany przez Stowarzyszenie „Komitet Dziecka” a na wniosek uczniów i nauczycieli (także z mojej) Szkoły Podstawowej nr 81 im. Bohaterskich Dzieci Łodzi . Wyróżnienie to otrzymują osoby szczególnie zasłużone w pracy na rzecz dzieci i młodzieży 1 czerwca pod tak pięknie skonstruowanym i nazwanym Pomnikiem Martyrologii Dzieci w Parku im. Szarych Szeregów" (w PRL Parku im. "Promienistych"), pod pomnikiem „Pęknięte serce".

Ostatni komunikat, jaki pojawia się po wpisaniu w Internecie nazwiska zm. Druha - poza rzecz jasna nekrologami - to Rozkaz L 15/2013 ówczesnej Komendantki Hufca ZHP Łódź-Bałuty hm. Pauliny Jabłońskiej, w którym zalicza służbę instruktorską za rok 2012/2013 m.in. Hm Marianowi Kierczukowi!

Zaliczyła służbę instruktorską temu, który miał za sobą prawie 70-letnią służbę harcerską. Tak, tak. Nie zwalnia się czynnych instruktorów ZHP z ich służby, nawet kiedy są na emeryturze, a chcą dalej uczestniczyć w życiu swojej jednostki organizacyjnej. Druh Kierczuk był historią, ale i kronikarzem hufca. Jak pisał w jednej ze swoich publikacji poświęconej Jego poprzednikom:

Wypadło mi opracować biografie komendantów Hufca. Kiedy zbierałem materiały do tych opracowań, analizowałem przebytą drogę w służbie harcerskiej każdego z Nich, sumowałem osiągnięcia, zadawałem sobie pytanie co było źródłem tych sukcesów. Odpowiedź jest tylko jedna: sam człowiek niewiele zdziała, ale zespół ludzi mający określony cel, wspólną ideę, może zrobić wiele, bardzo wiele. W latach 50-tych i 60-tych, ale i później także, nasz Hufiec dopracował się wspaniałej grupy instruktorów, z którą można było „podbić cały świat”. (s.4)

Dopiero dzisiaj żegnam mojego Komendanta Hufca, którego pogrzeb odbył się w dn. 28 października br., o czym dowiedziałem się po fakcie. Niech mój dzisiejszy wpis w blogu, w wirtualnej kronice także harcerskiej pedagogii, z harcerską służbą w tle - będzie symbolicznym aktem pożegnania łódzkiego Harcmistrza. Czuwaj Druhu Komendancie!

środa, 2 listopada 2016

Czy dojdzie do strajków w szkolnictwie wyższym?


Ponad ćwierć wieku państwowe szkolnictwo wyższe było w naszym kraju traktowane jako przysłowiowe piąte koło u wozu. O dotkliwych problemach uniwersytetów i akademii mówili rektorzy, dziekani i dyrektorzy instytutów w czasie wspólnego posiedzenia z Komitetem Nauk Pedagogicznych PAN na KUL-u.
Kilka spraw tu przywołam, gdyż ma miejsce debata na temat konieczności głębszych reform akademickich, które zapowiada minister Jarosław Gowin. Co niepokoi naszych przełożonych?

1. Uniwersytety i akademie stały się przytułkami dla „wiecznych” wykładowców, których nie można zwolnić. Jak zatem rozwijać naukę, aplikować o środki na badania, konkurować z zachodnimi uczonymi, skoro nasze uczelnie zostały zmuszone przez MNiSW do masowego naboru i kształcenia studentów zamieniając się w szkółki dydaktyczne, bo przecież środki na ich utrzymanie są związane z liczbą studiujących?

Wykładowcy, starsi wykładowcy są chronieni, natomiast ocena parametryczna jest w wyniku uzasadnionej prawem braku ich pracy naukowej - publikacji, grantów, patentów itp. jest zaniżana przez resort. Kasa na badania naukowe została wyprowadzona do NCN i NCBiR (ten ostatni świetnie zatroszczył się o niektórych wyzyskiwaczy), gdzie nawet najlepsze wnioski nie otrzymują finansowania, bo… nie zmieściły się w wyznaczonej administracyjnie puli.

Jesteśmy w błędnym kole: resort zmuszał uczelnie do kształcenia- te przedłużały umowy o pracę z wykładowcami, by miał kto prowadzić zajęcia, a zarazem by zarabiać na utrzymanie jednostek akademickich w wyniku budżetowej dotacji- naukowcy nie mieli dostępu do źródeł finansowania własnych badań oraz byli zmuszani podwyższanym pensum dydaktycznym do prowadzenia zajęć – jednostkom obniżano ocenę, a zatem i finansowanie – itd. itd.

(fot. prof. dr hab. Barbara Kromolicka)

2. Ministerstwo wprowadza od stycznia 2017 r. zmodyfikowany algorytm finansowania uczelni państwowych, którego wagi są w świetle dotychczas obowiązujących regulacji „działaniem prawa wstecz”, bowiem jednostki kształcące mają być „karane” za przyjmowanie dużej liczby studentów. Rektor APS poinformował, że wskaźnik dostępności do studenta ma być arbitralnie ustanowiony na poziomie M=12 (+/-1), czyli 12 studentów na 1 nauczyciela akademickiego. Oznacza to, że im ta liczba będzie oddalać się od przedziału 11-13, tym niższa będzie dotacja dla uczelni.

Ministerstwu zależy na szybkim zatrzymaniu tzw. "pogoni za studentami", do której zresztą własnymi regulacjami prawnymi samo zachęcało, a nawet zmuszało. Teraz „umywa ręce”, a w istocie, w ukryty sposób zamierza wyhamować upadek ponad 200 wyższych szkół prywatnych, by to do nich szła polska młodzież i płaciła za edukację (w wielu tzw. wsp za p[ozorowanie kształcenia).

Władze UŁ już wyraziły swój niepokój a lokalna prasa zapowiada możliwość strajku pracowników i być może także studentów tego uniwersytetu. W wyniku bowiem wprowadzonego algorytmu finansowania szkolnictwa UŁ otrzymałby ok. 15 mln zł mniej.

Co to oznacza? Chyba tylko to, że należałoby co drugiego studenta natychmiast oblać, by skreślić go z listy studiujących. W ten sposób uczelnia poprawiłaby wskaźnik zbyt dużej liczby studentów przypadających na jednego nauczyciela akademickiego. Zdaniem ministra nauki i szkolnictwa wyższego wymuszona finansowo zmiana doprowadzi do radykalnego spadku młodzieży studiującej państwowych uczelniach i szkołach wyższych.

Czyżby chodziło o podtrzymanie szarej strefy i pseudoakademickiego biznesu?

3. Pozytywnie postrzega się rozwiązania zachęcające uczelnie do powoływania konsorcjów do projektowania i prowadzenia badan naukowych w ramach programu HORYZONT.

4. W ocenie parametrycznej jednostek przewiduje się rezygnację z jednego z dotychczas znaczących wskaźników, jakim są nabyte przez jednostki akademickie uprawnienia do nadawania stopni naukowych. Jeżeli tak się stanie, to uczelniom nie będzie „opłacało się” utrzymywanie tzw. „minimum kadrowego” do kształcenia doktorantów i przeprowadzania postępowań awansowych oraz zaczną upadać „szkoły naukowe”.

(fot, 2. prof. dr hab. Bożena Muchacka)

5. Po co utrzymywać Polską Komisję Akredytacyjną, skoro kluczowe dla weryfikowania wiarygodności dane o jednostkach akademickich i ich kadrach mają być kontrolowane przez pracowników MNiSW? Tym samym zadaniem PKA byłoby przeprowadzanie jedynie analizy programowej i jakości kształcenia w oderwaniu od jakościowej, merytorycznej analizy powyższych danych.

Tu także zapowiada się zmianę wskaźnika liczby studentów przypadających na jednego nauczyciela akademickiego ze 120 na 60. Jak mówiła prof. Bożena Muchacka z PKA w komisjach akredytacyjnych mają znaleźć się przedstawiciele pracodawców, zaś w szkolnictwie zawodowym na studiach I stopnia będą liczyć się do minimum kadrowego tylko zatrudnieni na pierwszym etacie.

Groźne jest zmniejszenie obowiązkowej na studiach podyplomowych punktów ECTS z 60 do 30, gdyż będzie to skutkować spłyceniem jakości kształcenia. Powizytacyjne raporty też mają być zredukowane do maks. 20 stron, co oznacza, że odpowiedzialnym za weryfikowanie jakości kształcenie de facto chce się dużo dorabiać i zarabiać, tylko nie pracować. Czyżby mieli problemy z czytaniem ze zrozumieniem, czy może obawiają się, że analityczny raport powizytacyjny zawiera zbyt wiele danych o patologiach, których już nie da się ukryć w sytuacji zawyżania ocen jednostko, z czym mamy permanentnie do czynienia?
Takie rozwiązanie tylko sprzyja ukrytym formom korupcji. Po co zatem PKA?

Nie ulega wątpliwości, że zmiany w szkolnictwie wyższym wymagają rewolucji, ale i regulacji dostosowawczych, gdyż uniwersytety czy politechniki i akademie są często największymi w mieście pracodawcami, a zarazem stymulatorami w nasycaniu rynku pracy wysoko wykwalifikowanymi kadrami.
O wskazywanych przez rektorów i dziekanów problemach akademickiej pedagogiki napiszę wkrótce.

I jeszcze jedno. Poseł Jacek Kurzępa wprowadził w błąd uczestników wspólnej debaty Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN z rektorami i dziekanami wydziałów pedagogicznych twierdząc, że ma być z każdym rokiem zwiększany budżet na naukę od 1% PKB w 2017 do 1,7%PKB w 2020.

Jak pisze jeden z profesorów: Dobrze, chociaż diabeł tkwi w szczegółach. Co to bowiem oznacza dla naukowców? Dalszą biedę płacową, infrastrukturalną nędzę i wzmacnianie bogatych kosztem małych jednostek akademickich?" Ba, co gorsza, odnośnie nakładów budżetowych na Naukę w 2017 roku poseł
Kurzępa się myli całkowicie. W świetle materiałów sejmowych dotyczących projektu budżetu 2017 w dziale Nauka jest zapisane, że nakłady na Naukę wyniosą 0,43 % PKB. Zaś po odjęciu pieniędzy europejskich będzie tego tylko 0,3% PKB.

To chyba przyjedzie nam strajkować.

wtorek, 1 listopada 2016

Zapalmy świeczkę pamięci!


W tym roku odeszli od nas profesorowie, których życie, aktywność akademicka i twórczość naukowa wyznaczały wielu pokoleniom pedagogów, nauczycieli, wychowawców kierunek i wzory profesjonalizacji oraz humanistycznej orientacji w nauce. Żegnaliśmy w 2016 r. dydaktyka z poznańskiej szkoły naukowej - prof. dr. hab. Kazimierza Denka doktora honoris causa.

Właśnie ukazał się wydany przez Polskie Towarzystwo Nauczycieli Twórczych tom pt. Paideia – drogą do uniwersalizmu w wychowaniu. Księga dedykowana pamięci Profesora Kazimierza Denka – Honorowego Prezesa Polskiego Stowarzyszenia Nauczycieli Twórczych, red. Leszek Pawelec, Szczecinek: PSNT 2016, którego Profesor miał być współtwórcą i jednym z autorów, ale nie było mu to dane. Został w nim godnie pożegnany przez akademickie, krajoznawcze i oświatowe środowisko, z którym przez kilkadziesiąt lat współpracował i wspierał je w rozwoju.


O Profesorze K. Denku piszemy z prof. UŚl - Markiem Rembierzem także w dostępnym w sieci kwartalniku "Studia z Teorii Wychowania". Piękne wspomnienie zostało opublikowane przez Polskie Stowarzyszenie Nauczycieli Twórczych, którego Profesor K. Denek był Honorowym Przewodniczącym.

Kilka dni temu nadeszła smutna wiadomość o śmierci wybitnego historyka idei w naukach społecznych, socjologa - Profesora dr. hab. Jerzego Szackiego, członka rzeczywistego PAN, doktora honoris causa. Był wielką postacią socjologii i jednym z filarów polskiej humanistyki, gdyż do 2011 r. socjologia była dyscypliną naukową w naukach humanistycznych. Dzisiaj jesteśmy spadkobiercami wielkich dzieł Jerzego Szackiego, z których sam uczyłem się jeszcze w okresie siermiężnego PRL odnajdując w nich fragmenty wolnego świata nauk.
Profesor J. Szacki (1929-2016) wykształcił kilkadziesiąt roczników studentów i wypromował kilkudziesięciu doktorów. Imponujący wkład w naukę owocował rozumieniem jej fundamentów, pozwalał na konstruowanie przesłanek teoretycznych do badań naukowych nie tylko w socjologii, ale także w pedagogice i naukach o polityce.

Żegnają Profesora jego Uczniowie w pisanych na gorąco wspomnieniach m.in.:

* Izabela Desperak - Jerzy Szacki, przewodnik po krainie utopii ;


* Adam Leszczyński - Profesor Jerzy Szacki nie żyje. Był jednym z najwybitniejszych polskich socjologów;

* Redakcja "Newsweeka" - Nie żyje profesor Jerzy Szacki. Wybitny polski socjolog miał 87 lat.


Z grona wybitnych humanistów, których dzieła są znaczące dla tej części pedagogów, którzy prowadzą badania historyczne lub filozoficzne, przywołuję w świadomości żyjących odejście tak wybitnych profesorów jak:

* prof. dr. hab. Cezarego Wodzińskiego - filozofa, wybitnego znawcę myśli Martina Heideggera, tłumacza i eseisty; wykładowcy m.in. Uniwersytetu Jagiellońskiego i Uniwersytetu Warszawskiego;


* prof. dr. hab. Janusza Tazbira - członka rzeczywistego PAN, historyka, wybitnego badacza dziejów kultury i ruchów religijnych w Polsce, głównie w XVI i XVII w., wieloletniego Przewodniczącego Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów oraz Sekcji I Nauk Humanistycznych i Społecznych CK.




poniedziałek, 31 października 2016

Ja też zrobię sobie wolne


Piątek jest najgorszym dniem na wykłady ogólnowydziałowe, a piątek przed dniami Wszystkich Świętych powinien być dniem wolnym od zajęć dydaktycznych, mimo że do konkretnego święta jest jeszcze kilka dni wolnych - sobota, niedziela czy nawet poniedziałek.

Administracja jednostki działa sprawnie. Wszyscy pracownicy są na swoich stanowiskach. Zdarza się, że nawet pojawi się jakiś student, by załatwić swoją sprawę. Są uczelnie publiczne i niepubliczne, w których z końcem października jeszcze ok. 30 proc. studentów nie złożyło egzaminu dyplomowego. Ci, którzy go zdali, jeśli są po licencjacie, to zapewne w większości podejmą studia II stopnia (magisterskie). Absolwenci studiów magisterskich albo już znaleźli miejsce pracy, albo dopiero zaczną rozglądać się za takowym. Wcale nie jest łatwo o tej porze, gdyż po studiach pedagogicznych czy nauczycielskich należałoby podjąć starania najpóźniej w maju, a więc na kilka miesięcy przed rozpoczęciem roku szkolnego.

Nie o tym jednak chcę pisać. PIĄTEK - ZŁY POCZĄTEK. Rzeczywiście. Dla jednych piątek jest ostatnim dniem pracy w tygodniu, a dla innych początkiem kolejnego zadania. W moim przypadku piątki są dniem wykładowym, a zatem trudno mówić tu o początku czegoś, co jest de facto tego kontynuacją. Jeden z takich piątków okazał się dniem szczególnym, bowiem po pokonaniu 26 km i ryzykowaniu życiem na polskich drogach, po których poruszają się także psychopaci, frustraci, macho'iści, nieudacznicy, itp. dojechałem bezpiecznie na uczelnię, by - jak co tydzień - spotkać się ze studentami studiów stacjonarnych.

To są ci studenci, którzy korzystają z przywileju i dobrostanu budżetu III (czy już IV?) Rzeczypospolitej oraz miłościwie nam panującej władzy, a zatem studiowanie nic ich nie kosztuje. Nooo, może odrobinę pracy nad sobą, by po nieprzespanej nocy, balandze, serfowaniu w sieci czy innych przyjemnościach albo dolegliwościach obudzić się, umyć, coś spożyć i dojść lub dojechać do uniwersyteckiego pawilonu z aulą.

Moja jednostka tak dużej auli nie posiada, a zatem musi płacić za jej wynajem ze środków, które "zarobiła" z czesnego studentów studiów niestacjonarnych (zaocznych). Równie dobrze, można byłoby te środki wydać na zakup literatury, multimediów lub dać pracownikom premie. Dla studiujących stacjonarnie wszystko to, z czego korzystają należy im się jak przysłowiowa karma dla psa czy kota (tak się mówi: "należy mu się jak psu zupa"). Nie płacą przecież za wynajem sal,ich utrzymanie, oświetlenie, ciepło i wodę zimną oraz gorącą, wysprzątanie, ochronę itp.

Kiedy ich zapytałem, kto za to wszystko płaci, byli zdumieni, bo przecież wiadomo - państwo. A państwo to my wszyscy, także nasi rodzice, wszyscy zatrudnieni we wszystkich możliwych sektorach produkcji i usług, ot, płatnicy różnych podatków. Tak więc edukacja akademicka, tym bardziej poprzedzające ją ogólnodostępne kształcenie oraz opieka od przedszkola do matury lub egzaminu zawodowego, wcale darmowymi nie są.

Wchodzę do budynku, a tu cisza. W auli wygaszone światła, zaś w szatni siedzą przy grzejniku przesympatyczne panie szatniarki gotowe do obsłużenia naszej młodzieży i jej nauczycieli. Odebrały ode mnie kurtkę z lekkim uśmiechem na twarzy, ale pomyślałem sobie, że są w dobrym nastroju. Może JM Rektor przyznał jakieś premie, albo cieszą się, że jest to także dla nich ostatni dzień pracy w tym tygodniu.

Wchodzę do auli, a tu .... PUSTKA. Studentów - ani widu, ani słychu. Ani jednego. Powinno ich być 270! Przyjechałem wcześniej, więc naiwnie sądziłem, że może jest awaria trakcji komunikacyjnej w mieście i za chwilę, nieco spóźnieni jednak dojadą. Gdzież tam.

Pozostała mi zatem konwersacja z paniami z szatni, bo jeszcze łudziłem się, że nie sprawdziłem w Intranecie, czy są godziny rektorskie. Studenci zawsze wiedzą wcześniej od wykładowców. Okazało się, że w piątek, od samiutkiego rana nie było ani jednego studenta. Ulżyło mi. To oznaczało bowiem, że nie przyszli na dwa wcześniejsze wykłady.

Tym samym zapowiem młodzieży, że ja też zrobię sobie wolne w jeden z piątków i podobnie jak oni nie uprzedzę ich o tym. Niech przyjdą, dojadą, pokonają własne słabości lub nagle odkryte w sobie pokłady edukacyjnych aspiracji i... pogadają z miłymi paniami w szatni o tym, jak nieodpowiedzialnego mają wykładowcę. Przecież oni przyszli, a jego nie ma.

Może nawet napiszą skargę do dziekana lub poskarżą się lokalnej prasie. W końcu "klient" nasz "pan". To prawda, nasz, ale nie wasz. Jestem zwolennikiem demokracji, a zatem partnerstwa, równości, tolerancji. Jak im wolno, to mnie także.

Nie martwcie się. To wszystko, o czym tu napisałem, jest tylko marzeniem sennym - być może studentów, ale na pewno moim. Obudziłem się spocony ze strachu, że nie dojechałem na zajęcia. Co za upiorne sny. Córka pocieszyła mnie, żebym się nie martwił, bo przecież w piątek było halloween, czyli polskie święto dyni, albo październikowych przebierańców.





niedziela, 30 października 2016

Raz - Dwa - Trzy, czyli I am the Sound

Wczoraj uczestniczyłem w Międzynarodowym Festiwalu Producentów Muzycznych Soundedit-2016, który odbywa się już po raz ósmy w Łodzi. Ten nietypowy Festiwal adresowany jest do wszystkich miłośników muzyki, płyt i koncertów. W Klubie Wytwórnia, który stał się centrum festiwalowych wydarzeń, rozbrzmiała wyborna muzyka.

Podczas tegorocznej edycji Festiwalu mają miejsce m.in. spotkania z twórcami i koncertami spod znaku el-muzyki, wśród których znalazł się m.in. występ innowacyjnego, wręcz rewolucyjnego, berlińskiego zespołu Atari Teenage Riot. Jego lider Alec Empire jest kompozytorem, producentem muzycznym i muzykiem rockowym, który gra m.in. na instrumentach klawiszowych.

(Na fotografii - Brian Eno; zdjęcie wykonał: Shamil Tanna)

Współzałożyciel grupy Roxy Music. Pionier i mistrz stylu ambient przygotował też specjalny set DJ-ski złożony z utworów polskich twórców muzyki elektronicznej. Brytyjczyk współpracował z wieloma muzykami i zespołami, takimi jak: U2, Talking Heads, Devo, Ultravox, James, My Bloody Valentine, John Cale, Coldplay czy Phil Collins.

Po ośmiu latach starań, nareszcie udało się Organizatorom zaprosić na Soundedit artystę, o którym pisano, że: „jest Bogiem”. Tą absolutną legendą jest Brian Eno – wybitny muzyk, kompozytor, producent, laureat nagrody Grammy, zaliczany do tzw. muzycznej ekstraklasy. W czasie uroczystej gali w Klubie Wytwórnia – Brian Eno otrzymał statuetkę „Człowieka ze Złotym Uchem” w uznaniu za całokształt swojej pracy producenckiej.

Po wręczeniu nagrody i spotkaniu Briana Eno z publicznością wystąpił mój ulubiony Zespół "Raz Dwa Trzy", który przygotował na Soundedit unikatowy występ. Finezyjna poezja, genialna muzyka i wokal Adama Nowaka zostały wzbogacone udziałem w jego koncercie orkiestry ICON oraz Kwartetu Henryka Miśkiewicza. Niespodzianką dla nas był występ z Zespołem Raz-Dwa-Trzy dwóch znakomitych artystów młodego pokolenia - Brodki i Dawida Podsiadło, którzy zaśpiewali z Adamem Nowakiem po jednym utworze.










Po koncercie artyści spotkali się z uczestnikami Soundedit-16 podpisując swoją najnowszą płytę. Opuszczałem Klub Wytwórnia z brzmieniem genialnie wykonanych utworów. I am the Sound!