sobota, 20 stycznia 2018

Ewaluacja osiągnięć naukowych w postępowaniach habilitacyjnych


Bardzo mi się podoba udostępnienie przez dra hab. Emanuela Kulczyckiego prof. UAM w Poznaniu rozprawy doktorskiej pani dr Ewy A. Rozkosz pt. Ewaluacja osiągnięć naukowych w postępowaniach habilitacyjnych. Kryteria oceny a praktyki ewaluacyjne w naukach humanistycznych i społecznych. Dysertacja została obroniona na Wydziale Nauk Historycznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu na początku stycznia 2018 r., w dziedzinie nauki humanistyczne, w dyscyplinie bibliologia i informatologia.

Praca jest bardzo interesująca a z jej treścią powinni zapoznać się wszyscy samodzielni pracownicy naukowi, szczególnie osoby odpowiedzialne w uczelniach za postępowania naukowe. Ufam, że przeczytają ją także członkowie Centralnej Komisji do Spraw Stopni i Tytułów.

Na szczęście, co zdarza się rzadko, promotor udostępnił rozprawę , dzięki czemu możemy ją przeczytać zanim ukaże się w wersji drukowanej. Uważam, że warto wydać taką pracę, bowiem każde badanie dotyczące postępowań naukowych zasługuje na uwagę. Otrzymujemy w tym przypadku nową wiedzę o kluczowych w nauce dokumentach, jakimi są recenzje osiągnięć naukowych habilitantów.

Podjęcie tego zagadnienia jest tym bardziej cenne, że w Polsce od kilkunastu lat ścierają się ze sobą zwolennicy dwóch „frontów” akademickich: ci, co są za tym, aby nadal obowiązywała habilitacja oraz przeciwni temu stopniowi naukowemu. Autorka nie wchodzi na pole akademickiej walki, ale w jakiejś części może jej praca posłużyć do tego, by politycy dokonali wyboru „ZA” lub „PRZECIW”.

Rozprawa jest nam udostępniona we właściwym momencie, gdyż trwają właśnie dyskusje o konieczności przyspieszenia zmian w polskiej nauce, a MNiSW przygotowuje projekt Ustawy 2.0, która ma upełnomocnić przeprowadzenie kolejnej reformy w szkolnictwie wyższym i nauce.

Autorka dysertacji pisze we wstępie, że celem jej pracy było (...) pokazanie dyscyplinarnej różnorodności i podobieństw w praktykach recenzenckich w ramach ewaluacji osiągnięć naukowych w postępowaniach habilitacyjnych z zakresu nauk humanistycznych i społecznych. Wprawdzie nie badała praktyk recenzenckich tylko ich wytwory, jakimi były zamieszczone na stronie Centralnej Komisji recenzje w 300 postępowaniach habilitacyjnych w pięciu dyscyplinach naukowych: ekonomia, językoznawstwa, prawa, psychologia i teologia, ale mimo to odczytuje w nich interesujące dane.

Analizą ilościową objęła wybrane dane o postępowaniach habilitacyjnych ze wszystkich obszarów wiedzy (N = 3695), natomiast analiza jakościowa dotyczyła recenzji z w/w pięciu dyscyplin naukowych z obszaru nauk humanistycznych i obszaru nauk społecznych (N = 300) poszukując w ich formie i treści odpowiedzi na pytanie: Jakie są wzory praktyk recenzenckich w różnych dyscyplinach?

Znajdziemy w tej rozprawie odpowiedź na pytania:

(1) Jaka jest charakterystyka ilościowa postępowań habilitacyjnych?

(2) Jak recenzenci w postępowaniach habilitacyjnych argumentują ocenę osiągnięć naukowych i konkluzję?

(3) Jak recenzenci w postępowaniach habilitacyjnych używają kryteriów oceny osiągnięć naukowych wskazanych w aktach prawnych?

(4) Jak recenzenci w postępowaniach habilitacyjnych używają metod bibliometrycznych w ewaluacji osiągnięć naukowych?


Nie będę zdradzał wyników tych badań, bo każdy zainteresowany znajdzie w tej rozprawie coś interesującego dla siebie.

Prawnicy dowiedzą się, że Porządek ministerialny zobowiązuje do stosowania wskaźników bibliometrycznych zgodnie z regułami, opisanymi w obowiązujących aktach prawnych regulujących procedurę habilitacyjną (ustawie i rozporządzeniach). (...) Zgodnie z obowiązującą ustawą, określającą zasady postępowania habilitacyjnego oraz towarzyszącymi jej aktami wykonawczymi, recenzenci powinni użyć trzech wskaźników bibliometrycznych w ewaluacji osiągnięć naukowo-badawczych. Te wskaźniki to, jak już wspomniałam, SumIF, liczba cytowań i indeks Hirscha..

W innym miejscu rozprawy przeczytają:

Te porządki nie są literalnie ujęte w przepisach prawa, a stanowią wynik rekonstrukcji źródeł zasad wyznaczających zasady habilitacji w zakresie interpretacji tego, co oznacza spełnienie kryterium. Zatem jeden recenzent może uznać, że wyższa od zera wartość danego wskaźnika bibliometrycznego spełnia kryterium, natomiast drugi recenzent może uznać, że do spełnienia kryterium konieczne jest uzyskanie wartości równej 5 (np. indeksu Hirscha = 5). Pozostawienie swobody pozwala recenzentowi na ocenienie wartości wskaźnika i na tej podstawie stwierdzenie, czy kryterium zostało spełnione z uwzględnieniem kontekstu danej dyscypliny, w szczególności przyjętych w tej dyscyplinie praktyk publikacyjnych oraz właściwej jej kultury cytowań.

Słusznie zatem uświadamia nam wszystkim to, o czym pisał w komentarzu do Ustawy b. sekretarz Centralnej Komisji prof. Hubert Izdebski, że w powyższej kwestii nie ma porządku ministerialnego i nie ma żadnego zobowiązania prawnego do tego, by recenzenci w postępowaniach habilitacyjnych rozstrzygali o tym, czy ktoś może uzyskać stopień naukowy dra hab. na podstawie wskaźników bibliometrycznych, czy też nie.

Dlaczego? Z bardzo prostego powodu. Była minister Barbara Kudrycka nie ustanowiła żadnych kryteriów bibliometrycznych, tylko sformułowała postulaty, na co recenzenci mogliby zwrócić uwagę oceniając osiągnięcia naukowe, dokonania organizacyjne i dydaktyczne kandydatów do awansu naukowego po uzyskaniu stopnia doktora.

W Rozporządzeniu Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego z dnia 1 września 2011 r. w sprawie kryteriów oceny osiągnięć osoby ubiegającej się o nadanie stopnia doktora habilitowanego (Dz. U. 2011, nr 196, poz. 1165)nie ma żadnych bibliometrycznych wskaźników. Nie ma w tym rozporządzeniu minimalnych norm bibliometrycznych, których uzyskanie pozwoliłoby na rozstrzygnięcie, czy można wystąpić z wnioskiem o wszczęcie postępowania habilitacyjnego, czy też nie oraz jaka liczba i jakość (także wydawnictw) publikacji odpowiada minimalnej liczbie koniecznych do uzyskania punktów parametrycznych!

To zatem, czy habilitant ma indeks Hirscha=0 czy 20 nie ma z prawnego punktu widzenia żadnego znaczenia i nie może być argumentem do negowania jego osiągnięć naukowych. Habilitant nie musi spełnić żadnego z kryteriów, gdyż ustawodawca zobowiązuje go do spełnienia wymagań, a tymi są osiągnięcia naukowe. W przypadku nauk humanistycznych i społecznych stanowią je publikacje naukowe.

Pani dr Ewa A. Rozkosz wprowadza zatem czytelników w błąd pisząc: Recenzenci są zobowiązani do stosowania kryteriów przy ocenie osiągnięć. Ustawodawca wprost zobowiązał recenzentów do oceny, czy osiągnięcia spełniają kryteria. Tym samym zobowiązał ich do ewaluacji tych osiągnięć. Ewaluacja jest więc w postępowaniu habilitacyjnym procesem oceny, polegającym na sprawdzaniu spełniania kryteriów. Różni się ona tym od oceny, że jej rezultat powinien jasno wskazywać, czy kryterium zostało spełnione czy też nie.

Sama sobie zaprzecza, kiedy w założeniach badawczych pisze:

Wykaz kryteriów można zatem traktować jako matrycę stosowaną przy ewaluacji osiągnięć habilitanta, w której rozstrzygnąć trzeba, czy poszczególne kryteria są spełnione, jednakże niespełnienie części kryteriów nie musi skutkować negatywną oceną osiągnięć pod kątem ich znacznego wkładu w rozwój dyscypliny naukowej lub negatywną oceną aktywności naukowej.

Nie tylko pani doktor ma z tym problem, bo dziekani niektórych jednostek naukowych załączają recenzentom do umowy o dzieło formularz, w którym członkowie komisji habilitacyjnej mają odnotować, czy każde z kryteriów zostało spełnione i w jakim zakresie. To jest niezgodne z prawem. Kryteria oceny nie są bowiem wymogami, które muszą być spełnione przez habilitantów.

Jest jeszcze jedna kwestia prawna, która została przez autorkę tej pracy poruszona w niewłaściwy sposób.
Błędne, bo niezgodne z obowiązującym prawem, jest następujące stwierdzenie:

„W 2011 r. ustawodawca wprowadził udogodnienia dla osób, które posiadają stopień doktora, a także odpowiednie osiągnięcia zdobyte podczas wcześniejszej pracy za granicą, w tym doświadczenie w kierowaniu zespołami badawczymi. Takie osoby mogą uzyskać uprawnienia równoważne z uprawnieniami doktora habilitowanego, nie wszczynając postępowania habilitacyjnego, tylko dzięki decyzji rektora uczelni, stanowiącej miejsce ich zatrudnienia. Jednakże uprawnień, wynikających z art. 21a, nie można przenosić między uczelniami. Wystarczają one jednak (jako substytut habilitacji) do występowania z wnioskiem o nadanie tytułu profesora”.

Otóż, decyzja rektora o tym jeszcze nie stanowi, gdyż musi ona uzyskać akceptację Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów. Z postępowań, które mają miejsce w każdej sekcji CK wynika, że większość takich wniosków nie jest zatwierdzana, gdyż rektorzy - głównie szkół prywatnych - składają lub potwierdzają fałszywe oświadczenia o rzekomym kierowaniu przez doktora poza granicami kraju zespołem badawczym albo/i o posiadaniu przez niego wybitnych osiągnięć naukowych.

To są jedynie sprostowania, które warto wziąć pod uwagę czytając tę interesującą dysertację czy przygotowując ją do druku. Każdy zainteresowany może zapoznać się nie tylko z jej treścią, ale także recenzjami z tego postępowania, gdyż są one dostępne na stronie Wydziału Humanistycznego UMK w Toruniu.

Doktoranci mogą uczyć się od pani Ewy A. Rozkosz nie tylko tego, w jaki sposób konstruować własny projekt badawczy, ale także jak przedstawić go w rozprawie, by wyeliminować wątpliwości dotyczące wiarygodności uzyskanych danych.

Autorka znakomicie porusza się w literaturze z naukoznawstwa, jak i w zakresie bibliologii, o czym wypowiadają się w superlatywach recenzenci. Może mieć zatem poczucie satysfakcji z wykonanych zadań badawczych niezależnie od powyższych kwestii prawnych. W gruncie rzeczy dzięki tym badaniom możemy zorientować się, z jakimi problemami spotkają się przewodniczący komisji habilitacyjnych (o ile jeszcze takowe pozostaną), jeśli będą musieli rozstrzygać o spełnieniu wymagań na podstawie właściwie skonstruowanych wskaźników bibliometrycznych.

Bardzo ciekawa jest analiza jakościowa 300 recenzji, w części dotyczącej przyjętych przez autorkę ram analitycznych, które wykorzystała w analizie danych. Mnie najbardziej zaciekawiła pierwsza rama analityczna dotycząca argumentacji recenzentów. Jak pisze E.A. Rozkosz:

Pierwsza rama jest przeznaczona do analizy argumentacji recenzentów w ocenie osiągnięć naukowych i konkluzjach. Podstawa drzewa kodowego (kody: „Ocena pozytywna”, „Ocena negatywna”, „Konkluzja pozytywna”) powstała na podstawie pytania badawczego: Jak recenzenci w postępowaniach habilitacyjnych argumentują ocenę osiągnięć naukowych i konkluzję? Przyjęłam dwa założenia. Po pierwsze, założyłam, że recenzenci będą jednoznacznie orzekać o jakości poszczególnych osiągnięć habilitanta i że będzie tym samym możliwe zakodowanie fragmentów, w których ocena osiągnięć jest pozytywna lub negatywna.

Nie zdradzam już więcej danych z tej rozprawy. Gratuluję Autorce i Promotorowi.











piątek, 19 stycznia 2018

Czemu lub komu służą konferencje naukowe?



Pisze do mnie profesor pedagogiki na temat dość powszechnej praktyki stosowanej podczas organizowania konferencji naukowych w naszym kraju. Zwraca uwagę na zjawisko, które staje się coraz bardziej powszechne, a jest swoistego rodzaju kupowaniem kota w worku. Jednostki organizacyjne szkół wyższych rozsyłają gdzie tylko się da informacje, komunikaty o organizowanych konferencjach. Najważniejszą w nich informacją jest ... opłata konferencyjne, która jest bardzo wysoka.

Kiedy chcę zakupić jakąś usługę, to jednak najpierw sprawdzam, czy odpowiada ona moim potrzebom, oczekiwaniom, weryfikuję jej jakość ze względu na konieczne normy, jakie powinna spełniać. Tymczasem organizatorzy konferencji rozsyłają informację o wiodącym temacie, miejscu i okresie jej przebiegu oraz obowiązku wniesienia opłaty. Program konferencji jest konstruowany na podstawie liczby zgłoszeń osób i spośród części także zaproponowanych przez nie tematów wystąpień.

Zainteresowany wysyła abstrakt wystąpienia, ale organizatorzy nie są w stanie przedstawić mu nawet ramowego programu konferencji (wbrew wcześniejszym zapowiedziom), natomiast upominają się o "terminowe" uiszczenie opłaty konferencyjnej. Dla wielu osób przesądzony jest udział w tej czy innej konferencji, gdyż muszą wykazać się aktywnością w zakresie upowszechniania wyników własnych badań. Wpłacą, pojadą, wysłuchają lub/i wygłoszą referat i powrócą do domu.

Jest w tym poważna ułomność życia naukowego. Oprócz pomysłu, organizatorzy nie są w stanie niczego zaoferować, chociaż konferencja ma trwać kilka dni. Komu zatem i czemu służą tak organizowane konferencje naukowe? Wydaje się, że lokowane są w tym przypadku różne oczekiwania tak ze strony organizatorów, jak i uczestników. Z perspektywy organizatorów konferencje mogą służyć do:

1. świętowania rocznicy ważnych wydarzeń, czyjegoś jubileuszu, tym samym towarzysząca temu konferencja stanowi uhonorowanie owych podmiotów. Tego typu konferencje najczęściej nie mają otwartego charakteru, a nawet stanowią prestiżową okoliczność do spotkań z szacownymi postaciami świata nauki;

2. autoafirmacji jednostki (organizatora konferencji) - wówczas nie ma znaczenia, jaki jest jej temat. Ważne, by ktokolwiek chciał przyjechać i cokolwiek wygłosić, żeby można było odnotować na stronie szkoły czy jej jednostki. W sprawozdaniach m.in. dla PKA - informacja o przeprowadzonych konferencjach zastępuje brak prowadzenia badań naukowych i pracy z kadrą. W regulaminach oceny pracowników wskazuje się na powinność uczestniczenia jakichkolwiek konferencjach, bo przecież i tak nikt nie weryfikuje ich merytorycznej zawartości oraz sensowności poniesionych kosztów;

3. wykreowania nowej subdyscypliny naukowej lub przedmiotu badań - monotematyczne konferencje stanowią rzeczywisty wkład ich uczestników w wymianę wyników własnych badań. Tu spotykają się pasjonaci, specjaliści z danej problematyki, których bardzo interesuje to, co mają do powiedzenia inni oraz jak postrzegają i oceniają ich dokonania;

4. spotkań towarzyskich, by pod szyldem konferencji móc odbyć istotne konsultacje, przeprowadzić rozmowy w sprawach akademickich czy innych;

5. turystycznych doświadczeń. Korzystają z tego osoby, które za główny cel swojej aktywności przyjęły zwiedzanie świata, toteż włączają się do różnych programów wymiany międzynarodowej, z których nic nie wynika dla nauki, ani dla ich indywidulanego wkładu w naukę.

Ciekawe, że rozwój technologii komunikacyjnej wcale nie zmniejsza liczby bezpośrednich spotkań, debat naukowców w kraju i w sferze wymiany międzynarodowej. Podróżujemy z jednego końca kraju czy świata na drugi. Na Zachodzie Europy dyskutuje się o digitalizacji nie tylko kształcenia, ale i prowadzenia badań naukowych oraz upowszechniania ich wyników w modelu 4.0.

czwartek, 18 stycznia 2018

Członek komisji habilitacyjnej


Nie tylko habilitanci mają problem ze zrozumieniem roli CZŁONKA KOMISJI HABILITACYJNEJ, którego powołuje Centralna Komisja Do Spraw Stopni i Tytułów. Także ci samodzielni pracownicy naukowi, którzy otrzymują stosowne powołanie do tej roli nie wiedzą, jak ją pełnić poszukując informacji i jurydycznych regulacji. Pisałem o tym w książce "Habilitacja", są bardzo dobre komentarze prof. Huberta Izdebskiego do Ustawy o stopniach naukowych i tytule naukowym, przy czym te ostatnie są wyraźnie adresowane przede wszystkim do nauczycieli akademickich i pracowników naukowych uczelni oraz do gremiów posiadających uprawnienia do nadawania stopni naukowych.

Komisja habilitacyjna nie jest organem nadających stopień naukowy, ale rada jednostki, która posiada właściwe uprawnienie. W składzie komisji habilitacyjnej jest 3 recenzentów, którzy są zobowiązani do przedłożenia dziekanowi wydziału (czy jeśli uprawnienie ma instytut - to dyrektorowi instytutu) pełnej i rzetelnej oceny osiągnięć naukowych kandydata do stopnia naukowego doktora habilitowanego, a po przyjęciu recenzji przez dziekana/dyrektora instytutu - wszystkim członkom komisji habilitacyjnej.

Centralna Komisja może wnioskować do rady jednostki akademickiej o zmianę wskazanego przez nią członka komisji czy recenzenta, jeżeli nie odpowiada temu kryterium. Takie postępowanie ma miejsce już od kilku lat, co czasami budzi zdumienie wśród władz jednostek rekomendujących Centralnej Komisji trzech członków (sekretarza, recenzenta i członka komisji), gdyż nadal panuje przekonanie o nieznaczącej roli członka komisji.

Istotny jest zapis z rozporządzenia MNiSW z dnia 26 września 2016 r. w sprawie szczegółowego trybu i warunków przeprowadzania czynności w przewodzie doktorskim, w postępowaniu habilitacyjnym: "§ 14.2. W skład komisji habilitacyjnej nie może być powołana osoba, w stosunku do której zachodzą uzasadnione wątpliwości
co do jej bezstronności." Wielu akademików uważa, że członkiem komisji habilitacyjnej może być każdy samodzielny pracownik naukowy, bez względu na to, czy jest ekspertem, specjalistą przedstawicielem danej dyscypliny i subdyscypliny naukowej, czy też nie.

Niestosowne jest rekomendowanie przez jednostki pracy eksperckiej w komisji habilitacyjnej samodzielnych pracowników, którym chce się w ten sposób zapewnić formalny udział w postępowaniach habilitacyjnych czy ze względu na jakieś pozamerytoryczne okoliczności. Członkiem komisji habilitacyjnej nie może być osoba, która jest przełożoną habilitanta, współpracownikiem w tej samej jednostce (zakładzie, katedrze), promotor czy recenzent na wcześniejszym etapie rozwoju naukowego, a więc w przewodzie doktorskim, ani też recenzent wydawniczy tak pracy podoktorskiej (jeżeli była wydana), monografii habilitacyjnej czy innych publikacji naukowych kandydata. Nie muszę tu uzasadniać także istniejących więzi rodzinnych czy faktu pełnienia roli recenzenta w poprzednich postępowaniach habilitacyjnych, jeżeli takowe miały miejsce, a zakończyły się niepowodzeniem.

Członkowie komisji habilitacyjnej nie rozpoczynają swojej pracy w dniu otrzymania trzech recenzji. Z chwilą powołania, a więc w tym samym czasie, co recenzenci, przystępują do analizy dorobku naukowego habilitanta, gdyż - podobnie jak recenzenci - będą w tej sprawie podejmować równoważną decyzję, czy są za nadaniem stopnia doktora hab., czy są za odmową nadania, czy też wstrzymują się od głosu. Czynią to na podstawie otrzymanej dokumentacji kandydata, niezależnie od tego, jaki będzie wynik pracy recenzenckiej osób powołanych do roli recenzenta.

Różnica między czterema członkami komisji habilitacyjnej a trzema recenzentami polega jedynie na tym, że TREŚĆ RECENZJI jest publikowana po zakończeniu postępowania habilitacyjnego. Natomiast członkowie komisji przygotowują swoją opinię na piśmie w dowolnym czasie od otrzymania dokumentacji lub przedstawiają ją werbalnie w czasie posiedzenia komisji i załączają ją do umowy o dzieło (w przypadku wersji pisemnej) lub umowy o zlecenie (nie ma załącznika treści - w przypadku tylko słownej wypowiedzi, co wiąże się z innym opodatkowaniem umowy).

Nie mają zatem racji habilitanci, którzy usiłują kwestionować opinię członków komisji habilitacyjnej twierdząc, że ustawowe uprawnienia do oceny osiągnięć naukowych habilitanta i spełnienia przez niego kryteriów ustawowych mają jedynie ci członkowie komisji habilitacyjnej, którym powierzono funkcje recenzentów. Art.18a.pkt.5.1. jednoznacznie i równoznacznie określa, że każdy z czterech członków komisji musi być naukowcem "o uznanej renomie naukowej, w tym międzynarodowej". Nie można zatem twierdzić, że sporządzona przez członka komisji opinia jest "nielegalna" czy nieprawomocna, gdyż właśnie jest wprost odwrotnie. Ma ona takie samo znaczenie w pracy komisji habilitacyjnej, jak recenzja każdego z trzech recenzentów.

Celem powołanej komisji jest przeprowadzenie postępowania habilitacyjnego. Od tego jest posiedzenie komisji habilitacyjnej, żeby siedmiu jej członków odbyło rzetelną dyskusję i dokonało rzetelnej oceny osiągnięć kandydata do stopnia dra hab. Nie ma zatem jedynie "ważnych" i tym samym "ważniejszych" recenzji oraz rzekomo "mniej ważnych" opinii. Wszystkie głosy, wypowiedzi oraz treści pisemne muszą stanowić podstawę do przygotowania się przez komisję do głosowania w sprawie o nadanie stopnia doktora habilitowanego, a po ustaleniu wyniku głosowania przygotowania treści uchwały wraz z jej uzasadnieniem.

Ustawa nie jest aktem prawa, który ma określać szczegółowo procedury, bo od tego są akty wykonawcze, a i te nie są zbyt szczegółowe. Mam tu na uwadze ROZPORZĄDZENIE
MINISTRA NAUKI I SZKOLNICTWA WYŻSZEGO z dnia 26 września 2016 r. w sprawie szczegółowego trybu i warunków przeprowadzania czynności w przewodzie doktorskim, w postępowaniu habilitacyjnym oraz w postępowaniu o nadanie tytułu profesora.

Znajdujący się w tym rozporządzeniu rozdział: "Szczegółowy tryb przeprowadzania czynności w postępowaniu habilitacyjnym" dotyczy trybu, a nie kwalifikacji członków komisji habilitacyjnej i nie normuje ono zasad ich pracy, ale jedynie działania całej komisji. Rady jednostek przyjmują na tej podstawie własne regulaminy dookreślające sposoby procedowania, by obowiązujące w ustawie normy były w pełni przestrzegane.

Habilitanci powinni to zrozumieć, że podobnie jak oni, kiedy otrzymują do recenzji prace licencjackie, magisterskie czy wydawnicze do oceny żaden z dziekanów nie określa im szczegółowo, jak mają wykonywać tę pracę, podobnie jest z samodzielnymi pracownikami naukowymi. O ich kwalifikacji zdecydowały już znacznie wcześniej odpowiednie gremia naukowe. właśnie dlatego mamy tu do czynienia z SAMODZIELNYMI PRACWNIKAMI NAUKOWYMI, a nie urzędnikami w procedurach naukowych. Kto tego nie rozumie, nie dojrzał do roli, o którą się ubiega.




środa, 17 stycznia 2018

Montessoriańska szkoła No Bell w Konstancinie-Jeziorna najlepsza na świecie



W ocenie najbardziej innowacyjnych szkół na świecie - Edumission przyznała za 2017 r. pierwsze miejsce polskiej szkole niepublicznej bazującej na pedagogice Mari Montessori - No Bell. Do finału dotarło 20 placówek, ale bezkonkurencyjną okazała się wśród nich podwarszawska szkoła wyprzedzając brazylijską Escola Municipal de Ensino Fundamental i brytyjską Little Forest Folk Primary School w Londynie.

Kapituła tego konkursu jest niezwykle kompetentna, bowiem w jej skład wchodzą wybitne osobowości świata nauki i szkolnej edukacji, eksperci:

1) HELENA SINGER (Education consultant, was a Special Advisor to the Minister of Education of Brazil. Ph.D. in Sociology from the University Sao Paulo, with a post-doctorate in Education from the University of Campinas. Singer was visiting scholar at Coimbra University (Portugal) and University of Pennsilvania (USA). Author of books and articles on education and human rights published in Brazil and abroad.)

2) Sir Ken Robinson - has been named as one of Time/Fortune/CNN’s ‘Principal Voices’. He was acclaimed by Fast Company magazine as one of “the world’s elite thinkers on creativity and innovation” and was ranked in the Thinkers50 list of the world’s top business thinkers. In 2003, he received a knighthood from Queen Elizabeth II for his services to the arts).

3) Prof. Sugata Mitra - developed the SOLE (Self Organized Learning Environment) which operates and develops in Newcastle University in the UK).

4) Peter Gray Ph.D. - research professor at Boston College, is author of Freedom to Learn (Basic Books, 2013) and Psychology (Worth Publishers, a college textbook now in its 7th edition).

5) Yaacov Hecht - founded the Democratic School of Hadera in Israel, the first school in the world to call itself democratic. He then helped to establish a network of democratic schools all over Israel.


Dzięki zwycięstwu No Bell - w 2018 r. alternatywne szkoły na świecie będą uczyć się tego, jak można osiągać wspaniały klimat do szczęśliwej edukacji w polskiej szkole. Ci nauczyciele, którzy wytrwali w konsekwentnej realizacji przyjętych założeń pedagogicznych innowacyjnego i odpowiednio przygotowanego przez nich dzieciom środowiska uczenia się, mogą być z siebie dumni. Mówią o tym tak oni, jak i ich uczniowie oraz rodzice.

Na najbardziej prestiżowych, a odbywających się w dn. 25 stycznia na konwencie Bett Show 2018 w Londynie polscy pedagodzy z No Bell będą mogli zaprezentować swoją szkołę. Nareszcie ta placówka została dostrzeżona i doceniona, o czym niewątpliwie zadecydowała nie tylko jest własna historia, dokonania, oryginalny projekt dydaktyczno-wychowawczy, ale także sposób zaprezentowania tego, co jest w niej najważniejsze w czterech kilku-kilkunastominutowych filmach. Winning Participants Will Take Part in a Leading Global Education Event!

Każdy z materiałów wizualnych może stanowić dla innych przykład nie tylko tego, jak można inaczej kreować proces kształcenia i osobowej formacji dzieci, ale także jak prowadzić taką szkołę bez struktur hierarchicznej władzy, bez stopni, bez dzwonków, bez podręczników szkolnych, z pełną i otwartą partycypacją rodziców oraz bez urzędniczego zadęcia.


Osiemnaście lat temu mogliśmy w Łodzi, a potem w innych miastach Polski udowodnić, że tego typu konstruktywistyczny model kształcenia jest możliwy do realizacji w szkolnictwie publicznym, bezpłatnie, że szkoła publiczna nie musi być szkołą mroków dziewiętnastego wieku, prymitywnego bodźcowania stopniami, jawnej i ukrytej selekcji, niszczenia talentów, lekceważenia uczniów z różnymi problemami czy dysfunkcjami, że można uczynić ją otwartą dla dzieci, rodziców i nauczycieli.

Trzeba tylko chcieć i zerwać z dominującym powszechnie podejściem, które obowiązywało w państwie autorytarnym, a po d koniec lat 90. XX w. powróciło w nowej szacie rzekomo wartościowych reform. Szkoła No Bell jest szkołą niepubliczną, której kadra może pozwolić sobie na właśnie taki model kształcenia. Kolejni ministrowie edukacji od 1993 r. skutecznie niszczyli oddolną kreatywność nauczycielską spychając ją poza struktury centralistycznie zarządzanego szkolnictwa publicznego.




Cieszy mnie zatem to, że istnieje tak ta, jak i wiele innych - wyspa oporu przed karykaturalną edukacją w Polsce XXI wieku, w której nauczyciele muszą liczyć się z nadzorem urzędasów, oświatowych pasożytów, którzy niczego nie wnieśli do polskiej pedagogiki szkolnej, ani też nie mają wiedzy na temat modeli kształcenia w szkolnictwie, i to bez względu na to, czy ma ono mieć miejsce w strukturach szkół publicznych czy prywatnych.

Polska biurokracja oświatowa sprywatyzowała wygodne dla siebie stanowiska w MEN i kuratoriach oświaty do wymuszania na nauczycielach tego, co jest w swej istocie i odroczonych skutkach toksyczne dla jakości wykształcenia młodych pokoleń, co niszczy motywację do ustawicznego uczenia się, natomiast sprzyja dozorowaniu, by polska szkoła kosztowała sprawujących władzę jak najmniej.

Hasło szkół alternatywnej edukacji brzmi: DIFFERENT IS BEAUTIFUL!

No Bell Schools, Konstancin-Jeziorna, Poland

We all know that it pays off to invest in relations with students. We are aware that they must learn the hard art of making choices. This, in turn, calls for a change in teaching methods and in the ways we assess our students. Only if these elements change can we create a pupil-
friendly educational space. So we know and we realise, but the question we all keep asking is – how to start. Our answer is: by withdrawing from power, by transferring power to students. By giving up our tools of institutional control and domination over our pupils. By treating them as independent subjects, and opening up to their needs and expectations. Stay with us and you will see that withdrawing from power does make a lot of sense.

wtorek, 16 stycznia 2018

MEN zaprasza do "konsultacji społecznych"


Ministerstwo Edukacji Narodowej wypuściło w ostatnim kwartale ub. roku deklarację o konieczności uwzględnienia w ocenie pracy nauczycieli także ich postaw moralnych. Ciekawe, że w XXI wieku jakiś urzędas lub pseudoekspert mógł wpaść na tak absurdalny pomysł. Na szczęście wczoraj upublicznił "przeciek" z MEN red. Artur Radwan z "Gazety Prawnej", że minister Anna Zalewska nie chce konfliktu z nauczycielami, toteż przerzuca wysiłek na opracowanie kryteriów oceny pracy nauczycieli na ... związkowców.

Minister zaprosiła oświatowe związki zawodowe do "konsultacji społecznych", co brzmi dość zabawnie, bo jak związkowcy nie wyręczą w tym zadaniu urzędników MEN, to być może znowu jakiś moralny doktryner wprowadzi zapisy, którym wszyscy będą musieli się podporządkować, skoro nie włączyli się do "konsultacji społecznych". Czyżby ktoś w MEN skonstruował już Kodeks Etyki Nauczycielskiej?

Przewodniczący branży nauki, oświaty i kultury Forum Związków Zawodowych - Sławomir Wittkowicz słusznie stwierdza: "(...) to ministerialni urzędnicy ze swoimi ekspertami powinni przygotować propozycje kryteriów oceniania, które znajdą się w projekcie. Od tego są konsultacje społeczne, żeby zaproponowane przez MEN rozwiązania jeszcze zmieniać". (A. Radwan, MEN rezygnuje z oceny nauczycielskiej moralności, DGP, 15.01.2018, s. B9)

Tak więc dla związkowców czymś oczywistym jest, że władze wykonawcze w naszym państwie powinny najpierw wykonać swoją pracę, za którą pobierają comiesięczne pobory, a następnie - zgodnie z obowiązującym prawem - jeżeli chcą nowelizację ustawy przeprowadzić jako projekt rządowy, poddać go konsultacjom społecznym, i to nie tylko ze związkami zawodowymi.

Dla MEN jednak od lat, bo tego urzędnicy (wraz ze swoimi szefami i licznymi ich zastępcami, a nawet i pełnomocnikami) nauczyli się już od sprytnych poprzedników (PO i PSL) w latach 2010-2015, że oni tylko rzucają pomysł, a zainteresowani niech się ze sobą spierają, kłócą - czy, w jakim zakresie, po co, dlaczego, od kiedy, na jakich zasadach, i kto jest ZA, kto PRZECIW, a komu jest to COŚ obojętne?

Minister wraz z licznym gronem wice- skorzystała już z przetartej ścieżki pozorowania konsultacji i dalej zamierza to czynić w latach 2018-2019. Najważniejsze jest rozpoznanie pola ideologicznej i aksjonormatywnej walki wraz z istniejącymi armiami, by w odpowiednim momencie dokonać właściwych dla własnej partii rozstrzygnięć. Te zaś wyraźnie są ukierunkowane na oszczędności, na dalszą proletaryzację tej grupy zawodowej.

W ramach planowanego "(...) uproszczenia mechanizmu naliczania płac z Karty nauczyciela ma zniknąć obecny mechanizm obowiązkowego zapewniania średniej płacy, a co za tym idzie wypłacania w styczniu każdego roku jednorazowego dodatku uzupełniającego, określanego potocznie przez samorządy czternastką. Redukcji uległoby kilkanaście dodatków do pensji". (tamże) Co zabierze się jednym, ale reprezentującym większość, to da się - rzekomo w trosce o wszystkich, a w istocie tylko nielicznych - tzw. wyróżniającym się nauczycielom dyplomowanym - dodatki do pensji, i to dopiero od 1 września 2022 r.

NAJLEPSI, WYRÓŻNIAJĄCY SIĘ NAUCZYCIELE będą mogli dopiero za 4 lata liczyć na dodatek ok. 507 zł. Jaka wówczas będzie realna wartość tej kwoty? Chyba niewielka, skoro już teraz administracja w urzędach i instytucjach centralnych zatroszczyła się o wielokrotnie wyższy wzrost płac dla siebie.

W MEN-skim projekcie przewidywano konieczność spełnienia przez nauczycieli dyplomowanych 41 kryteriów na poziomie wyróżniającym! Ciekaw jestem, jak zostaną ujęci w tym systemie ocen nauczyciele szkół branżowych, skoro kierownictwo MEN zaczęło "konsultacje" z przedsiębiorcami różnych branż informując, że konieczne jest "uwolnienie pensji nauczycieli uczących w szkołach zawodowych. – To rewolucyjne, ale zachęcamy spółki i przedsiębiorców do tego, żeby przez organy prowadzące dofinansowywały nauczycieli".

Proponuję, by w toku tzw. konsultacji zacząć standaryzować narzędzie oceniania, które opracują urzędnicy MEN (a może już je mają, bo przecież ten urząd nie został zdekomunizowany) na ich własnej populacji. Jak spełnią wszystkie te kryteria w stopniu wyróżniającym, począwszy od pani minister i jej zastępców, to może warto będzie taki projekt poprzeć. Niech dadzą świetlany przykład. W końcu trzeba walczyć ze stereotypem, że "ryba psuje się od głowy".

poniedziałek, 15 stycznia 2018

Pseudoharcerskie powidoki Ewy Wanat


Czytając w Wikipedii biogram dziennikarki Ewy Wanat można sądzić, że jest to znacząca postać w polskim dziennikarstwie. No cóż, kiedyś zapewne była, skoro miała wyróżnienia i nagrody. We września 2015 r. została zwolniona dyscyplinarnie z Radia RDC. Dotychczas nie kojarzyłem obecności tej pani w mediach, ale to zapewne dlatego, że nie mam czasu na słuchanie radia, chyba że jadę samochodem. Wówczas jednak wolę słuchać dobrej, rockowej muzyki.

Zapewne dalej nie wiedziałbym o istnieniu tej pani jako dziennikarki, gdyby nie to, że przesłano mi jej felieton z ubiegłotygodniowego "Wprost" pod tytułem "Zabawa w wojsko" (14.01.2018). Nawet gdybym miał ten egzemplarz tygodnika, nie sięgnąłbym po ten tekst, gdyż nie interesuje mnie problematyka militarna. Jak się okazuje, red. Wanat nie przepada w ogóle za wszystkim, co ma jakikolwiek związek z wojskiem.

Z tym większym zdziwieniem, zobowiązany do zapoznania się z jej tekstem, przeczytałem, że jego autorka mieszkając obecnie w Berlinie postanowiła podzielić się z czytelnikami swoją nienawiścią do harcerstwa. Zdaje się, że ma problemy finansowe, bowiem w podobnej tonacji zamieściła w grudniu ub. roku na Facebooku swoje "wypociny" na powyższy temat sprawdzając zapewne, czy to chwyci, a tym samym, czy w ogóle może się w przyszłości dobrze sprzedać.

Nie wiem, ile płacą w tym tygodniku za felieton, ale pecunia non olet. Nie opublikowałbym tego nawet wówczas, gdyby ta pani postanowiła za to zapłacić. Ewa Wanat rozpoczyna swój felieton w ekshibicjonistycznym tonie, do czego ponoć przyzwyczaiła już swoich stałych wielbicieli prowadząc wcześniej audycje na temat seksu, prostytucji itp. uciech, które zasługują jej zdaniem na upowszechnienie. Pisze zatem tak:

"Harcerstwo to w Polsce tabu. Krytyka to szarganie świętości porównywalne z umieszczeniem męskich genitaliów na krzyżu przez artystkę Dorotę Nieznalską".

Nie wiem, skąd nabrała przekonania, że w Polsce nie wolno krytykować harcerstwa? Męskie genitalia nie dają jej jednak spokoju, zapewne ze względu na jej gust estetyczny i wcześniejsze rozmowy o seksie z Polakami. De gustibus non est disputandum.

Dalej przyznaje już wprost:

"Nie lubię harcerstwa. Nie lubię jego ideologii i symboliki. Wpaja dzieciom, że dyscyplina, podporządkowanie, hierarchia są godne szacunku i słuszne, Uczy słuchać rozkazów i nakazów, posłuszeństwa wobec autorytetów. Czym to się kończy, wiemy między innymi z eksperymentu Milgrama".

Chyba pisząc ten felieton za dużo wypiła alkoholu i ma z tym problem. To tylko przypuszczenie, ale - jak poszukiwałem informacji na jej temat, to przeczytałem w Internecie (za "Gazetą Wyborcą"), że została zatrzymana w czerwcu 2013 r. przez policję za jazdę po pijanemu na rowerze. Chyba w 2018 r. musi mocno przeżywać rozstanie z radiem i krajem, skoro tak usilnie stara się wywołać jakąś sensację.


Przyznaje w swoim "felietonie", że należała w PRL do harcerstwa, toteż od tamtego czasu go nie lubi. Wcale się nie dziwię, skoro obracała się w socjalistycznym harcerstwie. Nawet jest mi jej żal, bo gdyby trafiła do porządnej drużyny, to nie rzucałaby takich kalumnii. Może wówczas dowiedziałaby się, czym jest naprawdę harcerstwo, jaką ma historię, idee i wartości (a nie ideologię), a nie odreagowywała dzisiaj, po tylu latach komunistycznej infekcji swoimi domniemaniami i urojeniami.

Co tak bardzo zdenerwowało E. Wanat na obcej ziemi, w Niemczech? Dlaczego pisząc jako korespondentka z sąsiedniego kraju nie przyjrzała się temu, czym jest niemiecki skauting oraz jak pluralistyczny jest ten ruch społeczno-wychowawczy nie tylko w Polsce, w Niemczech, ale i na całym świecie? Może słabo zna język niemiecki, żeby przyjrzeć się Pfadfinderom z Berlina i zobaczyć, co jest istotą tego stowarzyszenia?

Jak pisze: "Najbardziej jednak nie lubię harcerstwa za jego paramilitarny charakter. Za wychowywanie do wojny. Bo po to się paramilitarne struktury buduje, żeby była forpoczta dla regularnego wojska. Mięso armatnie. W razie gdyby co. Reszta to zasłona dymna, odwracanie uwagi. Public relations".

Całe szczęście, że ta pani nie pracuje już w polskim RDC, skoro taki ma pogląd na temat nie tylko harcerstwa, ale także PR. Swój felieton zbudowała na jednej wypowiedzi druhny z ZHR, co jest w tym przypadku manipulacją, gdyż w grudniu 2017 r. powodem do tożsamej krytyki harcerstwa było zdjęcie w polskiej prasie premiera M. Morawieckiego z harcerzami, którzy przywieźli mu latarenkę z "Betlejemskim Światłem Pokoju".

To wówczas podzieliła się swoimi skojarzeniami w stylu: (...) - a do tego jeszcze ci harcmistrze i harcmistrzynie w tych spodenkach i spódniczuszkach na 40-letnich brzuszkach i bioderkach. Zaraz mi się przypomina artykuł o pozytywnej pedofilii z pewnej holenderskiej gazety.... Czyżby ujawniły się jakieś wspomnienia z dzieciństwa? Teraz to jest modny temat, a dla niektórych - tabu.

Zdaje się, że redakcja tygodnika "WPROST" albo ocenzurowała tekst z tym wątkiem, albo nie zorientowała się w manipulacji i postanowiła opublikować kiczowaty felieton, pełen osobistych frustracji i negacji wszystkiego tego, co w harcerstwie jest DOBREM, a którego ta pani nigdy nie doświadczyła.


Nawet nie jest w stanie napisać w "powidoku", że harcerstwo nie jest dla wszystkich, nie jest przymusowe, a tworzona przez zdecydowaną większość instruktorów "(...) radosna wspólnota, nauka szacunku dla drugiego człowieka, miłości do przyrody, radzenia sobie w trudnych sytuacjach" nie jest przy okazji czegoś, o czym ona nie ma zielonego, a raczej szarego pojęcia. Musiałaby wysilić szare komórki, a z tym - jak widzę - ma już poważny problem.







niedziela, 14 stycznia 2018

Na kolejną interpelację w imieniu KNP PAN odpowiada wiceminister Aleksander Bobko



Odrębną interpelację na wniosek Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN w sprawie projektowanej likwidacji przez resort części B ministerialnego wykazu czasopism złożyła także pani poseł Anna Wailewska wraz z Piotrem Cieślińskim(Klub Parlamentarny PO), a Ich interpelacja do ministra nauki i szkolnictwa wyższego w powyższej kwestii została zarejestrowana pod nr 17800 i wpłynęła do adresata w dn. 5-12-2017 r.

Szanowny Panie Premierze, w związku z projektem ustawy o szkolnictwie wyższym polskie środowisko naukowe, pedagogiczne, w tym rektorzy uczelni, członkowie rad naukowych czasopism pedagogicznych są zaniepokojeni zapowiedzią likwidacji części B ministerialnego wykazu czasopism wydawanych w języku narodowym. Według środowiska błędem jest wyłączna orientacja na anglojęzyczne platformy czasopism naukowych. Likwidacja części B ministerialnego wykazu czasopism szczególnie dotyka nauk humanistycznych i społecznych, mających duże znaczenie dla tożsamości narodowej i umacniania ważnych społecznie wartości, dla których tworzenie dorobku naukowego w języku polskim ma ważne znaczenie. Wśród odbiorców czasopism z obecnej listy ministerialnej B jest wielu spoza środowiska akademickiego, przedstawiciele innych zawodów poszukujących doniesień naukowych w języku polskim.

Czasopisma z listy B stanowią bardzo ważną dla polskiej nauki płaszczyzną interdyscyplinarnej dyskusji pomiędzy przedstawicielami nauk humanistycznych i społecznych. Likwidacja części B wykazu czasopism marginalizuje własny język i humanistyczny dorobek narodowy. Po wprowadzeniu zmian najważniejszym kryterium przy ocenie czasopism ma być indeksacja w zagranicznych bazach typu Web of Science, Scopus zarządzanych przez korporacyjne, globalne firmy wydawnicze. Nie kwestionuje się zasadności umieszczania pism polskich w powyższych bazach, ale środowisko naukowe sprzeciwia się, aby były to jedyne bazy indeksujące czasopisma liczące się do dorobku naukowego uczonych i tym samym do ewaluacji jednostek naukowych, w których są zatrudnieni. Argumentów za utrzymaniem części B ministerialnego wykazu czasopism jest dużo więcej, o których Pan Minister został poinformowany w stosownej korespondencji do Pana. W związku z powyższym proszę Pana Ministra o odniesienie się do problemu i odpowiedź na poniższe pytania.

Jakie przesłanki miały wpływ na zapis w projekcie ustawy o szkolnictwie wyższym marginalizujący polskie bazy czasopism naukowych?
Czy Pan Minister uwzględni argumentację środowisk naukowych i pedagogicznych ww. temacie i zachowa część B ministerialnego wykazu czasopism tak ważnej dla humanistyki i nauk społecznych platformy polskich czasopism?

Z poważaniem



Publikuję nie tylko treść tej interpelacji, która została precyzyjnie odniesiona do interesującej pedagogów kwestii, ale także przytaczam odpowiedź - tym razem wiceministra nauki i szkolnictwa wyższego - prof. Aleksander Bobko. Warto porównać obie odpowiedzi w tej samej kwestii, bowiem poszerzają opinie sprawujących władzę:

Odpowiedź na interpelację nr 17800 w sprawie likwidacji części B ministerialnego wykazu czasopism (Warszawa, 22-12-2017)


Szanowny Panie Marszałku,
odpowiadając na interpelację Posłów Anny Wasilewskiej i Piotra Cieślińskiego z dnia 5 grudnia 2017 r. (interpelacja nr 17800), w sprawie marginalizacji polskich czasopism naukowych oraz propozycji likwidacji obowiązującej obecnie części B wykazu czasopism naukowych wraz z liczbą punktów przyznawanych za publikacje naukowe w tych czasopismach. Poniżej przedstawiam wyjaśnienia dotyczące poruszonych w interpelacji kwestii.

Idea likwidacji listy B wpisuje się szerokie spektrum działań zmierzających do umiędzynarodowienia oraz otwarcia nauki na globalny świat nauki. Brak polskich badań nad polską i europejską historią oraz kulturą prezentowanych w czasopismach o międzynarodowym zasięgu powoduje, że polski punkt widzenia na sprawy ważne dla tworzenia europejskiej tożsamości jest niezauważalny czy pomijany w międzynarodowych dyskursie. Nieobecność polskich naukowców na arenie międzynarodowej prowadzi do tego, że są nam narzucone inne narracje, które mogą marginalizować znaczenie polskiej kultury, historii oraz humanistyki i nauk społecznych.

Powinnością badaczy winno być pokazywanie światu bogactwa polskiej kultury oraz prezentowanie na forum międzynarodowym polskiej racji stanu. Relatywnie niewielka część dorobku polskich naukowców ma kluczowy wpływ na światowy obieg myśli. Publikacje polskich naukowców w 1% najlepszych źródeł indeksowanych międzynarodowych bazach stanowią zaledwie 0,7%. Blisko o połowę więcej takich publikacji mają Czesi, a dwa razy więcej Węgrzy, a ponad trzy razy więcej od nas Belgowie. To oznacza, że artykuły z polskimi afiliacjami relatywnie częściej publikowane są w czasopismach o niższym wpływie na kształt dyskursu naukowego.

Ten problem pokazuje zestawienie liczby polskich czasopism w SCOPUS – 350 – z wykazem czasopism punktowanych, w którym jest aktualnie aż 2477 tytułów. Obecne zasady funkcjonowania wykazu czasopism są kluczowym powodem presji na publikowanie dużej liczby artykułów naukowych w czasopismach naukowych o lokalnym zasięgu.

Dotychczasowa polityka kierowała główny nurt publikacyjny do obiegu lokalnego, czego efektem jest – jak pokazują analizy biblio- i naukometryczne – ponad dwa tysiące czasopism na liście B, mających śladowy (lub żaden) wpływ na globalny stan badań naukowych. Ich wysoka punktacja w obecnym wykazie czasopism nie ma merytorycznego uzasadnienia, jest wyłącznie wskaźnikiem wpływu wydających je środowisk akademickich. Rolą badań naukowych jest poznawanie i próba rozumienia świata przyrody oraz kultury, a publikacje służą do komunikowania oraz dyskusji nad wynikami badań i ustaleń naukowych.

Prezentowane w ustawie 2.0 rozwiązania nie likwidują lokalnego dyskursu naukowego, a jedynie nadają mu charakter uzupełniający/dodatkowy. Wskazują, że naukowcy – niezależnie od dyscypliny – mają obowiązek publikowania wyników badań na możliwie szerokim forum, tak, aby ich prace (finansowane z pieniędzy podatników) miały możliwie największe oddziaływanie na rozwój wiedzy, rozumienie świata i przyczyniały się do zwiększania prestiżu polskich uczelni, instytutów badawczych oraz instytutów PAN.

Badania nad wzorami publikacyjnymi w naukach humanistycznych i społecznych nie potwierdzają zaniku badawczych tradycji językowych w krajach nieanglojęzycznych. Jest zgoła odmiennie: w krajach takich badacze z nauk humanistycznych publikują równolegle w językach narodowych i w języku angielskim. W roku 2014 publikacje w języku angielskim stanowiły 78% publikacji wszystkich publikacji z nauk humanistycznych i społecznych badaczy z Flandrii (po niderlandzku opublikowanych było 16% wszystkich publikacji). W Finlandii publikacje po angielsku stanowiły 68%, w Norwegii 61%, w Czechach 26%, w Słowacji 25%, a w Polsce 17%. Komitet Nauk Pedagogicznych wskazał, że polskie czasopisma naukowe wykonały znaczący wysiłek na rzecz umiędzynarodowienia, zachowując jednocześnie równowagę w publikowaniu tekstów autorów polskich i zagranicznych, a także w języku publikacji.

Należy jednakże stwierdzić, że wysiłek ten nie przyniósł istotnych zmian. Analiza wyników wykazów czasopism punktowanych z lat 2012, 2013 i 2015 pokazuje, że w naukach humanistycznych średni odsetek autorów zagranicznych wzrósł zaledwie z 15,39% w 2012 roku do 16,85% w 2015 r. a średni odsetek publikacji w językach kongresowych wzrósł z 11,57% w 2012 roku do 17,91% w 2015 r. Jedyną szansą na wyjście z naukowych peryferii dla wielu dyscyplin zwłaszcza w naukach społecznych i humanistycznych jest wyjście poza hermetyczny krąg lokalnego środowiska naukowego i poddanie się rzetelnej krytyce międzynarodowej.

Dlatego też Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zamierza uruchomić program wsparcia praktyk wydawniczych i edytorskich dla najlepszych polskich czasopism naukowych nieindeksowanych w międzynarodowych bazach indeksacyjnych, który pozwoli tym czasopismom włączyć się w międzynarodowy obieg myśli. Jednocześnie pragnę wyjaśnić, że brak części B “Wykazu czasopism punktowanych” nie oznacza, że zabraknie na tej liście najlepszych polskich czasopism humanistycznych wydawanych w języku polskim lub innych językach. Przede wszystkim należy podkreślić, że w bazie Scopus jest aktualnie indeksowanych 108 czasopism, w których publikowane są artykuły w języku polskim, a całościowo w bazie tej jest indeksowanych 358 polskich czasopism. Oznacza to, że w bazie Scopus indeksowane są między innymi takie czasopisma jak “Język Polski”, “Teksty drugie”, czy “Studia z Filologii Polskiej i Słowiańskiej”.

Szczegółowe kryteria ewaluacji jakości działalności naukowej, tryb jej przeprowadzania i sposób dokumentowania określi minister właściwy do spraw szkolnictwa wyższego i nauki określi, w drodze rozporządzenia uwzględniając specyfikę kształcenia w szkole doktorskiej oraz prowadzenia działalności naukowej w ramach dziedzin.
Z wyrazami szacunku


W imieniu Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN wyrażam wdzięczność posłom, którzy zareagowali na nasze stanowisko i związany z nim niepokój o losy polskich czasopism.