sobota, 3 czerwca 2017

Politycy demoralizują dzieci i młodzież


W zależności od tego, czy medium jest prorządowe, czy opozycyjne, takie są doniesienia "dziennikarzy" z mającego miejsce w dniu 1 czerwca 2017 r. Parlamentu Dzieci i Młodzieży. Wymyśliła to postkomunistyczna lewica, bo resentyment za czasami Edwarda Gierka nie pozwalał politykom z SLD i PSL na zrezygnowanie z indoktrynacji światopoglądowej w wydaniu z lat PRL. Towarzysze z KC PZPR, a nawet Przewodniczący Rady Państwa - prof. Henryk Jabłoński - także zapraszali dzieci i młodzież z okazji Międzynarodowego Dnia Dziecka do Belwederu, Pałacu Kultury i Nauki czy Sejmu.

Przecież nie zależało im na rzeczywistym doświadczeniu demokracji przez młode pokolenie, tylko na upozorowaniu przez rządzących i posłów rzekomej troski o uczniów. Do tego wzorca nawiązuje od 1994 r. każda ekipa rządząca, bo która przyzna się, że nie chce, by ten polityczny "manewr" przestał istnieć? Kto powie, że nie chce dzieci i młodzieży w Sejmie w Dniu Dziecka? Władza jest dobra, kochana, wielbi tych z buławą poselską czy partyjną w plecaku, więc przyjmie ich w porządnych hotelach, dobrze nakarmi, wręczy gadżety i ... to już wystarczy.

Niech młodym wydaje się, że coś w tym kraju znaczą, niech zasiądą w ławach poselskich i poczują zapach odpowiedzialności za własne pokolenie. Może jeszcze poczuje resztki niedojedzonej przez któregoś posła pizzy, pomaca tabliczkę z jej/jego nazwiskiem i wyobrazi siebie w tym miejscu za lat kilka lub kilkanaście. Dlaczego nie?

Ciekawe, czy dobór uczniów do tegorocznego "Sejmu DiM" był ideologicznie proporcjonalny do liczby realnych mandatów? Czy nauczyciele pytali swoich uczniów, nominowanych do tej pozoranckiej zabawy w demokrację, jaką partię polityczną zamierzają reprezentować tego dnia w ławach poselskich? Czy któregoś z uczniów nie uwierało siedzenie, którego realny odpowiednik Sejmu VIII kadencji jest z zupełnie przeciwnej mu opcji? Czy może któryś z młodych postanowił w ławie poselskiej wyrżnąć scyzorykiem jakieś hasło?

Kim byli uczniowie-posłowie marszałkowie i wicemarszałkowie tegorocznego SDiM? Zwolennikami PIS, Polski Razem, Nowoczesnej, Kukiz15, PO, PSL czy może byli też jacyś niezależni? Media rejestrowały ich wystąpień w takiej oto postaci:

- Polska prawica i jej przystawki wychowuje sobie naprawdę strasznych następców; "Trudno było nie poczuć przygnębienia oglądając obrady Sejmu Dzieci i Młodzieży pierwszego czerwca. Co bowiem zobaczyliśmy? Ciągle powtarzane wezwania do zniszczenia Unii Europejskiej, porównywanie Brukseli do Moskwy z czasów ZSRR, darcie wydrukowanej na kartce papieru unijnej flagi."

- Lech Wałęsa ostro skomentował Sejm Dzieci i Młodzieży. Ostre słowa do Anny Zalewskiej
"To się Kaczyńskiemu nie spodoba. Dzieci krzyczą w Sejmie 'Lech Wałęsa'";

- "Smutny spektakl, wykorzystali ich jak marionetki". Psycholog o Sejmie Dzieci i Młodzieży ;

- Politycy wciągnęli dzieci do brudnej rozgrywki. Tego się nie robi! : "Dzieci i młodzież niczym papierek lakmusowy pokazują nastroje polityczne i podziały społeczne. Było to aż nadto widać podczas zorganizowanego w parlamencie Sejmu Dzieci i Młodzieży. Z ust młodych „polityków” padło wiele mocnych, a niekiedy nawet szokujących słów. Po parlamencie niosły się hasła: „precz z komuną!”, a przy wejściu... rekwirowano gwizdki i przeszukiwano dziecięce plecaki. Ale czy można się temu dziwić, skoro mentorów, od których dzieci mogły się uczyć takiego zachowania, w polskim Sejmie nie brakuje..." ;

- Dorota Zawadzka "Superniania" o nastolatkach w Sejmie: przeraziła mnie zajadłość tych dzieci;

- Dyskutują przez obrażanie, kontrują przez straszenie". Psycholodzy o obradach Sejmu Dzieci i Młodzieży; "Rekordy popularności biją nagrania przemówień młodzieży. - Musimy sobie jasno powiedzieć. Dziś komuniści nie są czerwoni. Dziś komuniści są niebiescy - powiedział Michał Cywiński. Jego zdaniem, Unia Europejska musi być zniszczona, po czym porwał wydrukowaną na kartce flagę unijną. - Unia Europejska w swoich działaniach na przestrzeni kilku ostatnich lat zaczyna przypominać raczej rzeszę europejską - ocenił inny przemawiający."

- Skandal w Sejmie! PO próbowała wykorzystać dzieci do walki politycznej; "Posłowie Platformy Obywatelskiej próbowali nakłonić młodzież zebraną wczoraj w parlamencie do protestu przeciwko obecnej władzy. Okazją do tego miała być organizowana corocznie w Dniu Dziecka sesja Sejmu Dzieci i Młodzieży. Według relacji jej uczestników, posłowie opozycji poprzez nocne telefony instruowali ich, jak mają się zachowywać, a także zachęcali do zakłócania obrad poprzez używanie gwizdków na sali plenarnej"

- Sejm Dzieci i Młodzieży 2017. O czym debatowali parlamentarzyści-juniorzy? "Młodych polityków powitała też sekretarz stanu w Ministerstwie Edukacji Narodowej Marzena Machałek. – Ten dzień to jest Wasze święto. To wy liderzy swoich społeczności jesteście zaangażowani, pracujecie i tworzycie ważne sprawy. Myślę, że to zasłużona nagroda, że dzisiaj siedzicie w tym miejscu, w Sejmie Rzeczpospolitej Polskiej – podkreśliła. "

- Nastolatka o "wyrazach współczucia dla współpracowników pana Kaczyńskiego i Macierewicza". "- Na sam koniec chciałabym złożyć najserdeczniejsze wyrazy współczucia współpracownikom pana Kaczyńskiego i Macierewicza. Wolność! Równość! Demokracja!"

- Młodzieżowy poseł z Bełchatowa: "Unia Europejska zaczyna przypominać rzeszę europejską".

Żałosne, że w 28 lat po upadku PRL nadal mamy PRL-bis. Polecam obejrzenie filmu fabularnego Wojciecha Marczewskiego pt. "Dreszcze". Świetnie pokazał w nim istotę indoktrynacji i manipulacji politycznej władzy wobec dzieci i młodzieży.

piątek, 2 czerwca 2017

Mała książeczka, a cieszy

Pierwszy raz spotkałem się z wydawnictwem, które na tylnej okładce naukowej książki przedstawiło wszystkie koszty jej wydania. Jest to bardzo interesująca informacja, bowiem wynika z niej, że publikacja - licząca faktycznie może dwa arkusze wydawnicze - wymaga od spragnionego wiedzy czytelnika zapłacenia aż 36 zł. Na tę cenę składają się następujące elementy:

- honoraria (Autor, redaktor językowy, korektor, projektant graficzny, koordynator produkcji i skład) - 4,28 zł;

- koszty druku i papieru: - 5,42

- koszty utrzymania książki w obiegu (transport, magazynowanie, dystrybucja, promocja) - 5,28 zł;

- marża księgarń i hurtowni - 15,32 zł;

- podatek - 1,80 zł;

- zysk przeznaczony na realizację celów statutowych Fundacji - 3,90 zł.

Jak zatem widać, najmniej zyskuje na tym Autor, a więc wytwórca dobra kulturowego, jakim jest książka. W księgarni nikt jej nie znajdzie, bo jeśli nawet ją zamówiła, to przy tak wysokiej cenie potencjalni interesanci przejdą obok. To tylko pokazuje kryzys, w jakim znajduje się polskie czytelnictwo na skutek wysokich kosztów produkcji książek oraz z jakim ubóstwem muszą liczyć się autorzy publikacji.

Rozpraw naukowych nie wydaje się dla zysków oficyn akademickich czy tym bardziej autorów, bo te są na poziomie kilku złotych od sprzedanego egzemplarza. Książki nie znalazłem w Łodzi. Zajrzałem do sieci. O połowę taniej mogłem ją kupić w ... antykwariacie, nowiuteńką. Kto na tym stracił? Zapewne wydawca i autor. Jako czytelnik - zyskałem, bo kupiłem ją za 20 zł, a więc w cenie jednego miesięcznika, a nie za 36 zł.

Rozprawę wydała oficyna organizacji pozarządowej, która specjalizuje się w niszowej problematyce nauk społecznych, ale o bardzo wysokich walorach poznawczych. Ot, rozprawa dla inteligencji, naukowców, dla może kilkunastu czy kilkudziesięciu czytelników. Dobrze, że się ukazała, bo dzięki temu mam dostęp do wysokiej jakości wykładu jednego z cenionych uczonych o nowej sytuacji, w jakiej toczy się dziś nasze życie. Jak pisze:

Tworzy ją ogromna złożoność świata, skutkująca dużą skalą i intensywnością przez nikogo nieplanowanych zdarzeń, sprzężeń zwrotnych, incydentów oraz katastrof, wszechobecnością emergencji i zbiorowych zachowań o trudnym do kontrolowania przebiegu. Ta zasadnicza zmiana podważa przekonanie człowieka o własnej wszechwładzy i rodzi pytanie o strategie życia w nowym, wyłaniającym się na naszych oczach świecie. Każe zastanowić się też nad zagrożeniami, jakie on z sobą niesie, oraz niebezpieczeństwami, które wywołują niepewność i strach". (okładka)

Właśnie o tych incydentach pisałem dzień wcześniej w blogu, a tu, taka książka, której autor odczytuje przejście od nowoczesnych do ponowoczesnych form uspołecznienia osób w świecie pełnym niepewności, lęków czy prekarności. Gdyby studiujący resocjalizację czy pedagogikę społeczną chcieli przeczytać, jak można za pomocą wiedzy socjologicznej odczytywać złożoność naszego świata, to gorąco im polecam tę rozprawę. Jest syntetyczna, napisana świetnym językiem i łamie dotychczasowe myślenie o incydentach jako czymś patologicznym, rzadkim, wyjątkowym, niepowtarzalnym. To nieprawda, pisze prof. Marek Krajewski z Wydziału Nauk Społecznych UAM w Poznaniu - "INCYDENT JEST CZYMŚ NORMALNYM, NIE ZAŚ ODSTĘPSTWEM OD NORMY, CZYMŚ, CO NAM SIĘ NIEUSTANNIE PRZYDARZA I CO TWORZY ISTOTNY ASPEKT NASZEJ EGZYSTENCJI". (s. 70-71).

To powinno zmienić optykę postrzegania wydarzeń także w naszym kraju.

czwartek, 1 czerwca 2017

Otrzegajmy młodzież przed niewolnictwem XXI wieku

Tak głośno komentowana w kraju śmierć młodej Polki w Egipcie zwróciła wreszcie uwagę opinii publicznej na zjawisko, którego być może nie jesteśmy świadomi, a rozprzestrzenia się w niewidoczny sposób jak wirus. W sieci padały najróżniejsze powody tego tragicznego zdarzenia, od powiązań różnych osób z kręgu tej kobiety z mafią narkotykową, poprzez insynuowanie objawienia się nagle u niej zaburzeń psychicznych po bycie ofiarą handlu ludźmi.

Tak, tak, czas najwyższy wprowadzić jeszcze przed wakacjami do zajęć wychowawczych w szkołach średnich (jeszcze w wygaszanych gimnazjach i wszystkich szkołach ponadgimnazjalnych) problem przestępstwa, które rozwija się w Polsce od dłuższego czasu. Jak podaje policja, rocznie popełnianych jest kilkadziesiąt przestępstw handlu młodymi kobietami, a jest to TRZECIE po handlu bronią i narkotykami ŹRÓDŁO ZYSKÓW dla zorganizowanych grup przestępczych. Te mają swoich ludzi w instytucjach, które powinny bronić i chronić polskich obywateli przed niewolnictwem XXI wieku, ale - jak w każdym środowisku społeczno-zawodowym - mamy do czynienia z podłą zdradą etosu wykonywanej profesji i człowieczeństwa dla indywidualnego zysku.

Przeczytałem w miesięczniku "Policja 997" artykuł Elżbiety Sitek właśnie pod takim tytułem: "NIEWOLNICTWO XXI WIEKU" (2017 nr 5, s. 18-19), którego treść powinna być przedrukowana do czasopism oświatowo-wychowawczych. Trzeba uświadamiać młodzieży, że staje się w wyniku rozbuchanych potrzeb konsumpcyjnych, które prof. Jan Szczepański określał mianem potrzeb "otoczkowych", łatwym "kąskiem" dla świetnie zorganizowanych i bogatych grup przestępczych. Młoda kobieta staje się dla nich TOWAREM, który najpierw "kupuje się" osaczaniem emocjonalno-materialnym, by po pewnym czasie, naiwną, bezgranicznie ufną, często nieznającą dobrze języka obcego i mało zaradną - sprzedać na czarnym rynku:

- by była wykorzystywana seksualnie;

- do niewolniczej pracy;

- do pobrania organów na przeszczep.

Jak pisze pani E. Sitek:

"Schemat tych przestępstw jest dość podobny - do pracy werbuje się osoby nieznające języka i mało zaradne, znajdujące się w trudnej sytuacji, potem wpuszcza się je w spiralę długów: za podróż i załatwienie pracy, za mieszkanie, za różne prawdziwe czy fikcyjne świadczenia. W ten sposób osoba pracuje i ciągle musi oddawać to, co zarobiła. Bywa, że na nazwisko zwerbowanego pracownika zakładane jest konto, do którego nie ma on dostępu i z tego konta "pracodawca" zabiera wszystkie ewentualne świadczenia, jakie dana osoba dostaje od państwa". Ten proceder ma miejsce szczególnie w takich krajach, jak Anglia, Holandia czy Belgia.

Polska stała się także źródłem dla grup przestępczych porywających dzieci i handlujących nimi głównie dla środowisk pedofilskich lub do pobrania organów. Nie piszę o tym, by kogokolwiek straszyć, gdyż polska policja walczy z tym światkiem przestępczym wszczynając blisko 30 nowych śledztw rocznie. Niech jednak rodzice, nauczyciele, wychowawcy, instruktorzy harcerscy czy grup młodzieżowych, opiekunowie wakacyjnych obozów, kolonii czy form wypoczynku letniego nie spuszczają dzieci i młodzieży z oczu, bo gangi przestępcze w Polsce tylko na to czekają.

NIEWOLNICTWO XXI WIEKU nie może być tematem TABU!


środa, 31 maja 2017

Konieczny upadek tzw. wyższych szkół prywatnych

Kto pamięta ten numer nieistniejącego już czasopisma, które powołał przed laty do życia rzekomo wówczas prawicowy polityk Janusz Palikot? Przywołuję je, chociaż mógłbym zamieścić w tym miejscu setki artykułów na temat pseudoakademickiego biznesu. Poszukujący tanich studiów, w tym przede wszystkim podyplomowych, różnego rodzaju kursów, szkoleń, a w istocie chętni do pozyskania jak najtaniej dyplomu takich studiów, mogą nie zdawać sobie sprawy z faktu, że zapisują się w szkole wyższej, która już została zlikwidowana, bądź też jest w trakcie likwidacji. Wpłacą, zarejestrują się i... zostaną na lodzie.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nareszcie, po raz pierwszy od wielu, wielu lat, opublikowało w środę, 24 maja 2017 r. wykaz wyższych szkół prywatnych, które nie spełniają wymogów do udzielenia im dotacji budżetowej. Czy to oznacza, że w ogóle nie powinny też dalej działać na naszym rynku? Czy może jednak wolno im nabierać naiwnych na oferowane przez nie studia podyplomowe czy inne kursy? Komunikat ministerstwa powinien być bardziej jednoznaczny, a wskazujący na konsekwencje podjętych przez władze decyzji.

Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego informuje, że przedstawione w tabelach uczelnie niepubliczne, nadzorowane przez Ministra właściwego do spraw szkolnictwa wyższego, nie otrzymały na 2017 r. dotacji na zadania związane ze stwarzaniem studentom i doktorantom będącym osobami niepełnosprawnymi warunków do pełnego udziału w procesie kształcenia; na zadania związane z bezzwrotną pomocą materialną dla studentów i doktorantów. Prawdopodobnie jest to pochodną niżu demograficznego i/lub braku zainteresowania studiami w tych szkołach.

Resort wskazuje na powody "odcięcia" akademickich jednostek od dalszego zasilania finansowego przez państwo. Są to:

I - z powodu nieprzekazania danych niezbędnych do naliczenia dotacji:

1. Wyższa Szkoła Bankowości i Finansów z siedzibą w Katowicach;

2. Wyższa Szkoła Hotelarstwa i Gastronomii w Poznaniu;

3. Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Łodzi;

4. Wyższa Szkoła Sportowa im. Kazimierza Górskiego w Łodzi;

5. Wyższa Szkoła Techniczno-Humanistyczna – Kadry dla Europy z siedzibą w Poznaniu;

6. Wyższa Szkoła Współpracy Międzynarodowej i Regionalnej im. Zygmunta Glogera z siedzibą w Wołominie;

7. Wyższa Szkoła Zarządzania Personelem w Warszawie;

8. Wyższa Szkoła Zawodowa „Oeconomicus” Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego z siedzibą w Szczecinie


II - z powodu braku możliwości nawiązania kontaktu i uzyskania danych niezbędnych do naliczenia dotacji:

9. ALMAMER Szkoła Wyższa z siedzibą w Warszawie;

10. Wyższa Szkoła Gospodarowania Nieruchomościami w Warszawie.

III - z powodu nieprzekazania danych niezbędnych do naliczenia dotacji:

11. Szkoła Główna Politechniczna z siedzibą w Nowym Sączu;

12. Wyższa Szkoła Bankowości i Finansów z siedzibą w Katowicach;

13. Wyższa Szkoła Nauk Prawnych i Administracji im. Leona Petrażyckiego w Wołominie;

14. Wyższa Szkoła Techniczno-Humanistyczna − Kadry dla Europy w Poznaniu;

15. Wyższa Szkoła Współpracy Międzynarodowej i Regionalnej im. Zygmunta Glogera z siedzibą w Wołominie;

16. Wyższa Szkoła Zawodowa „Oeconomicus” Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego z siedzibą w Szczecinie.

IV - z powodu braku możliwości nawiązania kontaktu i uzyskania danych niezbędnych do naliczenia dotacji:

17. ALMAMER Szkoła Wyższa z siedzibą w Warszawie;

18. Wyższa Szkoła Gospodarowania Nieruchomościami w Warszawie;

19. Wyższa Szkoła Służb Lotniczych w Bydgoszczy.

Mam nadzieję, że ta lista będzie aktualizowana na bieżąco, codziennie. Jest w naszym kraju wiele wyższych szkół, które nie spełniają standardów akademickich! Śmieją się z nas w Europie, że potrafiliśmy z udziałem, bo przyzwoleniem władz ministerialnych i Polskiej Komisji Akredytacyjnej, działać czarnemu biznesowi, który wyłudzał od naiwnych środki na rzekomą edukację. Podwyższyliśmy wskaźniki statystyczne w zakresie skolaryzacji, ale wskaźniki jakościowe są tu porażające.

wtorek, 30 maja 2017

Wiara w siebie i ustawiczne uczenie się warunkiem sukcesów zawodowych



Przytaczam przekład z tekstu, jaki ukazał się w blogu Instytutu Edukacji w Londynie, by zachęcić studentów do poznawania nowinek z badań ekspertów oświatowych Wielkiej Brytanii. Jest tu wiele interesujących, a krótkich relacji z różnych typów szkół, problemów związanych z socjalizacją dzieci i młodzieży w ponowoczesnym świecie, ale są też osobiste wpisy czy wypowiedzi profesorów różnych dyscyplin naukowych, którzy dzielą się swoimi doświadczeniami z kształcenia akademickiego czy szkolnego.

What kind of learning do we need to make the most of the new technological revolution?

Rose Lucking z Izby Lordów przedstawiła komisji zajmującej się przyszłością rynku pracy rolę uczenia się jako podstawowego warunku w osiąganiu sukcesów we współczesnej rewolucji technologicznej. Swoje stanowisko w tej kwestii zaprezentowała na IOE (Institut of Education) LONDON BLOG.

Uważa, że całe społeczeństwo zyska tylko wówczas, kiedy będzie utrzymywać adekwatne do poziomu innowacji i rozwoju technologii tempo uczenia się. Kiedy edukacja staje się dla pracowników przeszłością, czymś dokonanym i wystarczającym, to nie są oni w stanie opanować nowych zadań i wypadają z rynku pracy, a społeczeństwo staje się coraz bardziej rozwarstwione. Przykładowo, minister szkolnictwa w Finlandii poinformowała niedawno, że chce, aby w kraju wszyscy uczyli się niezależnie od wieku i doświadczenia, by ludzie mieli wysokie kompetencje i elastyczne umiejętności oraz by mogli w każdej chwili, kiedy tylko zaistnieje taka potrzeba, powrócić na ścieżkę edukacji.

Wielka Brytania potrzebuje pracowników, którzy potrafią szybko przystosować się do zmieniającego się świata. To oczywiste, że ludzie muszą dysponować określoną wiedzą, rozumieć swój język, znać matematykę, geografię itp., ale też powinni dysponować umiejętnościami XXI wieku w zakresie ustawicznego kształcenia. Zdaniem Lucking niezwykle ważne jest poczucie własnej wartości, wiara w siebie, u podłoża której jest przekonanie, że człowiek poradzi sobie w specyficznych sytuacjach i indywidualnie oraz w pracy zespołowej podoła nowym zadaniom.

Wiara w siebie przyczynia się do określenia własnych celów i sposobów, za pomocą których rozwiązujemy problemy oraz zaspokajamy własne czy grupowe oczekiwania. To jest ta umiejętność, której można się nauczyć pod warunkiem, że będziemy poznawali siebie. Jednostka musi dobrze wiedzieć, na czym się zna, a czego nie wie, w czym jest dobra, a w czym nie, w czym konieczna jest jej pomoc oraz w jaki sposób może ją pozyskać.

Wiarę w siebie jako klucz do sukcesu należy rozwijać już u dzieci w wieku przedszkolnym i w szkole. Powinno to zadanie znaleźć swoje odzwierciedlenie w podstawach programowych wychowania i kształcenia dzieci. Z badań B. Blooma wynika, że indywidualne uczenie się sprzyja osiąganiu lepszych wyników niż uczenie się w klasie szkolnej. Niskie wyniki kształcenia nie są następstwem pozostawienia uczniów samym sobie, ale skutkiem niewłaściwego podejścia do nich. Zadaniem szkoły jest zatem znalezienie takich metod, by możliwa była efektywna edukacja każdego ucznia zgodnie z jego potrzebami i możliwościami.

Dostosowaniu procesu kształcenia do uczniów powinna pomóc sztuczna inteligencja, która rozpoczęła nową rewolucję technologiczną. Za pomocą nowych technologii możemy uzyskiwać potrzebne dane o naszych uczniach i diagnozować rozwój ich inteligencji, emocjonalności i metakognitywnej wiedzy, a więc poziom rozwoju ich umiejętności rozumienia swoich procesów myślowych i regulowania ich.

Uczniowie zaś chcą uczyć się z wykorzystaniem nowych technologii, ale to nie oznacza zarazem, że wszyscy muszą znać sztukę programowania. Najważniejsza jest bowiem umiejętność posługiwania się technologią w pracy, w czasie wolnym i na co dzień. Jeśli chcemy dotrzymać w szkole kroku rewolucji technologicznej, to - zdaniem Lucking - nie wolno:

1) zaniedbać znaczenia wiary w siebie, koncentrując się głównie na sprawdzaniu u uczniów tylko ich wiedzy z przedmiotów;

2) nie sprawdzać własnych możliwości, które daje technologia tylko dlatego, że uczniowie obawiają się zagrożeń w sieci, kiedy są online;

3) nie nauczyć nadchodzącej generacji dostatecznego opanowania technologii, żeby mogła w przyszłości, w sposób kompetentny rozstrzygać o tym, w czym technologie są pomocne społeczeństwu, a w czym nie są oraz co można z nimi czynić, albo czego robić nie należy.

poniedziałek, 29 maja 2017

Krytyka Raportu NIK o przygotowaniu do zawodu nauczycieli


Od jakiegoś już czasu mam na pulpicie komputera Raport NIK pn. "Przygotowanie do wykonywania zawodu nauczyciela". Nie ukrywam, że już sama nazwa tego doniesienia organu kontroli budziła we mnie niechęć, by zapoznać się z jego treścią. Tytuł bowiem jest bardzo szeroki, zapowiadając różne czynniki, podmioty czy instytucje odpowiedzialne za ten proces.

Tymczasem, kiedy zacząłem czytać ten Raport, to okazało się, że celem kontroli było dokonanie oceny warunków kształcenia nauczycieli w szkołach wyższych oraz pierwszego roku ich pracy w szkołach, gdzie powinni być objęci opieką jako nauczyciele stażyści. Już z poniżej wymienionych celów kontroli wynika, że kontrolerzy Najwyższej Izby Kontroli nie mają zbyt pogłębionego pojęcia o przedmiocie planowanej i przeprowadzonej diagnozy. Dociekali bowiem:

1. Czy szkoły wyższe zapewniają odpowiednie warunki kształcenia służące przygotowaniu studentów do wykonywania zawodu nauczycielskiego?

2. Czy szkoły wyższe doskonalą proces kształcenia kandydatów na nauczycieli w ramach wewnętrznego systemu zapewniania jakości kształcenia?

3. Czy przyjęte przez dyrektorów szkół rozwiązania sprzyjają nabyciu przez nauczycieli stażystów kompetencji niezbędnych do nauczania i wychowania dzieci i młodzieży?


Zdaje się, że procedury kontroli mają w NIK jeszcze z czasów PRL, bo zupełnie nie rozumieją, że szkoły wyższe są tylko jednym z wielu ogniw w procesie przygotowywania przyszłych nauczycieli do zawodu. Poprzedzają je znacznie ważniejsze czynniki makropolityczne - władcze oraz ustawodawcze, w tym:

1) Standardy kształcenia nauczycieli, które określa Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego - "ROZPORZĄDZENIE MINISTRA NAUKI I SZKOLNICTWA WYŻSZEGO w sprawie standardów kształcenia przygotowującego do wykonywania zawodu nauczyciela";

1a) Działalność kontrolna Polskiej Komisji Akredytacyjnej w zakresie jakości kształcenia, także przyszłych nauczycieli;

2) Szczegółowe kwalifikacje wymagane od nauczycieli określa Ministerstwo Edukacji Narodowej - Ustawa Karta Nauczyciela i Rozporządzenie MEN ws. kwalifikacji nauczycieli.

Gdyby w Polsce szkoły miały autonomię, a nie jej pozór, to dyrektor szkoły jako pracodawca mógłby tak zatrudniać pracowników w tym zawodzie, żeby mógł realizować misję i wizję szkoły, a nie stanowić przedłużonego ramienia władzy, która centralnie ustanawia wymogi kwalifikacyjne oraz narzuca dyrektywy programowe, organizacyjne i dydaktyczno-wychowawcze. W związku z tym, że szkolnictwo ma ustrój centralistyczny, to za warunki zatrudniania w tych placówkach nauczycieli odpowiada przede wszystkim Ministerstwo Edukacji Narodowej.

Funkcjonowania tej instytucji NIK nie zamierzała kontrolować pod tym właśnie względem. A szkoda, bo może dowiedzielibyśmy się, za co pobierają pensje urzędnicy resortu, którzy są tam od tego, by określać i weryfikować, także kontrolować jakość kadr nauczycielskich. Zostawmy na chwilę MEN i przejdźmy do szkolnictwa wyższego.

Otóż można postawić prezesowi NIK analogiczne pytanie, dlaczego dubluje pracę Polskiej Komisji Akredytacyjnej, która została powołana przez polski rząd właśnie po to, by weryfikować jakość kształcenia, także nauczycieli? Czy inspektorzy NIK kontrolowali PKA pod tym kątem? NIE. Dlaczego? Z prostego powodu, władza w państwie autorytarnej demokracji nie kontroluje samej siebie. Władza jest poza wszelką kontrolą merytoryczną i prawną. Władza jest rozliczana co kilka lat przez społeczeństwo w dniu wyborów parlamentarnych.

Komu zatem potrzebna jest kontrola NIK w powyższym zakresie? Oczywiście rządzącym, żeby mogli uzyskać argumenty na rzecz wdrażania planowanych zmian oświatowych. Te zaś muszą obejmować w okresie reform ustroju szkolnego także jego kadry, poza rzecz jasna - kadrami w resorcie edukacji, szkolnictwa wyższego i PKA.

Kontrolę przeprowadzono w zaledwie 5 uniwersytetach, chociaż kształceniem nauczycieli zajmuje się ponad 300 szkół wyższych w naszym kraju. Co ciekawe, nie uwzględniono w tej kontroli państwowych wyższych szkół zawodowych, które wiodą prym w przygotowywaniu do zawodu przyszłych nauczycieli oraz ponad 200 wyższych szkół niepublicznych zarabiających na tym interesie bez specjalnej troski o jakość edukacji. Kontrolą objęto też 20 szkół, na ponad 23 tys. w całym kraju oraz przeprowadzono ankietę wśród studentów5 uniwersytetów na temat ich odczuć co do przydatności studiów nauczycielskich.

NIK nie wie, że w uniwersytetach nie ma już klasycznych studiów na kierunkach nauczycielskich. Nie ma, bo być nie musi. Tworzy się jedynie ich atrapy zgodnie zobowiązującym prawem o szkolnictwie wyższym. Polska Komisja Akredytacyjna od chwili jej powstania w 2002 r. do 2012 r. w ogóle nie kontrolowała szkolnictwa wyższego pod kątem kształcenia nauczycieli. Nie czyniła tego, bo... nie musiała, albo zapomniała o czymś takim, jak kształcenie nauczycieli. Kontrolowano bowiem jedynie edukację na poszczególnych kierunkach studiów, a studia nauczycielskie takimi przecież nie były i nie są.

NIK objął kontrolą lata 2012 - 2016, a więc okres, w którym - podobnie, jak miało to miejsce w okresie rządów PO i PSL - uniwersytety mogły przygotowywać do zawodu przyszłych nauczycieli, ale nie musiały. Jeśli to czyniły i nadal czynią, to kosztem kształcenia kierunkowego lub/i kosztem dodatkowych obciążeń dla studentów traktujących przecież nauczycielstwo jako zawód drugiego wyboru (gorszego sortu i resortu ze względu na warunki pracy i płacy).

Dość śmiesznie brzmią uzasadnienia podjęcia kontroli z tego względu, że proces przygotowania do zawodu "nie jest priorytetem polityki edukacyjnej" (s. 6). Dlaczego nie dodano, że dotyczy to tak rządu PO i PSL, jak i obecnego? Gdyby tak napisano, to trzeba byłoby przeprowadzić kontrolę w urzędach centralnych państwa odpowiedzialnych za tę politykę.

NIK stwierdza, że rzekomo przyjęty model kształcenia (przez kogo przyjęty - już nie podaje, podobnie jak wyjaśnia, kategorii modelu) przygotowującego do wykonywania zawodu nauczyciela charakteryzuje się m.in. brakiem wysokich wymagań przy rekrutacji na studia. Kontrolerzy NIK nie wiedzą, że wraz z wprowadzeniem w Polsce egzaminów zewnętrznych, w tym państwowej matury, nie ma czegoś takiego jak wymagania rekrutacyjne?! Czy NIK-owcy rzeczywiście byli dobrze przygotowani do zadań kontrolnych?

O potrzebie przeprowadzenia kontroli miały zdecydować także plotki, opinie, subiektywne odczucia, skoro zapisano, że mamy do czynienia ze "społecznie postrzeganą łatwością uzyskania kwalifikacji nauczycielskich w wielu instytucjach" (Jakie instytucje mieli na uwadze? Nie podano.) Ba, NIK stwierdził na tzw. "wejściu" do swojej diagnozy, że w Polsce jest praktycznie otwarty dostęp do zawodu.

EUREKA! To NIK nie wie, że nie ma samorządu zawodowego nauczycieli, a zatem o otwartości dostępu do zawodu decyduje MEN określając właśnie kwalifikacje, jakie są wymagane od nauczycieli (w istocie - jakie dyplomy)?

Wreszcie stwierdzono we wstępnej diagnozie, że mamy w kraju "negatywną selekcję" do zawodu nauczycielskiego. Na jakiej podstawie? Na bazie krytykowanego przez obecny rząd Raportu z niskiej jakości badań IBE z 2015 r., które nie obejmowały zjawiska tzw. "negatywnej selekcji" do zawodu nauczycielskiego.

Nie będę przytaczał tu danych z przeprowadzonej kontroli, gdyż każdy sam może się z nimi zapoznać i całość wyrzucić do kosza. Tak powierzchownego, pozbawionego dociekania rzeczywistych powodów jakości kształcenia przyszłych nauczycieli nie przyjąłbym jako zleceniodawca. Publiczne pieniądze na kontrolę zostały zmarnowane. Jeżeli na takim kiczu kontrolnym polega praca NIK, to trudno, by można było cokolwiek w naszym państwie zmienić, poprawić czy istotnie zreformować.

Skoro tak wysoki urząd podejmuje się kontroli na podstawie błędnie określonych przesłanek i braku fundamentalnej wiedzy o przedmiocie kontroli, to trudno się dziwić, że jakość raportu jest tyle warta, co cena papieru, na którym został wydrukowany. Taki raport nadaje się tylko do kosza, także tego wirtualnego.

niedziela, 28 maja 2017

Kto nie z MEN, ten nie ten



Coraz częściej naukowcy z różnych krajów europejskich, chcąc uniknąć kolejnych kryzysów szkoły jako wciąż niezmiernie ważnej i potrzebnej instytucji edukacyjnej, podejmują się wspólnej debaty na temat autonomii i polityki reform. Dostrzegają wagę tych procesów i wykraczają poza schematyczne analizy struktur, powierzchowną prezentację historii czy szybko dezaktualizujące się dane statystyczne. Poszukują przy tym nie tyle jakiejś myśli przewodniej, która wiązałaby wszystkie systemy szkolne w możliwą do porównań całość, ile perspektywy najbardziej palącego dyskursu reformatorskiego w zakresie decentralizacji i demokratyzacji oświaty. Mamy w tym przypadku wyraźnie do czynienia z powrotem fali pedagogiki reform z początku XX wieku, która zaowocowała tak wspaniałymi rozwiązaniami edukacyjnymi, jak szkoły M. Montessori, R. Steinera, C. Freineta, P. Petersena, A. Neilla, itp.

Oczekiwanie wyraźnego przejścia od zuniformizowanej powszechnej szkoły, szkoły bez swoistego oblicza, szkoły wprawdzie bezpłatnej, ale jednak zatracającej swój wymiar personalistyczno-egzystencjalny i wspólnotowy, nie jednoczącej nauczycieli, rodziców i uczniów we wspólnym wysiłku wychowawczo-dydaktycznym, a zarazem od szkoły zaniedbującej maksymalizowanie potencjalnego rozwoju wszystkich jej podmiotów do szkół autorskich, samorządnych, suwerennych organizacyjnie, ekonomicznie, programowo i wychowawczo - jest ewidentnym symptomem restauracji myśli pedagogicznej minionego wieku. Wieloletnie doświadczenia szkół eksperymentalnych stają się źródłem upowszechniania idei pedagogiki reform oraz kreowania nowych rozwiązań w skali makrosystemowej, by mogły one zaistnieć w przestrzeni mikrosystemowej.

Od przełomu lat 80. i 90. pojawiały się w Polsce niezależnie od siebie, w różnych regionach kraju projekty oddolnego reformowania edukacji, procesu kształcenia i wychowania, które implementowane były w szkołach publicznych z udziałem przede wszystkim nauczycieli i rodziców. Przyjmowały one jedną z nazw: “szkoły samodzielnej”, "szkoły autonomicznej”, “szkoły o poszerzonej odpowiedzialności”, „szkoły z własnym profilem”, „szkoły o częściowej autonomii”, “szkoły indywidualnych projektów” czy „szkoły autorskiej”. W tych modelach transformatywni pedagodzy wdrażali do praktyki oświatowej, w nieco zmodyfikowanej postaci, własne rozwiązania programowe, metodyczne i organizacyjne.

Niestety, zapoczątkowany przez lewicę odwrót w 1993 r. od pełnej samorządności i decentralizacji ustroju szkolnego wynikał z niechęci władz oświatowych, także innych opcji politycznych, do rozwoju tego typu inicjatyw edukacyjnych w obszarze szkolnictwa publicznego. Wraz z obowiązkowym wdrażaniem reformy szkolnej najpierw w 1999 r., a teraz w 2017 - każdy nauczyciel został zobowiązany do wdrażania jej założeń zgodnie ze scenariuszem władzy.

Takie reformy nie mają nic wspólnego z twórczością, zmianą, innowacyjnością czy postępem. W polityce MEN od ponad 23 lat obowiązuje stanie na straży władztwa centralistycznego, które sprawia, że można tak, jak miało to miejsce w PRL, wykorzystywać szkolnictwo do realizacji światopoglądowo warunkowanej edukacji. Tak zwane reformy mają przede wszystkim dla formacji - obecnie czy wcześniej - rządzącej być okazją do manipulowania szkolnictwem dla politycznych sukcesów. Wszelkie innowacje mają zatem tylko i wyłącznie charakter wdrożeniowy, adaptacyjny w myśl zasady -„Kto nie z nami, ten przeciw nam”. Kto nie chce być za reformą, jawi się jako przeciwnik tzw. dobrej zmiany.


Minister edukacji pisze - tak samo, jak czynili to jej poprzednicy z lewicy czy populistycznej centroprawicy - List do rodziców tak, jakby oni nie mieli co robić, tylko czytać komunały, za którymi kryje się pozór reform. Treść tego listu brzmi jak tekst do kabaretu czy "Ucha prezesa", bowiem każde zdanie rodzice odczytują w nim jako banał, za którym kryje się cyniczne myślenie życzeniowe. Do kogo jest ten List? Do których rodziców? A dlaczego nie także do uczniów gimnazjów i ich nauczycieli? W co mają uwierzyć rodzice? Oczywiście w to, że:

- wiedzą już, do której szkoły będą uczęszczać ich dzieci;

- że pani minister jest przekonana, że samorządy świadome spoczywającej na nich odpowiedzialności brały pod uwagę oczekiwania, potrzeby dzieci, a także – oczywiście – lokalne uwarunkowania;

- reforma edukacji jest częścią spójnej, przemyślanej i zaplanowanej w perspektywie najbliższych lat polityki oświatowej państwa;

- władze resortu dążą do tego, aby każdy uczeń, bez względu na to skąd pochodzi oraz jaki jest status materialny jego rodziny, miał zapewnioną dobrą edukację i dobrą szkołę;

- do końca obecnego roku szkolnego ministerstwo przeszkoli nauczycieli z nowej podstawy programowej, bo przecież nauczyciele nie potrafią sami czytać ze zrozumieniem i trzeba ich do tego przyuczyć;

- każdy uczeń otrzyma książki i ćwiczenia w szkole, a podręczniki oraz materiały edukacyjne dla szkół podstawowych i klas gimnazjalnych będą sfinansowane z budżetu państwa;

- pani minister chce, aby dzieci miały zapewniony przynajmniej jeden ciepły posiłek w szkole i mogły w spokoju zjeść go podczas jednej dłuższej przerwy „obiadowej”, a nawet planuje opiekę stomatologiczną w szkołach; itd. itd.

Tylko niech rodzice przestaną protestować, biegać z jakimiś transparentami, rozrzucać ulotki, chodzić na manifestacje, strajkować, wnioskować o referendum. Ten rząd, podobnie jak poprzedni za Donalda Tuska czy Ewy Kopacz lepiej wie, od rodziców, od obywateli, czym jest demokracja, w czym im wolno, a w czym nie powinni uczestniczyć, o co się upominać, a przeciwko czemu występować. To jest naprawdę dobra zmiana, władza kochająca naród. Tymczasem ci niewdzięcznicy piszą i puszczają do sieci: