środa, 30 września 2009

Na ostatni moment

Wielką zagadką jest dla mnie to, dlaczego na dzień- dwa przed zakończeniem rekrutacji , setki kandydatów dobijają się do drzwi "mojej" uczelni, by zapisać się na studia. Rekrutacja trwa od czerwca. Dzisiaj się kończy - definitywnie. I nie ma zmiłuj się, choć są oczywiście i takie szkoły wyższe, którym w tym przypadku przymknięcie oka na obowiązujące prawo zdarza się nie tylko w takich momentach. Pokusa zysków przekracza poziom przyzwoitości i poszanowania prawa.

Jak się okazuje, każda ze stron może jej ulec. Także kandydaci, którzy zapewne mieli jakieś inne plany, ale w ostatecznym rozrachunku możliwych zysków i strat postanowili położyć na szalę decyzję o podjęciu studiów właśnie w tej, a nie innej szkole wyższej. W ostatnim momencie. Trudnym dla nich, bo przecież zapoczątkowującym coś nowego, wyznaczającym nowy cykl aktywności we własnym życiu. Podpisujemy bowiem kontrakt na trzy- lub dwuletnią (w zależności od stopnia studiów) współpracę, która –oby wpisała się w nasze życie autentyczną satysfakcją, zadowoleniem, poczuciem dobrze podjętej decyzji.

Czy to jest tak istotne, dlaczego ktoś w ostatniej chwili dokonał wyboru właśnie tej uczelni? Może to jest nie tyle cecha narodowa, co dość charakterystyczna skłonność odkładania spraw trudnych, pilnych, być może nawet w jakiejś mierze do czegoś szczególnie zobowiązujących, właśnie na ostatni moment? Może to świadomość koniecznych ograniczeń, wyrzeczeń, zmiany na jakiś czas trybu życia powstrzymywała przed tym postanowieniem? Czyż nie jest tak z płaceniem podatków, składaniem terminowych oświadczeń, oddaniem na czas indeksu, by mieć zaliczoną sesję? Duża część osób podejmuje jakąś aktywność na pięć minut przed dwunastą, a wielu sądzi, że jak się z tym spóźnią, to i tak świat się nie zawali z tego powodu. Może jest w tym trochę adrenaliny, bo jak nie zdążą mnie zapisać, to zawsze będę mógł powiedzieć, że chciałem, tylko było już za późno. Będzie przynajmniej usprawiedliwienie w tzw. czynnikach obiektywnych. To nie ja - to oni.

Tłum osób stojących w długiej kolejce, by wypełnić stosowne formularze, padający deszcz, ciasnota i zdenerwowanie udziela się w takiej sytuacji wszystkim. Tym, którzy chcą być studentami, jak i tym, którzy chcą ich godnie przyjąć. Ci pierwsi nie są zaskoczeni swoją decyzją. W końcu, wiedzieli, że przyjdą w ostatnim momencie. Ci drudzy zaś są – jak co roku – mile zaskoczeni. Cieszą się przy tym, że mogą być komuś potrzebni.

Przydałaby się do tego jeszcze dobra, kojąca wszystkim nerwy muzyka typu „Smooth Jazz Cafe”. Sztuka łagodzi obyczaje.

niedziela, 27 września 2009

Cooltury akademickiego kłamstwa

Zbliża się kolejny rok akademicki 2009/2010. Największy niepokój panuje w środowisku szkół niepublicznych. Wrzesień jest tym miesiącem, w którym najsilniej dają się zaobserwować ruchy migracyjne studentów lub kandydatów na studentów. Wszystko zależy od tego, czy wybrana przez nich szkoła wyższa uruchomi studia, będzie je kontynuować czy może zostanie pozbawiona prawa do prowadzenia działalności w tym zakresie. Kto to może wiedzieć? Jak to sprawdzić? Jedni studenci się martwią, bo nie wiedzą, czy uczelnia, do której trafili, jest wiarygodna czy nie, co kryje się za jej nazwą, wykazem kadr, internetowym wizerunkiem, reklamami i kolorowymi obietnicami? Być może niektórzy jeszcze nie zastanawiają się nad tym, czy szkoła wyższa, w której rozpoczną naukę, nie zostanie w trakcie trwania ich studiów zdelegalizowana przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, czy ich kierunek studiów uzyska(-ł) akredytację Państwowej Komisji Akredytacyjnej, czy placówka ta ma pozwolenie na kontynuowania swojej działalności edukacyjnej?

Komunikaty na stronie resortu odpowiedzialnego za szkolnictwo wyższe pojawiają się rzadko, a jeśli już, to najczęściej mają one charakter jednoznacznie ostrzegający przed kontynuowaniem przez niektórych właścicieli działalności niezgodnej z prawem. Młodzi tego nie rozumieją i nawet nie chcą zrozumieć, jeśli ich jedynym celem nie jest studiowanie, ale zdobycie (kupienie) dyplomu ukończenia określonych studiów. Dla nich najważniejsze jest dostać się do uczelni i ją ukończyć – szybko, łatwo i przyjemnie. Nie wiedzą że mogą trafić do środowiska, w którym podobnymi kategoriami może myśleć właściciel takiej szkoły albo część jej obsługi administracyjnej czy kadry akademickiej. Wówczas ich zaangażowanie sprowadza się do pozorowania pracy, do udawania, że się pracuje, studiuje lub komuś sprzyja w realizacji jego ambicji. Jeśli zostanie to rozpoznane przez zewnętrznych audytorów, może się nagle okazać, że nadszedł czas prawdy, prysły zmysły i pora rozstać się z miejscem, które ufundowane było na wzajemnym kłamstwie. Swój swego wprawdzie zrozumie, ale jeśli na tym straci, to nie popuści drugiemu. Dopiero wówczas zacznie protestować, dopominać się o swoje założone prawa, będzie podkreślał(-a), jak miał(-a) dobre i szczytne intencje, że zawsze chciał(-a) dobrze, tylko jakoś tak wyszło, bo wszyscy są winni, tylko nie on(-a), itp.

Żyjemy w coolturze kłamstwa, fałszu, pozorów, w maskowaniu tego, co jest „drugim dnem”, a pedagodzy nazywają to „ukrytym programem szkoły”. Stykam się z tym wymiarem niemalże na co dzień, gdyż funkcjonuję w różnych gremiach oceniających, kontrolujących czy monitorujących procesy akademickiego kształcenia. Bardzo szybko rozpoznaję fikcję, która maluje się w ładnie przygotowanej i oprawionej dokumentacji, i nie ma to znaczenia, czy dotyczy to wyższej szkoły publicznej czy niepublicznej. I w jednym typie uczelni i w drugim mają miejsce różnego rodzaju oraz kalibru wykroczenia, niedomagania czy błędy organizacyjne. Jeśli bowiem czytam, że kilka uniwersytetów już teraz nie spełnia formalno-prawnych i merytorycznych wymogów, by nosić to imię, a środowisko rektorów zastanawia się nad tym, jak przekonać władze, by uzyskać przedłużenie dla tego stanu rzeczy i umożliwić dostosowanie się niektórych uczelni publicznych do obowiązujących norm prawnych, to oznacza, że cooltura kłamstwa ma się dobrze także i w przestrzeni instytucji publicznych, utrzymywanych m.in. z moich podatków. Posłowie już przygotowują rozwiązania prawne, które pozwolą na wydłużenie o dwa lata okresu, w którym niektóre uniwersytety czy politechniki będą mogły dostosować się do przepisów. A to oznacza, że norm prawa nie spełniają. Prawo do swoich nazw może stracić Szkoła Główna Handlowa i Akademia Górniczo-Hutnicza (Rzeczpospolita 186/2009, s. B6)!

Jak zatem władza ma i może egzekwować przestrzeganie prawa w środowisku szkół niepublicznych, skoro w szkolnictwie publicznym pozwala na jego nieprzestrzeganie? Jak rząd ma zatroszczyć się o poprawność funkcjonowania szkolnictwa publicznego, skoro pod jego bokiem, w szkolnictwie niepublicznym są jednostki, które prawo nagminnie łamią i nie przestrzegają norm prawnych? Słusznie zatem dziennikarze uczulają młodzież, że wprawdzie może ona zacząć studia na uniwersytecie, ale skończyć je z dyplomem akademii, albo że zacznie studia w świetnie się lokującej na rynku uczelni niepublicznej, ale jej w niej nie skończy lub będzie zmuszona ją opuścić i kontynuować studia w innej placówce. Cooltura kłamstwa ma się w naszym kraju dobrze. Młodzi! Uważnie obserwujcie, co się dzieje w przestrzeni szkoły, w której jesteście, jakie następują w niej zmiany, czego jest w niej mniej, kogo ubywa, co jest sprzeczne z obowiązującymi w niej regulaminami, bo być może to, co wam w niej obiecywano, jest tylko blichtrem, puchem marnym… kosztowną grą rynkową?