sobota, 16 kwietnia 2016

Krytycznie i afirmacyjnie o edukacji konstruktywistycznej w szkolnictwie zawodowym


Uczestniczyłem wczoraj w IV Ogólnopolskiej Konferencji Dyrektorów Szkół Zawodowych i Centrów Kształcenia Praktycznego, która odbywała się w Łodzi. Nie ma ona związku z prowadzonymi w kraju przez MEN tzw. konsultacjami, aczkolwiek przedwczoraj gościła w czasie tej konferencji wiceminister edukacji. Nie byłem, nie widziałem i nie słyszałem. Podobno była bardzo rzeczowa debata.

Każdy uczestnik tej konferencji otrzymał tablet z wgranymi programami, wykładami i prezentacjami. Takich gadżetów nie otrzymali wprawdzie wykładowcy, referujący, ale mogli zobaczyć w salach Hotel "Ambasador" specjalnie przywiezione i wystawione najnowsze urządzenia do kształcenia zawodowego w wybranych profesjach. Sesje i warsztaty były ukierunkowane na zrozumienie konieczności przemian w edukacji zawodowej w kontekście relacji szkoła-rynek pracy.

Mój referat dotyczył praktycznego wymiaru edukacji konstruktywistycznej, natomiast zagadnienie neurodydaktyki przybliżył dzień wcześniej prof. dr hab. Stanisław Dylak z WSE UAM w Poznaniu. Uczestnicy mieli też okazję wysłuchać wykładów dotyczących m.in.: pracy z uczniem zdolnym, grupowego rozwiązywania problemów, metody projektów i uczenia się w systemie modułowym czy edukacji przedzawodowej. Dyrektorzy mieli także szansę skonfrontowania oczekiwań pracodawców wobec absolwentów szkół zawodowych i kwalifikacyjnych kursów zawodowych, stąd miały miejsce dyskusje panelowe z udziałem specjalistów ds. rynku pracy, eksperci przedsiębiorczości, a także przedstawicieli dużych i średnich przedsiębiorstw.


Dlaczego niedopuszczalna jest obecność konstruktywizmu w polskim szkolnictwie?

Konstruktywizm stał się modnym pojęciem nie tylko w pedagogice, w tym szczególnie w dydaktyce. Powoli, ale sukcesywnie wprowadzany jest do obiegu publicznego tak, jakby nagle został odkryty dzięki transformacji ustrojowej i jakimś wyjątkowym talentom czy odkrywcom w naukach społecznych. Przedstawia się to pojęcie, często albo jako właściwość procesu kształcenia, albo jako szczególny rodzaj podejścia nauczyciela do uczniów, albo jako metodę kształcenia, albo jako zbiór zasad organizacji uczenia się ze względu na jego psychologiczne uwarunkowania.

Co ciekawe, zwolennicy tego podejścia do animacji procesu uczenia się sami muszą z tego się tłumaczyć, bowiem doskonale wiedzą o tym, ze polska szkoła na wszystkich poziomach edukacji – od szkoły podstawowej po akademicką jest antykonstruktywistyczna. To tylko niektórzy nauczyciele, fragmentarycznie i doraźnie sięgają po ten paradygmat dydaktyczny nie zawsze mając świadomość jego właściwych źródeł i sensu, za to traktując go jako szansę na wyzwolenie się z istniejącej dominacji behawioryzmu.

Nic tu nie pomoże przekonywanie nauczycieli przez naszych pedagogów – dydaktyków czy nawet psychologów - kognitywistów, że istotą konstruktywizmu jest potrzeba wprowadzenia zmiany w procesie dochodzenia przez uczniów do wiedzy. Wymaga ona odejścia od modelu edukacji jako podającego, normatywnego „kaganka oświaty”, od otrzymywania wiedzy przez Besserwissera, mędrca, wszechwiedzącego w danej dziedzinie co prowadzi do biernego jej pozyskiwania, odbierania i pamięciowego przyswojenia na rzecz aktywnego dochodzenia do wiedzy, bycia przez uczącego się współsprawcą własnej zmiany poznawczej, mądrości, aktywnie zdobywanej i doskonalonej kompetencji przez każdego ucznia, także z uwzględnieniem sytuacji i procesów społecznych np. w wyniku projektowej pracy w grupie.

Kognitywiści i konstruktywiści akcentują w procesie uczenia się jako równoważne zarówno samodzielność, jak i autoodpowiedzialność uczącego się w toku poznawania i opracowywania informacji. Uczenie się jest bowiem dla nich aktywnym procesem i mogą u każdego z uczniów prowadzić do odmiennych wyników. Nauczyciel musi zatem zwracać uwagę na interakcje społeczne między uczniami oraz mieć świadomość tego, że strategie uczenia się odgrywają różne role.

W świetle konstruktywizmu proces kształcenia musi zapewnić takie warunki uczącym się, żeby to oni mogli tworzyć i rozwijać własną wiedzę, bo dzięki temu lepiej będą ją rozumieć, a tym samym także świat, w którym znajduje ona swoje zastosowanie. Przychodząc do szkoły uczniowie mają zdobyć sztukę uczenia się, a nie nienawidzenia tego procesu, bo skutkiem nabywanej z każdym rokiem odrazy, wstrętu do uczenia się będzie ich wykluczenie, marginalizacja lub ich wykorzystywanie w ich środowisku życia, w tym pracy, kiedy staną się dorosłymi.

Fundamentalną zasadą konstruktywizmu jest aktywne, podmiotowe konstruowanie wiedzy przez osobę ją poznającą czy też usiłującą ją zdobyć. Tego jednak nie można czynić efektywnie, chociaż można efektownie na zasadzie gier dydaktycznych, w zrutynizowanej proceduralnie, organizacyjnie i kulturowo szkole determinowanej zmianami top-down i biurokratycznie kontrolowanej (ewaluowanej, ocenianej).

Mamy w Polsce publikacje, których autorzy świadomi wartości i konieczności zmiany paradygmatu uczenia się, od szeregu lat usiłują zachęcić do jego szerszego chociażby poznania, zrozumienia i upowszechnienia, ale – niestety – tkwią w szlachetności własnych złudzeń i nadziei, że ktokolwiek z odpowiedzialnych za szkolnictwo publiczne w Polsce przejmie się ich perspektywą, zachętą do zmiany. Nauczyciele wszystkich szczebli kształcenia funkcjonują w instytucjonalnym gorsecie, który jest konstruowany przez polityków antykonstruktywistycznie.

Tak więc konstruktywizm jest nieadekwatną do polityki i racjonalności instrumentalnej, adaptacyjnej władzy ofertą nasycania procesu kształcenia czymś, co jest w zdecydowanej mierze niemożliwe do zastosowania w warunkach jemu przeciwstawnych. Co gorsza, aplikowanie w tradycyjnej dydaktyce, powszechnie obowiązującym behawioryzmie podejść konstruktywistycznych wypacza nie tylko ich sens procesualny, niszczy jego wartość poznawczą, ale i staje się narzędziem, środkiem nadzoru pedagogicznego w wymuszaniu aktywności, która staje się pozorem, zaledwie formą lub dodatkiem (przysłowiowym kwiatkiem do kożucha) do ponurej, statycznej w swej istocie dydaktyki.

Nie oszukujmy się dłużej, zdejmijmy zasłonę milczenia wobec fikcji i pozoru, w jakich usiłują utrzymać środowisko nauczycielskie rządzący, by prowadząc kształcenie „na politycznej smyczy” popuszczać ją lub skracać w zależności od własnego widzimisię, zmiany politycznej formacji w MEN, ale bez rozumienia warunków i istoty procesu uczenia się w ponowoczesnym świecie. Władze oświatowe wciąż tkwią w paradygmacie kształcenia jako wyłącznie transmisji wiedzy, jednokierunkowego formatowania osobowości dzieci i młodzieży w dobie, w której nasi podopieczni już tylko muszą, chociaż wcale częściowo nie chcą temu się podporządkowywać. Tak więc jednio udają, że jeszcze nauczają, a obiekty-przedmioty ich wpływów udają, że się temu podporządkowują.

Zachęcanie do dydaktyki konstruktywistycznej w warunkach jej absolutnie przeciwstawnych we wszystkich możliwych wymiarach (prawnym, organizacyjnym, infrastrukturalnym, temporalnym, treściowym itp.) jest także swoistego rodzaju gwałtem na kulturze pedagogicznej nauczycieli, którzy od 1993 r. są nieustannie poddawani manipulacjom politycznym władzy, która instrumentalizuje ich czyniąc zarazem odpowiedzialnymi za wyniki kształcenia.

piątek, 15 kwietnia 2016

Metodologiczne szkoły pod koniec lata - nie tylko dla pedagogów





Już wkrótce odbędzie się XXX Letnia Szkoła Młodych Pedagogów Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN . Będzie to jubileuszowa sesja, którą współorganizuje Wydział Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, którym kieruje Dziekan prof. dr hab. Stanisław Juszczyk. Obradować będziemy w dniach 12-16 września 2016 roku w Wiśle, zaś ze względu na wyjątkowe okoliczności jubileuszu inauguracja Szkoły i główne wydarzenia pierwszego jej dnia odbędą się w Katowicach.

Problematyka tegorocznej XXX LSMP dotyczy „Pułapek badań nad edukacją”. Kierownik Szkoły - prof. dr hab. Maria Dudzikowa postanowiła skoncentrować wykłady i warsztaty w związku z napotykanymi w badaniach naukowych problemami z zakresu projektowania i ich realizowania. Proces ten wymaga wielokrotnego, a w dzisiejszych czasach inter- lub transdyscyplinarnego namysłu na każdym etapie – od założeń teoretycznych aż do ilościowo-jakościowego opracowania wyników badań. Identyfikacja i antycypacja możliwych pułapek ontologicznych, epistemologicznych, metodologicznych oraz aksjologicznych powinna sprzyjać doskonaleniu przez młodych naukowców własnego warsztatu badawczego.

Jak pisze kierownik SZKOŁY:

Dostrzeżeniu wieloskładniowych przyczyn i sposobów omijania/radzenia sobie z uwikłaniem z powodu splotu okoliczności lub/i jako skutku własnego postępowania – stanowić będzie obszar problemowy wykładów, referatów i warsztatów. Zakładamy, że dociekania ogólne/zgeneralizowane oraz szczegółowe/skonkretyzowane ujmowane w kategoriach filozofii edukacji, problemy określające pułapki badań nad edukacją w perspektywie interdyscyplinarnej przyczynią się do wzrostu poziomu świadomości metodologicznej młodych pedagogów, udoskonalenia indywidualnych warsztatów badawczych i w rezultacie efektywności badań empirycznych.

Zakładamy także, że prezentacja osiągnieć młodych uczestników przyczyni się do rozbudzenia ich aspiracji perfekcjonistycznych, skłoni do integracji środowiska naukowego, zacieśnienia więzi międzypokoleniowej, wzbogacenia kontaktów między badaczami z różnych ośrodków również za pomocą „Międzyszkolnika”. Przewidujemy publikacje prac w recenzowanym XXI „Zeszycie Naukowym Forum Młodych Pedagogów” pod patronatem KNP PAN oraz nagrodzonych wystąpień w „Roczniku Pedagogicznym”.


Poziom LSMP KNP PAN gwarantuje grono znamienitych gości i tematyka ich wystąpień. Większość zaproszonych na LSMP profesorów jest jednocześnie członkami KNP PAN. Oto alfabetyczna lista profesorów i tytuły ich wykładów:

• Maria Czerepaniak-Walczak (USz) Źródła i konsekwencja uproszczeń w badaniach w działaniu;

• Jarosław Gara (APS) Fenomen nieredukowalności teorii i praktyki pedagogicznej;

• Andrzej Góralski (APS) Elementy teorii statystyki kwalitatywnej oraz przykłady zastosowań w humanistyce;

• Adam Grobler (UO) Znaczenie klauzuli ceteris paribus zwłaszcza w badaniach interdyscyplinarnych;

• Wiesława Limont (UMK) Pułapki w badaniach eksperymentalnych;

• Jacek Piekarski (UŁ) Wiarygodność praktyki badawczej w warunkach korporatyzacji nauki;

• Tadeusz Sławek (UŚ) - temat w trakcie ustalania;

• Bogusław Śliwerski (UŁ/APS)- Błędy metodologiczne w awansowych publikacjach pedagogów;

• Danuta Urbaniak-Zając (UŁ) Jak badać to, o czym nie wiemy? O problemach badań jakościowych.

Nowością będą wykłady wielokrotnych uczestników LSMP, dziś samodzielnych pracowników nauki. Są to prof. Zenon Gajdzica (UŚ) Pułapki metodologiczne w badaniach świata osób z niepełnosprawnością oraz doktorzy habilitowani: Piotr Mikiewicz (DSW) Dlaczego teoria ma znaczenie – z perspektywy fanatyka konsekwentnego stosowania teorii empirycznych; Justyna Dobrołowicz (UMK) Pułapki w analizach dyskursu prasowego. Z doświadczeń własnych i cudzych; Alina Wróbel (UŁ) Kategoria intencjonalności jako przedmiot analizy w moich teoretycznych zmaganiach; Małgorzata Makiewicz (USz) Pułapki w badaniach eksperymentalnych i jak je pomijać; Monika Wiśniewska-Kin (UG) Pułapki w badaniach dyskursu dziecięcego i jak je omijać; Ewa Bochno (UZ) Niektóre pułapki i jak je omijać w nabywaniu naukowego habitusu; a także (jeszcze) doktor Przemysław Grzybowski (UKW) Pułapka śmieszności, czy sposób na przetrwanie? Poczucie humoru jako element postawy naukowca i nauczyciela. Ponadto w trakcie trwania LSMP odbędą się seminaria metodologiczne prowadzone przez następujących profesorów: Marię Dudzikową, Katarzynę Krasoń, Krzysztofa Rubachę i Tadeusza Lewowickiego.

Szczegółowy program zostanie przedstawiony w odpowiednim czasie. Nad całością organizacyjną Szkoły czuwać będzie jej sekretarz dr Łukasz Michalski. Teraz kolej na młode kadry akademickie, by podjęły decyzję, czy są zainteresowane udziałem w tegorocznej SZKOLE. Formularz zgłoszeniowy należy przesłać w wersji elektronicznej.

Zaproponowane w zgłoszeniach tematy wystąpień powinny mieścić się w problematyce wyznaczonej profilem tematycznym Szkoły. Osoby, które zgłoszą temat niezwiązany z koncepcją tegorocznych obrad, zostaną poproszone o jego przeformułowanie. Konsultacji wystąpień udziela prof. Maria Dudzikowa (maria.dudzikowa@wp.pl).

Zgłoszenia tematu należy kierować do 15 czerwca, a po jego zatwierdzeniu przesłać abstrakt do 31 lipca i pełny tekst wystąpienia do 30 sierpnia na adres: xxxlsmp@gmail.com. Na ten adres można także kierować wszelkie związane z XXX LSMP pomysły, zapytania, wyrażać niepokoje itp.


A jak kogoś będzie stać na wcześniejszy hit z metodologii badań jakościowych, to polecam od 31 sierpnia do 3 września w Krakowie udział w wydarzeniu bez precedensu w naszym kraju. Odbędzie się bowiem w tych dniach konferencja Qualitative Methods and Research Technologies , którą organizuje Sekcja Badań Jakościowych ESA, przy współpracy z Polską Akademią Nauk, Szwajcarską Akademią Nauk Społecznych i Humanistycznych oraz zespoły z Uniwersytetu Łódzkiego i Uniwersytetu Jagiellońskiego.

W ramach konferencji odbędą się liczne sesje plenarne i specjalne, obrady grup tematycznych, spotkania autorskie oraz warsztaty metodologiczne. Wszystko to w międzynarodowym środowisku i wśród licznych zaproszonych gości specjalnych będących światowymi autorytetami w zakresie metod badań jakościowych i niejednokrotnie goszczącymi w naszym kraju pierwszy raz.
Wśród nich m.in.

Nigel Fielding (UK) dyrektor projektu CAQDAS

Valerie Bentz (USA) dyrektor Ośrodka Badań Fenomenologicznych

Tony Bryant (UK) współredaktor The Sage Handbook of Grounded Theory

Sharlene Hesse - Biber (USA), autorka Practice of Qualitative Research oraz Handbook of Emergent Methods

Susan Danby (AUS) - dyrektor Centrum Badań Interakcji

David Silverman (UK) - autor, tłumaczonych także w Polsce podręczników metodologicznych

Pełna lista prelegentów: http://esa-cracow.pl/keynotes.html

czwartek, 14 kwietnia 2016

Magnesowanie pseudoakademickiej pedagogiki



Zbliża się okres przygotowań do nowego roku akademickiego. Zaczyna się magnesowanie tandety, pseudo akademickiego kiczu, byle tylko zarobić na naiwnych maturzystach. Oto pytania dziennikarki i odpowiedzi na nie:

Jakie są największe grzeszki uczelni niepublicznych Pana zdaniem? Spotykam się z wieloma opiniami, że tworzone niekiedy katedry, podwydziały służą niczemu innemu jak tylko wyciąganiu pieniędzy i wabieniu nowych studentów. W rzeczywistości edukacja w takich miejscach jest żadna.

Mamy w kraju dwie kategorie niepublicznych szkół wyższych: najliczniejszą grupę stanowią szkoły, które powstawały w latach 90. XX w. jako intratny dla założycieli biznes. W dziedzinie edukacji żadna placówka nie dawała rocznie niezwykle wysokiego wzrostu kapitału z tytułu różnego rodzaju opłat ponoszonych przez tysiące studiującej młodzieży. Drugą grupę stanowią nieliczne szkoły wyższe, które przy konieczności kumulowania zysków inwestowały w infrastrukturę i wysoko kwalifikowaną kadrę akademicką, dzięki czemu mogły zacząć zbliżać się poziomem prac naukowo-badawczych i jakością kształcenia do niektórych jednostek uniwersyteckich, a nawet je przewyższać. Całe szczęście, że takowe powstały i przetrwały.

Tak więc zmiany w strukturach uczelni o charakterze rzeczywiście akademickim są czymś naturalnym i koniecznym, żeby mogły ich władze ubiegać się już nie tylko o prawo do otwierania nowych kierunków studiów, ale przede wszystkim o uprawnienia do nadawania stopni naukowych doktora, a następnie - doktora habilitowanego. W tym ostatnim przypadku konieczne jest tworzenie zespołów badawczych, których prowadzenie i utrzymanie jest wielokrotnie trudniejsze i kosztowniejsze w tych uczelniach ze względu na to, że dysponują one głównie środkami z czesnego studentów, a tych z każdym rokiem jest coraz mniej. Powinny zatem być wspierane przez ministerstwo.

Rynek jest jednak bezwzględny. Oto jedną z prywatnych szkół wyższych wykupiła inna, z innego miasta, o znacznie niższym poziomie kadrowym i dorobku naukowym, bo – jak przypuszczam – była zainteresowana tym, żeby nie inwestować we własne środowisko akademickie, tylko mieć już „gotowe” uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora w określonej dziedzinie i dyscyplinie naukowej. Dotychczasowego właściciela o akademickim poziomie uczelni niepublicznej już nie było stać na utrzymanie potencjału naukowego, a zatem stanął przed dylematem: doprowadzić ją do bankructwa, zamknąć, bo niż demograficzny będzie trwał jeszcze kilka lat, czy poszukać tzw. zewnętrznego inwestora. Niestety, mógł takowego znaleźć tylko wśród bogatszych, zorientowanych biznesowo, dużo słabych akademicko podmiotów w innym mieście.

Ponad 20 lat ciężkiej pracy na znakomity wizerunek, ogromny kapitał i dorobek naukowy musiał ulec „wyprzedaży”, by uratować imię, tradycję i renomę tej szkoły. Jakie będą jej dalsze losy? Oby przetrwała i rozwijała swój dotychczasowy kapitał naukowy. Podaję ten przykład bez identyfikacji, bo mam świadomość, że podobnych dylematów doświadczają uczciwi, znaczący w nauce rektorzy niektórych, niestety nielicznych, wyższych szkół niepublicznych o wysokim statusie akademickim.

Inny przykład: Działająca w jednym z wielkich miast wyższa szkoła prywatna, fatalnie prowadzona przez właściciela, stała się de facto zabezpieczeniem materialnego dobrobytu przez kilka lat dla założyciela i jego rodziny. Oni "załatwili" sobie wszystko, co było im potrzebne m.in. habilitację na Słowacji, zatrudniając u siebie fikcyjnie aż dwóch dziekanów z wydziału uniwersytetu na Słowacji, który im nadał tytuł "docenta". To jest dopiero "raj podatkowy". Po co im Panama czy Luksemburg?

Zatrudniali kadry z polskich uniwersytetów, ale jak się okazało, nie płacili składek ZUS, podatków, więc szkołę zamknęli. Powołali jednak w tym samym miejscu nową szkołę już pod inną nazwą. Gdzie są ci wybitni uczeni? Przenieśli się do wyższej szkoły państwowej na ciepły etacik i tam kształcą z tego, na czym się w ogóle nie znają. Mają dyplom. Jakie to polskie... .

Czytelnicy takich kazusów mogą podać dziesiątki. W mediach też było o nich głośno. I co z tego? Dalej zasysają czesne, prowadzą nawet własne wydawnictwa naukowe, w których "produkują" banalne teksty, streszczenia na poziomie zaliczeniowych prac studentów I roku studiów itp.

Czy spotkał sie Pan z wykorzystywaniem wizerunku wykładowców do reklamy internetowej lub innej, podczas gdy wykładowcy Ci byli co najwyżej na takiej uczelni raz i to gościnnie? Albo z reklamowaniem szkół będących w fazie likwidacji?

Byłem członkiem PKA I kadencji i pamiętam, jak w niektórych wyższych szkołach prywatnych do minimum kadrowego "zatrudniano" - w rozumieniu zawierania jedynie umowy - emerytowanych profesorów, którzy ze względu na zły stan zdrowia nie byli w stanie dojechać do szkoły z odległego o ponad 100 km miasta, a co dopiero mówić o prowadzeniu przez nich zajęć. Liczyli się - jak o nich mówili z pogardą kanclerze - jako "SZTUKA DYPOLOMOWANEGO MIĘSA". Pobierali płace za danie nazwiska.

Mieliśmy okres pozorowanych włamań, by przed przyjazdem zespołu akredytacyjnego przedstawić z policji dokument o zaginięciu wielu materiałów z biura kanclerza czy rektora. Dziki Zachód. Były też wojny między kanclerzami, dubeltowymi zarządcami, którzy włamywali się na konto takiej "wsp" lub obstawiali własnymi ochroniarzami budynek, by nie było do niego dostępu. Byli kanclerze-założyciele, którzy zaspokajali własne potrzeby kryzysu wieku dorosłego czy kryzysu rodzinnego.

Szkolnictwo wyższe w niepublicznej sferze życia polskiego społeczeństwa stało się pierwszym, bo już w 1990 r. środowiskiem, które rządzący przeznaczyli na wyprzedać, szeroką prywatyzację, czym zresztą były zainteresowane b.służby PRL. Gdzieś chciały ukryć swoich funkcjonariuszy nadając im przed transformacją szybko stopnie i tytuły naukowe poza granicami kraju lub w jednej z wojskowych uczelni, gdzie edukowano także bardzo dobrych naukowców.

W ten sposób mogły otwierać w różnych regionach kraju rzekome wyższe szkoły i pozyskiwać do ich upełnomocnienia odchodzących na emerytury renomowanych naukowców lub też pozyskiwać – bo przecież lobbowano za takim prawem – dowolną liczbę naukowców na drugim, trzecim, a nawet ich ósmym etacie. Określiłem to zjawisko mianem „oscylatora profesorskiego”, bowiem to kolejne rządy po 1993 r. (a więc kiedy wróciła do władzy lewica z PRL-owskim „betonem”) pozwalały na to, by w każdej wsi mogło powstać WSI bez względu na to, na którym etacie zatrudniano profesora czy doktora.

Nawet, jak „przykręcano kurek” zapisem prawnym o tym, że do studiów magisterskich trzeba być zatrudnionym na etacie, to przecież kierownictwo PKA bywało bezradne. Być może było zadowolone lub tym zainteresowane, kiedy naukowiec z uniwersytetu czy akademii medycznej lub politechniki oświadczał, że jak dana „szkółka” otrzyma zgodę na uruchomienie studiów, to się w niej zatrudni, ale… jak ona otrzymała, to nie podejmował pracy lub też, jeśli miało to miejsce, był po kilku miesiącach zwalniany przez pazernego właściciela.

Tak więc krążyły od jednej prywatnej szkoły wyższej do kolejnej oświadczenia tych samych profesorów i doktorów, stając się świetnym dla obu stron gwarantem kasy. Po co ministerstwo miało troszczyć się o podwyżki płac dla naukowców, skoro mieli oni sami o to zabiegać za przyzwoleniem władzy? Czy służby eksperckie niektórych właścicieli nie wiedziały, kto do jakich struktur władzy będzie kandydował?

Przed wyborami prezydenckimi, parlamentarnymi czy samorządowymi nagle w niektórych szkołach prywatnych pojawiają się z wykładami otwartymi znani politycy, byli lub obecni w strukturach rządu funkcjonariusze. Tak więc zaprasza się polityków, księży-biskupów, VIP-ów, by zapewnić na stronie internetowej odpowiednie „magnesy” dla przyszłych studiujących. W końcu biznesowe szkoły wyższe stają się w ten sposób nową siecią i trampoliną dla „karier” niektórych swoich absolwentów lub założycieli.

Do czego zdolne są uczelnie żeby zdobyć granty naukowe ale też wyciągnąć pieniądze od zagranicznych uczelni w ramach tzw współpracy?

Wystarczy zatrudnić najlepszych naukowców, by tworząc najsilniejszą jednostkę w kraju, w ramach danej dyscypliny, "zapewnić" także z ich udziałem ekspertów rozstrzygających o zwycięzcach grantów. Świat krajowej nauki jest mimo wszystko mały. Skoro najlepsi są w strukturze szkoły wyższej, to trudno by nie przydzielano im należnych grantów. To jest zupełnie oczywiste i nie budzi już żadnych wątpliwości. Tak więc owej „zdolności” nie traktowałbym pejoratywnie, bo w końcu finansowane są naprawdę znakomite projekty badawcze, a to, że część wnioskodawców jest już zatrudniona w akademickich, a więc tych najbardziej wartościowych uczelniach niepublicznych, tylko potwierdza trafną ich ścieżkę utrzymania się przy życiu nawet bez dużej liczby studentów.

Współpraca z zagranicznymi podmiotami jest koniecznością i czymś naturalnym zarazem, toteż nie widzę w tym niczego niepokojącego. Zawsze zależała ona nie tyle od liczby zawartych oficjalnie porozumień między szkołami wyższymi, ile od prywatnych, bezpośrednich kontaktów, relacji najlepszych uczonych w kraju z najlepszymi poza jego granicami. Gorzej, kiedy w quasi szkołach traktowana jest jako "szara strefa" do "załatwiania" cytowań, publikacji bez względu na ich jakość.

Czy uważa Pan, że odpowiednie regulacje prawne coś by zmieniły?

Na przestrzeni lat wprowadzono rozmaite ograniczenia i wymogi dla szkół niepublicznych, ale nie zmieniło to zbyt wiele.
Polacy są mistrzami świata w „falandyzacji” prawa. Rządzący nie egzekwują go i nie inwestują w realną kontrolę i nadzór, toteż instytucje typu Polska Komisja Akredytacyjna są przykrywką dla dziesiątek pseudoszkółek wyższych, których założyciele „kręcą lody” kosztem naiwnych studentów.

Nie tylko z własnego doświadczenia (jako zewnętrzny już ekspert PKA) pamiętam, jak zespół akredytacyjny wykrył poważne naruszenia prawa, skandaliczne błędy, patologie, a prezydium tego organu zmieniało wniosek przewodniczącego zespołu akredytacyjnego z oceny negatywnej czy warunkowej na pozytywną z zaleceniami! Kpina. Totalna demoralizacja. Wyrzucone w błoto pieniądze, stracony czas naukowców, którzy wierzyli, że jadąc na akredytację i formułując rzetelną opinię, spotkają się z konsekwentną i adekwatną do patologii reakcją kierownictwa tego organu. Tak nie było. Ponoć prawo na to nie pozwala. Tylko kto je tworzy?

Może teraz będzie lepiej. Oby.

środa, 13 kwietnia 2016

Partyjna zmiana warty m.in. w nadzorze pedagogicznym szkolnictwa


Nie rozumiem powodu, dla którego red. Justyna Suchecka z "Gazety Wyborczej" rozdziera szaty w artykule pt. "Szkoły pod kuratelą PiS" nad wymianą kuratorów oświaty? Rozumiem, że wierszówka jest sprawą egzystencjalną, ale warto byłoby taki artykuł poprzedzić chociaż rzetelnym wprowadzeniem. Proces wymiany partyjnej w centralnych i terenowych kadrach oświatowych - sprowadzony w tekście do wymiany jedynie kuratorów oświaty (ci też wymieniają zastępców) - ma przecież cykliczny i systematyczny charakter. Zaczął się w 1993 r. po odzyskaniu władzy przez postkomunistyczny aparat partyjny SLD i "podnóżek" (dla niemalże każdej frakcji) partyjnej nomenklatury PSL. W ostatnich miesiącach mamy zatem podtrzymanie tradycji w zakresie kolejnej zmiany partyjnej warty oświatowej.

Zmiana kadr kierowniczych dotyczy wszystkich urzędów centralnych w naszym szkolnictwie, w tym także dyrektorów departamentów MEN. Nie przypominam sobie, by dziennikarze interesowali się tymi, którzy sterują szkolnictwem w różny sposób i w odmiennych zakresach? Tymczasem kilka lat temu w samym tylko Kuratorium Oświaty w Warszawie pracowało 300 osób (sic!) Ma jeszcze w województwie pięć delegatur, czyli mini-kuratoriów na wzór dawnych inspektoratów oświaty. Tam też zatrudnia się urzędników. Ilu dzisiaj urzędników zatrudnia ten urząd i po co? Jaka jest wartość dodana ich pracy?

Posłowie III RP zapomnieli o uchwałach Zjazdu "Solidarności" z 1981 r. Zdradzili polskie społeczeństwo 23 lata temu utwardzając centralizm w polskim szkolnictwie, by można było traktować jego administrację -jakże nonsensownie dysfunkcyjną, kosztowną i edukacyjnie bezużyteczną - jako partyjny łup dla "swoich". Niektórzy intelektualiści, a autentyczni i zasłużeni działacze opozycji PRL dzisiaj piszą artykuły, felietony, a nawet książki, w których stwierdzają samokrytycznie: "Byliśmy głupi", "Zapomnieliśmy..." , "Zlekceważyliśmy...".

"Elyty" Platformy Obywatelskiej pokazały przez ostatnie osiem lat, że nie istnieje w Polsce EDUKACJA jako DOBRO WSPÓLNE, ponadpartyjne. Dzieliły łupy i potężny budżet wraz z unijnymi dotacjami także dla podreperowania własnych, prywatnych budżetów, zakładania licznych firm, spółek i fundacji, które otrzymywały w ramach pseudo-konkursów dotacje budżetową na realizację własnych celów. Rozporządzeniami i ustawami wnoszonymi przez posłów PO i PSL, a więc z pominięciem konsultacji społecznych, ekspertyz naukowych wyrzucono w błoto miliony z tytułu wydania rządowego elementarza dla klas I-III, który jest hitem arogancji, ignorancji i zaprzeczeniem uczciwości dydaktycznej.

Czyż nie po to zmieniały rozporządzeniami MEN panie K. Hall, K. Szumilas i J. Kluzik-Rostkowska prawo tak, by utrzymać tysiące bezużytecznych dla szkolnictwa urzędników, a wspierać sferę niepubliczną rzekomo dla dobra obywateli? Kto wymyślał i upełnomocniał kompromitujące rząd obniżanie poziomu kwalifikacji i warunków zatrudniania nauczycieli? Kto permanentnie utrzymywał środowisko nauczycielskie na granicy przeżycia ekonomicznego rzucając ochłapy w postaci niewielkich podwyżek płac? Kto - jak nie MEN i kuratoria oświaty - zezwalał na internetowe kursidła dla wychowawców kolonijnych, a potem dziwił się, że grasują w wakacje pedofile? itd., itd.

Przez osiem lat rządzenia można było odejść od partyjniackiej polityki i uczynić edukację, szkolnictwo, troskę o dzieci i młodzież rzeczywiście godną cywilizowanych demokracji świata. Jednak trzeba było obsadzać w ramach "konkursów" ludzi z przeszłością kryminalną, skorumpowanych, ale za to BMW. Trochę późno obudziła się pani redaktor z krytyką obecnej formacji, bo ta - w odróżnieniu od poprzednich SLD, PO, SLD i AWS - niczego nie kryje przed społeczeństwem, nie udaje, że wyłania ludzi w konkursach, które były partyjnym namaszczaniem. Może, zamiast produkowania naklejek i plakatów KOD-u opozycja przeprowadzi poważny rachunek sumienia, przyzna się do oszukiwania narodu, ukrytego manipulowania nim, marnotrawienia milionów publicznych pieniędzy i zaproponuje dla siebie i dla naszego kraju program naprawczy.

Tymczasem to obecna władza musi przypomnieć poprzednikom (jak ksiądz na spowiedzi), jakie popełnili grzechy główne i odpuścić im te drobne. Może za kilkanaście lat powróci w naszym kraju myślenie i działanie kategoriami dobra państwa, dobra narodu, dobra społeczeństwa i wolności, które do ich realizacji są konieczne. Tymczasem musimy latać z zawiązanymi skrzydłami, co i tak jest lepsze od tego, jak nam je podcinano kpiąc z demokracji i demokratycznych praw. Niestety, jako wyborca PO dobrze pamiętam wypowiedź - z przeproszeniem profesora UŁ - posła PO Stefana Niesiołowskiego, który mówił z butą i arogancją: że "jak PiS wygra wybory, to będzie mógł sobie uchwalać prawo takie, jakie mu się będzie podobało, a teraz to my rządzimy". Zdaje się, że zwycięzcy wzięli to sobie do serca.

Właśnie wczoraj dowiedziałem się, że został odwołany dyrektor Ośrodka Rozwoju Edukacji pan dr hab. Marek Piotrowski. Następca będzie już nominowany tak, jak życzył sobie tego POseł S. Niesiołowski.

Przypominam tylko kilka wpisów do zrobienia sobie przez zarządzających w MEN partyjnych funkcjonariuszy rachunku sumienia:

Dziennikarska (o!)presja w MEN i ORE, czyli popierajmy się i nie dajmy się

Co najmłodszym uczniom szykuje Ministerstwo Edukacji Narodowej?

Nowy dyrektor Ośrodka Rozwoju Edukacji w Warszawie

OŚWIATOWE KITY i HITY 2012 roku (część 1)

wtorek, 12 kwietnia 2016

List Otwarty nauczycielek przedszkola do minister edukacji narodowej


List Otwarty do pani minister edukacji - Anny Zalewskiej przesłały mi jego sygnatariuszki jakiś czas temu, ale ze względu na kryzys Poczty Polskiej (także tu PiS odwołał prezesa) postanowiłem poczekać, aż dotrze do adresatki. Powraca w nim problem dodatkowych kwalifikacji, jakie miałyby spełnić kandydatki do pracy lub już zatrudnione w przedszkolach. Problem ten podejmowałem już w ub. roku w blogu, ale - jak widać - jest wciąż aktualny. Oto jego treść:

Do Pani Minister Edukacji Narodowej Anny Zalewskiej


Nauczyciele przedszkola w Polsce to osoby w większości z wyższym wykształceniem kierunkowym, dodatkowo z licznymi kursami, warsztatami i studiami podyplomowymi. Zdobywając wykształcenie pedagogiczne, adekwatne do wymagań pracy w przedszkolach, cieszyłyśmy się pełnymi kwalifikacjami.

Wszystko zmieniło się, kiedy Pani Joanna Kluzik-Rostkowska (była Minister Edukacji) wprowadziła Nowe Rozporządzenie Ministra Edukacji Narodowej z dnia 30 maja 2014 roku, gdzie do Podstawy Programowej dodano nowy punkt: „Przygotowanie dzieci do posługiwania się językiem obcym nowożytnym”, z którego wynika, że to my nauczyciele przedszkola mamy teraz uczyć języka nowożytnego.

Rozporządzenie to wprowadzono bez rozgłosu, nikt nie był zapraszany do jakichkolwiek konsultacji, dotyczących zmiany podstawy programowej, narzucono nam to siłą. Sprawia to, że nie będziemy miały pełnego etatu, a tym samym zmniejszone zostają nasze i tak niezbyt wysokie pensje.

Według nowego rozporządzenia, od nauczycieli przedszkola wymaga się znajomość języka obcego nowożytnego na poziomie B2 (co ma być potwierdzone odpowiednim certyfikatem) i dodatkowo mamy ukończyć studia podyplomowe z metodyki prowadzenia języka obcego (270 godzin) lub kurs kwalifikacyjny. Wymóg ten jest nie do pokonania przez większość nauczycieli, nawet do roku 2020. Tym bardziej, że obecny trend nauczania języków dąży do tego, by uczniowie mieli jak największy kontakt z rodowitymi native speakerami.

Metoda ta ma na celu naukę jak najbardziej naturalnej wymowy. Zmuszanie nauczycieli, którzy nie wszyscy mają predyspozycje językowe, do nauczania języka, będzie powodowało niepotrzebne błędy w wymowie, które będą miały konsekwencje w następnych latach edukacji i niestety mogą być powielane przez uczniów.

Domyślamy się, że to samorządy najpierw chciały fundować zajęcia dodatkowe dla dzieci za darmo, a teraz naszym kosztem chcą zaoszczędzić na zajęciach językowych. Przy okazji nasuwa się pytanie – dlaczego ten wymóg dotyczy jedynie nauczycieli przedszkola? I czy wzięto pod uwagę to, że nie każdy ma zdolności językowe i lingwistyczne. Nauczyciele przedszkola wybrali już swój zawód zgodny z pasją i zainteresowaniami tak samo jak nauczyciele języków obcych czy innych zawodów. Wszyscy doszkalamy się by nasz warsztat pracy był otwarty na potrzeby dzieci.

Dlatego my - nauczyciele przedszkola zwracamy się do Pani Minister, aby dobre zmiany w oświacie dokonywały się razem z nami. Chcemy zwrócić uwagę, że to tym rozporządzeniem zostaliśmy pokrzywdzeni przez poprzednią Panią Minister i przykro nam, że nowe władze aprobują te przepisy nie licząc się z nami.

Wiemy, że, jako nauczyciele powinnyśmy stale dokształcać i dostosowywać się do nowych wymagań, ale nie można wprowadzać takich radykalnych wymagań, które pozbawiają nas w tak brutalny sposób pełnych kwalifikacji zawodowych oraz uniemożliwiają utrzymanie się na rynku pracy.

Proponujemy, aby język nowożytny, wymagany u nauczycieli przedszkolnych, był na poziomie podstawowym, a my notabene zgodnie z podstawą programową byśmy uczyły się razem z dziećmi włączając słówka i piosenki np.: na powitanie, o zwierzętach, zabawy ruchowe, w których lektor w wybranym języku utrwalałby słówka kierunki, cyfry, itp.

Powinny być opracowane dla nas specjalne materiały z płytami, które ułatwiłyby nam prawidłowe wykonanie zadania, bez konieczności mówienia w tym języku, a raczej osłuchania, by jak wspomniałam bawić i uczyć się z dziećmi. Materiały do nauki języka obcego w przedszkolach, mogłyby zostać opracowane przez metodyków danego języka, ze zróżnicowaniem na wiek dziecka i możliwości poznawcze danego etapu rozwoju.

Prosimy o przemyślenie zmian, które by na prawdę służyły dobru dzieci i z poszanowaniem pracy nauczyciela, który wybiera swój kierunek dzielenia się wiedzą zgodny z pasją i zainteresowaniami oraz umiejętnościami, bo "Czy nauczyciel fizyki dobrze będzie uczył i plastyki?".

POSTULUJEMY:

 rozważyć - jeszcze w perspektywie do 2020r.- czy niezbędne wymaganie dotyczące, przygotowania dzieci do posługiwania się językami nowożytnymi, stawiać nam - nauczycielom przedszkoli,

 traktować nas nauczycieli przedszkoli podmiotowo i dobre zmiany wprowadzać
z naszym udziałem -my refleksyjni nauczyciele potrafimy skorzystać z zapisu art.12 ust.2 KN,

 dzieci przedszkolne najszybciej uczą się przez zabawę i osłuchanie -my chcemy uczyć się razem z nimi i dla NICH – podejmujmy decyzje RAZEM przy współdziałaniu, współpracy, konsultując, negocjując…

Z wyrazami szacunku:

Nauczyciel Wychowania Wczesnoszkolnego i Przedszkolnego i pedagog - Marta oraz 40 nauczycieli przedszkoli we Wrocławiu

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Brawo MEN! Nareszcie zapowiedź dobrej zmiany!















(Praca dyplomowa studenta Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie wykonana w pracowni rzeźby prof. Macieja Zychowicza i dr. Grzegorza Gwiazdy w 2015 r.)


Nareszcie pojawiają się sygnały, zapowiedzi dobrej zmiany w polityce oświatowej. Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma, a w tym przypadku, co być może będzie miało miejsce.

Ministra edukacji narodowej ma zamiar skończyć z antyedukacyjną polityką oświatową w zakresie lekceważenia przez ostatnie ekipy rządzące (w tym także SLD i AWS) najbardziej twórczych nauczycieli. Za zapowiedź płacenia wyższej pensji tym nauczycielom, którzy uzyskali stopień naukowy doktora nauk w reprezentowanej przez ich specjalność zawodową dyscyplinie, należą się pani Annie Zalewskiej wyrazy uznania i szacunku.

Nareszcie PiS za zamiar skończyć z lewacką polityką rzekomo równych kwalifikacji - wiedzy i umiejętności wśród nauczycieli ze stopniem zawodowym magistra a posiadającymi stopień naukowy doktora. To zdumiewające, że można było przez tyle udawać, że magister i doktor są tak samo przygotowanymi do profesjonalnej pracy nauczycielami. Czas skończyć z praktyką, która deprecjonowała najbardziej refleksyjnych, wykształconych pedagogów w naszych szkołach.

Minister edukacji zamierza wprowadzić jeszcze jeden stopień awansu zawodowego nauczycieli, którego posiadanie miałoby się wiązać z uzyskaniem przez zainteresowanych stopnia naukowego doktora. Moim zdaniem należałoby poprzestać na tym wymogu, bowiem jeśli zaproponuje się jako równorzędny warunek prowadzenie przez nauczyciela innowacji pedagogicznej (dydaktycznej - metodycznej, wychowawczej, opiekuńczej czy organizacyjnej), to natychmiast stworzy się okazję do wprowadzania pozorowanych zmian, quasi innowacji nazywając nimi coś, co z nowatorstwem edukacyjnym niewiele ma wspólnego.

W przypadku awansu na poziomie uzyskania pierwszego stopnia naukowego - doktora nie będzie żadnych wątpliwości co do jego jakości, spełnienia koniecznych w tym zakresie wymogów, gdyż postępowanie w tym zakresie objęte jest w jednostkach akademickich bardzo wysokimi powinnościami, nadzorem ich spełnienia i rzetelną oceną. Tymczasem innowacje mają charakter tak oryginalny, twórczy, jak i naśladowczy, ale w obu przypadkach nadal sią pozbawione weryfikacji eksperckiej.

Niestety, mamy w oświacie pełno "psycho-pedagogicznej szarlatanerii", która pod atrakcyjnymi hasełkami m.in. rzekomej neurodydaktyki, budzącej się szkoły, logodydaktyki itp. zamula jakość edukacji szkolnej. Obawiam się zatem, że związkowcy już zacierają ręce, by "załatwić" swoim funkcjonariuszom wyższy poziom awansu tak, jak uczynili to w 1999 r., kiedy to zabezpieczyli sobie u M. Handke odrębną, wyjątkową, szybką ścieżkę do mianowania czy dyplomowania.

Wprowadzenie jako formalnego wymogu na najwyższy stopień awansu zawodowego uzyskania stopnia naukowego doktora nareszcie wyzwoli w środowisku nauczycielskim konieczność studiowania literatury specjalistycznej (a nie "powideł metodycznych", "czytanek popularnonaukowych"), zapoznania się z najnowszą metodologią badań naukowych, diagnostyką edukacyjną i pozwoli im refleksyjnie podejść do własnej praktyki dydaktyczno-wychowawczej.

To znakomita droga do rozwoju także nauk pedagogicznych, szczególnie dydaktyk przedmiotowych, które wymagają prowadzenia eksperymentów w procesie kształcenia i odpowiedzialnych innowacji w procesie wychowawczym, resocjalizacyjnym, terapeutycznym czy opiekuńczym.

Niech zakompleksieni politycy lewicy, byli ministrowie edukacji, samorządowi urzędnicy przestaną oponować tylko dlatego, że ich nie było czy nie stać na wysiłek, który jest w XXI wieku koniecznością. Jeśli mamy rozwijać społeczeństwo wiedzy, to z nauczycielami, którzy są jej najlepszym nośnikiem, jej współtwórcami, odkrywcami. Konieczne jest uwzględnienie w tym projekcie płatnego urlopu dla kreatywnych nauczycieli na sfinalizowanie obrony pracy doktorskiej.

Sądzę, że Komitet Nauk Pedagogicznych PAN chętnie włączy się do wspomagania nauczycieli w ich projektach i aspiracjach rozwojowych. Nasze zespoły problemowe i specjalistyczne przy Komitecie, prowadzone przez uczonych seminaria doktorskie będą otwarte dla zainteresowanych. Wielu profesorów udostępni seminaria doktorskie dla nauczycieli bez potrzeby uczestniczenia przez nich w studiach doktoranckich. Udostępnimy też łamy czasopism naukowych z działem specjalnie zagwarantowanym nauczycielom, by publikowali swoje projekty badawcze oraz ich wyniki.