sobota, 20 sierpnia 2016

Lipny ranking kierunków studiów


Postanowiłem stracić czas na zapoznanie się z wynikami rankingu "Perspektyw" w kategorii "Pedagogika 2016". Sądziłem, że skończy się publikowanie tego badziewia z udziałem ekspertów, ale - jak widać - ktoś musi na tym zarabiać, żeby wprowadzać młodzież w błąd.

Ranking PERSPEKTYW nie jest żadnym rankingiem kierunków studiów. Jego autorzy przyznają się do fałszowania rzeczywistości w dziale: "Metodologia Rankingu Kierunków Studiów". Chyba twórcy - manipulatorzy nie rozumieją pojęcia metodologia, skoro ich konstrukcja jest jej zaprzeczeniem. Oto w opisie wskaźników POTENCJAŁ NAUKOWY sami piszą:

- wskaźnik odzwierciedla ocenę przyznaną jednostce uczelni przez Komitet Ewaluacji Jednostek Naukowych (KEJN). Uwaga: Ocena przyznawana jest dla jednostki, a nie kierunku studiów. W przypadku jednostek wielokierunkowych jednostka ta będzie posiadała ten sam wskaźnik rankingowy we wszystkich grupach kierunków, w których jest klasyfikowana.

Otóż to. W tym rzekomo metodologicznym rankingu porównuje się nie kierunki studiów ze względu na to, jakim dysponują potencjałem naukowym, jaką uzyskały ocenę PKA w ramach akredytacji programowej, jaki jest zakres i jakość prowadzonych przez kadrę badań pedagogicznych, czy ta kadra podwyższa swoje kwalifikacje naukowe, itd., itd.

NIE.

To nie jest ważne, bowiem postanowiono porównywać pod hasłem "kierunek studiów" wydziały, które taki kierunek prowadzą. To jednak nie jest to samo. Wydział wydziałowi nie jest równy. Mamy uniwersytety, których wydziały są wielodyscyplinarne, a tym samym i wielokierunkowe. Są też i takie, które prowadzą kształcenie tylko i wyłącznie w ramach jednej dyscypliny naukowej, jaką jest pedagogika.

Trudno zatem o rzetelną i wiarygodną ocenę, skoro przyznaje się wydziałom wielokierunkowym więcej punktów nie za to, jaka jest w nich PEDAGOGIKA - także jako kierunek kształcenia - ale jakie są wydziały. Trudno uznać za poprawną metodologicznie taką sytuację, gdzie np. liczy się sumę uprawnień do nadawania stopnia doktora habilitowanego z wagą 1,5 oraz uprawnień do nadawania stopnia doktora z wagą 1 dla danej jednostki uczelnianej. Wydział jedno-czy dwukierunkowy może mieć adekwatnie do tej struktury jedno - lub dwa uprawnienia do nadawania stopni.

Tym samym już na wejściu te wydziały, mimo ze mogą mieć zdecydowanie lepsze warunki i jakość kształcenia na kierunku pedagogika, tracą punkty. Uwzględnianie zatem wszystkich uprawnień jakie posiada jednostka jest błędem.

Autorzy tej tandety rankingowej piszą:

Ze względu na brak możliwości jednoznacznego przypisania pracownika do danego kierunku studiów (w kontekście faktycznie wykonywanej pracy, nie minimów kadrowych) oraz realizację przez pracowników akademickich często zadań na więcej niż jednym kierunku prowadzonym przez daną jednostkę, w kryterium brano pod uwagę cały stan zatrudnienia jednostki. Przez analogię uwzględniano liczbę wszystkich studentów jednostki, nie tylko studentów na kierunku.

Podobnie jest z niezrozumieniem tego, że PKA stosuje dwa typy akredytacji: programową i instytucjonalną. Co jednak czynią manipulatorzy "Perspektyw"? Proszę bardzo, przyznają punkty za posiadanie przez jednostkę aktualnej oceny wyróżniającej PKA, bez rozróżniania kierunku, dla którego jednostka uzyskała ocenę wyróżniającą.

Podobny błąd popełniają przy ocenie liczby publikacji uwzględnionych w bazie SCOPUS w latach 2011-2015. Każda z publikacji przyporządkowywana jest (według klasyfikacji bazy SCOPUS), do odpowiedniej dziedziny nauki, z uwzględnieniem jakości tytułu (czasopisma), w którym dokonano publikacji. Suma ocen publikacji odnoszona jest do liczby pracowników uczelni w danej grupie kierunków studiów. Klasyfikacja bazy SCOPUS została przyporządkowana do rankingowych grup kierunków studiów. Stan bazy SCOPUS na dzień 21.04.2016. Uwaga: Niektóre publikacje, w pewnych przypadkach, przyporządkowane zostały do więcej niż jednej grupy kierunków studiów uwzględnionych w rankingu.


Kpina? Tak, z metodologii i z naiwnych czytelników "Perspektyw", którzy uwierzą w ten pseudoranking.

***

Tymczasem, jak to w wakacje, dziennikarze ubolewają nad tym, że dwa najlepsze polskie uniwersytety - UJ i UW spadły w tzw. Rankingu Szanghajskim z pozycji w czwartej setce do piątej setki. Szkoda, że dziennikarze nie informują, jakie środki otrzymują polskie uniwersytety na badania naukowe.

Już dawno temu polskie rządy przekształciły uczelnie państwowe w szkółki zawodowe finansując ich istnienie w zależności od liczby przyjętych studentów. Środki na badania naukowe, na żenująco niskim poziomie, zostały przekierowane do de facto firm NCN i NCBiR, które nie finansują wszystkich najlepszych projektów badawczych. Selekcja wniosków na II etapie ma charakter optymalizowania szans nielicznym w wyniku przykrojenia ich do ograniczonego na dany konkurs budżetu.

Wolę zatem takie newsy, jak ten z Wrocławia, w którym polscy studenci Politechniki Wrocławskiej z drużyny PWR Racing Team zajęli piąte miejsce w klasyfikacji generalnej zawodów Formuły Student w Anglii. Rywalizowało aż 130 zespołów z ponad 30 krajów świata na słynnym torze Silverstone. Dodam, że jednym z tak znakomitych i kreatywnych wrocławskich studentów-pasjonatów jest syn naszej koleżanki dr pedagogiki z Akademii im. Jana Długosza w Częstochowie.

Tego typu sukcesów nie odnotowuje ani Ranking "Perspektyw", ani Szanghajski. Warto dodać, że wrocławscy innowatorzy nie byli jedynymi reprezentantami Polski, bowiem startowali w tych zawodach także studenci Politechniki Białostockiej, którzy zdobyli w klasyfikacji generalnej 33. miejsce, zaś drużyna z Politechniki Warszawskiej – 95.

piątek, 19 sierpnia 2016

Socjologiczno-dydaktyczny kicz

Dzisiaj napiszę o książce, której lektura okazała się stratą czasu.

Wakacyjnie sięgnąłem po publikację pod red. Krzysztofa T. Koneckiego, (cenionego przeze mnie profesora socjologii w UŁ), bowiem skusił mnie jej tytuł – „Emocje i polityka. Sceny z życia polskiego parlamentu” (UŁ 2016) oraz nazwisko redaktora. Byłem przekonany, że nareszcie polscy socjolodzy zainteresowali się emocjami posłów (polityków) i potrafią je analizować metodami oraz narzędziami współczesnej nauki w paradygmacie jakościowym. Podtytuł sugerował, że będą to badania sytuacyjnych wycinków z życia Sejmu, które – jak wyjaśnia redaktor – zostały pozyskane nie z pełnego materiału filmowego (pełnej rejestracji obrad sejmu), ale z zamieszczonych na YouTube klipów.

Poszukiwano w sieci fragmentów filmów, które pasowałyby nie tyle do socjologicznej teorii emocji czy do sformułowanego problemu badawczego w sposób ewidentnie intuicyjny. Jak podaje szef projektu: wyławiano z sieci takie, (…) które zawierały ładunek emocjonalny możliwy do zdefiniowania ze względu na pewne wskaźniki emocji (…) oraz w oparciu o definicje i opisy stanów uczuciowych, z których mogliśmy wywnioskować występowanie określonych emocji (s. 11).

Celem tego projektu było ćwiczenie w grupach na zaliczenie przedmiotu, a nie doświadczenie wiarygodnego socjologicznie badania naukowego. Nie znajdziemy tu zatem ani problemu badawczego, ani wskaźników zmiennej globalnej, ani też opracowanych kryteriów do analizy jakościowej obrazów filmowych, a sposoby rzekomego badania są pozbawione metodologicznej kultury i kanonu w badaniach jakościowych.

Nic dziwnego, że K. Konecki pisze we wprowadzeniu: W trakcie analiz, które wywoływały również wiele emocji, generalnie pozytywnych, okazało się, że powstaje większa całość, która być może nadaje się do opublikowania w postaci książki. Ostatecznie autorzy artykułów i prowadzący te zajęcia zdecydowali się wspólnie ma opracowanie danych podzielonych tematycznie na rozdziały i wydanie książki. Książka obrazuje zatem także pewien efekt pracy dydaktycznej oraz pokazuje, co można osiągnąć w grupie analizując dane jakościowe” (s. 10)

Rzeczywiście. Nic wartościowego. Szkoda papieru i uwodzenia potencjalnych badaczy czymś, co ma charakter notatek z prób uczenia się, które niewiele są warte dla nauki, ale i dla doktorantów. Gdyby doszukiwać się zrealizowanych efektów kształcenia na studiach III stopnia, to jedynymi - jakie można jeszcze uznać - byłaby zdobyta wiedza na temat przestrzeni społecznej, emocji, grzeczności, kultury wysokiej, wprawdzie też powierzchowna. Dobrze, że w dużej mierze została oparta na źródłach zagranicznych. Źle, że doktoranci chwalą cudze, a swego nie znają, gdyż na powyższe tematy mamy w kraju znacznie lepsze źródła.


Poczekam zatem na coś wartościowego naukowo, bo z zawartości treści jednoznacznie wynika popełnienie klasycznego błędu samosprawdzających się hipotez. Analizy są powierzchowne, pełne banałów, a nawet w takim zakresie, jak proksemika, pokazują zupełny brak zrozumienia zjawisk społeczno-emocjonalnych. Warto, by profesor zwrócił swoim doktorantom uwagę na literaturę z metodologii badań filmów i socjologii wizualnej, to może wówczas przestaliby nazywać analizą coś, co nie ma z nią nic wspólnego. Takie opisy klipów mogą wykonać - bez teoretycznego zaplecza - maturzyści.

No cóż, nie wszystko warto wydawać z publicznych, uniwersyteckich środków, gdyż być może lepiej byłyby one wykorzystane na rozprawy zdolniejszych doktorantów. Adnotacja o książce jednej z księgarń internetowych jest już zupełnie bezzasadna potwierdzając obiegową tezę, że "reklamy kłamią":

Książka poświęcona jest analizie i badaniu emocji w życiu publicznym i polityce. Pokazano w niej, jak zachowania polityków oraz emocjonalne i wizualne czynniki obecne w relacjach medialnych na ich temat wpływają na sposób przedstawiania dyskursu politycznego. Otóż, książka ta nie jest poświęcona żadnemu wpływowi, chyba że wydawcy chodzi o wpływy na konto.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Czas powrotu do realiów polskiej codzienności edukacyjnej





Zapewne nadwyrężyłem cierpliwość Czytelników bloga dość długim milczeniem, ale ten stan jest w okresie wakacji wartością autoteliczną. Powoli będę wracał do regularnych wpisów. Nawarstwiło się wiele nowych problemów, ale i miały miejsce istotne dla nauk pedagogicznych i oświaty zdarzenia.




Po krótkim urlopie z rodziną i możliwości realizowania własnych zadań badawczych miałem możliwość także zanurzenia się w odkładane na ten okres lektury. Zapewne trudno będzie o wszystkim pisać w tym właśnie miejscu. Do niektórych spraw nawiążę w swoich kolejnych publikacjach czy uczestnicząc w zaplanowanych na bieżący rok akademicki konferencjach naukowych.

O czym na pewno nie napiszę?


- o życiu prywatnym, o własnych sukcesach i porażkach. Te pozostawiam moim wrogom kreującym się we własnym otoczeniu na sojuszników czy nawet znajomych, sojuszników, kolegów, a co gorsza - "przyjaciół";

- o Trybunale Konstytucyjnym, gdyż nie jestem prawnikiem, ale przekonałem się, że ta nauka jest tak samo oparta na prawidłowościach, jak nauki pedagogiczne i daleko jej do praw oraz teorii naukowych;

- o polityce międzynarodowej polskiego rządu, gdyż nie tylko nie jestem ekspertem w tym zakresie, ale i nie dysponuję wglądem w dokumenty. To zaś, co nam pokazują media na ten temat, jest propagandowo-socjotechniczną grą o utrzymanie władzy lub jej odzyskanie;

- o podziale Kościoła w Polsce i jego księży, w tym także księży profesorów na wspierających czy afirmujących Platformę Obywatelską lub Prawo i Sprawiedliwość, gdyż nie spotkałem się z socjopolityczną analizą powodu, dla którego nie ma księży reprezentujących Polskie Stronnictwo Ludowe, Sojusz Lewicy Demokratycznej lub Nowoczesną.pl Tymczasem nomenklatura tych partii była obecna na Światowych Dniach Młodzieży w Krakowie czy widziana jest na transmitowanych przez TVP mszach rocznicowych i okolicznościowych).

Czym będę chciał podzielić się z Czytelnikami w najbliższym czasie?



- refleksjami z wakacyjnych lektur;

- komentarzami do czekających nasze środowisko debat, dyskursów, ale i zapowiadanych przez rząd projektów regulacji prawnych oraz zmian społeczno-ustrojowych;

- opiniami w sprawach nauki i edukacji moich czytelników, bo korespondencja docierała także w okresie wakacyjnym;

- ekspertyzami i ich recenzjami.



Jeżeli są jakieś oczekiwania, problemy czy pytania, to proszę kierować je na mój adres: boguslaw.sliwerski@uni.lodz.pl lub podany w blogu. Nie wiem, czy będę mógł na nie odpowiedzieć, ale postaram się w miarę własnych możliwości uczynić to jak najlepiej.



Zachęcam do komentowania, dzielenia się własnymi sugestiami. Jeśli uda się niektórym czytelnikom w duchu miłosierdzia odstąpić od hejtowania, atakowania ad personam, to będzie to wartością dodaną publicznego dyskursu.