niedziela, 12 sierpnia 2012

(R-)ewolucyjne badania edukacyjne


Otrzymałem od czytelnika następujący tekst, którego treść wzbudziła w nim nie tylko niepokój, ale i sprzeciw. Napisał:

Załączam coś co mnie zaskoczyło. Gdyby ten test miał dotyczyć mojego dziecka nie wyraziłbym zgody. Czy słusznie?

Odesłał mnie pod następujący adres załączając zapewne kopię artykułu:


Sześciolatki i siedmiolatki, które rozpoczną we wrześniu naukę w pierwszej klasie
szkoły podstawowej, wezmą udział w teście, przygotowanym przez Instytut Badań
Edukacyjnych.

"Test Umiejętności na Starcie Szkolnym" rozwiąże 10 tysięcy dzieci. Ma on sprawdzić
między innymi kompetencje istotne z punktu widzenia nauki pisania, czytania i matematyki, a także sprawność manualną, spostrzegawczość czy porównanie wielkości obiektów.

- Dzięki temu dowiemy się, jakim potencjałem i umiejętnościami dysponują dzieci, które rozpoczynają naukę w szkole. Kolejne badanie zostanie przeprowadzone pod koniec roku szkolnego.

Dyrektorzy szkół podstawowych dość ostrożnie podchodzą do tego badania. Ich zdaniem,
dla dziecka rozpoczynającego naukę test może być za dużym stresem. Marek Korbanek,
dyrektor poznańskiej Szkoły Podstawowej nr 12 dodaje, że początek edukacji to zły moment na przeprowadzanie testu: - Zwłaszcza, że sześciolatek i siedmiolatek są na innym etapie rozwoju - zauważa.

Dwudziestominutowe badanie ma być - po raz pierwszy w Polsce - przeprowadzone na
tabletach. Na potrzeby badania stworzono około 450 zadań. Liczba zadań, jakie każdy z uczniów rozwiąże, też będzie indywidualna. Zdecyduje o tym program, który w trakcie testu poinformuje badacza, czy ma on już wystarczającą ilość informacji na temat umiejętności dziecka.

Rozwiązując zadania dzieci wysłuchają nagrane polecenia, a potem wskażą na tablecie
odpowiedź (na przykład na których drzwiach umieszczona jest tabliczka z liczbą 5, czy zaznaczyć liczby mniejsze od 9). Będą też - zgodnie z poleceniami - poprzesuwać elementy (na przykład misie z podłogi na półkę tak, by na podłodze i na półce była taka sama liczba misiów), rozpoznawać cechy wspólne i różne w danym zbiorze przedmiotów.


Rodzice słusznie zastanawiają się, jak to jest możliwe, że publikuje się informacje o diagnozie kompetencji alfabetyzacyjnych dzieci w różnym wieku, bo dotyczyć ma ona sześcio- i siedmiolatków, bez uzasadnienia, czemu ma ona służyć, poza tym, że ktoś zarobi na zakupie tabletów i ktoś na przeprowadzeniu tej diagnozy? Co ma z tego wynikać i dla kogo? Czyżby tkwiło w tym badaniu ukryte założenie, że sześciolatki zyskują w szkole więcej niż siedmiolatki? Czy może ma być odwrotnie? A jak się okaże, że i jedna i druga grupa wiekowa doświadczy zmiany na tym samym poziomie, to co?

Po co wydaje się setki tysięcy złotych na badania, dzięki którym badacze IBE dowiedzą się, jakim potencjałem i umiejętnościami dysponują dzieci, które rozpoczynają naukę w szkole? Już teraz, przed ich przeprowadzeniem, każdy nauczyciel może bez tabletów i bez tych diagnoz ocenić ów potencjał. A może w MEN pracuje się nad nową teorią rozwoju dzieci w wieku wczesnoszkolnym i usiłuje znaleźć dla niej potwierdzenie? Mam nadzieję, że za rok w IBE wymyślą diagnozę tych samych kompetencji tyle tylko, że prowadzących tego typu badania. Koniecznie należy kupić im tablety. Problem badawczy będzie bardziej rewolucyjny: Jakim potencjałem i umiejętnościami dysponują socjolodzy lub inni naukowcy, którzy przeprowadzili diagnozę kompetencji sześciu - i siedmiolatków?

Szanowny Rodzicu, na podstawie takich informacji, na Twoim miejscu, nie zgodziłbym się, aby dziecko było w ten sposób i tylko po to diagnozowane. Chyba, że prowadzący badania przekonają rodziców o ich sensie nie tylko dla potrzeb MEN i nauki, bo ta ostatnia sfera niewątpliwie na nich zyska, tylko dla dzieci uczęszczających do szkoły. Inna rzecz, że nikt nie będzie tu pytał ani rodziców uczniów, ani ich samych, tylko przeprowadzi to badanie. Pytani o sens diagnozy dyrektorzy niektórych szkół okazali się mądrzejsi od samych badaczy. To się zdarza.

Warto jednak śledzić wyniki prac badawczych zespołu wczesnej edukacji w IBE, który prowadzi badania na temat jakości i efektów różnych form opieki i wychowania oraz edukacji dzieci w wieku od wczesnego dzieciństwa po początek okresu dorastania. Być może to, co opisała dziennikarka Gazety, na której tekst powołał się ów rodzic, dotyczy cząstkowego projektu badawczego w ramach prac tego zespołu.

Jak podaje IBE, jego rolą jest (...) zbadanie osiągnięć dzieci i wielkości ich osobistego kapitału zgromadzonego w kolejnych etapach rozwoju oraz o uchwycenie różnorodności trajektorii rozwojowych w zależności od różnych społeczno-kulturowych i rodzinnych uwarunkowań. Przedmiotem szczególnego zainteresowania jest jakość interakcji edukacyjnej dziecko - dorosły i to, w jakim stopniu uwzględnia ona zróżnicowanie ścieżek rozwoju dzieci i związane z tym zróżnicowanie ich możliwości uczenia się oraz poziom dotychczasowych osiągnięć edukacyjnych. Badania obejmują także trzy ważne w okresie dzieciństwa progi edukacyjne, powiązane z przełomowymi momentami w procesie rozwoju – przełom 2/3 roku życia, 5/7 roku życia oraz 10/12 roku życia. Wychwycenie specyficznych dla wieku dziecka czynników ryzyka oraz czynników ochronnych i wspomagających jego rozwój pozwoli na lepsze niż dotąd dostosowanie edukacji do jego potrzeb i możliwości rozwojowych. Liderem zespołu jest prof. dr hab. Anna Izabela Brzezińska. W skład zespołu wchodzi pracownia SUEK (Szkolne uwarunkowania efektywności kształcenia).

Jeśli jest tak, jak odnotowano to na stronie IBE, to wspomniane powyżej badania mają znaczenie większe znaczenie, gdyż nie skupiają się tylko i wyłącznie na pomiarze osiągnięć szkolnych dzieci, ale także będą brać pod uwagę ich uwarunkowwania. Tego typu wiedza jest niezbędna nie tylko dla projektowania zmian programowych w polskiej edukacji wczesnoszkolnej, ale także organizacyjnych i metodycznych. W tym przypadku Drogi Rodzicu gorąco poparłbym udział w nich także własnych dzieci.

Niestety, zatrudniani w gabinecie ministra edukacji kolejni doradcy do spraw wizerunku bardziej dbają o inne kwestie, niż te, do których zostali formalnie powołani. Jak podały agencje prasowe zatrudniony w MEN dr Leszek Mellibruda - psycholog do podejmowania działań na rzecz zmiany wizerunku polityki tego resortu zostaje z tej funkcji odwołany z końcem sierpnia br. Nie po raz pierwszy w dziejach polskiej oświaty niektórzy psycholodzy bardziej wykorzystują swoje zaangażowanie do innych celów niż te, które powinni w niej realizować.