sobota, 1 września 2018

W szkołach prywatnych nauczyciele muszą być na etatach


To jest jedno z niewielu, ale bardzo dobrych rozwiązań prawnych w szkolnictwie, a zobowiązujących podmiot prowadzący do zatrudniania nauczycieli na etacie, a nie na umowach zlecenie. Mam nadzieję, że skończy się dzięki temu zatrudnianie w szkołach prywatnych nauczycieli jak "niewolników", których można przyjąć na próbny okres, po czym ich nie zatrudnić na jakąkolwiek umowę o pracę, nawet tzw. śmieciową. To są najczęściej szkoły z nauczycielami-żabkami, co to doskakują po pracy na etacie w szkole publicznej na jedną lub kilka godzin tygodniowo, by sobie dorobić.

Otrzymuję sygnały, że jedna z tzw. szkół międzynarodowych w Łodzi nieustannie zatrudniała i zwalniała nauczycieli, których przyjmowano do prowadzenia zajęć z jednego czy dwóch przedmiotów. W związku z tym już od pierwszej klasy szkoły podstawowej dzieci mają w ciągu roku nie jednego nauczyciela-wychowawcę, ale kilkoro, ustawicznie zmieniających się co kilka - lub kilkanaście tygodni. Biznesowo traktująca tę szkołę właścicielka co innego obiecywała rodzicom uczniów, a co innego realizowała, nawet nie tłumacząc się z tego pseudopedagogicznego procesu: zatrudniania-zwalniania-zatrudniania-zwalniania itd.

Pęd do kumulowania zysków finansowych kosztem jakości kształcenia i komfortu psychofizycznego dzieci oraz brak profesjonalnej etyki zawodowej sprawiał, że z każdym rokiem szkolnym z każdej z klas odchodziło kilkoro uczniów. Zmartwienie spadało na tych, którzy wciąż wierzyli, że jest to tylko chwilowe. Podporządkowana właścicielce dyrekcja nie miała nic do powiedzenia poza czerwieniem się ze wstydu przed rodzicami i okłamywaniem dzieci i młodzieży, że następny nauczyciel będzie dożo lepszy, a zmiany są wprowadzane dla ich dobra.

Szkoła prywatna otrzymuje na każdego ucznia coroczną subwencję z budżetu państwa, a mimo to podwyższa regularnie czesne i jeszcze nie dba o stałość i jakość nauczycielskich kadr. To prawda, że w takich sytuacjach procesem reguluje częściowo mechanizm rynkowy. Jak się komuś szkoła nie podoba, to zabiera z niej dziecko i już. Skoro tak, top dlaczego wszyscy mamy dopłacać do takiej szkoły? Dlaczego ma ona uprawnienia szkoły publicznej, skoro de facto nie spełnia kadrowych standardów szkół publicznych?

Za to zatem pochwalam ministerstwo, bowiem czas najwyższy skończyć z rynkiem pseudoszkół podstawowych czy ponadpodstawowych, w których wykorzystuje się oczekiwania i aspiracje rodziców gotowych dopłacać do jakości edukacji nie do realizacji założonych celów szkoły i jej misji, ale zatroszczenia się przez właścicieli o własną rodzinę w wielopokoleniowym nawet zakresie. Edukacja może być dobrym biznesem, o ile nie odbywa się przede wszystkim kosztem dzieci oraz ich nauczycieli!

Przypomnę, jak to prywatne Gimnazjum i Liceum Ogólnokształcące ABIS w Łodzi zatrudniało na umowy śmieciowe nauczycieli, którzy tak mówili o tym procederze:

"Jestem już po dwóch dwuletnich umowach. Moja ostatnia umowa wygasła z końcem wakacji, a nową zawarliśmy dopiero 2 września z datą 28 sierpnia. Na rozpoczęciu roku byłam, nie wiedząc, czy pracuję. (...) Część Rady Pedagogicznej w lipcu odeszła, nie zgadzając się na takie warunki. W ich miejsce przyszli nowi nauczyciele, ale nie wiemy, czy mają umowy (...). [A. Kupracz, Szkoła bez umów, Łózka Gazeta wyborcza 3-4.09.2016, s. 6].

Najwyższy czas skończyć z fałszywymi obietnicami nierzetelnie prowadzących takie szkoły, a polegającymi na tym, że np. obiecuje się międzynarodową maturę, po czym na skutek fatalnej polityki kadrowej i ucieczek uczniów do innych szkól, takowy egzamin staje się niemożliwy, bo dla właściciela nieopłacalny. Kuratoria oświaty powinny sprawdzać, czy rzeczywiście są spełnione w tych szkołach cele, a jeśli nie, to powinny być wykreślone z oferty kształcenia.

Niewłaściwa polityka kadrowa w zatrudnianiu nauczycieli powinna skutkować odebraniem tym szkołom uprawnień. Niech wreszcie skończy się pasożytowanie na rodzicach oraz ich dzieciach, którzy lokują swój kapitał w edukację z nadzieją, że będzie adekwatna do zobowiązań podmiotu prowadzącego placówkę. Nakaz zatrudniania na etacie nauczycieli skończy nieuczciwa swobodę w tych prywatnych szkołach, których właściciele już dawno zatracili poczucie godności i profesjonalizmu.

Uczciwiej dla dzieci i ich rodziców jest zlikwidowanie szkoły prywatnej, skoro nie ma się pieniędzy na jej rzetelne prowadzenie. Tak postąpiła założycielka szkoły podstawowej, gimnazjum i liceum ABiS w Łodzi, gdzie - jak się wydawało jeszcze kilka lat temu - była szansa na stworzenie rzeczywiście alternatywnego modelu edukacji opartego na Planie Daltońskim.

Jak przyznali rodzice, rzekomo głównym powodem było wygaszanie gimnazjum i zmniejszająca się w związku z tym liczba uczniów. Fakty jednak były typowe dla tego typu biznesu. Jedni rodzice twierdzili, że w tej szkole był (...) po prostu straszny bajzel. Są niekompetentni pracownicy, których zatrudnia się po znajomości, inni zaś ubolewali nad rozwiązaniem szkoły, bo byli w niej zadowoleni z kadr." (A. Kupracz, Gazeta Wyborcza. Łódź 17.06.2017, s.1)

Niech ostrzeżeniem będzie organizacja "Przyjazna Szkoła", która w imieniu szkół objętych jej zasięgiem przyjmowała od rodziców 1 proc. podatków, ale nie odprowadzała ich do obdarowanych przedszkoli i szkół. (Dziennik. Gazeta Prawna 2017 nr 42, s. B10). Organizacja ta została już usunięta z krajowego rejestru stowarzyszeń, ale problem pozyskiwania w ten sposób dodatkowych środków od rodziców wielu niepublicznych szkół pozostał. Nie wszyscy ich właściciele przeznaczają je na cele statutowe, edukacyjne. Rodzice zaś już tego nie kontrolują.

Już trzy lata temu Artur Radwan pisał w Dzienniku. Gazeta Prawna "Oszuści zarabiają na szkołach" (2015 nr 120). Każdy bowiem może założyć niepubliczną placówkę oświatową na podstawie art.82 Ustawy z 7 września 1991 o systemie oświaty występując ze stosownym wnioskiem do gminy, która wpisuje szkołę do ewidencji. Podmiot powołujący do życia taką placówkę nie musi wykazywać się żadnym kapitałem na prowadzenie takiej działalności, a kiedy wynajmuje lokal na nią, to także nie musi rozliczać się z opłacania czynszu, płacenia składek ZUS, by pobierać dotację na każdego ucznia. Mimo wielu skarg rodziców resort edukacji nie zmienił tej sytuacji.

Właśnie dlatego dr Stefan Płażek z UJ sugerował w powyższym artykule, by MEN zagwarantował ustawową ochronę dzieci uczęszczających do szkół prywatnych, by to ich właściciele ponosili koszty kontynuowania edukacji w innej placówce niepublicznej, skoro w macierzystej nie mogą już jej kontynuować czy ukończyć. Może wówczas roztropniej prowadziliby swój biznes, a nie kosztem uczniów przerzucali na ich rodziców skutek ich nieuczciwego biznesu.

Rodzicu, płacisz za edukację w szkole prywatnej, to sprawdź, czy Twoje dziecko dojdzie w niej do ósmej klasy, a potem czy dotrwa do matury, nie dlatego, że może mieć problemy w uczeniu się, ale z powodu zmieniających się nauczycieli, niewłaściwej polityki zarządzania itp. Chyba, że lubisz edukację w trudnych warunkach, tak jak ja, bo one kształtują charakter. Tylko czy chcesz za to płacić?

piątek, 31 sierpnia 2018

Wicemarszałek Ryszard Terlecki rzetelnie opisuje zasługi Lecha Wałęsy w odzyskaniu przez Polskę wolności


SOLIDARNOŚĆ 1980-1989. POLSKA DROGA DO WOLNOŚCI - to tytuł książki historyka Ryszarda Terleckiego, która ukazała się w tych dniach, a Poczta Polska sprzedawała ją w promocji o 10 zł taniej, niż cena wskazana na okładce.

Sięgnąłem po nią z ciekawością, bowiem obejmuje okres niezwykle ważny w życiu mojego pokolenia. Lata 1980-1989 stały się rewolucyjną dekadą, która zaowocowała wyzwoleniem się Polski i Polaków z jarzma totalitarnego ustroju, sowieckiej dyktatury i związanych z nią ludzkich tragedii, ale i znaczących doznań nadziei i wolności, marzeń i strat w codziennym życiu każdej rodziny. Nie ukrywam, że byłem niemalże przekonany o spotkaniu się z "nową" wykładnią historii, która będzie nierzetelna, okradająca nas z pamięci realiów tamtych czasów, prawdy doświadczanej, bo w różny sposób także obserwowanej i wchłanianej przez każdego młodego człowieka, świadomego tamtych wydarzeń.

Autorem jest przecież obecny wicemarszałek Sejmu, który uczestniczy w ideologicznej kontrrewolucji z ramienia własnego środowiska politycznego (PiS), a jakże niechętnego rzeczywistym dokonaniom bohaterów „Solidarności” tej dekady, wśród których autentycznym liderem był Lech Wałęsa. Tak, to ten sam, a sponiewierany przez obecne elity jako rzekomy zdrajca, esbek, donosiciel… .

Tymczasem mamy ogląd wydarzeń, które byłyby niemożliwe bez Lecha Wałęsy w finalnym akcie wyzwalania Polski z ustroju socjalistycznego. Oczywiście, że droga do wolności była usłana ofiarami i poświęceniem się tysięcy aktywnych działaczy opozycji w PRL oraz członkostwu 10 milionów członków NSZZ „Solidarność”, którzy w ramach swoich zadań społecznych, zawodowych włączali się w najróżniejszy, a niewidoczny wciąż dla historii sposób, do ostatecznego zwycięstwa.

Książka nie jest monografią naukową, chociaż została napisana przez profesora historii, a to dlatego, że nie była recenzowana, bo i jej narracja ma charakter publicystyczny. Wprawdzie R. Terlecki przywołuje fragmenty różnych dokumentów, uchwał, stanowisk, wypowiedzi działaczy opozycji, elit ówczesnego państwa, przedstawicieli władzy i hierarchów Kościoła Katolickiego, ale nie podaje żadnych odwołań do źródeł. Musimy zatem uwierzyć, że takowe rzeczywiście istnieją i miały miejsce. Ja nie muszę opierać się na ufności, bo znam przywoływane tu fragmenty z tekstów, wypowiedzi medialnych, także te z podziemia, gdyż na bieżąco czytałem je, wysłuchiwałem, oglądałem itp.

Rekonstrukcja wydarzeń tego dziesięciolecia i ich analiza są bardzo rzeczowe, zdystansowane, z rzadka opatrzone własną oceną. Raczej przywołuje Terlecki opinie, które były przedmiotem powszechnej debaty. Przywołuje wypowiedzi tych opozycjonistów, którzy dzisiaj są jego politycznymi wrogami, należą do – jak określa to jego formacja – ludzi „gorszego sortu”. Na szczęście dzięki tej książce nie można już powtarzać, że Bogdan Borusewicz, Zbigniew Bujak, Władysław Frasyniuk, Lech Wałęsa są tymi, którzy byli razem z ZOMO, bo byłoby to równoznaczne z reprodukowaniem reżimowej propagandy czasów PRL. Można natomiast lepiej rozpoznać zaistniałe już w tamtym okresie podziały , napięcia, spory i intrygi w łonie opozycji, które były podsycane i inspirowane przez PRL-owskie służby bezpieczeństwa. Ofiarą tych intryg w omawianym okresie była m.in. śp. Anna Walentynowicz .


Jeśli zatem w podręcznikach szkolnych do współczesnej historii wygenerowanych przez ekipę ministry edukacji Anny Zalewskiej nie ma Lecha Wałęsy, to w tej książce znajduje on swoje godne miejsce i uznanie, a nawet jest wyrażany podziw dla jego odwagi, poświęcenia, przyjęcia godnej postawy wobec nieskutecznych starań peerelowskiej władzy o współpracę z ówczesnym reżimem.

A kiedy to się nie powiodło, to R. Terlecki odsłania działania służb specjalnych mających na celu zminimalizowanie wpływu i charyzmy Wałęsy (aresztowania, nieudana próba zamachu we Włoszech, manipulowanie faktami, próby ośmieszenia czy skompromitowania itp.) oraz morderstwa charyzmatycznych duchownych i ludzi dających moralną siłę wsparcia Polakom. Z tej książki polska młodzież czasów konsumpcyjnej wolności i zaniku odpowiedzialności za polską demokrację dowie się, że to nie Lech i Jarosław Kaczyński doprowadzili Polskę do wolności, aczkolwiek słusznie jest tu odnotowany ich cząstkowy wkład w ruch związkowy i na rzecz opresjonowanych przez władze PRL.

Ryszard Terlecki oddaje cześć Lechowi Wałęsie wraz z innymi, a wybitnymi postaciami świata nauki, kultury i środowisk robotniczych za ostatnią dekadę walki o wolną Polskę.


Być może zupełnie nowego znaczenia nabiera wypowiedź z sierpnia 1984 r. bojownika o wolność i apostoła miłości – a zamordowanego przez SB-cję - ks. Jerzego Popiełuszki: „Naród polski nie nosi w sobie nienawiści i dlatego zdolny jest wiele przebaczyć, ale tylko za cenę powrotu do prawdy. Bo prawda i tylko prawda jest pierwszym warunkiem zaufania.” (s. 207)

Dzięki Lechowi Wałęsie i z Wałęsą de facto - „Kończyła się dekada nadziei i Polska rozpoczynała trudną drogę odbudowy niepodległego i demokratycznego państwa” (s. 290).

Teraz poczekam na kolejny tom, w którym Ryszard Terlecki pokaże, jak elity I fali „Solidarności”, a więc tej pierwszej dekady walki o wolność Polski, weszły w koegzystencję z ludźmi komunistycznego reżimu i jak są nadal utrzymywane w strukturach władzy lat 1990-2018, a więc także tej władzy.


czwartek, 30 sierpnia 2018

Minister Anna Zalewska przegrywa w sądach


Nie wszyscy obywatele są wciąż świadomi tego, że reforma ustrojowa w III RP zagwarantowała im prawo do sprawowania kontroli społecznej nad pracą samorządów oraz wszystkich władz państwowych, w tym także oświatowych. Obywatel ma prawo wiedzieć, jakie decyzje podjęły władze państwowe i samorządowe, jakie były tego koszty, kto jest odpowiedzialny za nieprawidłowości, czy jakie kompetencje mają osoby wykonujące zawody zaufania społecznego. Zasada jawności ma tu pierwszeństwo przed prawem do prywatności.

Istnieje przepis prawny zobowiązujący władze do udostępniania obywatelom informacji publicznej na temat tego, co dzieje się w urzędzie. Prawo to obowiązuje także ministra edukacji i podlegających mu urzędników w centrum władzy, jak i w terenie, w kuratoriach oświaty. Naczelny Sąd Administracyjny zobowiązał wyrokiem minister Annę Zalewską do ujawnienia pełnej listy ekspertów. Jak pisał jeden z dziennikarzy:

Ujrzeliśmy bowiem listę 182 nazwisk, bez tytułów naukowych i wskazania, za który przedmiot dana osoba odpowiadała. Wszystko po to, aby lista została całkowicie nieczytelna i bezwartościowa dla opinii publicznej, a autorzy mogli w swoim wkładzie pozostać anonimowymi.Okazało się jednak, że resort mógł pójść jeszcze dalej w rozmywaniu odpowiedzialności prawdziwych autorów podstawy programowej. Podanie suchych nazwisk bez wskazywania wkładu w prace mogło bowiem pozwolić dodać do listy osoby, które nie dość, że nad podstawą nie pracowały, co były jej wręcz przeciwne.

Pojawiła się już pierwsza osoba, która wypiera się swojego udziału w pracach mimo obecności na liście, powołując się, że przesłała alternatywną propozycję podstawy dla klasy IV, która nie została jednak uwzględniona, a wykonana praca nie wiązała się z żadnym wynagrodzeniem. Problem bowiem w tym, że bez tytułów naukowych osobą na liście może być dosłownie każdy i nawet osoby niesłusznie na nią wpisane nie mogą z całą pewnością stwierdzić, czy MEN się nimi posługuje, czy może doszło do zaskakującego zbiegu okoliczności. Jest to zwykła manipulacja odbiorcami i sprzeniewierzanie się intencji wyroku NSA, który miał na celu zapewnia opinii publicznej rzetelnego dostępu do informacji, czego resort karygodnie nie dotrzymał.


Poradził sobie z tym problemem obywatel - pan dr Bogdan Stępień , który także dużo wcześniej upomniał się o powyższą listę twórców podstaw programowych kształcenia ogólnego i ujawnił ją w znacznie szerszym zakresie niż uczyniło to MEN. Nie zadowolił się samym wykazem, ale wnioskował o informacją o tym, w których zespołach przedmiotowych byli oni zaangażowani. Tę otrzymał z resortu edukacji.

W związku z tym, że Piotr Gajewski - dyrektor Departamentu Informacji i Promocji MEN poinformował go, że (...) wypełniając ankietę nie było wymogu podawania stopnia naukowego, organizacji czy instytucji, którą dana osoba reprezentuje, stąd przedstawienie listy osób wg. wzorca, który Pan zaproponował nie było możliwe, zadał też sobie trud, by ułatwić zainteresowanym rozszyfrowanie nazwisk większości spośród nich, gdyż nie są to postaci znane w polskiej oświacie.

Minister Anna Zalewska przegrała także kolejną rozprawę w Sądzie Okręgowym w Jeleniej Górze, który zdecydował o umorzeniu postępowania ws. nastolatki, która miała znieważyć szefową Ministerstwa Edukacji Narodowej Annę Zalewską – podaje Polsat News. Chodzi o zdarzenie z grudnia 2016 roku, kiedy podczas wizyty polityk w Karkonoskiej Państwowej Szkole Wyższej w Jeleniej Górze jedna z uczennic nazwała Zalewską "suczą".

Sprawa była nieco skomplikowana. W pierwszej instancji sąd uznał nastolatkę Natalię S. winną znieważenia Zalewskiej, lecz nie została ona ukarana. W sądzie uznano, że dziewczyna poniosła konsekwencje ze strony nauczycieli i rodziców. Obrońca uczennicy i tak złożył apelację. W wyższej instancji sprawa została umorzona.
W tym jednak przypadku uważam, że tego typu określenia nie powinny paść wobec kobiety, niezależnie od tego, czy jest ministrem czy działaczką środowisk opozycyjnych.

środa, 29 sierpnia 2018

Matura 2018 – odwołanie przynosi efekty!



W systemie scentralizowanego ustroju szkolnego podtrzymywany jest przez władze oświatowe, a szczególnie pracowników Okręgowych Komisji Egzaminacyjnych mit, że odwołanie od wyników egzaminu maturalnego czasem przynosi efekty.

Otóż, przysłówek czasem ma swój antonim: nigdy, zawsze! Jeżeli nie spróbujecie drodzy maturzyści, to nie dowiecie się, czy jednak nie należała się wam wyższa punktacja od tej, którą odnotowano na waszym świadectwie. Wciąż nie wierzymy w to, że możemy, mamy prawo, należy nam się, bo latami wdrukowuje się uczniom przekonanie o nieomylności władzy i nieograniczonym jej prawie do wyłącznego stanowienia o naszym losie.

Tymczasem człowiek jest omylny. Nie wiemy, w jakich warunkach egzaminator sprawdzał naszą pracę maturalną - czy był wypoczęty, czy może był sfrustrowany, może się spieszył, bolała go głowa, był głodny, a może wściekły na to, że właśnie traci pracę w swoim gimnazjum? To, że ktoś może się pomylić o 10, 20 pkt. może zadecydować o przyszłym losie maturzysty! Co jednak w sytuacji, kiedy błąd egzaminatora jest na poziomie prawie 50 pkt.pkt!?

Ktoś wymarzył sobie studia przykładowo - na medycynie, prawie czy psychologii, a tu nagle otrzymuje świadectwo, na którym zamiast 98 pkt z języka polskiego na egzaminie rozszerzonym z tego przedmiotu, ma ich zaledwie 48!

Upór, determinacja i odwaga są w takiej sytuacji konieczne, i to do ostatniego tchu. Opisuję tegoroczny przypadek maturzysty, który nie uwierzył w tak niski poziom oceny jego pracy. Złożył wniosek do Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej (OKE) o umożliwienie mu wglądu do swojej pracy. Każdy maturzysta ma na to 6 miesięcy od otrzymania świadectwa maturalnego.

Termin i miejsce oglądania pracy maturalnej wyznaczył mu dyrektor OKE. Najczęściej jest to siedziba tej Komisji. Abiturient miał prawo sporządzenia notatek, a także mógł fotografować swoją pracę. Konieczne jest to w procesie odwoławczym, gdyż musi uzasadnić powody zakwestionowania czyjejś oceny jego pracy. Zachęcam zatem do przeczytania regulaminu na stronie Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej w mieście wojewódzkim, na terenie którym znajduje się nasza szkoła ponadgimnazjalna.

Przytoczę kolejność kroków, które są kluczowe w odwołaniu, a znakomicie zostały opublikowane w jednym z portali:

Jeżeli uznamy, że praca maturalna została źle oceniona, należy złożyć wniosek o weryfikację sumy uzyskanych punktów. Należy się spieszyć, ponieważ termin na jego złożenie wynosi zaledwie dwa dni od dokonania wglądu do pracy. Weryfikacja następuje w terminie 7 dni, a do jej przeprowadzenia dyrektor właściwej OKE wyznacza egzaminatora. Oczywiście będzie to egzaminator inny niż ten, który dokonał pierwotnej oceny. O wyniku weryfikacji abiturient dowiaduje się w terminie 14 dni od złożenia wniosku.

W przypadku, od którego zacząłem swój wpis, maturzysta najpierw napisał wniosek o ponowną weryfikację liczby punktów. Miał bowiem uzasadnione zastrzeżenia niemalże do każdej kategorii oceny jego wypowiedzi pisemnej. Dzięki sfotografowaniu pracy i przypisanej do niej karty z punktacją, mógł swoje wątpliwości skonsultować z nauczycielem przedmiotu. Nie musi to być koniecznie ten, który nas kształcił, jeśli nie mamy do niego zaufania z jakiegoś powodu. Ważne jest to, by tak, jak w przypadku wątpliwej diagnozy medycznej stanu naszego zdrowia, skonsultować ją z jeszcze innym specjalistą.

Tak też uczynił ów maturzysta. Po dwóch tygodniach otrzymał z OKE odpowiedź o pozytywnym rozpatrzeniu jego wniosku! W jednym z kryteriów oceny jego pracy pisemnej stwierdzono, że należy mu się 6 punktów, a nie 3. To już jest jest coś. Jednak na osiem kategorii analityczno-ocennych uważał, że nadal jest nierzetelnie oceniona jego praca. Co wówczas czynić? Cieszyć się, że podwyższono mu punktację z 48 pkt. na 78 pkt.? Czy może jednak powalczyć dalej, jeśli ma się merytoryczne ku temu argumenty?

Autorzy internetowej porady w tym zakresie piszą co następuje:

Rzeczywistość abiturienta bywa czasem brutalna. Może się zdarzyć, że wniosek o weryfikację oceny został negatywnie rozpoznany. W tym celu ustawodawca wprowadził drugą instancję odwoławczą od wyników egzaminu maturalnego. Jest nią Kolegium Arbitrażu Egzaminacyjnego. Odwołanie wnosi się za pośrednictwem dyrektora właściwej Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej, a termin na jego złożenie wynosi 7 dni od dnia otrzymania informacji o negatywnym rozpoznaniu wniosku.

Nie bierze się pod uwagę tego, że wniosek może być w pierwszej instancji, jaką jest OKE pozytywnie rozpatrzony, a mimo to maturzysta ma prawo sądzić, że nadal jest on nierzetelnie oceniony! Czyżby dyrekcja OKE sugerowała sprawdzającemu, by nie przyczynił się do kompromitacji tego środowiska? Chyba nie.

W tym przypadku maturzysta złożył kolejny wniosek, tym razem do Kolegium Arbitrażu Egzaminacyjnego za pośrednictwem dyrektora OKE w ciągu 7 dni, od otrzymania pierwszej, pozytywnej opinii o uznaniu jego racji i podwyższeniu mu punktacji o 30 pkt.!

Odwołanie musi zawierać wskazanie zadań, co do których nie zgadzają się z przyznaną liczbą punktów oraz uzasadnienie. W tym uzasadnieniu należy wskazać, że rozwiązanie tych zadań przez niego jest merytorycznie poprawne oraz spełnia warunki określone w poleceniu do danego zadania egzaminacyjnego. Dyrektor przekazuje odwołanie do Centralnej Komisji Egzaminacyjnej, a ta następnie wysyła je do Kolegium.

Odwołanie musi być rozpatrzone w terminie 28 dni od dnia przekazania do przez dyrektora OKE. Rozstrzygnięcie Kolegium Arbitrażu Egzaminacyjnego jest ostateczne i nie służy na nie skarga do sądu administracyjnego. Oczywiście, jeżeli w wyniku odwołania nastąpiła zmiana uzyskanej oceny, jego następstwem jest wydanie nowego świadectwa maturalnego.


Dokładnie tak postąpił nasz maturzysta. Napisał kolejne odwołanie i... po dwóch tygodnia otrzymał rozstrzygnięcie! Jakaż było jego uzasadniona radość, kiedy okazało się, że uznano wszystkie jego racje, a nie tylko częściową korektę egzaminatora OKE! Jak się okazało poprawne były tylko trzy z nich! Tym samym w pięciu kolejnych punktacja została w I instancji także zaniżona, nieadekwatna do rzeczywistej wartości pracy maturzysty. Efekt - otrzymał z OKE uznanie przez Kolegium Arbitrażu Egzaminacyjnego pełnej zasadności odwołania. Tym samym wystawiono mu nowe świadectwo maturalne - tym razem w kategorii egzamin rozszerzony nie widniało 48 punktów,
ale 93!

Maturzyści! Odwagi! Sprawdzajcie swoje prace, jeśli macie jakiekolwiek wątpliwości, że wasza praca został niewłaściwie oceniona! Nasz maturzysta, mimo że odwoławcza weryfikacja trwała trwała miesiąc czasu i na uczelniach państwowych zakończono już rekrutację na jego wymarzony kierunek studiów, złożył odwołanie do Uczelnianej Komisji Rekrutacyjnej i przyjęto go na wymarzone studia.

Warto było się uczyć i mieć w sobie tyle odwagi, by nie ustąpić przed błędami tych, którzy nie powinni być aż tak nieomylni! A swoją drogą, ciekawe, czy dyrekcja OKE pociągnie do odpowiedzialności tego nauczyciela, który tak niestarannie, nierzetelnie sprawdzał tę pracę, być może i wiele innych zaniżając ostateczną punktację.

wtorek, 28 sierpnia 2018

Zwierzęta w terapii osób zdrowych



Ogromną radość sprawił mi prof. Aleksander Nalaskowski, który zareagował na mój wczorajszy wpis dotyczący budowania relacji człowieka ze zwierzętami. Jakże trafnie skomentował mój post pisząc:

Elementem wychowania, tu masz rację, musi być szacunek do istot żywych, do zwierząt i świata natury w ogóle. Ale nie "szacunek" taki jak pokazują zieloni, antyfuterkowcy, zakochane w psach panienki czy agresywni wegetarianie. W stajni zawsze zwracałem uczniom uwagę, że zwierzęcia nie wolno traktować jak człowieka, że to inny byt, intelektualnie mocno ograniczony, powodujący się odruchami, popędami, a nader często strachem. Na przykład większość nie wie, że konie nie lubią głaskania, a każdy głaszczący sądzi, że sprawia tym zwierzęciu przyjemność. Wiele zwierząt pracuje dla człowieka (nie zdając sobie z tego sprawy) i za to winniśmy je traktować właśnie z szacunkiem, ale nic ponad to. Pojęcia wierności, miłości, posłuszeństwa, pracowitości, etc. to cechy ludzkie, zwierzętom tylko przypisywane."


Warto podzielić się z czytelnikami bloga tą opinią tym bardziej, że została ona zaopatrzona w link do znakomitego - jak zawsze u tego Profesora - referatu na temat
"(hipo-)terapii osób zdrowych. Nie dotyczy on jednak tylko koni, bo o tych jest na końcu jego wypowiedzi, ale różnych zwierząt domowych i dzikich, które chcemy oswoić, a nie zawsze nam się to udaje. Jakie są zalety obcowania, a raczej bycia z istotami bliskimi nam nie tylko z racji ewolucji?

Ilekroć zbliża się okres wakacji letnich, ale i zimowych, tylekroć możemy spodziewać się medialnych doniesień na temat brutalnego, podłego pozbywania się domowych zwierząt, głównie psów przez wywożenie ich z dala od dotychczasowego miejsca zamieszkania i porzucenia ich w lesie, na polu, a zdarza się - jak podały ostatnio media - że topienia ich w stawie czy jeziorze. Oswojony i udomowiony ssak nagle staje się zbytecznym przedmiotem, czymś, co nie wyzwala już u właścicieli żadnych emocji, odczuć, co można wyrzucić jak zużyty sprzęt domowy. Niezrozumiałe, a jednak mające marginalnie miejsce patologie poruszają opinię publiczną.

Jedni bowiem ratują z narażeniem życia psa, który wszedł na taflę zamrożonego jeziora, gdzie w wyniku pęknięcia został on pozbawiony możliwości powrotu na ląd, czy udzielają pomocy fokom, delfinom lub zranionym ptakom, a zdarza się, że są takżey mordercy zwierzęcych istnień, bezwzględni, wyzuci z sumienia likwidatorzy własnych psów. Niezrozumiałe, poruszające, zdumiewające, ale z historii pamiętamy, jak to naziści szkolili w Hitlerjugend młodzież, by najpierw zaopiekowała się zwierzęciem domowym - psem czy kotem, by na rozkaz swojego przełożonego zadała mu śmiertelny cios.

Zachęcam do wysłuchania 30-minutowego referatu Profesora Nalaskowskiego, który mówi o tym, jak ważne są w socjalizacji człowieka, jego "wychowaniu" - tresowaniu zwierzęta oraz jak one same są przez nas socjalizowane, dając nam coś w zamian za okazanie im szacunku, za żywienie i stworzenie godnych warunków do życia.

Referat nie jest naukowym wykładem, pełnym odwołań do naukowej literatury, bo i nie ma takiej potrzeby. Nigdy wcześniej nie słyszałem wypowiedzi A. Nalaskowskiego na temat zwierząt domowych, chociaż zawsze podziwiałem Jego wspaniały stosunek do koni, które hodował i dzielił się swoją pasją oraz umiejętnościami jeździeckimi z uczniami uczęszczającymi do założonego i prowadzonego przez niego Społecznego Liceum Ogólnokształcącego w Toruniu.

Mamy tu piękną odsłonę człowieczeństwa!


Po wysłuchaniu referatu Profesora po raz pierwszy od roku jeden z dwóch moich kotów wskoczył mi na nogi, a dotychczas omijał mnie dużym łukiem. Dlaczego? Dowiecie się o tym z referatu prof. A. Nalaskowskiego. Moje psy były we wczorajszym wpisie, stąd dzisiaj niech zaistnieją koty.

poniedziałek, 27 sierpnia 2018

O kształtowaniu umiejętności wchodzenia w relacje ze zwierzętami

W okresie wakacyjnym napisał do mnie profesor Antoni Sawicki dzieląc się obserwacją relacji człowiek–zwierzęta domowe. Trafnie wskazuje w liście na olbrzymie braki edukacji w naszym społeczeństwie w powyższym zakresie:

Właśnie wróciłem z wycieczki objazdowej po Gruzji i Armenii. Co tam zaobserwowałem? Niektórzy uczestnicy naszej wycieczki ze śniadań w formie szwedzkiego stołu zabierali mięsa i wędliny i upychali nimi swoje torby. Po przyjeździe do obiektu turystycznego otaczała nas grupa bezpańskich zgłodniałych (często chorych) psów. Wtedy rozpoczynało się ich karmienie.

Ja głośno protestowałem: „Ludzie co wy robicie. W ten sposób zwabiacie wokół nas różne chore i zdziczałe psy. Z tymi psami będą się spotykali nasi polscy turyści w następnych turnusach. Przecież w niektórych obiektach psy rozkładają się na schodach, w ciemnych korytarzach, pod krzesłami i ławkami itd. Łatwo można na nie nadepnąć i zostać pogryzionym. Wśród turystów są także dzieci, które są mniej ostrożne”.

Turyści dużo fotografują i filmują, przez to mało patrzą pod nogi i nie ma wycieczki bez kilku wypadków i urazów. Sam to przeżyłem w ubiegłym roku w Portugalii. To może sprzyjać niechcianym ostrym kontaktom turystów z bezpańskimi psami. Zauważyłem, że po mojej interwencji niektóre panie odchodziły od grupy na zaplecze obiektów. Jeden z karmiących psy starszych panów profesorów (mechanik) pokazał mi, jak właśnie go ugryzł w rękę półzdziczały karmiony pies. Tym ludziom błędnie się wydaje, że z religijnego punktu widzenia wykonują dobre uczynki, a narażają innych na niebezpieczeństwo.

Podobne, aczkolwiek mniej drastyczne, sytuacje występowały podczas mojej poprzedniej wycieczki w maju do Serbii i Bośni.

Wiem, że edukacja nie zastąpi zwykłego zdrowego rozsądku. Przecież zdarzają się lekarze alkoholicy i narkomani, a prawnicy złodzieje i mordercy. Jednak trzeba coś robić. U nas ochrona zdrowia nie jest świadomie płatna. Leczenie tych lekkomyślnych Polaków kosztuje nas wszystkich. Przez wiele lat szokowała mnie i nadal szokuje sytuacja, w której (ktoś) prowadzi w swoim domu hodowlę kilku kotów. Robi to podobno do zabawy swoich wnuków. O szkodliwości takiego działania nie przekonują go odzwierzęce choroby, które już nawet przebył. Choroby odzwierzęce są bardzo powszechne
Mam prośbę do Pana Profesora o udzielenie mi informacji:

Czy na studiach pedagogicznych są jakiekolwiek przedmioty związane z edukacją dzieci i młodzieży na temat relacji ze zwierzętami domowymi?

Czy są na uczelniach pedagogicznych w Polsce są katedry lub zakłady zajmujące się problemami relacji ludzi ze zwierzętami domowymi?

Czy tylko ja wyolbrzymiam problem, bo go faktycznie nie ma?

Najprawdopodobniej wielkie zyski z braku odpowiedniej edukacji młodzieży mają: hodowcy - rozmnażający zwierzęta, weterynarze, producenci i handlarze pokarmów, hotelarze zwierząt i treserzy itd.


Na studiach pedagogicznych mamy tylko jeden kierunek szkolny-edukacyjny, jakim jest pedagogika wczesnej edukacji (elementarna, nauczanie zintegrowane, kształcenie wczesnoszkolne itp.) nie przewiduje się przedmiotu zajęć, w trakcie którego studenci mieliby uczyć się właściwych relacji z domowymi zwierzętami. Nie przypuszczam, by na jakimkolwiek innym kierunku nauczycielskim ktoś się tym zajmował.

Czy jest to rzeczywiście problem? Moim zdaniem jest, ale bardziej powinien być rozstrzygany przez rodziców niż nauczycieli dzieci czy nauczycieli-nauczycieli. Wprawdzie wszystko zależy od ludzi, od ich wyobraźni, wiedzy i doświadczeń. Mam dwa psy, groźne, w tym jeden na III miejscu najbardziej niebezpiecznych ras, toteż kiedy przechodziła koło ogrodzenia grupa przedszkolaków, ich pani podeszła z nimi bliżej do bramy i pouczała dzieci, by nigdy nie wkładały ręki przez siatkę, by pogłaskać psa, nie karmiły go niczym, ani nie drażniły.

To była prawdziwa edukacja. Psy przyglądały się dzieciom z uwagą, bacznie je obserwowały gotowe do reakcji. Nie mogę zapewnić, że jeden z nich nie zaatakowałby dziecka, które wykonałoby dla niego jakiś nieprzewidywalny gest, ruch lub okazało mu wrogość. Nie ma złych psów, ale są niewychowani ludzie, którym wydaje się, że mogą czynić, co chcą, naruszać czyjeś terytorium, czyjąś godność bez możliwych następstw.

Tak więc uczymy się przez całe życie, także wówczas, kiedy wbrew tytułom naukowym czy wykształceniu nadepniemy niechcący jakiemuś psu na ogon.

niedziela, 26 sierpnia 2018

Wakacyjne konsultowanie "projektów" rozporządzeń MNiSW


Do 16 sierpnia 2018 r. można było opiniować rozporządzenia do megaustawy o szkolnictwie wyższym:

1. w sprawie ewaluacji jakości działalności naukowej

2. w sprawie dziedzin nauki i dyscyplin naukowych oraz dyscyplin artystycznych

3. w sprawie sporządzania wykazów wydawnictw monografii naukowych oraz czasopism naukowych i recenzowanych materiałów z konferencji międzynarodowych.

Wyniki opinii akademickich podmiotów i środowisk zapewne będzie można zobaczyć na stronie legislacja.rcl.gov.pl Niewątpliwie, jednym z kompleksowo podchodzącym do tego procesu środowisk było w okresie wakacyjnym Stowarzyszenie KKHP, które świetnie się zorganizowało w sieci pozyskując ekspertów do sformułowania opinii na temat opublikowanych przez resort projektów rozporządzeń. Podałem w tytule "projekty", bowiem to, czy rzeczywiście mieliśmy tu do czynienia z konsultacjami będzie możliwe do wiarygodnego rozstrzygnięcia po podpisaniu powyższych aktów wykonawczych przez ministra Jarosława Gowina.

Jeden z profesorów zakomunikował nam w odniesieniu tylko do jednego z projektów, jakże kluczowego dla każdego naukowca i jego jednostki organizacyjnej:

Po zapoznaniu się z rozporządzeniem dot. czasopism i wydawnictw dochodzę do wniosku, że jego opiniowanie raczej nie ma sensu, skoro pod koniec uzasadnienia pada zdanie, że ministerstwo nie widzi i nie zakłada możliwości żadnych alternatywnych rozwiązań. Można oczywiście krytykować to, że bazą punktowanych czasopism ma być Scopus i część WoS, a nie inne lub także inne bazy (w tym bardziej lokalne), ale to prawie na pewno nic nie da, no i ja nie jestem kompetentna, by taki czy inny wybór dobrze uzasadnić. Można kwestionować sposób wyliczania wskaźników C i D, ale to jest tak techniczny punkt, że jego analiza wymaga specjalistycznej wiedzy o wyliczaniu "wpływu". Można ogólnie krytykować wskaźnikologię, ale to beznadziejne, skoro już przyjęto to za fundament nowej ewaluacji.

Co do wydawnictw, trudno odnieść się do ogólnych - zgoła ogólnikowych - wytycznych, gdy nie wiadomo, do sporządzenia jakiej konkretnej listy one doprowadzą. Ile będzie wydawnictw za 80 pkt? Ile i jakie za 200? Czy będzie tam jakieś polskie wydawnictwo? (raczej nie) Najbardziej kontrowersyjna jest chyba ta dwustopniowa skala i radykalna różnica punktacji między jej dwoma stopniami. Z tego wynika, że można będzie wydać wielką rzecz w nawet dobrym polskim wydawnictwie za ułamek punktów, które ktoś dostanie za byle książeczkę wydaną w wydawnictwie globalnym, np. amerykańskim. Jest to zdecydowanie za duży prymat "widzialności" nad wartością i oceną merytoryczną. No ale skoro w założeniach reformy podstawowym miernikiem wartości jest widzialność i "dziedziczenie prestiżu", to obawiam się, że takie argumenty padną grochem na ścianę.
Tu cała "filozofia" oceny wartości publikacji jest do chrzanu. Ale sporu filozoficznego w ramach opinii do rozporządzenia prowadzić się nie da.


Teksty projektów rozporządzeń były pod poniższymi adresami:

http://legislacja.rcl.gov.pl/docs//506/12314506/12525472/12525473/dokument352562.pdf

http://legislacja.rcl.gov.pl/docs//506/12314505/12525429/12525430/dokument352542.pdf

http://legislacja.rcl.gov.pl/projekt/12314504/katalog/12525380#12525380

Komitet Nauk Pedagogicznych PAN wyraził swoją opinię na temat projektu rozporządzenia dotyczącego dziedzin i dyscyplin nauki. Przygotowałem ją po konsultacji z dostępnymi w okresie urlopowym profesorami, kierując do resortu następującą treść:

w imieniu Komitetu Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk wnoszę o skorygowanie w treści projektu rozporządzenia stanowiącego wykonanie upoważnienia zawartego w art. 5 ust. 3 ustawy – Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce (Dz. U. poz. …) a określającego klasyfikację dziedzin nauki i dyscyplin naukowych oraz dyscyplin artystycznych w dziedzinie sztuki – w dziedzinie nauk społecznych nazwy dyscypliny ujętej w nim jako: pedagogika i nauki o edukacji

Zmiana ta – z dotychczas istniejącej w klasyfikacji dyscypliny „pedagogika” jest sprzeczna nie tylko z treścią Uzasadnienia do w/w projektu, ale także z logiką klasyfikacji nauk w OECD i Komisji Unii Europejskiej.

W pełni zgadzamy się z tym, że:

Podstawowym celem nowej klasyfikacji dziedzin naukowych oraz dyscyplin naukowych i artystycznych jest zdecydowane ograniczenie rozdrobnienia tych dyscyplin, co stanowi warunek konieczny do przeprowadzenia miarodajnej ewaluacji jakości działalności naukowej. Od wyników ewaluacji zależeć będzie nie tylko podział środków finansowych na utrzymanie i rozwój potencjału badawczego, ale także uprawnienia do nadawania stopni doktora i doktora habilitowanego w danej dyscyplinie naukowej albo artystycznej oraz możliwość uzyskania pozwolenia na utworzenie studiów na określonym kierunku, poziomie i profilu, prowadzenia szkoły doktorskiej czy przystąpienia do programów „Inicjatywa doskonałości – uczelnia badawcza” lub „Regionalna inicjatywa doskonałości”.

Ze względu na konieczność przyporządkowania wszystkich obszarów badawczych do określonych dyscyplin naukowych i artystycznych w proponowanej klasyfikacji odstąpiono od dyscyplin o charakterze rezydualnym, występujących w każdej dziedzinie klasyfikacji OECD pod określeniem „inne nauki” (mieszczące się w zakresie danej dziedziny, ale konkretnie nienazwane). (...)

Wiele obecnych dyscyplin obejmuje wąski zakres tematyczny, a ponadto reprezentuje je niewielka liczba pracowników uczelni, instytutów naukowych Polskiej Akademii Nauk i instytutów badawczych, posiadających co najmniej stopień naukowy doktora albo stopień doktora w zakresie sztuki. W przypadku ponad 1/5 dyscyplin naukowych i artystycznych liczba takich osób nie przekracza 100 w skali całego kraju. W przypadku trzech dyscyplin liczba reprezentujących je pracowników naukowych jest natomiast mniejsza niż 24. Zgodnie z nowymi zasadami ewaluacji działalności naukowej w każdej z tych dyscyplin oceniana mogłaby być zatem działalność nie więcej niż jednego podmiotu”.



Jednakże powyższa diagnoza w odniesieniu do PEDAGOGIKI nie ma żadnego potwierdzenia. Jest to bowiem tak samo suwerenna, szerokoprofilowa nauka, jak np. psychologia, która ma swoją epigenezę, tradycję naukową, kulturę piśmienniczą, szkoły badawcze, a w Polsce wysoce liczną społeczność naukową posiadającą stopnie naukowe właśnie z pedagogiki.

Na przysługujące naszej dyscyplinie 3 miejsca w Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów profesor z trzecim wynikiem miała 30 głosów poparcia, zaś z pierwszym wynikiem 67, co przy liczbie kandydujących do tego organu ponad profesorów wyraźnie wskazuje na jednoznacznie silną społeczność autonomicznej nauki, której zaledwie częścią składową są studia nad edukacją, badania edukacyjne.

Z danych Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN z 2017 r. wynika, że tylko samodzielnych pracowników naukowych ze stopniem naukowym doktora habilitowanego i tytułem naukowym profesora uzyskanymi na podstawie osiągnięć naukowych z PEDAGOGIKI jest ok. 600 akademików w całym kraju.

Nie należy zatem powoływać obok pedagogiki nowej, a w koniunkcji do niej, kategorii dyscypliny „nauki o edukacji”, gdy z ta ostania nie tworzy odrębnego zbioru odrębnych nauk o edukacji.

Wszystkie te badania o charakterze interdyscyplinarnym jak pedagogika i psychologia; pedagogika i socjologia; pedagogika i nauki o zdrowiu; pedagogika i nauki o zarządzaniu, pedagogika i nauki ekonomiczne itp., czy prowadzone w pedagogice badania hybrydalne, a więc na pograniczu dwóch dyscyplin naukowych jak np. pedagogika i historia (np. historia oświaty, historia myśli pedagogicznej, historia wychowania, biografistyka pedagogiczna), pedagogika i kulturoznawstwo (np. pedagogika popkultury), pedagogika i filozofia (filozofia wychowania, filozofia edukacji), pedagogika i nauki o mediach (pedagogika medialna) itp., są w pełni i adekwatnie przypisywane do pedagogiki jako odrębnej nauki, toteż nie mogą być redukowane do wąsko pojmowanych nauk o edukacji.

Pragnę zaznaczyć, że w Polsce wydany został pierwszy, międzynarodowej rangi czterotomowy podręcznik akademicki „Pedagogika” z autorami z krajów europejskich (Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne 2006, 2010). Nasza dyscyplina ma swoją wyrazistą odrębność naukową i istotny wkład w rozwój pedagogiki na świecie. Jak trafnie wskazuje się w Uzasadnieniu do w/w rozporządzenia (…) rozdrobniona klasyfikacja nie służy właściwej rozpoznawalności w światowym obiegu nauki wyników badań polskich naukowców".

Tym samym zwracam się z prośbą o usunięcie z treści rozporządzenia „nauki o edukacji” i pozostawienie w dziedzinie nauk społecznych dyscypliny pod nazwą jedynie PEDAGOGIKA.