sobota, 7 maja 2016

W poszukiwaniu tożsamości XXI wieku

Czescy intelektualiści, najwybitniejsi przedstawiciele świata nauki, kultury, sztuki, mediów, edukacji zostali poproszeni z okazji 20-lecia „aksamitnej rewolucji” o sformułowanie własnej wizji obecnego stulecia. Zostały one wydane w Brnie przez Centrum Dialogu. Mały formatem, ale wielki duchem tomik otwiera cytat z wypowiedzi czeskiego pochodzenia Sekretarz Stanu USA Madelaine Albright:

Najważniejszymi wartościami dla przyszłości czeskiego społeczeństwa są wartości uniwersalne, a nie jakieś wyłącznie czeskie. To są wartości Masaryka i Wilsona, Havla i demokratów na całym świecie.(17.11.2009)

Dlaczego potrzebujemy wizji XXI wieku? – pyta redaktor tomu - Tomaš Mozga. W dzisiejszym świecie poszukujemy tych najważniejszych wartości , a więc wartości, które pomogą nam stać pewnie na ziemi, na których może opierać się także nasza tożsamość. Wraz z klarowną tożsamością pojawi się i odwaga do prowadzenia dialogu ze swoim otoczeniem, odwaga komunikowania się i wsłuchiwania. Dzięki otwartemu dialogowi rozpoznamy to co jest najistotniejsze i kluczowe, a na co powinna być ukierunkowana nasza praca. Twórcza, sensowna i efektywna praca sprawi radość i stanie się naszą pasją, która w dłuższym okresie czasu będzie sprzyjać naszej wierze w wartości. (s.1)


Czesi doświadczają tego samego, co Polacy, chociaż ich gospodarka i brak zadłużenia wobec Zachodu sprawiły, że byli w lepszej kondycji do przeprowadzenia transformacji ekonomicznej z socjalizmu do neoliberalnego kapitalizmu. Natomiast zmiany społeczne w tym kraju niewiele różnią się od tych, jakie mają miejsce także w Polsce. U nich nie było może takich braków jak w Polsce - podstawowych produktów żywnościowych, nie mieli wydzielanych porcji mięsa, masła, mąki, cukru, a nawet liczby jajek na kartki, toteż być może nawet bardziej odczuwają negatywnie stan gwałtowanych zmian w codziennym życiu, narastające rozwarstwienie i zubożenie społeczeństwa.

Być może Polacy zostali lepiej przygotowani do ponowoczesnego kapitalizmu, gdyż zostali bardziej uodpornieni na stres, lepiej radzą sobie w sytuacjach ryzyka, konieczności zatroszczenia się o byt własny i bliskich. Jeśli przywołuję tę publikację to dlatego, że w psychospołecznych kwestiach doświadczenia i poglądy naszych narodów są sobie bardzo bliskie. Tak pisze o nich redaktor Mozga:

Na nic nie mamy czasu. Jesteśmy przytłoczeni pracą i obowiązkami, poszukiwaniem przecen i dążeniem do tego, by zgromadzić jak najwięcej rzeczy, majątku – by mieć go więcej od sąsiada. Przejadamy się. Stajemy się marudni, złośliwi i nadwrażliwi z powodu najmniejszej głupoty, przemęczeni. Przepracowani idziemy spać, niewyspani wstajemy. Ucieka nam dzień za dniem, ciągle gdzieś dążymy, o coś zabiegamy, ścigamy się z czasem. Dokąd tak jednak gnamy? Dokąd zmierza czeskie społeczeństwo? Czy mamy jeszcze czas i ochotę, by nad tym rozmyślać?



(…) Jak to dobrze, że mimo tego nieustannego pośpiechu znaleźli się ludzie, którzy zgodzili się podzielić własnymi refleksjami , podzielić własnymi doświadczeniami i umiejętnościami, opowiedzieć o swoich niedostatkach czy niepowodzeniach. Zastanowili się nad swoją przeszłością, teraźniejszością i przyszłością, niektórzy mówią o swojej rodzinie , przyjaciołach, społeczeństwie, w którym żyją a którego są częścią. Podzielili się refleksją o duszy czeskiego człowieka. Piszą o przyszłości Czechów, w której staną się pełnowartościową częścią Europy, o byciu mądrym i odpowiedzialnym partnerem, cennym dla innych państw źródłem inspiracji. Postulują zaangażowanie się w inicjowanie otwartego dialogu, bycie twórcami ponadczasowych wartości, z których skorzystają także przyszłe pokolenia. A może i na tej drodze odnajdziemy swoją tożsamość … (s.13)

Co ciekawe, redaktor tomu zwrócił się do współobywateli o podzielenie się z nim myślami na powyższe kwestie. Część z nich jest od lat na emigracji, rozproszona po świecie kreując nowe wartości bez względu na to, gdzie jest ich miejsce życia czy profesjonalnego pobytu.


Łącznie wypowiedziało się 100 osób. Niektórzy już nie żyją, jak np. pierwszy prezydent postsocjalistycznej - Czechosłowacji, a po secesji Republiki Czeskiej - Vaclav Havel czy więziony z powodów politycznych Antonin Huvar. Wśród narratorów własnych wizji znaleźli się już przywoływani w moich studiach i badaniach tak wybitni uczeni jak politolog Martin C. Putna, molekularny biolog i biochemik Lumír Krečí czy socjolog Jan Sokol, reżyser Vladimír Morávek, filozof i publicysta Erazim Kohák czy pracujący z sukcesami w innych krajach np. na Uniwersytecie Colorado chemik Josef Michl, profesor studiów kanadyjskich – Thomas Donaldson Sparling czy publikująca w Argentynie pisarka i felietonistka Markéta Pilátová. Jest też w tym gronie najlepszy czeski interviewer Karel Hvižďala oraz dziennikarz czasopisma „Reflex” Jiří X. Doležal.

Nie sposób jest tu przytoczyć wszystkie znakomitości, gdyż nie ma na to miejsca. Jedni pisali w formie felietonów, inni eseje, a jeszcze inni wymieniali dziesięć najważniejszych dla nich, i w życiu społeczeństwa wartości.

Lubię czytać tego typu publikacje w czasie podróży, bo czas mija szybko, a ulotność myśli można na chwilę powstrzymać, by odnieść je także do sytuacji w naszym kraju i społeczeństwie. Przytoczę kilka wypowiedzi, by pomysłodawcy Instytutu Wolności Naukowej dostrzegli, jak nasi południowi sąsiedzi postrzegają istotę tego fenomenu:


Erazim Kohák:W centrum profilu europejskich ideałów, które często są lekceważone w praktyce, ulokowałbym ideał wolności. Europa jako jedyna potrafiła zrozumieć wolność jednostek nie jako ucieczkę czy alienację, ale jako napełnienie ich człowieczeństwa. To istota wolności warunkuje sprawiedliwość, jako drugą, kluczową cnotę humanum. Trzecią zaś jest solidarność jako przejaw walki przeciwko tym, którzy są za totalitaryzmem, którzy nie szanują drugiego człowieka , jego praw i godności” (s. 80)

Vladimír Morávek: Najważniejsze jest moim zdaniem:

• kochanie kogoś bardziej od samego siebie;

• nie bać się i nie kraść;

• nie być samotnym;

• czytać;

• nie wpadać w panikę;

• dużo pić;

• nie przejadać się;

• być pewnym, że prawda i miłość jest silniejsza niż kłamstwo i nienawiść;

• jeździć nad morze;

• dostrzegać tu i tam wschód słońca
.(s.82)

Ivan Medek: „Ziemska cywilizacja, podobnie jak europejska wyrosła z chrześcijańsko-judaistycznych tradycji, której fundamentem jest 10 Przykazań. Jeśli kiedykolwiek w toku naszych dziejów ludzie popełniali błędy, to tylko dlatego, że nie byli zdolni do przestrzegania tych praw. Nie znam lepszego tekstu, od mojżeszowych Przykazań, którymi powinniśmy kierować się także w przyszłości.” (s. 92)

Jan Sokol: „(…) Nie musimy „wydawać na świat” jakiegoś noblisty, odkrywcy ani rekordzisty, ale musimy postarać się o to, by nasi potomkowie nie zapomnieli ojczystego języka, a w związku z tym, żeby opanowali jeszcze chociaż dwa języki obce. Wówczas przestaną się bać innych tak samo, jak nie bali się ich nasi przodkowie. (…) (s. 98)

Antonin Huvar: (…)Żadna struktura polityczna nie ma prawa wyśmiewać się z jakiejkolwiek prawdy. Ta, gdzie jednostki nie mogą żyć zgodnie z prawdą a brodzi się w kłamstwie, nie ma już nic do przekazania kolejnej generacji. Nic nie jest tak ważne dla rodzin i narodu jak ufność w autorytet. Jego odrzucenie prowadzi wszystkich do trwałego smutku. Naród przeżywa dzięki istotom ludzkim, a nie tylko w błogiej nadziei. (s. 101)

Josef Michl: „Istotne jest to, by znać miarę wszystkiego, a o to nie jest tak łatwo. Wydaje mi się, że potrzebujemy więcej optymizmu i wiary w siebie, mniej zawiści i cynizmu, byśmy nie byli naiwni i nie przeceniali swoich możliwości. Potrzebujemy więcej odporności i taktu. Powinniśmy też być bezwzględni wobec złodziejstwa, intryg, podstępów i manipulacji. Powinniśmy też bardziej polegać na sobie i brać odpowiedzialność za sytuacje, w których się znajdujemy. Nie wierzę, że nic się nie da z tym zrobić, że winę ponosi za zło władza, mafia, Rosjanie, Amerykanie, Unia Europejska, Romowie, bogaci, biedni, młodzi, starzy czy pies sąsiadów, tylko nie my sami. (s. 104)


Karel Hvižďala: „Oto 10 najważniejszych wartości dla ludzkości:

• Zdrowie i troska o nie dla wszystkich bytów ludzkich;

• Humor i miłość wobec ludzi, także wobec tych, którzy zmarli czy tych, którzy jeszcze się nie narodzili , albo w
stosunku do tych, których nie rozumiemy;

• Wykształcenie i szacunek wobec edukacji, dzięki której ludzie powinni nauczyć się poszanowania każdej ludzkiej pracy, co skutkowałoby wyższym poczuciem szacunku w społeczeństwie do siebie;

• Przestrzegania praw i należyta praca sądownictwa, policji i władz państwowych itp.;

• Stawianie oporu wobec władców (ius resistendi);

• Krytyczna autorefleksja, która pozwoli odpowiedzieć na pytanie: kim jestem, skąd przychodzę i dokąd zmierzam, ale i gdzie na tej drodze zbłądziłem i dlaczego;

• Niezależność mediów publicznych i świadomość znaczenia wszystkich mediów jako czwartej władzy;

• Kultura i przestrzeń dla pielęgnowania wartości;

• Sport jako sposób dbania o ciało;

• Obrona powyższych wartości
.(s. 106)


Jiří X. Doležal: (…) czeskie społeczeństwo powinno opierać się pięciu czy sześciu podstawowym cechom prawdziwych Czechów:

Oszukiwanie - jest tak głęboko zakorzenione w narodowej naturze Czechów, że bez tej cechy nie można sobie wyobrazić ich przyszłości. Czesi od niepamięci oszukują w sklepach, w pracy, w małżeństwie i w końcu także samych siebie;

Korupcja – już od czasów Austro-Węgier należy ona do kluczowych regulatorów społeczeństwa. Czesi przyzwyczaili się do niej, potrafią z nią się obchodzić, toteż powinna być utrzymana i chroniona jak rodzinne srebra czeskiego charakteru narodowego;

Niesolidność – należy do najlepszej czeskiej tradycji. W kontekście europejskimi możemy na niej nawet z dumą polegać;

Zawiść – historyczny konik Czechów, który objawił się w porzekadłach ludowych (niech sąsiadowi zdechnie koza);

Małość to sam filar czeskości i podpora tożsamości narodowej. Oprócz bogactwa, które w Czechach postrzegane jest jako przestępstwo, nie może pojawić się nic gorszego, niż wymsknąć się szarej myszce przeciętności. Dopiero wówczas w pełni pojawi się i szósty filar czeskiej tożsamości. Jest nim nienawiść. (s. 110).



Thomas Donaldson Sparling: (…) Przywołam creda i poglądy niektórych czeskich osobistości, aby ludzie uświadomili sobie, że o przyszłości nie stanowi państwo czy naród, gdyż tworzą ją jednostki własnymi czynami z poczuciem odpowiedzialności:

Tomasz G. Masaryk: „Nie bójcie się i nie leniuchujcie”;

Jan Ámos Komenský: Nikt nie urodził się dla siebie, gdyż wszyscy urodzili się dla ludzkiej społeczności;

Karel Havliček Borovský: Prawdziwa demokracja nie tkwi w tym, abyśmy podporządkowywali się tym, którzy są wyżej od nas, chociaż jest to łatwe, ale abyśmy nie wywyższali się ponad będącymi niżej, niż my jesteśmy; każdy musi zacząć z demokracją od samego siebie, to wówczas ona dalej się rozwinie;

Václav Havel: „Obojętność wobec drugich i obojętność wobec osądu całości jest dokładnie tym, co otwiera drogę do zła”;

Karel Čapek: Prawda zwycięży, ale trzeba się na to napracować. (s. 119)


piątek, 6 maja 2016

Z wizytą w Londynie


Od czasu do czasu piszę o podróżach do różnych krajów czy miast. Ostatnia jednak nie miała naukowego charakteru, ani też nie wiązała się z próbą przygotowania publicystycznej relacji z pobytu w United Kingdom of Great Britain. Chciałem zwiedzić z rodziną Londyn w okresie wolnym od zajęć akademickich, by móc na własne oczy przekonać się, jak wygląda trzecie co do wielkości miasto Europy (po Moskwie i Stambule).

Niewątpliwie, dzięki polskiej transformacji i obecności w Unii Europejskiej mogłem polecieć do Londynu korzystając z tanich linii lotniczych, bo na te "normalne" stać tylko moich kolegów z University of London. Ci mogą rzeczywiście podróżować po świecie bez ograniczeń. Nie muszą nigdzie dorabiać, by przeżyć, tylko stać ich na inwestowanie we własny rozwój, jak i zatroszczenie się o rodzinę.


Podzielę się kilkoma refleksjami i obrazami z tego miasta, które utrwaliły mi się w ciągu kilku dni, ale nie są związane z jakąkolwiek próbą udowodnienia czegoś czy zaprzeczenia istniejącym, także we mnie, stereotypom, przekonaniom czy obawom. Ot, skonfrontowałem swoje wyobrażenia o tym mieście, ale przecież bez możliwości rozmów z mieszkańcami, bez dłuższego pobytu i doświadczania sytuacji, zdarzeń, praw, relacji społecznych itp. nie można ferować żadnych ocen. Co najwyżej coś mogło się potwierdzić z wiedzą, jaką dotychczas posiadłem.


Przyjmowałem w Uniwersytecie Łódzkim czy w Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie gości z Wielkiej Brytanii, którzy opowiadali o swojej profesji i dzielili się osobistymi wynikami badań czy studiów. W czasie tego pobytu nie interesowały mnie instytucje edukacyjne, chociaż trafiałem na nie "po drodze". Jedyną, która mnie szczególnie zainteresowała i miałem trochę czasu, by do niej dotrzeć, był Uniwersytet Londyński, a w nim Instytut Studiów Edukacyjnych.


Chciałem zobaczyć Instytut, do którego kierowani byli moi doktoranci lub b. współpracownicy. Jeden z nich po odbyciu półrocznego stażu naukowego na w tym uniwersytecie w I poł. lat 90. XX w. już więcej nie wrócił do nauki. Został biznesmenem i po zrobieniu tzw. "kariery" jest teraz uznawany z7a VIP-a naszego uniwersytetu. To tylko potwierdza, że można ją zrobić po studiach i asystenturze w dyscyplinie pedagogika.


Inna rzecz, że po przejrzeniu najnowszych wydawnictw z działów: Theory of Education, Study Skills, Teaching in Education, Comparative Education stwierdziłem, że Anglicy zatrzymali się w miejscu, drepczą wciąż wokół kilku zaledwie paradygmatów i koncentrują się na wyjałowionej z aksjologii pragmatyce kształcenia. Przy czym i tu - jak mawiał jeden z polskich polityków PO ze studia nagrań w Restauracji "Sowa" - niczego one nie urywają, a więc ani nie zaskakują, ani też nie wywołują szczególnego zachwytu.


Nie ulega wątpliwości, że Polacy mają większy zakres wiedzy i analiz porównawczych w zakresie teorii, modeli, podejść czy paradygmatów badawczych, niż studiujący w University of London. Nie mamy się czego wstydzić. Niektóre z polskich oficyn akademickich wydają znacznie lepsze, głębsze rozprawy polskich naukowców z dziedziny nauk społecznych i humanistycznych.


Jedyną ich słabością jest to, że są w języku polskim. Wiele tytułów z brytyjskiej literatury naukowej w zakresie nauk pedagogicznych (studiów edukacyjnych) zostało już przetłumaczonych i wydanych w naszym kraju, toteż nie ma problemu z ich analizą i prowadzeniem własnych badań na porównywalnym poziomie.


Moja zaś doktorantka z Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie skierowana na tygodniowy pobyt studyjny do Londynu w ramach grantu badawczego, mimo otrzymania propozycji zatrudnienia się w zarządzaniu zasobami ludzkimi na Heathrow, mimo czekającej tam na nią wysokiej pensji, wróciła do kraju, napisała i obroniła świetny doktorat. Na pytanie, czy nie żałuje, odpowiedziała przecząco. Pasja akademickiej twórczości okazała się wyższa od ekonomicznie korzystniejszej możliwości samorealizacji.



Londyn jest rzeczywiście niezwykle zróżnicowanym etnicznie miastem. Mijając tłumy ludzi zmierzających ulicami tego miasta do miejsc przeznaczenia nie można odgadnąć, kto jest Anglikiem, a kto OBCYM. Tu wszyscy są INNI, a zarazem tacy sami. Ich wszelkie różnice łączą, a nie dzielą. Na ulicy czy w środkach publicznej komunikacji nie ma znaczenia, kto, skąd pochodzi, jaki ma kolor skóry, jakiej jest narodowości czy wyznania, jakim mówi językiem itp.



Londyńczykom można pozazdrościć znakomitego metra!, punktualnie poruszających się po mieście piętrowych autobusów czy charakterystycznych tożsamą marką samochodu taksówek.


Każdy spotka gdzieś swojego rodaka. Korzystałem z restauracji, kawiarenek i pubów, a w każdej pracował co najmniej jeden Polak płci męskiej lub żeńskiej jako kelner/-ka, kasjer/-ka czy pracownik obsługi. Nie wstydzą się swojej polskości, chociaż niektórzy, mimo młodego wieku, fatalnie już mówią ojczystą mową. Lepiej posługują się angielskim, bo inaczej nie mogliby pracować w publicznych miejscach, w których wymaga się co najmniej dobrej komunikacji w ich języku.


Centrum Londynu stanowi tzw. strefa "zero", którą jest mała dzielnica "City of London". To w niej znajdują się historyczne budowle, które są otaczane zewsząd architektonicznymi rozwiązaniami z różnych epok, a więc i stylów. Tu odnosi się wrażenie, że nie ma architekta miasta, który zadbałby o jakiś ład estetyczny czy nawet historyczny. Burmistrz miasta nie mógłby powiedzieć, jak uczyniła to prezydent m. Warszawy, że nie zgodzi się na budowę nowego pomnika, bo zakłócałoby to harmonię historycznej tradycji ulic, którymi kiedyś chadzał Fryderyk Chopin.


Londyn jest chyba najbardziej architektonicznie postmodernistyczną stolicą europejskich państw, gdzie obok pięknej, katedry stoi nowoczesny wysokościowiec ze szkła i aluminium czy jakaś kamienica z przełomu XIX i XX w. Natomiast oznakowanie miasta jest fenomenalne.



Każdy znajdzie miejsce, do którego zmierza, bo informatory z planami miejsca, w którym się znajduje, są niemalże co kilka skrzyżowań, a na pewno w pobliżu każdej stacji metra. Nie ma potrzeby pytania o to, gdzie coś się znajduje, gdyż można trafić bez jakiegokolwiek przygotowania czy elektronicznego przewodnika.


W Londynie widać wszystkie klasy i warstwy społeczne - od bezdomnych, żebraków, poprzez robotników, pracowników usług, klasę średnią, aż po elity. Podobnie jest z placówkami oświatowymi i szkolnictwem wyższym. Są poza strefą "zero" szkoły dla dzieci różnych narodowości i ras, wielokulturowe i elitarne, które są otwarte lub strzeżone a uczniowie dochodzący pieszo lub dowożeni do nich przez osobistych kierowców.

Widziałem szkoły małe, publiczne, ale i alternatywne, w tym np. elitarną szkołę tylko dla chłopców (edukacja zróżnicowana ze względu na płeć). Szkoły elitarne chwalą się wynikami z egzaminów swoich uczniów, czego przykładem jest z daleka widoczne płótno z odnotowanymi danymi.



Do szkół elementarnych uczęszczają dzieci w wieku przedszkolnym, które w tej strukturze dojrzewają od 5 do 7 roku życia do gotowości szkolnej mając zajęcia z co najmniej dwiema nauczycielkami przedszkolnymi. Tak więc wmawianie Polakom, że w Anglii dzieci uczęszczają do szkoły już od 5 roku życia jest półprawdą, bowiem drugą jej połową jest fakt bycia w niej przedszkolakami, a nie uczniami.


Neoliberalny rynek sprawił, że pedagodzy w zakresie animacji kultury, pedagogiki społecznej czy edukacji regionalnej znajdą w Londynie pracę w jednym z kilku domów towarowych, w którym oferuje się produkty jedynie dla dzieci i młodzieży. Zarówno w tzw. "markecie MMS"-ów" , jak i "markecie z zabawkami" na każdym z czterech pięter nieustannie aktywizowało przekraczające ich próg dzieci z rodzicami grono edukatorów, którzy pokazywali gry, modele, zabawki, zachęcali do wzięcia ich do ręki, zmierzenia się z instrukcją, doświadczania, by tym samym pośrednio nakłonić ich rodziców do wydania pieniędzy na zakup.

W ten sposób mali klienci stają się przyszłymi kupującymi w hipermarketach, gdyż także w nich obserwują jak rodziców zachęca się do posmakowania czegoś, dotknięcia, wysłuchania lub zobaczenia, a zarazem milcząco nakłania ich do dokonania zakupu towaru, po który wcale nie przyszli do danego sklepu.


Zarabia się tu także sztuką uliczną, stąd co rusz można spotkać jakiegoś wokalistę, skrzypków, czy operowych śpiewaków, którzy - podobnie jak ma to miejsce we wszystkich stolicach czy miejscowościach turystycznych - uprzyjemniają przechodniom życie. Przy jednym z mostów spotkaliśmy piaskowego rzeźbiarza, któremu rzucano pensy i funty z podziwu za wykonywaną budowlę zamku.

Jak wszędzie, także w Londynie są wandale, którzy zniszczą nocną porą zaparkowany przez kogoś rower, ale generalnie można w tym mieście czuć się bezpiecznie, gdyż jest ono pilnowane przez obecnych na ulicach policjantów. Jak ktoś bardzo chce, to może na Baker Street 221B poprosić stojącego przed wejściem do Muzeum Sherlocka Holmse'a o zdjęcie z bileterem w policyjnym mundurze (nie tylko literackiej epoki).


Był też polski akcent w czasie zwiedzania Londynu, bowiem natrafiliśmy na polski festyn, w którym wystawiali nad Tamizą swoje produkty nasi rzemieślnicy, piekarze, cukiernicy, restauratorzy, pszczelarze i ogrodnicy, ale także prezentowali się uczniowie z Międzynarodowej Szkoły Polskiej w Londynie. To oni częstowali polskimi pączkami tłumnie odwiedzających gości.

Przekraczając skrzyżowania zwracaliśmy uwagę na namalowane na jezdni ostrzeżenia, by najpierw odwrócić się w prawą stronę, a dopiero potem w lewą. Nie mieliśmy z tym problemu, bo w końcu przyjechaliśmy z kraju, gdzie od kilku miesięcy obowiązuje patrzenie w prawą stronę.



Powinienem jeszcze wspomnieć o tym, że skorzystałem z usług najlepszego fryzjera strefy trzeciej Londynu, którego polscy politycy nie przepuściliby zapewne przez granicę. Imigrant, muzułmanin, a był dowcipny, serdeczny i nie poderżnął mi gardła brzytwą, chociaż mógłby.

środa, 4 maja 2016

Redukcja inkluzji w edukacji publicznej?


Nie przypuszczam, by mogła mieć miejsce w naszym kraju polityka ograniczania dostępu dzieci niepełnosprawnych do szkolnictwa powszechnego, gdyż byłoby to kolejnym obszarem destrukcji w sprawach egzystencjalnych dzieci i młodzieży dotkniętych różnego rodzaju dysfunkcjami.

Cywilizowany świat zmierza w stronę humanum, ale u nas zawsze znajdzie się jakiś urzędnik, który podpowie minister edukacji, jak znakomicie można byłoby zaoszczędzić na inne programy rządowe. Rozumiem, że jest usilne poszukiwanie środków na programy socjalne, realizację politycznych obietnic, ale czynienie tego w obszarze oświaty publicznej, kultury czy w szkolnictwie wyższym i nauce będzie przysłowiowym "gwoździem do trumny" obecnej formacji politycznej. Zrozumiałe, że każda partia rządząca robi wszystko, by jak najdłużej utrzymywać się przy władzy, ale nie kosztem spraw ludzkich, bo jest to przysłowiowym podcinaniem gałęzi, na której się siedzi.

Skoro zatem wiceminister edukacji Teresie Wargockiej wymsknęły się w czasie jednej z konsultacji z nauczycielami w Krakowie zamiary nowelizacji ustawy oświatowej w zakresie opieki nad dziećmi niepełnosprawnymi, to słusznie - po wszczęciu przez media protestu - minister Anna. Zalewska musiała uspokoić nastroje społeczne i ogłosić:

Dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi powinny w ramach swoich możliwości uczyć się w szkołach ogólnodostępnych. Państwo polskie ma obowiązek stworzenia tym uczniom odpowiednich warunków do nauki, a także wspierania ich w szkole. Tak, aby od najmłodszych lat mogli one uczyć się ze swoją grupą rówieśniczą.

Jednak mało kto zwrócił uwagę na to, że minister Anna Zalewska przeprosiła za tę wypowiedź. Zdementowała rzekomo potencjalny zamysł zmian. Wystarczy, że w czasie spotkań znajdzie się jedna lub nawet więcej osób, które stwierdzą, że o ich niepełnosprawne dziecko nie zatroszczono się dotychczas w klasie integracyjnej w satysfakcjonujący sposób. Nie sposób nie dopytać o powody takiego stanu rzeczy. Może rzeczywiście w niektórych szkołach publicznych zdarzają się nieprawidłowe rozwiązania czy mają miejsce niegodne postawy niektórych nauczycieli. Trudno, by MEN odpowiadało za wszystkich i za wszystko.

Nic zatem dziwnego, że minister edukacji ogłosiła w czasie konferencji prasowej:

W ramach ogólnopolskiej debaty dyskutujemy nad rozwiązaniami, które zapobiegną nieprawidłowościom w zakresie edukacji uczniów ze specjalnymi potrzebami. W dyskusji pojawiły się głosy – szczególnie rodziców – że w szkołach ogólnodostępnych (najlepiej najbliższych miejscu zamieszkania) uczniowie z orzeczeniami powinni uczyć się w oddzielnych klasach. Szanujemy takie głosy i uwzględniamy je w naszej debacie – podobnie, jak inne propozycje związane ze zmianami w systemie oświaty. Ostateczne rozwiązania dotyczące kształcenia specjalnego będą prezentowane pod koniec czerwca w ramach podsumowania ogólnopolskiej debaty.

Warto pamiętać: "Jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził" Może zatem przekonają się władze tego resortu, że nie powinien on pełnić roli wszechwiedzącego i wszechdecydującego o sprawach, które znacznie lepiej, szybciej i korzystniej można rozwiązywać lokalnie. Naprawdę "małe jest piękne", a odgórne jest ... socjalistyczne.

Znacznie bardziej niepokojąca, a dla mnie bulwersująca jest wypowiedź europosła Janusza Korwin-Mikke w dyskusji z niepełnosprawnym ruchowo posłem Piotrem Pawłowskim, prezesem organizacji Integracja. Europoseł stwierdził bowiem, że paraolimpiada to hitlerowska idea oraz że zasiłki demoralizują osoby niepełnosprawne.

Ten sam europoseł ośmielił się stwierdzić na spotkaniu z młodzieżą studencką i akademicką w prywatnej Wyższej Szkole Handlu i Usług w Poznaniu: "Dzieci chore umysłowo do szkół wprowadza się celowo, by obniżyć poziom edukacji. Nie może być tak, że my godzimy się na bredzenie [w szkołach] idioty. Posyłanie idioty do szkoły to jest katorga dla tego debila". Mam nadzieję, że kandydaci na studia będą wiedzieli, którą szkołę prywatną omijać dalekim łukiem. Na jej stronie nie znalazłem nawet jednego zdania komentarza. Wstyd Jej Magnificencjo. Nie macie się czym i kim szczycić.

Nie dostrzegłem manifestacji jakiegoś KOD-u, nauczycieli szkół i klas integracyjnych, krytycznej wypowiedzi przedstawicieli tego rządu, w tym Ministerstwa Edukacji Narodowej czy Rzecznika Praw Dziecka. Czyżby tego typu poglądy miały ciche wsparcie polityczne w III RP?




wtorek, 3 maja 2016

Nauczycielska k(l)asa robotnicza

Kiedy poprzednia ekipa rządząca (PO i PSL) wprowadzała zmiany w oświacie, to przywoływała rankingowe dane porównawcze ustrojów szkolnych państw Unii Europejskiej. Niewygodne dla celów manipulacyjnych dane MEN ukrywało, przemilczało np. to, że w Finlandii, gdzie piętnastoletni absolwenci szkoły osiągają najlepsze wyniki w diagnozach umiejętności szkolnych PISA/OECD, dzieci rozpoczynają szkołę w wieku 7 lat. Czas pracy nauczycieli rzekomo był najniższy w Polsce, natomiast przemilczano wysokość wynagrodzeń dla polskich nauczycieli, które są najniższe w krajach Unii Europejskiej, a nawet wśród państwach należących do OECD.

Jakiś czas temu jeden z dziennikarzy zapytał mnie, ile powinni zarabiać nauczyciele? Kiedy odpowiedziałem, że co najmniej 10 tys. PLN, to aż syknął ze zdumienia, jakby usłyszał coś wysoce niestosownego.

To jest efekt utrwalanego od ponad 70 lat w naszym kraju poglądu, że NAUCZYCIELE są darmozjadami, niewartymi materialnego docenienia "robotnikami w białych rękawiczkach". To intelektualny proletariat, któremu należą się tylko "resztki z pańskiego stołu" i niech nie narzekają. Niech się cieszą, że w ogóle otrzymują systematycznie jakąś płacę.

Kiedy jednak zapytamy osoby spoza tej grupy, ile powinien zarabiać wysokiej klasy zawodowiec, profesjonalista, ktoś, kto lubi i chce poświęcić się swojemu fachowi? - to usłyszymy w odpowiedzi - dużo! Jak jest fachowcem, to musi bardzo dobrze zarobić. Otóż to.

Każdy, kto ośmieli się upomnieć o wysokie płace dla nauczycieli, traktowany jest w tym kraju jak upośledzony intelektualnie i społecznie. Członek zarządu spółki z udziałem Skarbu Państwa może nie być fachowcem, ale jego zarobki muszą być wyjątkowo wysokie. Podobnie jest z prezesem banku, członkiem zarządu takiej czy innej firmy rynkowej.
(Wykres: - Najniższe płace)

Nauczyciele są ponoć poddawani procesom "rynkowej weryfikacji", ale płaci im się za pracę tyle, ile utrwalono przez ostatnie kilkadziesiąt lat, tzn. nie można im płacić zbyt dużo, bo i po co? Jaka jest zatem granica, której żaden rząd nie przekroczy: - 5 - 6 - 7 - 8 - 9 czy 10 tys. zł? Żadne konkretne liczby nie padną w jakichkolwiek negocjacjach MEN ze związkami zawodowymi, bo jedni i drudzy nie chcą, nie mogą czy może uważają, że nie należy płacić nauczycielom zbyt wiele, bo są profesje ważniejsze i mniej ważne, tanie i kosztowne.

Czytam w komunikacie MEN: Anna Zalewska Minister Edukacji Narodowej spotkała się dzisiaj w MEN z przedstawicielami związków zawodowych zrzeszających nauczycieli w sprawie wynagrodzeń. Było to spotkanie uzgodnieniowe dotyczące projektu nowelizacji rozporządzenia MEN w sprawie wysokości minimalnych stawek wynagrodzenia zasadniczego nauczycieli. Tematem rozmów były także ogólne warunki przyznawania dodatków do wynagrodzenia zasadniczego oraz wynagradzania za pracę w dniu wolnym od pracy. – Naszym nadrzędnym celem jest zrobienie wszystkiego, by nauczyciele nie tracili pracy. Musimy poszukiwać takich rozwiązań, aby temu zapobiegać. Należy zadbać o doskonalenie nauczycieli, także o ich status materialny.

Jakoś nikt nie odważył się zabrać związkowcom płac z państwowej kasy, toteż nadal są utrzymywani - jak w PRL - przez państwo. Skoro tak, to będą robić wszystko, by z tego przywileju korzystać jak najdłużej. Mogą co pół roku ogłaszać potrzebę negocjacji z rządem, straszyć, szantażować, bo i tak dostaną z budżetu państwa kasę za swoją gotowość do wszystkiego, tylko nie do rzeczywistej poprawy materialnej sytuacji nauczycieli.

Im dłużej nauczyciele są w biedzie, tym dla związkowców lepiej, bo oni jakoś na nią nie narzekają. Mogą tak nieustannie "walczyć" nie walcząc, troszczyć się jedynie pozorując ową troskę. Jak w socjalizmie. Nic się nie zmieniło.

O co walczy ZNP? O podwyżkę rzędu 200-300 zł. miesięcznie, no i o to, by wysokość płac była regulowana tylko i wyłącznie przez rząd. Postsocjalistyczny chichot historii.



W czasie jednej z konferencji na temat problemów finansowania oświaty publicznej odnotowano wypowiedź minister A. Zalewskiej: – Finansowanie oświaty to jeden z kluczowych tematów w edukacji. Dlatego chciałabym wspólnie z Państwem zastanowić się jak je dostosować do wymagań współczesnej szkoły. Musimy pomyśleć nad różnymi mechanizmami, np. by uniknąć dwuzmianowości w szkołach. Polska jest ewenementem na skalę europejską, bo dzieci chodzą u nas do szkoły na dwie zmiany.

Minister edukacji powinien dostosować finanse nie tylko do infrastrukturalnych kosztów utrzymywania szkół, ale także do kultury osobistej i profesjonalnej/pedagogicznej nauczycieli. W Niemczech nauczyciel szkoły podstawowej zarabia miesięcznie min. 4 tys. EURO, a w szkole średniej 5 tys. EURO. Jak jest dyrektorem szkoły, to jego płaca sięga 6 tys. EURO. W Polsce jest bez zmian.

Coraz częściej słyszymy o segregacji w szkołach, tymczasem podlegają niej nauczyciele właśnie ze względu na niskie płace. W wielkich miastach, w których uczelnie akademickie zabiegając o przyszłych studentów otwierają własne gimnazja i licea mamy przykłady kolejnej selekcji społecznej. Jak bowiem zachęcić do zatrudnienia się w szkołach publicznych, które mają kształcić przyszłe elity, skoro są tak niskie płace?

Rektor jednej z uczelni technicznych doszedł do wniosku, że skoro inżynierom płaci się zupełnie godziwe stawki, to dlaczego nie przyciągnąć do pracy w Politechnice wyższymi zarobkami nauczycieli, dodając jeszcze do nich akademicki status. To taki gadżet, przynęta, ale trafnie adresowana właśnie do najzdolniejszych i pełnych zapału do pracy z najzdolniejszą młodzieżą.


Efekt 70 letniej polityki materialnego upokarzania polskich nauczycieli skutkuje tym, że kończący studia nauczycielskie młodzi ludzie, na pytanie, jaka jest pensja ich marzeń, odpowiadają: - 2 tys. PLN. Chcemy zmieniać szkolnictwo na nowoczesne, kształtujące polską inteligencję z kadrą, której w większości ledwo starcza na życie do końca miesiąca, a więc w już "wypalonej przestrzeni" (określenie prof. A. Nalaskowskiego)? Powodzenia!

niedziela, 1 maja 2016

Oświatowa majówka z PO i PSL w 2015 r.


Zgodnie z daną na początku roku obietnicą, kontynuuję wspominki z ubiegłorocznych wydarzeń w polityce oświatowej, które nie wstrząsnęły światem, natomiast przybliżały rządzących w Platformie Obywatelskiej i Polskim Stronnictwie Ludowym do niechybnej klęski. W kraju zaostrzała się walka przedwyborcza, więc nie można było się dziwić temu, że dziennikarze wyszukiwali coraz to bardziej zaskakujące fakty. Oto kilka z nich:

1. Ministra edukacji mgr Joanna Kluzik-Rostkowska - jak informował „Super Express” - wydała w 2014 r. z pieniędzy podatników na paliwo do prywatnego samochodu prawie 20 tysięcy złotych. Tymczasem przysługiwała jej wówczas służbowa limuzyna przez 7 dni tygodnia, ale ministra - jak tłumaczyła ją rzecznik prasowa resortu - jako posłanka tankowała paliwo do prywatnego samochodu, gdyż musiała realizować zadania i obowiązki poselskie w swoim regionie. Tym samym wyborcze hasło PO „By żyło się lepiej” okazało się, że dotyczyło członka partii rządzącej.

2. Zbliżała się w maju kampania wyborcza na urząd Prezydenta III RP, ale nie pojawiały się wśród kandydatów wątki oświatowe. Tak to zdenerwowała prezesa Związku Nauczycielstwa Polskiego - mgr. Sławomira Broniarza, że postanowił wystosować pisma z dwoma pytaniami do sztabów wyborczych wszystkich kandydatów na prezydenta (było ich jedenastu):

- pierwsze pytanie brzmiało: Czy po ewentualnym objęciu stanowiska prezydenta skorzystają z prawa weta w przypadku uchwalenia przez parlament nowelizacji ustawy Karta Nauczyciela? Ministra zapowiadała bowiem zmianę ustawy mającej na celu m.in. zmianę zasad zatrudniania i zwalniania nauczycieli, podwyższenie maksymalnego wymiaru pensum dydaktycznego nauczycieli, pozbawienie ich gwarantowanej minimalnej wysokości wynagrodzenia.

- drugie pytanie dotyczyło tego, czy po ewentualnym objęciu stanowiska prezydenta kandydat wystąpi do Trybunału Konstytucyjnego z wnioskiem o zbadanie zgodności zapisów ustawy o systemie oświaty, umożliwiających przekazywanie przez samorządy prowadzenia szkół innym podmiotom, z zapisanym w konstytucji prawem wyboru szkoły przez rodziców?

Już wówczas prezes ZNP przewidywał, że trzeba będzie odwołać się do Trybunału Konstytucyjnego, jeśli PO i PSL będą ponownie rządzić. Dzisiaj jakoś ZNP nie garnie się do kwestionowania tych rozwiązań.

3. Do korekty obowiązkowych lektur szkolnych włączył się nowy prezydent miasta Słupska Robert Biedroń, który zakomunikował, że dzieci w przedszkolach powinny czytać książkę zwierającą kwestie homoseksualizmu. Jej autorką jest Justina Richardson i Petera Parnella a książka nosi tytuł: “Z Tango jest nas troje”. Czyżby R. Biedroń już wówczas przewidywał potrzebę skupienia uwagi rodziców dzieci na trójkąty (np. trójpodział władzy)? Quo vadis homo? Nie wiadomo.

4. Zamiast tańszej ropy mieliśmy w kraju wizytę w MEN Komisji Ewaluacji Edukacji Królestwa Arabii Saudyjskiej. Powiało wielkim światem, czy może już wówczas oswajano Polaków z zagranicznymi komisjami ewaluacyjnymi? Nie wiemy jedynie, czy ministra edukacji spędzała wakacje w Wenecji.

Przedstawiciele tej nowopowstałej w 2013 r. agencji państwowej, która jest niezależną od ministerstwa edukacji i odpowiada za ewaluację funkcjonowania szkół publicznych i niepublicznych w powyższym Królestwie, postanowili dowiedzieć się, jak to jest, kiedy w Polsce ewaluuje się jedynie szkoły publiczne i to w dodatku przez tych samych, którzy odpowiadają za nadzór nad nimi. Co za lipa? Może jednak przylecieli do Polski, by w Janowie Podlaskim kupić sobie piękne klacze, bo czegóż mogli się nauczyć od ekspertów od zupełnie innego modelu pseudoewaluacji? A może ministra J. Kluzik-Rostkowska chciała pochwalić się krytycznym raportem NIK na ten temat? Jedno nie ulega wątpliwości, ani w polskiej, ani w saudyjskiej edukacji nic nie uległo dzięki tej wizycie poprawie. Może jedynie to, że było zaproszenie do rewizyty.

5. Z bardzo precyzyjnych analiz danych metodami badań statystycznych egzaminów zewnętrznych, jakie prowadził dr Bogdan Stępień i opublikował je na stronie swojego Instytutu Analiz Regionalnych, "wbrew temu, co wiele lat temu wmówiono społeczeństwu (poprzez tzw. badania sondażowni, a nagłośnione przez media "głównego nurtu"), na Platformę Obywatelską oraz Bronisława Komorowskiego głosuje głównie gorzej wykształcona część społeczeństwa. Jeżeli powyższa hipoteza jest prawdziwa, to ostatnimi laty Polską rządzą wybrańcy głównie gorzej wykształconej części społeczeństwa".

Dziwię się, że tak mało badaczy polityki oświatowej w naszym kraju sięga do powyższych studiów i niezwykle pracochłonnych wyników badan.

6. Trwa kampania PO i PSL promująca kierowanie sześciolatków do szkół podstawowych. Nihil novi. Portal "wpolityce" odnotowuje kolejne wypowiedzi krytyczne na ten temat, tym razem pani mgr Doroty Dziamskiej: "Problemy 6-latków nie miną dlatego, bo MEN tak chce! Przyspieszanie rozwoju, które jest założeniem tej reformy zupełnie pozanaukowym i absurdalnym zostało wymyślone dla celów politycznych i z uwagi na demografię".

Także państwo Elbanowscy powołali do życia Fundację Rzecznik Praw Dziecka apelując do posłów, by z okazji Dnia Dziecka zrobili dzieciom prezent a rodzicom dali wybór. Ustawa nakazująca rozpoczęcie edukacji przez sześciolatków wchodzi w najgorszym możliwym momencie! Wnioskowali o ustawowe przedłużenie możliwości decydowania o posyłaniu sześciolatków do szkół. Bez pozytywnego skutku.

7. Dn. 19 maja 2015 r. pikietowali przed gmachem MEN związkowcy żądając 10 procentowej podwyżki nauczycielskich płac od 2016 r. i wyrzucenia do kosza projektu w/w nowelizacji ustawy. Ministra była nieugięta. Nie przypuszczała jako dziennikarka z zawodu, że tym samym dokładała do pieca wojny polsko-polskiej prowadząc do klęski własnej formacji politycznej.

8. Pan dr Jacek Strzemieczny, prezes Centrum Edukacji Obywatelskiej zaczął zbierać w imieniu Koalicji „Dziecko bez stopni” opinie o propozycji zmian w ocenianiu bieżącym uczniów w szkolnictwie publicznym. Może miał dziecko albo wnuka w szkole?


8. Wielkim sukcesem wychowawczym na terenie wiceministra edukacji z PSL okazał się zamieszczony w Internecie filmik z dyskoteki szkolnej w podlaskim Wasilkowie, który przedstawia uczniów szkoły podstawowej, którzy śpiewają chórem, skaczą, wymachują rękami i skandują słowa piosenki: "Piz... nad głową, pi-pi-piz... nad głową. / Kręć dupą swoją, kre-kre-kręć dupą swoją. / Tańczy z Albanii kowboj napier... koką. / Wszędzie się czuje dobrze, ale najlepiej w klubie Go Go". Dyrekcja wezwała policję. Nie znamy wyników tej akcji. Ponoć dyrekcja szkoły zamierzała wyrzucić tych uczniów ze szkoły.