sobota, 25 lipca 2015

Renomowana w świecie szkoła "NOWEGO WYCHOWANIA" kończy swoją działalność (z pedofilią w tle)





Całe szczęście, że jest Internet, w którym krążą miliardy informacji trafiających jednak do właściwych odbiorców. Gdyby nie to medium, to zapewne ofiary nadużyć dorosłych wobec nich jako dzieci żyłyby w nieświadomości, poczuciu krzywdy, nieustannej traumie. A tak, mogą dowiedzieć się, że po pierwsze, nie są jedynymi ofiarami ludzkiej podłości, degeneracji moralnej, a po drugie, że można upomnieć się o sprawiedliwość, a więc pociągnięcie do odpowiedzialności oprawców, nawet jeśli wydarzenia miały miejsce wiele lat temu, po trzecie, można znaleźć pomoc, terapię czy nawiązać kontakt z kimś, kto poda pomocną dłoń i ułatwi wyjście z dramatu dzieciństwa.

W 2010 r. wydaliśmy z prof. Zbyszko Melosikiem tom poświęcony edukacji alternatywnej XXI w., który zakończyłem artykułem na temat toksycznych doświadczeń wychowanków jednej z najstarszych na świecie placówek opiekuńczo-wychowawczych nurtu PEDAGOGIKI NOWEGO WYCHOWANIA, bo powstałej w Niemczech w 1910 r. Odenwaldschule. Założycielem i twórcą tej modelowej placówki edukacyjnej z internatem był wybitny pedagog Paul Geheeb(1879-1961). Wśród pierwszych absolwentów tej szkoły byli m.in. pisarz Klaus Mann i znany polityk Partii Zielonych Daniel Cohn-Bendit.

W 100 lecie swojego istnienia, które przypadło w 2010 r., placówka ta przeżywała I akt dramatu w związku z prowadzonym dochodzeniem w sprawie wykorzystywania seksualnego i poniżania dzieci przez jej byłego dyrektora. Dramat był w tym sensie, że przecież nie po to ta szkoła powstała. Po kilkudziesięciu latach, w placówce o bogatej tradycji wychowania w wolności i pamięci o wspaniałym pedagogu oraz animatorze innowacyjnej edukacji, świat dowiedział się o tym, że w jednym z internatów doszło tak perfidnych nadużyć wobec dzieci.

Uderzyło to w system wartości, jaki powinien być w niej realizowany, a zarazem było to dowodem na to, jak można łatwo, szybko i niezauważalnie zniszczyć najlepsze dokonania twórcy i jego właściwych kontynuatorów. Dzisiaj nikt nie docieka tego, na czym polega szczególna odmienność modelu wychowania w Odenwaldschule, czym charakteryzują się rozwiązania organizacyjne, dydaktyczne i opiekuńczo-wychowawcze w tej placówce, gdyż to wszystko zostało przesłonięte patologiczną osobowością kierownika tej instytucji – Gerolda Beckera, który przez kilkanaście lat, bo w okresie 1971-1985 (sic!) systematycznie wykorzystywał seksualnie swoich uczniów. Po latach ujawniono najpierw 40 takich przypadków, a do 2015 śledztwo wykazało aż 132 wychowanków tej szkoły, wśród których był także syn byłego Prezydenta Niemiec Andreas von Weizsäcker (zmarł w 2008 r.)

Nie tylko Niemcy są w szoku. Prowadzenie w tej sprawie dochodzenie jest jak "zimny prysznic", bowiem Odenwaldschule należy do wyjątkowej szkoły alternatywnej na świecie, o której napisano mnóstwo artykułów i monograficznych książek. O pedagogicznych założeniach i formach ich realizacji od lat dyskutuje się na konferencjach naukowych, spierając się o mające tam miejsce relacje między wychowawcami a dziećmi, między przeszłością a nowoczesnością. Do tej placówki „pielgrzymowali” nauczyciele z całego niemal świata chcąc zobaczyć, jak wygląda alternatywne środowisko wychowawcze. To w oparciu o doniesienia z pracy kolejnych pokoleń nauczycielskich i wspomnień jej uczniów powstawał kanon wiedzy o edukacji alternatywnej w świecie.


Wystarczyło, że w którymś momencie zatrudniono na stanowisku kierowniczym kogoś, kto nie był w żaden sposób związany z pedagogiką reform, kto nie wyrósł z tego środowiska, kogoś o odmiennej kulturze pedagogicznego kształtowania młodych ludzi, by po latach wyszły na jaw jego podłe postawy, zachowania ubliżające wszelkiej pedagogii, a tej w szczególności. Jeśli bowiem rodzice wybierają placówkę niepubliczną sięgając do wzoru osobowego jej twórcy, wybitnej i wysoce szlachetnej postaci wśród najwybitniejszych pedagogów tego typu rozwiązań edukacyjnych początku XX w., to trudno się dziwić przeżyciu przez nich szoku, że co miesiąc płacili za edukację sprzeczną z wszelkimi standardami i normami etycznymi, społecznymi, psychologicznymi oraz oświatowymi jakie miały miejsce w stosunku do ich dzieci. Wystarczyło pojawienie się w tej placówce „kreatury”, która położyła cień na całym dorobku swoich poprzedników, by nadwyrężyć zaufanie do instytucji, do ludzi, do pedagogiki humanistycznej.


To gorzkie doświadczenie zmusiło pedagogów do zastanowienia się nad tym, jak lepiej chronić dzieci przed tą „czarną „pedagogiką”? Co zrobić, by się ona więcej w tych placówkach nie powtórzyła? Wychowawcy wszystkich szkół z internatem (tzw. wolnych gmin szkolnych – Landerziehungsheime) stanęli przed pytaniami, co zrobić, by zachowując wierności zasadom pedagogicznym, wypracowanym normom postępowania nie dopuścić do nadużyć w systemie, który miał łączyć najlepsze wzory wychowania rodzinnego z edukacją szkolną? Wybudowane w latach 1910-1925 domy o charakterze willowym, w pięknym otoczeniu gór, lasów, ogrodów i łąk miały tworzyć system wychowania wspólnotowego, społecznego dzieci i ich opiekunów-nauczycieli z własnymi rodzinami. Znalazła się „czarna owca” która naruszyła dotychczasowy etos pracy.

Jest to niewątpliwie najbardziej bolesna karta w dziejach tej szkoły, bowiem miała tu miejsce zwielokrotniona zdrada kierownika placówki - zdrada wobec dzieci, zdrada wobec ich rodziców, zdrada wobec twórcy-założyciela szkoły, wobec placówki, która swoimi pięknymi przecież kartami nowego wychowania wpisuje się i współtworzy bogaty ruch społeczno-wychowawczy. Jest to niewątpliwie też zdrada pedagogiki, której alternatywność polega na głębokim, autentycznym byciu po stronie dziecka, by wspólnie z nim odkrywać i wzmacniać jego człowieczeństwo. Immanentną cechą zdrady jest skrytość działań jej sprawcy.

Z końcem tego roku szkolnego została ogłoszona decyzja zarządu tej szkoły o jej zamknięciu. Tak to niestety jest, że utrata moralnego wizerunku skutkowała w ciągu minionych pięciu lat - od wykrycia nikczemnych praktyk wobec dzieci - spadkiem kandydatów, zadłużeniem, a banki nie mają do takich podmiotów zaufania. Nie wystarczy w takiej sytuacji zmiana dyrektora szkoły, reorganizacja, nowe zabezpieczenia. Kto będzie chciał, by jego dziecko wychowywało się i uczyło w placówce o tak głębokiej rysie na morale jej kadry? Rodzice muszą rozstrzygnąć, do której szkoły przeniosą swoje dzieci.



piątek, 24 lipca 2015

Tu tor a tam tutor

Polski system edukacyjny jedzie jak pociąg elektryczny po jednym torze. Po dwóch się nie da, podobnie jak po trzech torach jest to wykluczone. Nie jest to "Pendolino", gdyż nie zakupiono wychylnego pudła, które pozwoliłoby szybciej pokonywać zakręty. Nie jest to także kolejka elektryczna, podmiejska, gdyż jednak resor(t) został w niej odpowiednio nasmarowany EFS.

Maszynistką jest kobieta - Joanna Kluzik-Rostkowska, która prowadzi pociąg TLK (Tanie Linie Kształcenia) na wyznaczonej przez jej partię trasie. Wcześniej pracowała dla jeszcze tańszych kolei Inter-PiS, ale chyba za mało jej płacili, albo warunki pracy były zbyt uciążliwe, więc zmieniła pracodawcę na PO. W ten sposób rządzący mogli sprawdzić, czy da się wprowadzić na rynek tabletki "PO - PO". Niektórzy, PO aferze taśmowej, nie boją się ich zażywać, gdyż lepiej jest poronić łzy PO PO, niż w trakcie podróży do Sejmu nowej kadencji.

Ministra edukacji kieruje pociągiem do kształcenia, który jedzie PO PRL-owskim torze.
Premier rządu sprawdza bilety i świeżość posiłków oraz przeprowadza ewaluację wśród podróżnych. To jest typowa procedura, której sens w edukacji wprawdzie zakwestionował NIK, ale przed wyborami warto podtrzymać techniki pozoru. Niektórzy pasażerowie widzą w tym tor donikąd, dlatego gremialnie zapisują się na kursy dla tutorów. Wiedzą, że torów do ich rozwoju jest więcej, niż jeden.

POsłowie PO powinni jako winni tego POlakom podnosić poziom edukacji, gdyż ta jest nie tylko przekazywaniem wiedzy, ale również czymś POnad to. Mogą bowiem dzięki poświęceniu się sterowanemu samokształceniu skutecznie rozpoznawać potencjał podopiecznego, odkrywać i wzmacniać jego mocne strony talentów, a nawet rozwijać swoje cnoty. Tutoring poprawia relacje minister-kurator oświaty; kurator oświaty-dyrektor szkoły; dyrektor szkoły - nauczyciele; nauczyciel - rodzice; nauczyciel-uczeń itd. oraz wzmacnia autorytet u tego pierwszego z każdej diady.

Ministerstwo nie wie, ilu ma nauczycieli. "W listopadzie ubiegłego roku pani minister powiedziała, że mamy prawie 600 tysięcy nauczycieli. W styczniu poinformowała, że od 2004 roku ich liczba spadła o ponad 32 tysiące. A w czerwcu, że o 11 procent." PO raz kolejny PO nie może doliczyć się stanu kadr. POdwyżek nie liczy. Liczą na nie nauczyciele, jak będzie po PO.





czwartek, 23 lipca 2015

Skandaliczne naruszenia prawa i norm moralnych w Katolickim Uniwersytecie w Rużomberku na Słowacji

Ten Uniwersytet stał się "czarnym liderem" - nie tylko moich - analiz polityki akademickiej u południowych sąsiadów. Mam w tym kraju wielu przyjaciół-profesorów, toteż także na ich prośbę od 2008 r. uczulam polską opinię publiczną na patologie, które mają tam miejsce. Niestety, także z udziałem i za sprawą wielu Polaków, wśród których znalazły się osoby chętne do wykorzystania tej instytucji w niecny sposób. To zdumiewające, że niektórzy z naszych doktorów nauk humanistycznych czy społecznych z taką łatwością i brakiem wyrzutów sumienia wykorzystywało tę uczelnię do tego, by podwyższyć swój status w kraju, mimo że nie odpowiada on rzeczywistym nakładom pracy naukowo-badawczej i osiągnięciom naukowym.

Władze Katolickiego Uniwersytetu w Ružomberku też jednak były tym zainteresowane. Ktoś czerpał z tego prywatne korzyści. Najpierw pierwsi księża z Polski przetarli szlak, zobaczyli, że jest to możliwe, a za nimi poszli inni. Tak to najczęściej się odbywa na całym świecie, kiedy zamierza się omijać standardy i nadużywać prawnego przyzwolenia. Rzecz jednak nie dotyczy tylko Polaków. Przede wszystkim przeprowadzone dochodzenie słowackiej prokuratury oraz na zlecenie Konferencji Biskupów Słowackich zewnętrzny audyt wykazały, że środowisko akademickie w dużej części stworzyło w tym Uniwersytecie warunki do fałszu, cwaniactwa, nadużyć, pseudoakademickiej hucpy.

Uniwersytet Katolicki w Ružomberku powstał w 2000 r. a po piętnastu latach - jak ocenia to słowacka prasa - stracił wizerunek pod kierownictwem byłego Rektora ks. prof. Tadeusza Zasępy i dwóch dziekanów Wydziału Pedagogicznego Tomasa Jablonskeho oraz dziekana Wydziału Filozoficznego Mariana Kuny. Tytuł jednego z artykułów brzmi trafnie: "Plama na uniwersytecie z przymiotnikiem "katolicki" (Špina na univerzite s prívlastkom „katolícka“).

Zapewne będzie trudno odbudować markę, skoro się jej nawet nie osiągnęło. O skandalach z "turystyką habilitacyjną" pisała w latach 2008-2009 prasa słowacka i polska. Czy musiało dojść do tak dużych nadużyć finansowych i patologii, żeby dopiero w 2014 r. b. rektor został zmuszony do złożenia dymisji? A może manipulacje miały miejsce poza jego plecami? Po roku prasa słowacka aż dudni od ujawnianych przekrętów i łamania prawa przez część akademickiej i administracyjnej kadry tej uczelni.

Nieustannie podnoszona jest ta kwestia w naszym kraju, tylko jakoś Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego czyni wszystko, by zamieść swoją współodpowiedzialność "pod dywan". To tylko potwierdza, że kierownictwo resortu wpisuje się w tym zakresie w politykę niszczenia polskiej nauki. Zawdzięczamy to zarówno prof. Barbarze Kudryckiej, jak i Lenie Kolarskiej-Bobińskiej, które doskonale wiedzą o patologiach i skandalach z tym związanych, a upełnomocniają ten proces zaniechaniem w podjęciu koniecznych decyzji.


Komitet Nauk Pedagogicznych PAN otrzymuje jedynie ogólnikowe pisma, pełne frazesów i zapewnień o działaniach, a dziennikarze zapewnienia, że ponoć MNiSW chce coś z tym zrobić. Od 2009 r. jest jednak inaczej.

Może wreszcie władze resortu, a jak nie, to pani premier Ewa Kopacz zastanowią się nad skutkami swojej polityki odraczania, zaniechania, ukrywania tych patologii? Ile jeszcze komitetów naukowych Polskiej Akademii Nauk ma protestować? Jak długo mają one czekać na decyzję w sprawie wprowadzenia aneksu do bilateralnego porozumienia z rządem Słowacji w sprawie uznawalności stopni i tytułów naukowych, które nie są de facto równoważne?


Powróćmy jednak na Słowację, bo Konferencja Biskupów Słowacji upubliczniła wyniki pięciomiesięcznego audytu, jaki przeprowadziła firma KPMG w Katolickim Uniwersytecie w Ružomberku na wniosek obecnego rektora. Naruszenia prawa miały miejsce w latach 2010-2013 i dotyczyły nieodpowiedzialnego kierowania Wydziałami - Pedagogicznym i Filozoficznym. Zarzuty dotyczą niegospodarności, złego zarządzania uczelnią, plagiatów, "sprzedawania" dyplomów doktorskich i habilitacyjnych, kształcenia studentów poza siedzibą bez spełnienia obowiązujących w kraju standardów.

Co ważne, sam b. rektor ks. prof. T. Zasępa w piśmie z dn. 28 kwietnia 2014 skierowanym do dziekana Wydziału Pedagogicznego doc. Tomáša Jablonský'ego stwierdził m.in.: Toczące się postęowania na tytuł naukowy profesora i habilitacyjne są rozbieżne z Prawem o szkolnictwie wyższym. (Prebiehajúce habilitačné a inauguračné konania v rozpore so Zákonom o vysokých školách) Habilitację otrzymywały osoby, które nie miały żadnego związku z ich przedmiotem.

Słusznie pytał dziekana, powołując się na konkretne przykłady: o mianowania w zakresie pedagogiki socjalnej kogoś, kto ma dorobek z pedagogiki? (Konkrétny prípad na KU: uchádzačka obsadila na PF KU funkčné miesto v odbore pedagogika a na PF KU sa habilituje v odbore sociálna práca... Ako môže pôsobiť na vysokej škole a mať kontinuálnu pedagogickú činnosť v danom odbore sociálna práca? Ako vytvorila vedecké dielo v danom odbore sociálna práca, keď sa venovala pedagogike?)

Władze tego wydziału i jego profesorowie - za każdym razem, gdy w grę wchodziła ocena dorobku naukowego kogoś, kto chciał się habilitować z pracy socjalnej (KU w Ružomberku utraciła prawo w 2009 r. do habilitacji z pedagogiki), tłumaczono rektorowi, że ma on zbliżony problemowo przedmiot badań. Nie było to jednak prawdą (Neobstál argument, že ide o príbuzný odbor), gdyż dorobek był np. z pedagogiki.

Były rektor ks. prof. T. Zasępa ujawnił, że publikowane w czasopiśmie rzekomo zagranicznym artykuły kandydatów do habilitacji są fałszerstwem. Ba, podaje nazwiska Słowaków i Polaków, którzy w zadziwiająco krótkim czasie ukończyli studia doktoranckie w tym uniwersytecie. Zamiast 5 lat, uzyskali stopień doktora już po kilku miesiącach. Stwierdza też fakt fałszowania dokumentacji w przewodach naukowych.

Kontrola wykazała aż 550 naruszeń prawa i norm moralnych. Między innymi dotyczyło to zawyżania wypłat z tytułu delegacji, superszybkich - a więc przyspieszonych - form nadawania tytułów 22 osobom eksternistycznych studiów doktoranckich, wysokiej liczby habilitacji (dotyczy to także Polaków) czy pobierania "na lewo" opłat za te postępowania na tzw. "czarny fundusz" („čierneho fondu“), z którego to środki nigdy nie trafiły na konto uniwersytetu.

(tab. Podział części puli nagród tylko dla 6 pracowników)

Konferencja Biskupów Słowacji nie wypowiada się na temat tych patologii, a przecież zostały one wskazane przez b. rektora z Polski. Jak wykazała kontrola, m.in. od Polaków czy Czechów pobierano za habilitacje lub profesury opłaty o 50% wyższe, niż regulaminowe. Szły one na "czarne konta". Ks. prof. T. Zasępa ujawnił zatem korupcję, pobieranie pieniędzy, które nie zostały zaksięgowane na koncie uczelni.

Jak stwierdza: To jeden z Polaków skierował do słowackiego Ministerstwa Szkolnictwa skargę na korupcję na Wydziale Pedagogicznym UK. Wystawiono fałszywe faktury za udział w konferencjach w Polsce w wysokości 4.500,- €, a nawet 5.850,- €. Nieźle musieli się bawić. Odnaleziono też fałszywe pieczątki, których nie skasowano. Ciekawe, czy dalej ktoś się nimi posługuje?

Nowy Rektor KU w Ružomberku prof. Jozef Jarab (b. członek Słowackiej Komisji Akredytacyjnej) potwierdził, że chociaż już pewne osoby związane z naruszeniem prawa nie pracują w KU, to powinno to być ostrzeżeniem dla pozostałych. Nie dotyczy to jednak obu dziekanów. Jego Magnificencja wstrzymał wypłatę premii dla pracowników uniwersytetu do chwili przyjęcia nowych regulacji w tym zakresie.

Konferencja Biskupów zażądała, by uniwersytet zakończył współpracę z prywatnym Funduszem Ladislava Pyrkera i by nie kontynuował współpracy z prywatnym Funduszem, który utworzył b. rektor ks. prof. T. Zasępa. Mają też zostać ustalone nowe zasady współpracy z fundacjami. To właśnie te fundusze były sposobem, na wyprowadzanie publicznych pieniędzy, a także służyły do pobierania dodatkowych opłat od studentów, doktorantów i habilitantów.

Opinia publiczna została też poinformowana o tym, że sześciu pracownikom tego uniwersytetu wypłacono w ramach premii 114 tys. euro w listopadzie 2013 roku, zaś 79 pracownikom rozdzielono 130 tys. euro.

Jeszcze w 2014 r. starał się bronić uniwersytetu po pierwszych próbach odwołania rektora T. Zasępy - b. dysydent i poseł František Mikloško. Tak, jakby nie chciano dopuścić do publicznej wiadomości tego, o czym opinia publiczna już wiedziała. Znacznie wcześniej ujawniono żenujący autoplagiat dziekana Wydziału T. Jablonskeho, ale zbyto to milczeniem. Dzisiaj publikuje się plagiaty prac dyplomowych. Obaj dziekani nadal pełnią tam swoje funkcje.

Szkoda, że nasi słowaccy koledzy-akademicy nie zgłosili, że wiele habilitacji Polaków w KU w Ružomberku zostało przeprowadzonych na podstawie obronionych w kraju prac doktorskich. Niektórzy cwaniacy nie zmienili nawet ich tytułów albo bezczelnie przedkładali jako dorobek podoktorski wydaną w kraju rozprawę doktorską, a nie habilitacyjną.

Wśród habilitowanych docentów na Słowacji są nawet członkowie Polskiej Komisji Akredytacyjnej a pani minister nie raczy zabrać w tej sprawie głosu. Tak dewaluuje się polską naukę i jakość kształcenia. Musi wybuchnąć kolejny skandal, żeby polskie władze zajęły wreszcie odpowiednie wobec tych procesów stanowisko. Turystyka habilitacyjna jest bowiem częścią składową patologicznych procesów.



środa, 22 lipca 2015

Doświadczenia zawodowe w narracjach pamiętnikarskich nauczycielek klas I-III szkoły podstawowej






Wydawnictwo Uniwersytetu Zielonogórskiego wypuściło na rynek interesujące dwa tomy pamiętnikarskich narracji nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej.


Jest to bardzo wartościowy zbiór autobiograficznych narracji. Stanowi on bowiem interesujące świadectwo czasu kluczowych sporów w szkolnictwie podstawowym o obniżenie wieku obowiązku szkolnego, o dojrzałość szkolną dzieci czy konieczność i możliwość zarazem wspierania ich rozwoju. Subiektywny wymiar treści dodaje kolorytu do konstruowania kulturowej pamięci polskich nauczycieli o warunkach ich pracy, poczuciu zadowolenia czy odczuwanej dyssatysfakcji pracy zawodowej.

Redaktorki tego zbioru - Anetta Soroka-Fedorczuk i Mirosława Nyczaj-Drąg z Wydziału Pedagogiki, Socjologii i Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Zielonogórskiego ciekawie dobrały swoich „bohaterów”, bowiem są to nauczycielki o różnym stopniu awansu zawodowego, wieku, wykształceniu i doświadczeniu pedagogicznym. W swoich wspomnieniach nauczyciele dzielą się z nami swoją przeszłością, codziennością, ale i nadziejami.

Dzięki temu otrzymujemy fragmentaryczny zapis historii polskiej oświaty przełomu ustrojowego i przenikania z jakże odmiennych politycznie środowisk pracy spojrzeń na złożone uwarunkowania wchodzenia do zawodu, postrzegania w nim siebie, realizowanych celów czy niespełnionych dążeń. Niezwykle poruszające są niektóre fragmenty wypowiedzi, w których odsłaniana jest autentyczna miłość do pracy pedagogicznej z dziećmi, poświęcenie, ofiarność, zaangażowanie i dzielenie się z innymi własnym bogactwem duchowym.

Niektóre autorki wypowiedzi posiłkują się trafnymi i barwnymi metaforami do uwydatnienia specyfiki swojej służby, misji czy dokonań. Szczególnie w takich
autonarracjach odsłaniane są trudy tej profesji, złożoność działań, towarzyszących im doznań czy emocji. Mamy tu piękno, ale i różnie stopniowany dramatyzm ról, które jednym zostały powierzone, inni podjęli je z wdzięczności, pamięci czy pasji, a jeszcze inni stali się kontynuatorami rodzinnych tradycji.

Książka pod redakcją adiunktów UZ jest nie tylko zbiorem najlepszych prac konkursowych, ale i swoistego rodzaju spowiedzią, namysłem, autorefleksją, przywołaniem we własnej świadomości zdarzeń, które po raz pierwszy zostały poddane takiej „obróbce”. Tym większa jest ich wartość poznawcza, kulturowa, społeczna, meliorująca pedeutologię ożywczą energią humanum. Ciekawe, czy w wyniku zachodzących zmian w polskiej oświacie wspomniane tu małe szkoły jeszcze istnieją, a ich wychowankowie kontynuują najlepsze wartości, które były przedmiotem edukacyjnie stymulowanej introjekcji?

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że przywołane w tej publikacji autorelacje mogą być wykorzystane do pracy dydaktycznej z nauczycielami, w zespołach samokształceniowych, do superwizji, jak i kandydatami do tego zawodu. Na wakacje jest to niewątpliwie bardzo dobra lektura, gdyż nie męczy złożonością teorii, modelami, paradygmatami czy językiem pełnym neologizmów. Czyta się ją szybko i z dużą przyjemnością szczególnie wówczas, kiedy samemu pracowało się lub pracuje w szkole we wczesnej edukacji.

wtorek, 21 lipca 2015

Prekariusze wyższych szkół prywatnych łączcie się!



Mamy w kraju ponad 300 wyższych szkół prywatnych. Z tego zaledwie kilkanaście uzyskało status szkół w swej misji i jakości działania tożsamych lub nawet lepszych od niektórych jednostek uczelni publicznych. Pozostałe, to ukrywane przed naiwnymi kandydatami na studia pseudowyższe szkolnictwo. Wyższe jest ono w tym sensie, że nie jest całkowicie bezpłatne.

Jednak częściowo tzw. "wsp" są bezpłatne, skoro korzystają z dotacji celowej MNiSW na stypendia socjalne, naukowe. Uzyskały równe prawa do ubiegania się ich pracowników o dotacje celowe w ramach różnorodnych konkursów na poprawę infrastruktury, na wymianę międzynarodową - studencką i nauczycielską, a nawet dla pracowników technicznych. Czy z tego powodu czesne jest niższe? Absolutnie nie.

To "krwiopijcy"- założyciele prywatnego biznesu zatrudniają na tzw. umowy śmieciowe większość swoich wykładowców, nie płacą za okres wakacji, przerw semestralnych, za dodatkowe zajęcia. Dla biznesmeńsko prowadzonej "wsp" uległy rektor (pozbawiony godności i nie darzący szacunkiem współpracowników) jest pionkiem do przesuwania na szachownicy prywatnych interesów właściciela. Ma podpisywać, a nie dyskutować, ma zatrudniać prekariuszy, a nie krytyczną, twórczą, refleksyjną kadrę.

Dlatego rektorem może być byle kto, byle spełniał warunki minimum. Spotkałem się już z określeniem, że może być nawet doktor nauk medycznych, skoro Korczak też był lekarzem. On nawet nie wie, kim był Korczak, ale to nie przeszkadza, by osłaniał przed ministerstwem i studentami grę właściciela fałszywymi kartami. Im bardziej mierny i wierny, tym lepszy dla właściciela takiej "wsp".

Niektórzy "rektorzy" nawet użalają się na stronie szkoły, że niestety, nie chcieli, ale jednak - jak Lech Wałęsa - rzekomo "musieli" podjąć się tego zadania dla dobra innych. Cóż za motywacja? Cóż za misja? A wystarczyłoby przyznać się, że nie będzie się brać pensji przez wakacje, a potem się zobaczy. Czyż nie dlatego wcześniej ktoś inny odszedł z tego stanowiska?

Są tacy "rektorzy", którzy będą najpierw uzgadniać wszystko z założycielem, właścicielem, aby dopiero potem zwołać formalnie senat i kazać mu głosować ZA lub PRZECIW, zgodnie z instrukcją, jaką posługują się przy dyscyplinie partyjno-klubowej posłowie w Sejmie. Na boku będą narzekać - na chamstwo, na brak szacunku, na upadek dobrych obyczajów, ale przecież sami się pod tym podpisują, godzą się na to. Spokój sumienia jest dla takich tylko kwestią wysokości własnych poborów.

Inni pracownicy mogą czekać, aż im założyciel łaskawie przeleje coś na konto. Nie przelał? Ach, to zapewne jakiś błąd w systemie. Przecież przelał, tylko ... nie dolał. Inni nawet nie wiedzą, że właściciel takiej "wsp" nie płaci za nich ZUS-u, okrada ich z należnych przywilejów (także płacowych). Każdego można zwolnić z takiej "wsp" z miesięcznym lub trzymiesięcznym wymówieniem (w zależności od stażu pracy). Można mu dać propozycję nie do odrzucenia - albo zgoda na obniżenie pensji, albo... rozstanie. Na tym właśnie polega generowanie prekariatu, manipulowanie pracownikami, by ci, choć pracują, odczuwali niepewność i lęk związane z zatrudnieniem. Taki nauczyciel na "śmieciówce" nie może mieć pewności dochodu, zatrudnienia, przywilejów w rodzaju urlopu czy chorobowego. To on ma przynosić zyski pracodawcy samemu będąc dla niego/niej nikim.


Może zatem dotrze do prekariuszy akademickich informacja, że w wyższych szkołach prywatnych można powołać do życia związek zawodowy. Wprawdzie ten może ich zdradzić, ułożyć się w tajnych negocjacjach z właścicielem, ale ... nie jest to takie łatwe. Związki zawodowe mogą jednak uczestniczyć w kształtowaniu statutu uczelni niepublicznej. Trybunał Konstytucyjny orzekł w lipcu, że przepis ustawy o szkolnictwie wyższym, który uniemożliwia związkom zawodowym wpływanie na kształt statutu uczelni niepublicznej, jest niezgodny z konstytucją.

Ba, zgodnie z Orzeczeniem TK - ograniczenie udziału w związkach zawodowych do pracowników zatrudnionych na etacie jest niekonstytucyjne. Oznacza to, że zatrudnieni na umowach cywilnych mogą należeć do związków. Konfederacja Lewiatan uważa, że wszystkie osoby pracujące w szerokim tego słowa znaczeniu powinny mieć prawo do organizowania się i ochrony swoich praw.

Natura jednak sama radzi sobie z powyższą patologią. Niż demograficzny odsłonił prawdziwe oblicze wielu wyższych szkół prywatnych. Niewątpliwie, są też małe, akademickie wspólnoty, bez blichtru, bez nadużyć czy finansowych przekrętów, gdzie stosunki międzyludzkie są do pozazdroszczenia w wielu jednostkach uczelni publicznych. W takich szkołach władze rzeczywiście skupiają się na kształceniu zawodowym, praktycznym, troszcząc się o jak najlepszą kadrę.

Jest zatem w tym szkolnictwie tak i siak. Jest także nijak.

niedziela, 19 lipca 2015

Protest wykładowcy w Gdyni o godne traktowanie nie tylko akademickiego prekariatu


Pan mgr Damian Muszyński miał w maju wypadek samochodowy. Na szczęście wyszedł z niego względnie cało, toteż na międzynarodową konferencję pedagogów krytycznych w Dolnośląskiej Szkole Wyższej we Wrocławiu przyjechał z ręką na temblaku. Pasjonat nauki tak by postąpił, skoro pojawiła się niepowtarzalna już być może sytuacja spotkania z naukowcami i lewicowymi rewolucjonistami z różnych stron świata.

W miniony piątek otrzymałem messenger'em porażającą informację od niego:

"Zwracam się z gorącą prośbą o poparcie mojego protestu przeciwko wyrzuceniu mnie na ulicę z mojego służbowego pokoju, który wynajmuje od trzech miesięcy w Akademii Marynarki Wojennej w Gdyni. Jestem z przerwami zatrudniany w w/w uczelni na stanowisku wykładowcy. Przerwy wiążą się z faktem, iż uczelnia praktykuje zatrudnienie nauczycieli akademickich na podstawie umów cywilno-prawnych. Zarabiam więc tylko wtedy, kiedy realizuję umowę - jest to w praktyce kilka miesięcy w roku (jeden semestr).

Od 17 kwietnia br. zamieszkuję w Domu Studenckim Nr 1 w AMW. Systematycznie płaciłem za pokój, i - jeśli pojawiały się zaległości związane z niemożnością zapłaty bieżącej faktury - kontaktowałem się w tej sprawie z Kanclerzem AMW i kierownikiem Domów Studenckich. Krótko mówiąc, bardzo dbałem o to, aby nie stracić dachu nad głową.

Niestety, dzisiaj rano, w stylu charakterystycznym dla najgorszych praktyk, wszedł do mojego pokoju kierownik Domu Studenckiego i zażądał, abym wyprowadził się z pokoju w ciągu kilu godzin. Oczywiście, nie zrobiłem tego, bo wiem, że chronią mnie prawa zapisane chociażby w Ustawie o ochronie lokatorów praw lokatorów, która odnosi się do wszelkich zasobów mieszkaniowych.

Protestuję przeciwko wyrzucaniu w Polsce ludzi na bruk. Protestuję przeciwko zatrudnianiu na podstawie tzw. umowy śmieciowej. Protestuję przeciwko traktowaniu nauczyciela akademickiego, jak przedmiotu, który można przestawić, a nawet usunąć. Jestem zdeterminowany, choć uczelnia zastosowała już wobec mnie restrykcje charakterystyczne dla metod tzw. "czyścicieli kamienic" - została dezaktywowana karta, którą mogłem posługiwać się wchodząc na teren uczelni. Tym samym jestem uwięziony w pokoju, jeśli bowiem z niego wyjdę, na powrót do pokoju nie wejdę. Jestem w praktyce osobą bezdomną.

Planuję oczywiście dochodzić swoich praw w sądzie; do czasu ewentualnych rozstrzygnięć chcę poinformować o mojej sytuacji zaprzyjaźnione media , ogólnopolskie i lokalne. Uruchomię profil na Facebooku (oraz na Twitterze), który ma informować o praktykach realizowanych w tej publicznej uczelni (choć pewnie nie tylko w tej). W poniedziałek rozpocznę protest przed siedzibą główną Akademii Marynarki wojennej. Skontaktowałem się w mojej sprawie z Kancelarią Sprawiedliwości Społecznej. Będę ogromnie wdzięczny za poparcie. Łączę pozdrowienia.


W sobotę pan Damian Muszyński poinformował o 2.29 PM, że jest już po kilkugodzinnych negocjacjach i jest na powrót w swoim pokoju. Podziękował za wsparcie facebookowiczów i poinformował, że opuści DS, ale na swoich warunkach, które są efektem negocjacji. Uczelnia ma mu zapewnić transport, aby mógł przewieźć swoje rzeczy. Jak napisał:

"Nie zmienia to faktu, że zajście miało dramatyczny przebieg - byłem w pokoju sam, a wokół mnie kłębiły się tłumy ochroniarzy, wojskowych, żandarmerii wojskowej, administracji. Jestem wyczerpany bo trwało to kilka godzin i byłem cały czas poddawany przemocy symbolicznej: dystynkcje, pałki, broń gazowa, broń ostra".

Jak z tego wynika, pan Damian Muszyński nie walczy de facto tylko o siebie, ale przede wszystkim zwraca uwagę na sytuację setek, a może i więcej wykładowców, osób ze stopniem zawodowym lub naukowym, które są traktowane zgodnie z regulacjami tego rządu przedmiotowo. Ministrów, premier, posłów nie interesuje to, że polski prekariat jest najliczniejszy w krajach UE, że młodzi ludzie nie mają środków do życia, bo mają być jedynie środkiem do zysków wyższych szkół prywatnych, a oszczędności dla uczelni publicznych!

Tak, tak, warto zacząć o tym mówić. Z jednej strony mamy ponad 300 wyższych szkół prywatnych, których założyciele, władze chętnie zatrudniają na tzw. umowy śmieciowe, bo etat jest dla nich zbyt kosztowny. Nie obchodzi ich sytuacja życiowa nauczycieli akademickich. Nieco lepiej jest w uczelniach publicznych, ale jak wynika z powyższego zdarzenia, także ich władze zaczynają szukać oszczędności i zatrudniają część wykładowców na umowy cywilno-prawne.


Jak doktoranci z UW upomnieli się w NCN o podwyższenie stawek w ramach grantów, to natychmiast ministra nauki i szkolnictwa wyższego stwierdziła, że środki budżetowe w ramach grantów nie są na płace, ale na wzmocnienie niskich płac już zatrudnionych w szkołach wyższych. Hipokryzja, obłuda, błędne koło? Tu dorzucimy, tam zabierzemy?

Zbliżają się wybory. Może wreszcie młodzi zaczną interesować się programami wyborczymi kandydatów i wyegzekwują od nich spełnienie obietnic. Muszą być mechanizmy czy procedury obywatelskiego nadzoru, kontroli i napiętnowania tych, którzy dzisiaj w Sejmie chcą ponoć uchwalić ustawę zapewniającą obecnym posłom dożywotnią pensję w wysokości 6 tys. zł.

Pan dr Damian Muszyński jest magistrem pedagogiki medialnej, poetą. Uczestniczy w konferencjach, czyta książki, pisze recenzje, a nawet wiersze, publikuje artykuły, ale... nikt nie może mu tego nawet wynagrodzić, bo i redakcje czasopism nie płacą honorariów za teksty, bo i z czego? W ciągu 25 lat transformacji rządzący wszystkich opcji urządzali się w szkolnictwie wyższym lub z jego wsparciem na różne sposoby.


W dn. 21 lipca ukazał się artykuł w lokalnej Gazecie Wyborczej. Cytuję fragment, gdyż dotyczy on II strony:

Jak uczelnia odnosi się do całej sytuacji?

- AMW jest jednostką organizacyjną podlegającą ministrowi obrony narodowej. Jest to jednostka wojskowa, w której obowiązuje system przepustkowy. Nie ma możliwości, żeby osoba, która nie ma pozwolenia na przebywanie na terenie AMW, mogła się po tym terenie bezprawnie poruszać, a panu Muszyńskiemu umowa na zakwaterowanie w domu studenckim wygasła z dniem 30 czerwca i nie została przedłużona. Nawet gdyby pan Muszyński miał przedłużoną umowę, to najwyżej o jeden miesiąc, w jednostce wojskowej nie ma bowiem takiej praktyki, żeby wykładowcy mieszkali na stałe w domu studenckim - wyjaśnia kmdr ppor. Krzysztof Nowakowski, rzecznik prasowy uczelni. I dodaje: - Co do umowy cywilnoprawnej, nie jest ona podstawowym rodzajem umowy, jaką zawiera się w AMW. Pozwala jednak na weryfikację pracownika pod kątem jego dalszej stałej współpracy.

A ta, zdaniem dr hab. Astrid Męczkowskiej-Christiansen, prof. AMW, dyrektor Instytutu Pedagogiki, nie była możliwa z powodu mizernych postępów w pracy naukowej. Nie zrealizował też wszystkich zajęć dydaktycznych - opuścił dwa dni, których nie odrobił.

Kanclerz AMW dr Bogusław Bąk twierdzi z kolei, że pan Muszyński zalegał z opłatą za pokój i za jedzenie, a na opłacenie zaległości i opuszczenie domu studenckiego miał czas do 15 lipca.