piątek, 8 maja 2015

Edukacja wobec prognoz ekonomicznych na następne 25 lat

Aleksander Łaszek przygotował dla Fundacji Obywatelskiego Rozwoju raport pt. "Następne 25 lat. Jakie reformy musimy przeprowadzić, by dogonić Zachód?" Dysponuję zapowiedzią tego Raportu, który powinien być lada dzień opublikowany w całości.

Z treści powyższego materiału wynika, że jeśli nie zostaną wprowadzone w naszym kraju dodatkowe reformy, to nie mamy szans na dogonienie poziomu życia bogatych państw Europy Zachodniej. Potwierdza to także diagnozy naukowców Wydziału I PAN, że 25 lat transformacji ustrojowej nie zostało właściwie wykorzystane przez rządzących do modernizacji państwa i wprowadzenia w nim standardów, które gwarantowałyby rzeczywisty rozwój nie tylko jego gospodarki, ale także społeczeństwa obywatelskiego. Z danych Komisji Europejskiej i OECD wynika, że polska gospodarka będzie rozwijać się znacznie wolniej niż w ostatnich dwudziestu latach, tak jakby ten proces miał być świadectwem pozytywnych przemian.

Nadal jest przecież (dzięki obecnym rządom PO i PSL w sposób widoczny) bardziej atrakcyjna dla młodych Polaków, szczególnie dla osób o najwyższych kwalifikacjach, emigracja zarobkowa na Zachód,do USA a nawet do państw azjatyckich, niż pozostanie w kraju. Tymczasem to właśnie młodych obciąża się odpowiedzialnością za ucieczkę z Polski, za niż demograficzny, a tym samym za pozostawienie rodziców i dziadków na pastwę pustoszejących kas ZUS-u. Już teraz wynika z prognoz ekonomistów, że do 2040 r. liczba osób w wieku produkcyjnym ulegnie jeszcze silniejszemu spadkowi, bo aż o 2,5 mln. W naszym kraju jest pracujących osób w wieku 20-64 lat niecałe 65 proc., podczas gdy w Europie Zachodniej wskaźnik ten wynosił w 2013 r. aż 80 proc.

To jest chyba jakaś schizofrenia w ekonomicznych interpretacjach zjawisk, bowiem z jednej strony narzeka się na wielką falę emigracji, a z drugiej strony nie stwarza się w Polsce miejsc pracy ani odpowiednich ku temu warunków, by zwiększał się ten odsetek osób pracujących, a tym samym by możliwe było powstrzymanie negatywnych skutków pozytywnego zjawiska, jakim jest starzejące się i dłużej żyjące społeczeństwo. Edukacja szkolna jest anachroniczna, konserwatywna, niedostosowana do szybkich przemian gospodarczych, technologicznych, komunikacyjnych itp. w świecie, toteż staje się czynnikiem nie tylko opóźniającym zainteresowanie młodych dorosłych podejmowaniem własnych inicjatyw, uruchamianiem firm, przedsiębiorstw produkcyjnych, a nie tylko usługowych, ba jest także czynnikiem blokującym wszelkie inicjatywy i innowacyjność, gdyż proces kształcenia i wychowywania ma charakter ściśle adaptacyjny.

Jak więc młodzi mają chcieć podejmować pracę, skoro rządzący nie są zainteresowani reformowaniem państwa, radykalnymi zmianami w zarządzaniu instytucjami publicznymi oraz dokończeniem edukacyjnej rewolucji. Ta zatrzymała się w 1993 r. i nie może drgnąć dalej, gdyż jest nieustannie sterowana centralistycznie jak w PRL czy na Białorusi! Niegospodarność kierownictwa Ministerstwa Edukacji Narodowej, nieodpowiedzialne pseudoreformy, nonsensowne konsumowanie milionów EURO na wspomaganie interesów rządzących i członków partii politycznych prowadzi do coraz większej zapaści oświatowej i nieprzygotowania młodych pokoleń do kreatywnej rywalizacji na światowym rynku pracy, ale prowadzonej tu, w Polsce, z ochroną narodowych priorytetów, wartości i dóbr.

Gdzie młodzi mają pracować, skoro nie ma tych miejsc pracy? Ekonomiści powiadają, że mogą sami sobie wygenerować takie miejsca, ale zarazem potwierdzają, że rządzący stwarzają nieprawdopodobnie silne bariery dla prywatnych inwestycji i inicjatyw, jak np.

- ograniczenia wynikające z utrzymywania różnego rodzaju koncepcji, zezwoleń, dopuszczeń, licencji czy certyfikatów, które dotyczą prawie 1000 (!) rodzajów działalności gospodarczej. Polacy nie rozliczają posłów z tego, że sprzyjają utrwalaniu różnego rodzaju zespołów (SWOICH, miernych-biernych-ale wiernych), które bez jednoznacznych kryteriów i często w ukrytej postaci rozstrzygają o tym, komu wolno coś czynić, a komu nie wolno;

- wysokie koszty związane z wymogami administracyjnymi. Te przekraczają wielokrotnie poziom budżetu na edukację, bowiem wynoszą aż 5 proc. PKB! Na naukę wydaje się z budżetu państwa zaledwie 0,3 proc. PKB!!!

- skomplikowane i niejednoznaczne przepisy podatkowe w Polsce;

- przewlekłość postępowań sądowych, w wyniku czego wiele firm upada zanim odzyska niesłusznie utracony majątek;

- wysokie dla firm koszty pracy, natomiast nadal bardzo niskie płace, szczególnie dla młodych pracowników;

- chroniczny deficyt finansów publicznych;

- niewykorzystane rezerwy wśród osób powyżej 55 roku życia oraz wśród osób od 18 do 24 r.ż. dla wzrostu liczby osób pracujących.

Z raportu FOR dr Anny Baranowskiej-Rataj pt. Praca dla absolwenta – trudno znaleźć, łatwo stracić? (2015) wynika, że:

* Kierunki biznesowe zapewniają szanse zawodowe porównywalne do uczelni technicznych;

* Osoby młode poszukujące pracy znajdują zatrudnienie częściej niż osoby w wieku dojrzałym;

* W przypadku zwolnień, w pierwszej kolejności redukowane są stanowiska pracy młodych pracowników;

* Młode osoby częściej znajdują zatrudnienie w małych firmach oraz w sektorze usług. Taka struktura zatrudnienia wpływa na niską stabilność zatrudnienia w tej grupie społecznej;

* Sektor publiczny znacznie silniej chroni przed utratą pracy osoby w wieku dojrzałym niż młodych pracowników.

Fundusze unijne traktowane są przez rządzących jako własność partyjna, która ma świadczyć o ich sukcesach w zarządzaniu środkami publicznymi. Tymczasem środki te nie zastąpią koniecznych reform i nie wystarczą do tego, żeby młode pokolenia były lepiej przygotowane i wyedukowane do pracy za kilka czy kilkanaście lat. Niestety ekonomiści FOR zupełnie nie dostrzegają patologii, którą generuje kierownictwo zarządzania edukacją szkolną w Polsce. Marnotrawione są tu także pomocowe środki unijne, które wydatkuje się na bzdurne projekty, banalne zadania, pozorowanie zmian.




czwartek, 7 maja 2015

Co kandydaci na Prezydenta zaproponują nauczycielom?




Prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego zaprasza 7 maja br. na briefing prasowy o godz. 11.00 w warszawskiej siedzibie ZNP przy ul. Smulikowskiego 6/8, I piętro. Tematem tego briefingu (jakie piękne polskie słowo!) będzie odpowiedź na pytanie: Co kandydaci na Prezydenta proponują nauczycielom?

Związek poprosił 11 osób ubiegających się o stanowisko Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej o odpowiedź na pytania dotyczące ustawy Karta Nauczyciela i publicznej edukacji. Podczas briefingu prezes ZNP przedstawi wyniki tej ankiety i skomentuje je.

Tego typu ankiety wypełniają sztabowcy kandydatów, więc nie mamy żadnej pewności, że tak samo wypowiedzieliby się na ten temat ubiegający się o urząd prezydenta. Pytanie jest źle postawione. Niby co mają zaproponować nauczycielom wybrańcy swojego elektoratu? Czy mają to być większe pensje? Jeśli tak, to możemy sobie wyobrazić wyścig populizmu między nimi. W końcu swoją odpowiedź skierują do ponad 500 tys. wyborców.

Być może urzędujący jeszcze prezydent potwierdzi, że podwyżki dla nauczycieli (w minionych trzech latach) były jego zasługą, bo to w końcu on podpisywał sejmowe ustawy. Co zatem powiedzą na ten temat pozostali kandydaci?

Może zaproponują ostateczne rozstrzygnięcia w sprawie Ustawy KARTA NAUCZYCIELA - ma pozostać, ma być lekko zmieniona czy zastąpiona odmiennymi regulacjami? To będzie kluczowa kwestia. Całkiem możliwe, że ten kandydat, który chce wygrać głosy nauczycieli, zadeklaruje pozostawienie Karty w spokoju. To, że potem i tak podpisze ustawę o jej likwidacji, nie ma tu znaczenia. Przecież nauczyciele nie wyjdą przed Belweder i nie będą z powodu takiej zdrady palić opon... mózgowych?

Co jeszcze mogliby zaproponować kandydaci nauczycielom? Nic więcej rozdać się już nie da. Być może któryś z nich stwierdzi, że dzięki niemu zostanie im przywrócona wolność wyboru podręczników szkolnych. Tylko, czy nauczycielom zależy na tej swobodzie? Czy wyszli na ulice, a raczej na al. Szucha 25 w proteście, kiedy ministra Joanna Kluzik-Rostkowska pozbawiała ich tego prawa?

Gdyby to był PRL, to kandydat lewicowy mógłby obiecać dodatkowe kartki na mięso z kością i na masło, albo bony na "malucha" dla nauczycieli szkół wiejskich. Może ktoś dorzuciłby służbowe mieszkania z możliwością ich wykupienia po preferencyjnych cenach np. po tysiąc zł za metr kwadratowy?

Już wiem, co jeszcze mogą kandydaci zaproponować nauczycielom. To, że do pracy w przedszkolu wystarczy im matura na poziomie podstawowym, a do pracy w szkołach wystarczą im studia I stopnia. Magisterium zapewni im natychmiastowy awans na nauczyciela dyplomowanego, a jak któryś uzyska stopień naukowy doktora, to będzie mógł być profesorem oświaty. W końcu i w szkolnictwie wyższym są osoby ze stopniem naukowym doktora, które są profesorami szkół prywatnych lub państwowych wyższych szkół zawodowych.

Pan Bronisław Maria Komorowski zapowie, że nauczyciele będą mogli powołać ruch Ratuj Nauczycieli.

Pani Magdalena Agnieszka Ogórek zapewni nauczycielki, że mogą być genderowe.

Pan Paweł Piotr Kukiz zagwarantuje nauczycielom decentralizację całego systemu szkolnego oraz demokrację w szkołach.

Pan Grzegorz Michał Braun obieca nauczycielom nowe media w szkołach.

Pan Janusz Korwin-Mikke wyzwoli nauczycieli z pęt resortu edukacji oraz zlikwiduje rzeczników praw ucznia.

Pan Janusz Marian Palikot pozwoli nauczycielom na palenie w czasie przerw jointów oraz zmianę płci.

Pan Andrzej Duda zapewni nauczycieli edukacji religijnej i patriotycznej, że będą mieli premię za pracę w trudnych warunkach.

Pan Adam Sebastian Jarubas nie pozwoli na pozbawienie nauczycieli szkół wiejskich dotychczasowych przywilejów, a nawet zapewni im KRUS.

Pan Marian Janusz Kowalski obieca każdemu nauczycielowi prawo do posiadania broni w ramach akcji bezpieczna szkoła.

Pan Jacek Wilk sprawi, że nauczyciele będą poważnie myśleli o Polsce a Polska o nauczycielach.

Pan Paweł Jan Tanajno zapewni nauczycielom prawo do bezpośrednich wyborów przewodniczącego rady pedagogicznej.








środa, 6 maja 2015

Badanie losów absolwentów szkół wyższych, czyli o tym, jeśli już, to jak tego nie czynić













Otrzymałem od prof. Zygmunta Wiatrowskiego książkę wydaną wspólnie z mgr. Adamem Gawrońskim, która dotyczy m.in. wyników przeprowadzonych przez nich badań absolwentów pedagogiki niepublicznej szkoły wyższej. W aneksie zamieścili też własne narzędzie diagnostyczne, dzięki czemu każdy zainteresowany może poddać je analizie metodologicznej poprawności lub na podstawie przyjętych przez siebie założeń badawczych - opracować własne.

Coś zatem drgnęło w wiedzy na ten temat, chociaż nie ulega wątpliwości, że staje się ona dla jednych szkół prywatnych tematem tabu, bo po co diagnozować negatywne opinie o własnej praktyce dydaktycznej, a dla innych - pozorujących troskę o kształcenie - może być potraktowana jako środek do zakłamywania rzeczywistości. Uczelnia we Włocławku prowadzi studia na kierunku pedagogika od szeregu lat, niedawno obchodziła swój kolejny jubileusz, więc traktuję opublikowaną diagnozę jako głos w dyskusji na temat potrzeby, sensu i wartości tego typu diagnoz.

W moim przekonaniu szkoły wyższe mogą kształcić studentów dla rynku pracy, jeśli traktują swoją misję w takim właśnie wymiarze. Są wówczas jednoznacznie zorientowane na wyższe kształcenie zawodowe, edukowanie robotników w białych kołnierzykach. Prekariat jest dzisiaj potrzebny tym bardziej, że pracodawcami staja się globalne korporacje, które traktują nasz kraj i jego obywateli jako tanią siłę roboczą. Dopóki się na to godzimy, to tak też jesteśmy traktowani. Dlaczego nauczycielka przedszkola w Polsce miałaby zarabiać tak samo jak jej koleżanka z Niemiec czy Wielkiej Brytanii?

Nasi studenci nie pytają o to, co ciekawego będzie w trakcie studiów, czego będą mogli się nauczyć, jakie zdobędą kwalifikacje, tylko najczęściej pojawiającym się pytaniem jest to, co ja z tego będę miał? Studiują, bo matura nie ma już żadnego znaczenia. To certyfikat odpowiadający ukończeniu przed wielu, wielu laty ośmioletniej szkoły podstawowej. Akademicka kadra może być wspaniała, zaangażowana, otwarta, ustawicznie dokształcająca się, ale studenci wcale nie muszą mieć tożsamej motywacji. Być może części z nich zależy tylko na tym, by jakoś przetrwać, odroczyć własną dorosłość (Kamiński określał to mianem juwenalizacji), skorzystać z przywilejów bycia studentem (ulgi, stypendia, i ... ), niby studiować a w rzeczy samej pracować "na czarno" lub u znajomych.

Nie wiemy zatem, z jaką motywacją podejmują młodzi ludzie studia w szkole publicznej czy prywatnej, natomiast monitorujemy ich losy, o ile rzeczywiście uzyskujemy o nich prawdziwe dane. Badania poprzeczne, sondażowe nie mają wysokiej wartości poznawczej, ale mogą służyć orientacji w skali zjawiska. Słusznie zatem autorzy tej publikacji pokazują sytuację studiujących pedagogikę w kraju na podstawie danych GUS.

Wynika z nich, że o ile jeszcze 7 lat temu ten właśnie kierunek studiów był na pierwszym miejscu wśród wskazywanych przez kandydatów, to obecnie jest on już na piątym miejscu. Zapewne jest to skutkiem wielu czynników, w tym także - niestety - kłamliwej, pasożytniczej działalności właścicieli wielu wyższych szkół prywatnych, którzy postanowili robić biznes na naiwnych i spragnionych dyplomów kobietach (te są w większości studentkami tego kierunku).

Także wśród studiujących pedagogikę ma miejsce spadek z 38 tys. do 20 tys., a więc niemalże o 50 proc. Nie przypuszczam jednak, by ministerstwo było zainteresowane odpowiedzią na pytanie, jakie są losy absolwentek tych studiów, gdyż nie decydują one o polskiej gospodarce. Dzisiaj pedagogiem przedszkolnym czy w edukacji początkowej może być już niemalże każdy, bo tak zredukowała poziom wymagań b. ministra edukacji Katarzyna Hall, że poziom zatrudnienia absolwentek tych studiów jest władzom zupełnie obojętny. Także dotyczy to psychologów, socjologów, politologów, teologów, archeologów, historyków itd., itd. Po co zatem napinać się i tracić czas na diagnozy, które niczego nie naprawią, nie polepszą, którymi jest tylko kontrolnie zainteresowana PKA? Szkoda czasu i pary.

Natomiast w pełni popieram inicjatywy mikrośrodowiskowe, jak uczelni, w której pracuje prof. Z. Wiatrowski, by można było pokazać obecnie czy w przyszłości studiującym pedagogikę specyfikę oferty kształcenia i pochwalić się także najlepszymi absolwentami. Wszystkich się i tak nie uwzględni, bo i kategoria „najlepszy” jest u nas łączona z sukcesami rynkowymi (zwycięzca jakiegoś konkursu, laureat nagrody, ciekawy dyrektor placówki, celebryta itp.).

Kogo obchodzi to, że duża część absolwentek studiów pedagogicznych nie podejmowała ich po to, by pracować, tylko dla samych siebie. W szkole prywatnej same przecież pokrywają koszty studiów, więc kogo powinno to obchodzić, co uczynią ze swoim wykształceniem? Nie wolno im nie pracować w instytucjach, w środowiskach wychowawczych, wyznaniowych, w organizacjach pozarządowych? Nie wolno im być lepiej lub gorzej wykształconymi matkami, żonami, pracującymi w domu? Czy to źle, jak są w grupie bezrobotnych? Jak źle, to dla kogo? Dla statystyki, dla rządu, dla władz uczelni, dla ministerstwa?

O ile część autorstwa profesora Z. Wiatrowskiego jest przykładem rzetelnej analizy źródeł naukowych i baz danych statystycznych, o tyle - niestety - część diagnostyczna nie powinna być publikowana, by studiujący pedagogikę nie powielali mających w niej miejsce podstawowych błędów metodologicznych.

Przejdę zatem do założeń badawczych, które firmuje swoim nazwiskiem magister Adam Gawroński. Wprawdzie "zna" literaturę z metodologii nauk społecznych, gdyż obficie się na nią powołuje, ale – niestety – nie potrafił zastosować się do zawartych w niej norm. Koncepcja badań być może jest pochodną jego pracy dyplomowej, chociaż o tym nie pisze, bo nie przypuszczam, by traktowano ją jako świadectwo właściwie opanowanego warsztatu metodologicznego.

W podrozdziale „Przedmiot i cel badań” błędnie zostały sformułowane obie kategorie. Cóż to bowiem za przedmiot badań - …”koncentruje się wokół absolwentów…”? Niech się koncentruje, ale co jest przedmiotem badań? Nie wiemy. Czytam dalej, że „Głównym celem badań opisanych w niniejszym opracowaniu było zbadanie losów absolwentów w kontekście nabytych przez nich kwalifikacji pedagogicznych”. Jeżeli celem badań było zbadanie czegoś w kontekście czegoś…, to coś jest nie tak, tym bardziej, że nie otrzymujemy wyjaśnienia, o co autorowi tych badań w istocie chodziło. Czyżby badanie miało autoteliczny charakter?

Został natomiast sformułowany główny problem badawczy w formie pytania dopełnienia: Jak kształtują się losy absolwentów wyższej szkoły X w kontekście nabytych kwalifikacji? Autor nie wyróżnia w tym problemie zmiennej zależnej i jej nie definiuje, ani też jej nie operacjonalizuje. Natomiast nie wiadomo z jakiego to powodu formułuje aż 5 problemów rzekomo szczegółowych?

Piszę rzekomo, bo te powinny wynikać z powyższej fazy konceptualizacji badań, nie wspominając już o koniecznym do interpretacji danych modelu teoretycznym zmiennych. Tego nie ma. Tym samym konstrukcja problemów została opracowana na przesłankach nieznanych nam i zapewne też badaczowi. Każdy z tzw. problemów szczegółowych jest tu od Sasa do lasa:

1. Jaki stosunek wykazują absolwenci co do jakości i efektywności kształcenia w szkole wyższej..?

2. Jak wygląda samoocena absolwentów w kontekście nabytych w toku studiów kompetencji?

3. Jakie czynniki rzutują na sytuację zawodową absolwentów w aspekcie motywów wyborów oraz poziomu satysfakcji z wykonywanej pracy?

4. Jak kształtują się kariery zawodowe absolwentów przy uwzględnieniu etapów: przed , w trakcie oraz po ukończeniu studiów?

5. W jakim stopniu absolwenci określają przydatność realizowanych w trakcie studiów deskryptorów Ram Kwalifikacji w stosunku do wykonywanej pracy zawodowej?

Nie należy tak konstruować problemów szczegółowych, czego już autor tego zamysłu nie doczytał, albo nie zrozumiał. Mimo, że główny problem badawczy nie ma postaci pytania zależnościowego, autor formułuje hipotezy badawcze. Tego czynić nie powinien, i to nie tylko z tego powodu. Na tym zatem poziomie należałoby już zawiesić dalsze czytanie prezentowanych wyników diagnozy i jej omówienie. Mają one wprawdzie wymiar informacyjny, ale nienaukowy. Wyróżnione przez autora zmienne i wskaźniki są obciążone błędami metodologicznymi, toteż nie będę ich już w tym miejscu przytaczał, by ktoś przypadkiem nie potraktował ich jako wzorcowe.

Im więcej mamy literatury z metodologii badan w naukach społecznych i humanistycznych, tym gorzej wygląda ich konceptualizacja, a tym samym uzyskane dane nie mają naukowej wartości.

wtorek, 5 maja 2015

Nauczycielka seksu i lewicowy ekstremizm (nie tylko) w Czechach





















Z dniem 30 kwietnia kończy swoją pracę w Szkole Podstawowej w České Lípě 35-letnia nauczycielka, matka dwojga dzieci, która "zagrała życiową rolę" w 40-minutowym filmie porno. Dyrektor szkoły Petr Jonáš ubolewa - jak mówi mediom - z powodów ludzkich, bo musi zwolnić tę panią, gdyż uczniowie zaczęli sobie wzajemnie przekazywać i pokazywać wychowawczynię w roli nauczycielki seksu. Film przechwycił jeden z rodziców i poinformował o tym dyrektora.

Gdyby uczniowie lepiej zabezpieczyli dostęp do tego materiału filmowego, to mieliby na długie lata opanowane wszelkie techniki współżycia. Nie ma pewności, czy rodzic piętnastolatka rzeczywiście znalazł to nagranie w jego komputerze, czy może sam śledził pornograficzne serwisy, które oferują tak zwane pornocastingi. Tłumaczenie przez nauczycielkę, że ona nie chciała grać w filmie porno, gdyż przyszła tylko na casting, nie wydaje jej najlepszego świadectwa (nie tylko w sferze moralnej).

My się nie martwimy o edukację seksualną polskich dzieci, bowiem ta staje się jedną z głównych kampanii politycznych nie tylko SLD, Twojego Ruchu, Platformy Obywatelskiej, ale i ministry edukacji Joanny Kluzik-Rostkowskiej, która w TVN24 znalazła sojusznika do wyeliminowania jednego z podręczników "Wychowanie do życia w rodzinie". Materiał został zmanipulowany, gdyż nie zabrał w nim głosu prof. Aleksander Nalaskowski, aczkolwiek z wielką satysfakcją redakcja wyemitowała jego fotografię obok profesorów Bogdana Chazana i Franciszka Adamskiego - jako rzeczoznawców jednostronnie krytykowanego podręcznika szkolnego.

Ministra edukacji zaś, i owszem, wypowiedziała się na temat potrzeby wydania przez MEN ... rządowego, bo tylko wówczas będzie gwarancja wartości MEN-skiego środka dydaktycznego.

Lewicowy pluralizm - jak w PRL - zaczyna kwitnąć z udziałem naszego resortu. Krytykowany w mediach podręcznik "Wychowanie do życia w rodzinie" jest na rynku pomocy dydaktycznych od lat, powstały też inne i są dostępne, ale żeby teraz włączać w to media i ministrę J. Kluzik-Rostkowską w trakcie kampanii wyborczej? To chyba tylko po to, by opinia publiczna przestała interesować się żenującym elementarzem dla uczniów klas pierwszych szkół podstawowych, na który MEN wydało dziesiątki milionów z budżetu państwa i nikt nie ponosi z tytułu wydania tego bubla żadnej odpowiedzialności. Czy rzeczywiście propagandziści resortu edukacji doszli do wniosku, że najlepiej jest schować pod dywan własny błąd, przykryć kicz dydaktyczny innym podręcznikiem, rzekomo prawicowym, radiomaryjnym?

Czyżby ktoś zauważył, w jaki sposób ten materiał zmanipulowała redakcja TVN24 wyświetlając planszę z wyrwanym z kontekstu zdaniem, obok której leży (przypadkiem?) różaniec? Czyżby i w tym podręczniku był obok tego zdania wydrukowany różaniec? Może trzeba było dać do tego jeszcze moherowy berecik?
Rozumiem, że kiedy ukaże się MEN-ski podręcznik edukacji seksualnej, to redakcja wyświetli planszę z poprawnym politycznie cytatem sytuując obok niej sierp i młot, albo chociaż czerwoną gwiazdę.


Może jednak warto rozmawiać o tym, czy strój prowokuje do czegokolwiek czy też nie prowokuje, czy zachęca do przemocy czy przyjemności? W końcu jedna z naszych uczelni publicznych wyprodukowala plakat zachęcający do studiów podyplomowych, które w żadnej mierze nie mają nic wspólnego z promowaniem przemocy, seksizmu itp. Czyżby?


W Łodzi problem edukacji seksualnej nie został rozwiązany ani monistycznie, ani pluralistycznie, tylko antagonistycznie. Uczniowie gimnazjów mogą - za zgodą także ich rodziców - wybrać sobie jeden z dwóch programów kursu seksualnej edukacji, bo przecież nie o wychowanie i nie o kulturę tu chodzi. Radni miasta przyznali 100 tys. zł dla organizacji pozarządowych, by powalczyły one o środki na tę edukację. Podział jest na poniższej planszy:
Tego typu szkolenia nie podlegają nadzorowi pedagogicznemu, gdyż wystarczyło, by łódzcy radni (ci, którzy chcieli) przeszli szkolenie lewicowej organizacji SPUNK w miejskim ratuszu i na tej podstawie nabrali przekonania o dokonaniu właściwego wyboru oraz podziału środków.

W prasie pojawiają się doniesienia np. o tym, że w jednej z niemieckich szkół w landzie Nadrenia Północna - Westfalia, gdzie edukacja seksualna jest obowiązkowym przedmiotem kształcenia od 1998 r., w czasie lekcji mają miejsce projekcje filmów pornograficznych, a w ramach pracy domowej uczniowie muszą zaliczyć i opisać osobiste doświadczenie "przeżycia orgazmu". Jak relacjonuje Agata Bruchwald: Dziesięcioro szóstoklasistów ze szkoły w niemieckim Borken trafiło do szpitala po obowiązkowej „lekcji seksu”. Jeden z uczniów stracił przytomność bezpośrednio na lekcji, pozostali okazali się być w stanie przed omdleniem. Przyczyną pogorszenia się stanu zdrowia dzieci było zadanie jakie poleciła, swoim podopiecznym, wykonać nauczycielka. Dzieci zaczęły słabnąć przy wypełnianiu zadania “nauczycielki seksu” – chodziło o schematyczne rozcięcie modelu organu płciowego.

Dyrektorzy szkół powinni wziąć pod uwagę ostrzeżenie pani psycholog - terapeutki Jolanty Zmarzlik, by nie zatrudniać w świetlicy szkolnej mężczyzn, gdyż z jej intymnych rozmów z klientami wynika, że "mężczyźni, którzy angażują się do pracy w świetlicy, przedszkolu mogą potencjalnie wykorzystywać dzieci". Rzecz jasna - seksualnie. Jak to dobrze, że pani poseł, pełnomocnik premier w MEN, b. dziennikarka jeździ od szkół do szkół i przy okazji sprawdza, czy jest w nich bezpiecznie. Jako rodzice możemy być spokojni. Władza czuwa.

Jeden z prawicowych portali podał w dn. 1 maja br. informację, że prezydent miasta Słupska - Robert Biedroń chce, aby dzieciom w przedszkolach nauczycielki czytały książkę autorów: Justin Richardson i Peter Parnell pt. “Z Tango jest nas troje” promującą homoseksualizm. Jak podaje prasa, prezydent Słupska prowadził w przeszłości to wydawictwo, toteż nic dziwnego, że teraz zachęca do wsparcia źródeł jego dochodów. Książka przedstawia historię pary pingwinów samców, wspólnie wychowujących pisklę. Tworzyli oni przez 6 lat związek homoseksualny, po czym podrzucono im jajo do wysiadywania.

Do brzydkiego kaczątka doszły nam teraz pingwiny. A geje z Izraela wynajmują w Nepalu surogatki, by urodziły im dzieci. Pech, że spadła lawina, bo pewnie i o tym nikt by się nie dowiedział, że płacą surogatce 8 tys.dolarów. Feministki nie protestują. MEN musi uwzględnić to w swoim podręczniku.

poniedziałek, 4 maja 2015

Niepowtarzalni profesorowie pedagogiki i psychologii



Wydział Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie ma wyjątkowe grono nauczycieli akademickich, wśród których są naukowcy a zarazem artyści sztuk plastycznych i literackich w osobach prof. Janusz Kirenki, prof. Janusza Gajdy, Stanisława Leona Popka czy animatorzy teatru i szeroko pojmowanej kultury - w osobach prof. Dariusza Kubinowskiego i prof. UMCS Wiesława Żardeckiego).

Ciekaw jestem, czy studiująca na pedagogice i psychologii młodzież ma świadomość tego, z jak wyjątkowymi postaciami miała lub nadal jeszcze ma możliwość spotykania się? Co przenika z twórczości znakomitych UCZONYCH do świata wartości młodych pokoleń? W jakiej mierze literatura i sztuka wchodzą w konfrontację z coraz silniej odciskającą swoje piętno na studenckiej codzienności popkulturą?

Z jednej strony stajemy się odbiorcami znakomitych dzieł naukowych, wyników własnych, wieloletnich badań, zmagań z materią ducha i ciała, fascynacją dokonaniami minionych klasyków i własnych mistrzów, a zarazem z drugiej strony jesteśmy obdarzani czymś szczególnym, bo odsłaniającym duchową, psychiczną, estetyczną, moralną i cielesną sferę osobistego życia, doznań, doświadczeń, myśli i przeżyć, które stają się dzięki ich twórczości także dobrem ich odbiorców (przypadkowych lub poszukujących).

Majowy weekend był dla mnie doskonałą okazją do spotkań z ich twórczością. Akwarele prof. Janusza Kirenki dopełniają radość i nadzieję życia ciepłą kolorystyką i światłem piękna rozkwitającej, ale wciąż jeszcze chłodnej, wiosny. Mająca w ub. roku wystawa tego wybitnego profesora pedagogiki specjalnej pt. "Wrota duszy otwartej" zachwyciła cyklem przepięknych obrazów, które odzwierciedlają tkankę ludzkiej i przyrodniczej natury. Jak pisała o dziełach profesora w wystawowym folderze Marta Uberman (prof. Uniwersytetu Rzeszowskiego): Piękne, nasycone, szafirowe błękity, krwiste i ceglaste czerwienie, żółcie, umbry, sieny, przeciwstawione złamanym tonom liliowym, szarozielonym, bieli i czerni. Podziw budzi doskonały warsztat kolorystyczny i pewne świeże pociągnięcia szpachli. Nie ma tu miejsca na wystudiowaną naiwność czy chłodny, intelektualny minimalizm. Porusza ekspresja faktury malarskiej, naturalna i szczera poetyka wyrażająca się w nader skromnych środkach wyrazu.

Prof. Janusz Kirenko jest autorem poruszającej autobiografii pt. "Chwila", która ukazała się w dwóch tomach w 2012 r. Podtytuł wspomnieniowej książki zapowiada ludzki dramat, wydarzenie, które wyryło trwały znak na jego życiu, a zarazem skutkuje darem wdzięczności dla TYCH, którzy z nim byli wspomagając w wyjściu ku nadziei i nowej jakości życia. wspaniały człowiek, wykładowca, naukowiec, który mimo osobistego dramatu daje innym więcej, niż wiele innych osób jego pokolenia. Swój świat wypełnia treścią naukową i artystyczną, dając nam wiele radości, głębi myśli i dzieląc się mistrzostwem własnej wiedzy oraz akademickich doświadczeń. Wspomnienia J. Kirenki nie są przesiąknięte dydaktycznym smrodkiem - jakby to mógł określić Melchior Wańkowicz - bo pedagog nie zamierza nikogo przed niczym ostrzegać, pouczać, ale pokazuje, jak nawet w takiej sytuacji można żyć godnie, mądrze i wartościowo.


W wyniku wypadku stał się osobą niepełnosprawną ruchowo. Jak pisze: Starałem się nie zmarnować swojego życia, chociaż uczyniłem w nim wiele, by je skomplikować. Jeszcze długo po wypadku zadawałem sobie pytanie o sens tego wszystkiego. Dlaczego dotknął mnie taki los. Nie stworzyłem ku temu szczególnych warunków. ani nie byłem birbantem, ani kimś, kto chciałby nadto widocznie imponować innym, ani tym bardziej w chwili zdarzenia pijany lub nawet po przysłowiowym piwie, co w wielu przypadkach dyskredytuje takiego człowieka w opinii publicznej. Nic z tych rzeczy. Jeszcze jeden skok przed obiadem. Tyle przecież ich już wykonałem. Niestety. Zaciągnąłem u Pana Boga kredyt na życie. Starałem się więc go spłacić, i nieustannie to czynię, najlepiej jak potrafię".

Wreszcie przywołuję w tym miejscu wyjątkowy, wzruszający monodram prof. Janusza Gajdy o dramatycznych losach własnego dzieciństwa i matki, o wielkiej tęsknocie i cierpieniu dziecka oraz szczęściu ze spotkania z najdroższą mu osobą po wielu latach, wpisuje się w odczytanie także losów dzisiejszych pokoleń eurosierot oraz sprzyja odradzaniu się woli kreatywnego przetrwania i mocy własnej duchowości. Wkrótce będziemy świętować Dzień Matki, toteż jak mało kto ów Profesor potrafił oddać piękno dziecięcej więzi, miłości, i wdzięczności dla własnej rodzicielki. Nie wiem, czy jest powszechnie dostępny zapis przedstawienia pt. The Faces of Modern Motherhood". After 53 Years She Met Her Mother)", które przygotował w formie monodramu na podstawie własnego pamiętnika z takiej właśnie okazji i zarejestrował na płycie DVD.


Można jednak zapoznać się z równie wstrząsającymi wspomnieniami, autobiografią Profesora J. Gajdy, którą wydała przed laty Oficyna "Impuls" pod tytułem: "Moje życie. Fakty, wspomnienia, refleksje" (Kraków 2010). Jak pisze o tej książce recenzent prof. Andrzej Radziewicz-Winnicki: "Portret własny - literacki - J. Gajdy to nie jest dziedzina fikcji, lecz jego wiarygodna, trafna i prawdziwa egzemplifikacja biograficzna kolei losów Uczonego. Czyta się dobrze, wręcz znakomicie, i z łezką w oku, dla mego pokolenia z okresu wojny (1945). Dla młodych adeptów nauk społecznych jest to rzecz bezcenna, a aktualność remanentów z przeszłości jest przecież zasadna, konieczna, oczekiwana, a więc realnie oczywista.




Wreszcie mamy dar wspaniałej, przepięknej poezji profesora psychologii, w zakresie psychologii różnic indywidualnych, zdolności, twórczości i sztuki (a więc nie tylko tak określanego ze względu na przedmiot jego wieloletnich badań naukowych) - Leona Stanisława Popka, która powinna być dostępna pasjonatom piękna słowa i myśli także poza granicami naszego kraju. Właśnie ukazał się nakładem Wydawnictwa Związku Literatów w Lublinie najnowszy zbiór poezji Stanisława Leona Popka pt. „Kwiaty dla Afrodyty”, który obejmuje wiersze z okresu połowy lat sześćdziesiątych minionego stulecia po najnowsze - z 2013 r. Całość jest zilustrowana przez żonę dr psychologii, artystkę malarz Różę Popek przepięknymi obrazami bukietów kwiatów. Mimo, że profesor sam także uprawia twórczość plastyczną, to jednak w tym wydaniu nastąpiła przepiękna harmonia najbliższych sobie dusz – synergia wierszy i obrazów, która potwierdza trwałość oraz wyjątkowy charakter wzajemnego związku.

Prof. S.L. Popek wybrał na tytułową postać swojej twórczości najbardziej urodziwą z greckich bogiń - boginię miłości, piękna, kwiatów, pożądania i płodności, jaką była Afrodyta (gr. Ἀφροδίτη Aphrodítē, łac. Aphrodite, Venus). Po dzień dzisiejszy jej imię symbolizują m.in. jaskółki, mak, jabłko, róża czy mirt. Kobiety widzą w niej patronkę małżeństwa, chociaż – jak wynika z mitologii - do wiernych nie należała, zaś żeglarze hołubią ją ze względu na jej związek z morzem, z którego wyłoniła się w pobliżu Cypru z piany morskiej. Jej włoskim odpowiednikiem jest Wenus.


(źródło: Obraz Jacquesa-Louisa_Davida-Mars desarme parVenus)

Uzasadnieniem tytułu w/w tomu jest m.in. wiersz „Z podróży do Itaki”, w którym S. Popek pisze (s. 65):

Szukam Ciebie w labiryncie nocy
i w zakamarkach szukam resztek woni Twojej,
a Ty w muszli płyniesz
pianą otoczona.


Najnowszy zbiór poezji otwiera jakże trafnie dobrany do całości przekazu wiersz zatytułowany „Recepta”, który powstał w 1965 r. w Zamościu. Jest on subtelną ilustracją młodzieńczego pożądania, by - jak w dziecięcym pocałunku - zasłonić „szczęściem oczy”. Jakież to szczęście móc tak pisać i być adresatem tej twórczości.

Możemy śledzić w tym tomie ewolucję dojrzewającej miłości o wielości odmian, kształtów, barw i zapachów, które pozostawiają trwały ślad w duszy poety, a ten przenosi je do intersubiektywnego świata wydobywanymi z „klawiatury własnych przeżyć” dźwiękami, ukazuje nam piękno oddechu własnej twórczości i podaje nam w bukiecie słów i metafor ciepło własnego życia.

W wierszu „Twój kształt” S. Popek pisze:

Chciałbym ocalić twój kształt od zapomnienia ,
aby mgła czasu pamięci nie skryła.
Zaklinam ciebie w wyobraźni mojej
w dawne dzieła mistrzów świetnych.
Widzę w smudze cienia,
gdy przychodzisz cicho,
bezszelestnie
pięknym profilem Wenus.
(…)

Zapewniam, że nic tak bardzo nie uspokaja, nie koi skołatanych codziennością dusz, w wirze wszechobecnej agresji, nikczemności, pozorów uczuć i pseudowartości jak właśnie poezja profesora Popka. Przywraca nam swoją twórczością najpiękniejsze chwile lub otwiera na nie tych, którzy ich jeszcze nie doświadczyli. Są wśród nich pełne subtelnej miłości doznania piękna ukochanej osoby, ale i świadectwa „dotykania ciszy”, przewlekłych stanów nadwrażliwości lub niedomiaru rozkoszy, czułego drżenia w lęku samotności czy zakrzepłych ran wspomnień.

Zapewne nie tylko w poezji można wyrazić głęboką troskę o autentyzm, prawdę wspólnych zbliżeń i oddaleń, pamięć pragnień i niespełnienia, zachwytów i oczekiwań, poszukiwania innych wymiarów życia czy spopielałych śladów własnej aktywności. Są w tej poezji pytania znane ludzkości od tysięcy lat, z odpowiedzią na które zmagają się kolejne generacje w świecie pełnym zgiełku migających znaczeń, jazgotu pustych słów, na pograniczu rodzenia się i zanikania wartości. Poeta pyta:

Jak możesz być radością,
gdy karmisz jesień
łzami wieczoru?
Jak możesz być prawdą,
Gdy żyjesz na skraju ułudy?
Jak możesz być prostotą,
gdy w otchłani jaźni
kryjesz meandry goryczy
i blaski radości?(…)
A jednak
jesteś tym wszystkim,
utkana z zapachów miłości
...
(s. 35)

Odnajduję w tym tomie głęboko poruszający wiersz pt. „Gdy odejdę”, w którym autor pisze:

„Nie odkładaj mnie nigdy do swojego wiersza
Nie zamykaj w kartki bibliotecznych tomów
Moje imię mieszka w starych świerkach
Moje serce bije kołysaniem dzwonów (…)”


Wprawdzie „serce umiera w każdym uderzeniu na ułamek chwili”, więc każdy z nas kroczy „coraz wolniej w furtę cienia”, to mogę wyrazić jedynie wdzięczność z okazji spotkania z poetą, którego twórczość jest wyjątkowym świadectwem prawdy, która uwolniona w słowach nie przemija, gdyż dzięki jego poezji przenoszona jest w ludzkich sercach i umysłach z powiewem ludzkiej miłości i utrwalana w nowych formach życia ręką Mistrza. Zakochani, oczarowani pięknem uczuć powinni sięgnąć po tę poezję, by nie pozwoliła im odejść w milczeniu, utonąć w zapomnieniu, bo „każdy człowiek osobną szkatułą”, którą można otworzyć mocą człowieczej miłości.

Psychologia jako nauka o ludzkiej duchowości i cielesności zostaje nasycona pięknem słowa, niedającą się sparametryzować prawdą o ludzkim istnieniu, rytmie życia, emocjach, o możliwym zanurzaniu się w tajemnicę narodzin i jakości życia. Cóż przy tym warte są wskaźniki korelacji Persona, skoro nie są one w stanie wydobyć na jaw rzeczywistych powodów czyjegoś chcenia i niechcenia, nie dotrą do wzburzenia lub ciszy sumienia, nie odczujemy w statystycznych parametrach magii słów nienazwanych, rozmowy rąk przez dotykanie ciepła, pulsowania drżenia każdej tkanki, poczucia czyjegoś istnienia, ludzkiej namiętności?

Tak, bo
(…) każde życie jest innym kosmosem
cierpienia,
beznadziejnością,
zapamiętaniem w sobie,
ale też miłością
po brzegi niebytu
… (s. 56)


Jak przystało na poetę miłości, znajdziemy w jego wierszach swoisty alfabet miłości, nie tylko poznawania i doznawania piękna, ale i rozkoszy, muzyki uniesień, ekstazy, by zdobyć „magisterium znajomości rzeczy” (s. 58). Czy jednak czytanie poezji zaspokoi wymóg nabywania kompetencji społecznych?

O profesorze Stanisławie L. Popku i jego twórczości m.in.:

http://www.kurierlubelski.pl/artykul/773315,sagi-lubelszczyzny-przodkowie-prof-stanislawa-popka-zdjecia,id,t.html?cookie=1
http://pisarze.pl/eseje/7501-prof-dr-hab-stanisaw-leon-popek-w-poszukiwaniu-rode-wartoci-wspoczesnej-tworczoci-artystycznej.html
http://www.kul.pl/files/714/media/Recenzja4_4.42.1999.pdf.pdf
http://teatrnn.pl/leksykon/node/1656/stanis%C5%82aw_leon_popek
http://sliwerski-pedagog.blogspot.com/2014/09/opowiadaja-nam-swoje-pasje-sowem.html
http://mbpwlodawa.pl/regionalia/1595-zapraszamy-na-qspacery-z-poezjq-spotkanie-ze-stanisawem-leonem-popkiem-i-ro-popek.html
http://kultura.lublin.eu/wydarzenia,0,36308,Promocja_ksi%C4%85%C5%BCki_Stanis%C5%82awa_Leona_Popka_Kwiaty_dla_Afrodyty_Wyb%C3%B3r_poezji_lirycznej.html?locale=pl_PL



niedziela, 3 maja 2015

Błędna polityka MNiSW zmuszania uczelni do nonsensownej pogoni za studentami




Za nami jest już Kongres Kultury Akademickiej, który odbył się w ub. roku w Krakowie. Jego uczestnicy mogli spotkać się i przedyskutować kluczowe rozwiązania m.in. w zakresie finansowania uczelni publicznych i niepublicznych. Te jednak są możliwe, kiedy mamy rzetelną diagnozę, a MNiSW przyznaje, że obowiązujące ramy są od lat szkodliwe. Tego jednak rządzący nie potwierdzą, bo musieliby ponieść odpowiedzialność polityczną i społeczną. Żaden rząd nie cierpi, jak patrzą mu na ręce, jak liczą negatywne skutki jego niewłaściwych rozwiązań. To jest zdumiewające podejście do merytorycznej, naukowej krytyki, którego źródła muszą wciąż jeszcze tkwić w pozostałości mentalnej syndromu homo sovieticus. Inaczej nie da się tego wytłumaczyć. Chyba, że posłowie i senatorowie tak konstruują politykę w szkolnictwie wyższym i w oświacie, by zapewnić SWOIM ciepłe i bezpieczne etaciki, źródła dochodów w sytuacji przegranej w najbliższych wyborach parlamentarnych?

Rektor jednej z najlepszych polskich uczelni niepublicznych w Polsce - Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania - prof. nadzw. dr hab. inż. Tadeusz Pomianek udostępnił mi treść swojej ekspertyzy naukowej, ekonomicznej, ale i społecznej, którą przekazał rok temu nie tylko debatującym na kongresie, ale przede wszystkim władzom Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Przekazał nie tylko diagnozę patologii w finansowaniu szkolnictwa wyższego i nauki w naszym kraju, ale zarazem pokazał, w jaki sposób mogłaby nastąpić radykalna poprawa nie tylko w samym środowisku i jego infrastrukturze, ale przede wszystkim w rozwiązaniach projakościowych, stymulujących rzeczywisty rozwój nauki i pomoc państwa dla wspomagania (z udziałem uczelni) intensywnego rozwoju gospodarki opartej na wiedzy.

U nas jednak mówi się o społeczeństwie wiedzy, o gospodarce opartej na wiedzy, o wiedzy o wiedzy.... tylko nie o tym, że są to najczęściej propagandowe chwyty, by władze mogły realizować zupełnie inne cele, często sprzeczne lub opóźniające wspomniane tu procesy.

Zdaniem Rektora T. Pomianka:

Polska powinna uczyć się od najlepszych. Wystarczy przeanalizować szczegółowe rozwiązania w takich krajach jak: USA, Korea Południowa, Japonia czy Anglia, by zauważyć prawidłowości. Otóż w państwach tych (wiodących pod względem wielu kluczowych wskaźników rozwojowych, m.in.: innowacyjności gospodarki, efektywności i zasięgu badań naukowych, jakości kształcenia czy pozycji szkół wyższych w międzynarodowych rankingach) można dostrzec:

1)  transparentność warunków działania oraz silną rolę procedur konkursowych w sferze edukacji i nauki z równoczesną dużą konkurencją i różnorodnością działających podmiotów,

2) solidną dywersyfikację źródeł finansowania szkolnictwa wyższego i badań naukowych,

3) silne związki instytucji prowadzących działalność badawczo-rozwojową ze sferą gospodarki,

4) równe traktowanie podmiotów z sektora publicznego i niepublicznego, uznawane za fundament.


Tymczasem realizowane przez resort od lat mechanizmy dystrybucji środków na szkolnictwo wyższe i naukę nie przyczyniają się do wspierania jakości, a wprost odwrotnie, zachęcają do gry pozorów, marnotrawstwa publicznych pieniędzy, utrzymywania pseudonaukowych i pseudodydaktycznych beneficjentów, byle tylko zachować status quo.

Wraz z Andrzejem Szelcem przyjrzeli się algorytmowi finansowania w III RP uczelni, w świetle którego, największe korzyści (a te są tu nieuzasadnione) odnoszą państwowe wyższe szkoły zawodowe oraz słabe uczelnie akademickie. System ten bowiem bazuje na populistycznym a dewiacyjnym fundamencie, że szkoły wyższe zwiększając liczbę studentów (uczelniom publicznym "dobra" dla najsłabszych władza narzuciła limit możliwego wzrostu naboru), będą odpowiednio dofinansowane, a tym samym staną się stabilne zyskując możliwości trwania na mapie usług publicznych i niepublicznych (szkoły niepubliczne otrzymują przecież dotację rządową na stypendia dla swoich studentów, nawet jak ci nie studiują czy kupują sobie dyplomy korzystając z innych jeszcze ulg).


Od kilku lat zaczyna być odczuwana coraz gorsza kondycja finansowa polskich szkół wyższych i uczelni akademickich nie tylko w wyniku niżu demograficznego (w latach 2023-25 liczba studentów zmniejszy się do ok. 1,25 mln. W 2013 r. było ich ok. 1,6 mln.), ale strukturalnie determinowana pogoń za studentem. Jak pisze T. Pomianek:

Odnosząc się do obecnie obowiązującego algorytmu dotacyjnego, należy zauważyć, iż w zasadzie „karze” on za mechaniczne zwiększenie liczby studentów studiów stacjonarnych (to jedna z niewielu jego zalet). Paradoks polega na tym, że większość uczelni działa tak, jakby było odwrotnie (...). Im bardziej rosła liczba studentów stacjonarnych w ostatnich latach, tym mocniej spadała realna dotacja na studenta. Beneficjentami ostatnich lat są przede wszystkim publiczne wyższe szkoły zawodowe. Jest to z jednej strony efekt współczynnika zrównoważonego rozwoju, (...) a z drugiej strony efekt spadku liczby studentów stacjonarnych.

Z budżetu państwa od początku powstawania państwowych szkół zawodowych ministerstwo przekazywało ok. 0,5 mld. zł rocznie, podczas gdy nawet znakomite ale niepubliczne , akademickie szkoły wyższe nie otrzymywały z tytułu kształcenia na studiach stacjonarnych nawet złotówki. Tymczasem 18 uczelni niepublicznych posiada uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora w 33 dyscyplinach naukowych, zaś 4 uczelnie w tej sferze mają uprawnienia do nadawania stopnia naukowego doktora habilitowanego i przeprowadzania postępowań na tytuł naukowy profesora w 7 dyscyplinach naukowych! Dotacje z tego tytułu są ZEROWE. Natomiast przelewa się miliardy na stypendia dla ponad 300 wyższych szkół prywatnych, które w żadnej mierze nie tylko nie stymulują innowacyjności, ale i kształcą bezrobotnych, bo i bez rzeczywistych kwalifikacji i wiedzy.

W tej sytuacji, gdy maleje liczba studentów niestacjonarnych, którzy stanowili istotne źródło dodatkowych dochodów wyższych szkół publicznych, walka władz tych uczelni o studenta nie tylko nie sprzyja jakości kształcenia, ale i efektywności zarządzania publicznym majątkiem. MNiSW odebrało de facto uczelniom publicznym dotacje na badania naukowe, bo trudno nazwać finansowe ochłapy na ten cel jakąkolwiek troską o rozwój szkół naukowo-badawczych, szczególnie w niszowych obszarach wiedzy, toteż ich dywersyfikacja w postaci przekierowania większej części budżetu na instytucje pozauczelniane, które dzielą środki w ramach grantów, wcale nie poprawiło sytuacji.

Okazuje się bowiem, że tworzą się "spółki ekspercko-wnioskodawcze", czego najlepszym przykładem są nadużycia w tym zakresie w jednej z wrocławskich uczelni publicznych, które rozdzielają te środki między SWOICH. Zdaniem T. Pomianka:

Sytuację finansową czołowych uczelni poprawiały przychody z grantów naukowo-badawczych i dotacji na działalność statutową. Warto powiedzieć, że dziesięć szkół wyższych (w tym 7 uniwersytetów i 3 uczelnie techniczne) w roku 2012 pozyskały ponad 60% grantów z NCN (ponad 442 mln zł) przyznanych uczelniom, a jeśli dodać do tego 242 mln zł na działalność statutową, to w stosunku do dotacji na kształcenie otrzymały 26% (a w przypadku UJ było to aż 46%) dodatkowych środków. Ponieważ narzut w obu przypadkach tj. grantów z NCN i dotacji statutowej wynosi 30%, zatem omawiane uczelnie mogły pokryć ewentualny deficyt z pozostałej działalności kwotą rzędu 205 mln zł.

Obecny system finansowania uczelni i szkół wyższych nie tylko nie sprzyja dbałości o jakość, o czym wiemy także z raportów Polskiej Komisji Akredytacyjnej, ale także mnoży patologie w obu sektorach - publicznym i niepublicznym. Mamy coraz większe przekonanie, że w grę nie wchodzi interes publiczny, ale zabezpieczania interesów dla wąskiego grona beneficjentów z kręgu zbliżonego do władzy. Rektorzy uczelni publicznych bezkrytycznie godzą się niemalże na wszystko, byle tylko nie stracić okazji do znalezienia w gronie środowisk postrzeganych jako niepoprawne politycznie. Czekamy zatem do kolejnego rozdania kart jesienią. Do tego czasu przyspiesza się podział środków unijnych na rzekomą stymulację innowacyjności.