sobota, 24 września 2011

Po co nam ta demokracja?

Od dwóch dni trwa IX Ogólnopolska Konferencja Socjoterapeutów w Białej k/Sulejowa, której uczestnicy zastanawiają się, jak wychowywać i uczyć dzieci by, gdy dorosną, stały się świadomymi i aktywnymi obywatelami demokratycznego i nowoczesnego państwa. W związku z tym, że zostałem zaproszony z wykładem na temat stanu i zakresu demokracji w polskiej oświacie, przygotowałem następującej treści sofizmat:

Im więcej masz praw, tym więcej jest demokracji.

Im więcej jest demokracji, tym masz większy wpływ.

A im większy masz wpływ, tym mniej jest demokracji.

A im mniej jest demokracji, tym mniejszy masz wpływ.

Ale im mniejszy masz wpływ, tym więcej jest demokracji.

To po co ci prawa?

piątek, 23 września 2011

Porozmawiaj o swojej wolności

Otrzymałem dzisiaj list od pedagog, która postanowiła odejść z dotychczasowego miejsca swojej pracy. Stwierdziła, że jej godność osobista jest ważniejsza od miejsca pracy, w którym od co najmniej dwóch lat musiała radzić sobie z mobbingiem, frustracją i niekompetencją kierownictwa placówki. Przypomiam zatem tezy Paulo Freire:

*Aby przezwyciężyć sytuację ucisku, musimy najpierw krytycznie rozpoznać jej przyczyny, tak by ich przekształcające działanie mogło wytworzyć nową sytuację – taką, która umożliwia dążenie do pełniejszego człowieczeństwa.

*Uciśnieni, którzy przystosowali się do struktury dominacji, w jakiej sami są pogrążeni i której się poddali, powstrzymują się przed walką o wolność tak długo, jak długo czują się niezdolni do podjęcia ryzyka, którego ta walka wymaga.

Jak dobrze jest podjąć decyzję, której efektem jest zrozumienie, kto, dlaczego i jak długo był Twoim opresorem, jak wykorzystywał Ciebie w ciągu ostatnich lat tylko dlatego, że był Twoim zwierzchnikiem. Nie ma to znaczenia, gdzie, gdyż każda instytucja – publiczna i niepubliczna uruchamia mechanizmy władztwa, nad którymi nie każdy jest w stanie zapanować, by nie naruszały one ludzkiej godności.

Ile jeszcze miesięcy, lat czy godzin masz dawać komuś przyzwolenie na to, by pomiatał Tobą, jak śmieciem, by uzależniał Twoją egzystencję i samorealizację zawodową od swojego widzimisię, od swoich nastrojów, chorobliwych dysfunkcji? Ile jeszcze miałeś godzić się na to, by o sensie i wartości Twojej pracy rozstrzygał ignorant i jemu usłużni a mierni adiutanci tylko dlatego, że jest przedłużonym ramieniem jakiejś władzy? Jak długo jeszcze miałeś wysłuchiwać o tym, kto i na kogo donosi, kto i na kogo zbiera haki, kto i czyim kosztem buduje swoją pozycję w strukturze „chorej władzy”? Po co patrzeć, jak jedni żerują na drugich, jak wzajemnie kopią pod sobą dołki? Żałosne, ale prawdziwe bywa oblicze polskiej edukacji przed-szkolnej i akademickiej.


Jak dobrze jest wyjść na świeże powietrze, gdzie nie ma już tych toksyn, atmosfery wzajemnej zawiści, nieufności i wyścigu o głaski szefa, byle tylko mieć jeszcze nadzieję, że jutro, a może pojutrze będzie lepiej. Już nie musisz udawać, że jesteś kimś innym, by nie zostało to wykorzystane przeciwko Tobie. Jak dobrze jest już nie słuchać jego hipokryzji, propagandy sukcesu, kiedy wszystko wokół się wali. Lepiej jest być wśród ludzi i pracować u tych (a nie dla tych), którzy to docenią. Nareszcie możesz zachować swoją godność i wolność. Opór pedagoga wobec fałszu i zła staje się przejawem prawości jego sumienia. Nie żałuj róż, gdy płonie las…

środa, 21 września 2011

Wyższe szkoły (dla) klanów

Wyższe szkoły prywatne nie są szkołami dla młodych, zdolnych, którzy chcieliby dalej się w nich rozwijać, gdyż nie mają one nic wspólnego z uczelniami akademickimi. Zdecydowana większość tych szkół ma charakter zawodowy, a więc jej założyciel i kadry nauczycielskie skoncentrowane są tylko i wyłącznie na przygotowywaniu do przyszłego zawodu edukowanych w ramach danego kierunku studiów specjalistów. Jeśli zatem ktoś myśli o tym, by podejmować w nich zatrudnię, bo znajdzie w nich środowisko naukowo-badawcze, dzięki któremu będzie mógł rozwijać swoje pasje poznawcze, to jest w błędzie. Założyciele, a więc właściciele tych szkół, nie są tym absolutnie zainteresowani, gdyż proces kształcenia kadr akademickich jest bardzo kosztowny. Wymaga nie tylko pozyskiwania środków na badania naukowe (krajowe i międzynarodowe), ale także na badania własne, które są związane z przygotowywaniem prac awansowych na stopień naukowy doktora czy dalej – doktora habilitowanego i profesora.

Tworzone w wyższych szkołach prywatnych struktury o nazwach tożsamych z uniwersyteckimi, jak wydział, instytut, katedra czy zakład są rozwiązaniem strukturalnym, organizacyjnym, który ma sprzyjać nadzorowaniu kadr odpowiedzialnych za prowadzenie zajęć dydaktycznych ze studentami. Jeśli mają w nich miejsce zebrania czy spotkania o charakterze badawczym, to głównie w takim zakresie, w jakim założyciel szkoły zmusza swoich pracowników do pisania kolejnych projektów na granty marszałkowskie czy krajowe, dzięki którym pozyska z budżetu państwa (samorządu) dodatkowe środki na utrzymanie szkoły. Wyniki tych prac służą marketingowi do reklamowania jej dokonań, zaś beneficjentami tych projektów są ich adresaci, a więc w przypadku kierunków nauczycielskich czy pedagogicznych dotyczy to pracowników oświaty szkolnej i pozaszkolnej. Pośrednio korzystają z tego studenci szkoły, których wykorzystuje się do realizacji niektórych zadań, często pod pozorem zbieżności zadań z programem i wymogami studiów (a w istocie są tu bezpłatną siłą roboczą).

Wyższe szkoły prywatne są głównie szkołami dla swoich, a więc dla osób powiązanych z założycielem i ewentualnie władzami. Obowiązują tu powiązania rodzinne bądź w inny sposób pozyskanego założyciela (donosicielstwo, lojalność, usłużność itp.), dla którego pozostaje się w roli wiecznych czeladników, którzy za marne pieniądze mają dla niego wykonywać większość pracy. Musza przy tym bardzo uważać, by nie narazić się na jego gniew. Nic dziwnego, że niektóre szkoły od środka przypominają sposób funkcjonowania wojskowej „fali”, gdzie „kot” nie ma żadnych praw i może tylko marzyć, że jeśli tylko cierpliwie będzie znosił swój los, pokornie donosił i schlebiał patronowi, to może pozwoli mu on na coś więcej, a nawet doceni jakimś awansem organizacyjnym. Niech jednak nie myśli, że ów awans będzie cokolwiek znaczył.

W takiej strukturze jest się marionetką pociąganą za linki „chcenia” lub „niechcenia” założyciela szkoły, który z biegiem przesuwanych przez siebie granic ingerencji w życie pracownika zaczyna rozstrzygać o tym, czy powinien mieszkać ze swoimi rodzicami, czy może się usamodzielnić (najlepiej wziąć kredyt, bo wtedy jest się zależnym od niego jako pracodawcy), myśleć o własnym rozwoju naukowym czy o sposobie spędzania czasu wolnego. Poświęcenie dla niego powinno być przez 24 godziny na dobę wraz z pełną dyspozycyjnością, a każda porażka musi być godnie przyjęta nawet, jeśli sam założyciel jest jej głównym sprawcą. W takiej strukturze walka konkurencyjna o względy patrona jest ważniejsza, niż troska o cele instytucji i sposoby ich realizowania. One przestają być ważne. W końcu uruchomiony mechanizm jakoś się będzie toczył, kręcił. Tu nie ma ludzi niezastąpionych, nie mogą być liderzy, gdyż tym samym pozbawialiby założyciela poczucia bezwzględnej własności i dominacji.

Sprawa wydaje się prosta. Jeżeli ktoś jest w układzie, zostaje i ma możliwość kontynuowania swojej pracy, nawet jeśli ma problemy ze spojrzeniem sobie rano w lustro. W końcu może je zdjąć lub się samemu sobie nie przyglądać. Jak nie jest się w układzie – to trzeba się do niego jakoś wkupić. Powiązania rodzinne między zatrudnianymi pracownikami służą założycielowi takiej szkoły-firmy do manipulowania nimi, bo można uzależniać ich lojalność od spełniania określonych roszczeń. Szantaż i uzależnienie stają się tu czymś naturalnym, z czym trzeba nauczyć się żyć, jeśli chce się utrzymać miejsce pracy.

Co ciekawe, założyciele szkół prywatnych mimo określonych ustawami prawami pracowniczymi wprowadzają takie regulaminy organizacyjne i płac, żeby pracownicy nie mogli zorientować się, co jest de facto podstawą ich wynagrodzenia i od czego zależy jego wzrost lub spadek. Najlepszym tego przykładem jest przekroczenie przez nauczyciela akademickiego rocznej podstawy wymiaru składek na ubezpieczenie emerytalne i rentowe, wskutek czego ulega zmianie podstawa ich naliczania. O ile w uczelniach publicznych dział płac informuje każdego nauczyciela akademickiego o tym, że zostały dokonane nadpłaty i w związku z tym zostaną one jemu wypłacone, o tyle w wyższych szkołach prywatnych rzadko zdarza się, by takie nie tylko informacje były przekazywane pracownikom, ale też by następował zwrot przysługujących im nadpłaconych składek. W szkolnictwie publicznym jego władze troszczą się o to, by pracownicy administracji i nauczyciele akademiccy otrzymywali wszystko to, co jest ustalone normami prawa, a także co jest wypracowywane w ramach własnej działalności zarobkowej (np. premie), nad czym także czuwają związki zawodowe.

W szkolnictwie prywatnym nikt z pracowników nie ma wglądu w sferę jego finansowania, jeżeli nie działają w nim związki zawodowe (a nie działają), gdyż jednym zyski służą do utrzymania, inwestowania, rozwijania i podnoszenia poziomu szkoły, a innym w głównej mierze do konsumowania zysków dla siebie i swoich znajomych. Wykorzystują dobrą koniunkturę tak długo, jak tylko się da, gdyż nie ponoszą żadnej odpowiedzialności za nietrafne decyzje w zakresie zarządzania, spadek poziomu kształcenia czy bankructwo.

Są jednak, choć nieliczne, niepubliczne szkoły akademickie, których założyciele od samego początku podjęli działania na rzecz spełnienia w nich najwyższych standardów akademickich, gdyż tylko w ten sposób mogły one dołączyć do prestiżowych uczelni publicznych i konkurować z nimi nie tylko o studentów, ale także o realizację najbardziej wartościowych projektów naukowo-badawczych. Jedyną uczelnią najwyższej rangi, w której prowadzony jest kierunek pedagogika, okazała się Dolnośląska Szkoła Wyższa we Wrocławiu. Tu młodzi pracownicy naukowi spotykają się ze swoimi mistrzami, profesorami i uczestniczą w prawdziwej nauce, dzieląc się jej wynikami ze studiującymi. Oby takich szkół przybywało, chociaż będzie coraz trudniej.

Dobrze jest jednak wiedzieć, że oprócz nich istnieją bardzo dobre wyższe szkoły prywatne, zorientowane tylko i wyłącznie na kształcenie profesjonalistów na studiach I stopnia, a więc uczelnie kształcące na poziomie licencjackim. Ich założyciele nie oszukują swoich klientów czymś, co nie miałoby mieć w nich miejsca. Tylko pozyskują jak najlepszą kadrę akademicką, wysokiej klasy specjalistów, by przygotowywać młodych ludzi do wejścia na rynek pracy z jak najwyższymi kwalifikacjami. Zawsze można je potem podwyższać i poszerzać w uczelniach publicznych – uniwersytetach czy akademiach lub w najlepszych wyższych szkołach prywatnych, które oferują studia II i III stopnia.

Od nowego roku akademickiego wszystkie szkoły wyższe są zobowiązane do prowadzenia badań losów swoich absolwentów. Ciekawe, jaka będzie ich metodologia, porównywalność i jawność uzyskanych danych.

wtorek, 20 września 2011

Wybory do KNP PAN rodzą pytania i poszukiwanie na nie odpowiedzi

Komisja Wyborcza Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN zwróciła się kilka miesięcy temu do władz uczelni publicznych i niepublicznych o przekazanie informacji, którzy z zatrudnionych w nich doktorów habilitowanych i profesorów są pedagogami, żeby można było uwzględnić ich na liście wyborców do tego społecznego w akademickim środowisku gremium. Wybory do KNP PAN nie mają tej mocy przyciągania, co wybory do Sejmu, gdyż nie skutkują ani etatami, ani jakimikolwiek gratyfikacjami finansowymi. Jak stwierdza się w Regulaminie wyborów:

Wszyscy wyborcy zostają zaproszeni do zgłoszenia swoich kandydatur na członka komitetu. W przypadku wyrażenia woli kandydowania, składają oni pisemną zgodę i zapewnienie swojej aktywnej pracy w komitecie.

Wyłonienie komitetu naukowego stwarza możliwość zainteresowanym społecznego zaangażowania na rzecz pedagogicznego środowiska akademickiego, co zostało odnotowane na stronie KNP PAN:

Komitet Nauk Pedagogicznych jest samorządną reprezentacją nauk pedagogicznych, służącą integrowaniu uczonych z całego kraju, wchodzącą w strukturę PAN. Komitet został powołany w 1953 r. W skład KNP wchodzą profesorowie pedagogiki wybierani przez właściwe środowiska naukowe oraz członkowie Akademii. Do zadań komitetu należy w szczególności:

*analizowanie i ocena rozwoju nauk pedagogicznych,

*rozważanie istotnych problemów pedagogiki,

*organizowanie sesji i konferencji naukowych oraz upowszechnianie wyników badań naukowych,

*inicjowanie i rozwijanie współpracy z zagranicznymi organizacjami i ośrodkami naukowymi,

*przeprowadzanie ocen stanu i potrzeb nauk pedagogicznych oraz instytucji naukowych, z ich własnej inicjatywy lub na wniosek nadzorujących te instytucje,

*przygotowywanie ekspertyz naukowych. diagnozowanie stanu oświaty,

*kształcenie kadr w dziedzinie pedagogiki,

*ocenianie poczynań reformatorskich w systemie edukacji narodowej,

*opracowywanie nowych koncepcji i propozycji rozwiązań modelowych dotyczących oświaty, kształcenia i doskonalenia kadr naukowych w dziedzinie pedagogiki oraz kształcenia nauczycieli
.

KNP od 13 lat organizuje Letnie Szkoły Młodych Pedagogów, zaś jego członkowie uczestniczą jako eksperci w zespołach doradczych MEN dla projektowania i wdrażania reform oświatowych. Wydaje publikacje książkowe oraz własne czasopisma: ”Rocznik Pedagogiczny” i “Studia Pedagogiczne”. Przew. KNP w l.1953-1973 był prof. B. Suchodolski, 1974-1984 – prof. W. Okoń, 1984-1993 prof. H. Muszyński, 1993-2007 prof. T. Lewowicki, zaś od 2007 Stefan M. Kwiatkowski. (http://www.knped.pan.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=59&Itemid=44)


Władze Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej stworzyły Komisji Wyborczej bardzo dobre warunki do przeprowadzenia wyborów. Jak pisałem już o tym wcześniej, z braku środków w PAN, pokryły koszty korespondencji z uczelniami i zarejestrowanymi na podstawie pism władz szkół wyższych potencjalnymi kandydatami do Komitetu. Potencjalnymi, gdyż zostaną takimi uznanymi dopiero po przesłaniu przez nich deklaracji, że wyrażają zgodę na wybór do KNP PAN.

Na stronie internetowej APS http://www.aps.edu.pl/ zaprasza się wszystkich samodzielnych pracowników naukowych w dyscyplinie pedagogika do wzięcia udziału w wyborach do Komitetu nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk. Zamieszczono też listę osób uprawnionych do wyborów do Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN, prosząc zarazem, by wszelkie uwagi kierować pod numer tel. 22 589 36 26 lub e-mail: bnowak@aps.edu.pl.

Apelujemy o zgłaszanie uwag, gdyż z przekazywanych drogą elektroniczną i telefonicznie spostrzeżeń naszych Koleżanek i Kolegów wynika bardzo wiele błędów, które pojawiły się na opublikowanej Liście Wyborców nie z winy pracowników APS w Warszawie czy Komisji Wyborczej, tylko samych zainteresowanych albo pracowników administracji przygotowujących wykaz profesorów z danej uczelni.

Wykaz listy wyborców obejmuje 581 osób, w tym 300 stanowią osoby ze stopniem doktora habilitowanego i 281 z odnotowanym przy ich nazwisku tytułem naukowym profesora. Jak się okazuje, aż 65 wyborcom - spośród tej drugiej grupy - ktoś podwyższył status naukowy z doktora habilitowanego na profesora mimo, iż nie posiadają tego tytułu. Piętnaście osób w ogóle nie powinno znaleźć się na tej liście, gdyż nie są pedagogami (także w świetle ich dorobku naukowego), a w wielu przypadkach zamiast nazwy uczelni, w której są zatrudnieni, zostało odnotowane - „brak danych”. Tych danych nie ma też w bazie MNiSW. Komisja Wyborcza nie miała zatem łatwego zadania.

Nie wiemy, z jakiego powodu władze – szczególnie niepublicznych szkół wyższych - przekazały Komisji Wyborczej na listę kandydatów osoby, które nie spełniają podstawowego warunku, a mianowicie nie są doktorami habilitowanymi czy profesorami z dyscypliny pedagogika? Czy byłoby możliwe, żeby pedagodzy zostali zgłoszeni na listy wyborcze do Komitetu nauk Psychologicznych lub Socjologicznych PAN? Regulamin wyborów określa to jednoznacznie:

Czynne prawo wyborcze przysługuje pracownikom naukowym danej dyscypliny, lub
grupy dyscyplin objętych zakresem działania komitetu, posiadającym tytuł profesora lub stopień doktora habilitowanego.


Nie dotyczy to rzecz jasna emerytowanych profesorów czy doktorów habilitowanych, którzy już nie są zatrudnieni, ale mają pełne prawo do kandydowania do KNP PAN. Natomiast 5 samodzielnych doktorów habilitowanych nie miało odnotowanego awansu na tytuł naukowy zapewne dlatego, że nastąpił on w ostatnim półroczu. Komisja Wyborcza nie mogła o tym wiedzieć.

Piszę o tym tylko i wyłącznie dlatego, że otrzymuję telefony i listy drogą elektroniczną z prośbą o interwencję. Niektórzy koledzy pytają, dlaczego pominięto ich nazwiska? Inni, czy brak danych przy nazwisku nie jest warunkiem do skreślenia z listy wyborczej, skoro na Karcie do Głosowania jest wymóg, by podać miejsce pracy kandydata? Jak to uczynić, skoro nie ma go w wykazie?

Osobiście, życzę wszystkim profesorom uczelnianym, by uzyskali tytuł naukowy profesora, gdyż w wielu dyscyplinach brakuje nam wsparcia kadrowego do recenzowania przewodów na tytuł naukowy czy opiniowania przygotowywanych do druku publikacji naukowych. Bardzo bym chciał, żeby profesorów tytularnych było jak najwięcej w naszej dyscyplinie, gdyż zwiększałoby to szanse do awansu kolejnych pokoleń badaczy.

I jeszcze jedna informacja. Jak określa to regulamin wyborów:

Członkowie PAN nie obciążają limitu wybieranych członków komitetu, tym samym nie musimy wskazywać na liście do głosowania tych profesorów pedagogiki, którzy są już członkami PAN, gdyż oni wchodzą w skład Komitetu Nauk Pedagogicznych poza wskazanym w regulaminie limitem. Dotyczy to profesorów: Czesława Kupisiewicza, Wincentego Okonia i Zbigniewa Kwiecińskiego.

Życzę też wszystkim tym, którzy kandydują, by spełniły się ich oczekiwania.

niedziela, 18 września 2011

Studia na pedagogice w Wieży Bubel


Absolwenci pedagogiki i kandydaci na pedagogikę mają już w całym kraju ten sam problem. Jeśli studiowali lub zamierzają studiować w wyższych szkołach prywatnych – bez względu na to, jaką mają przymiotnikową nazwę - jak wykazuje Raport ministra Michała Boniego pt. Młodzi – zasilają coraz liczniejszą grupę bezrobotnych. W grupie osób w wieku 25-29 lat , które mieszkają wraz z rodzicami, mamy w Polsce najwyższy odsetek osób bezrobotnych, bo wynoszący aż 60%. Liczba osób bezrobotnych poniżej 25 roku życia wyniosła w naszym kraju w tym roku pół miliona osób. Rząd Platformy Obywatelskiej nie mógł przedstawić i udokumentować lepiej katastrofy, do jakiej doprowadził swoją polityką, pozwalając na otwieranie kolejnych wyższych szkół prywatnych, by stawały się przechowalniami dla przyszłych - i tak - bezrobotnych. Oni jeszcze nie są odnotowywani w tych statystykach.

Jeszcze trzy lata temu, kiedy PO wraz z PSL zaczynała rządzenie, ponad 1/3 bezrobotnych, którzy nie ukończyli 27 lat, stanowili absolwenci wyższych szkół, w tym w przeważającej mierze szkół prywatnych. Dzisiaj jest ich o połowę więcej. Gra rynkowa jest twarda i nieubłagana. Skoro każdy ma sam zatroszczyć się o siebie, bo politycy dobrze zadbali o swoje interesy, to musi mieć świadomość konsekwencji, jakie z tym się wiążą. Ciekaw jestem, jak ci młodzi-dorośli będą głosować za dwa tygodnie?

Ci, co skończyli już studia w kiepskich szkółkach, tracą w konkurencji z tymi, którzy ukończyli ten kierunek w państwowym uniwersytecie czy w akademii (bez względu na ich przymiotnikową czy ogólną nazwę). Ci drudzy zaś, którzy zamierzają ulokować swoje nadzieje na lepsze „jutro”, jeśli kierują swoje kroki do małych, działających od zaledwie kilku lat wyższych szkół prywatnych czy prowadzących ten kierunek kształcenia od roku czy dwóch lat, nie zdają sobie sprawy z tego, jak nietrafna będzie ich inwestycja. Chyba, że chcą w trakcie tych studiów być bezrobotnymi, czyli nieuczącymi się, traktującymi je jak hipermarket, po którym można przechadzać się godzinami lub obiec wszystkie ścieżki między regałami, zastanawiając się, co jeszcze wrzucić do koszyka konsumpcyjnych pragnień. W takich szkołach pierwsze pytania będą brzmiały: ile może być nieobecności w czasie zajęć? Co mogą mi zaliczyć z innej szkoły? Czy muszę chodzić na wszystkie zajęcia i dlaczego trwają one tak długo?

To są odwieczne dylematy, gdzie studiować? Czy wybrać jakąś szkołę prywatną we własnym mieście, gdzie nie zostaliśmy przyjęci na uniwersytet czy do akademii na bezpłatne studia? Czy może, skoro już trzeba za te studia zapłacić, szukać ich w uczelniach publicznych na studiach niestacjonarnych? Czy może jednak we własnym mieście lub regionie jest wyższa szkoła prywatna z kilkunastoletnią tradycją i świetną kadrą, a więc uzyskany w niej dyplom nie przyniesie nam na rynku pracy wstydu? Dzisiaj pracodawcy już pytają: Co pani/pan potrafi? Jakie ma pomysły na realizację siebie w danej roli zawodowej? Gdzie pani czy pan studiował? Kto kierował dana uczelnią czy wydziałem pedagogicznym? Z kim miała pani/pan zajęcia? Co robiła pani/pan w trakcie studiów/ Jakie ma doświadczenia praktyczne, zawodowe, wolontariackie czy badawcze? Czesne, książki, wynajęcie mieszkania, dojazdy to wszystko są koszty, które albo trzeba, albo warto ponieść, by studiować w jak najlepszej uczelni.

Za dwa tygodnie kończy się do nich rekrutacja. To, co ich założyciele i marketingowcy prezentują na stronach internetowych, niewiele może mieć wspólnego z rzeczywistością. W wielu przypadkach są to już tylko wycinki z przeszłości, karty zamkniętej historii, bo nie spotkacie już w tych szkołach ani tych profesorów, ani doktorów, ani też atrakcyjnych zajęć, które kreowane są tak samo, jak czynią to bankowcy, kiedy chcą nam wcisnąć kiepski produkt. Pytajcie zatem o to, kto tak naprawdę będzie w tej szkole pracował od nowego roku akademickiego? Zobaczcie w internecie - kim jest rektor, prorektor, dziekan czy prodziekan wydziału lub instytutu, w którym prowadzony jest kierunek waszych studiów? Przepustką do pozyskania miejsca pracy nie będzie już dyplom licencjacki czy magisterski jakiejkolwiek szkoły wyższej.

Byle jaka kadra nie zapewni studiującym kwalifikacji, które powinny wyrażać się określoną wiedzą i umiejętnościami, bo od wypalonej zapałki ognisko się nie rozpali, tym bardziej, kiedy podejmuje się studia na odległość. Zamiast trafić do Wieży Babel, możecie w październiku ocknąć się w Wieży Bubel. Jak pisze w swoim blogu „Belfer”:

Firma edukacyjna (pod nazwą wyższa szkoła) mająca uprawnienia do nadawania tytułu magistra, w której miałem dodatkowe zajęcia z drugim stopniem (magisterki), od maja zalega mi z wypłatą. Nie tylko mi, ale wszystkim, którzy zgodzili się tam pracować. Ponoć mają zapaść finansową, księgowej nie ma, rektora nie ma, nikogo nie ma- jak się dzwoni. Już nie mam sił upominać się o swoje. (http://okiembelfra.blogspot.com)

Belfer odsłania w swoim blogu wiele patologicznych sytuacji, jakie mają w tzw. wsp, uczulając na sytuacje, które czynią spustoszenie w życiu młodego człowieka. Wydawałoby się, ze trafił do szkoły wyższej, a tu przeżywa sytuacje, które są kulturowo i akademicko niższe. Oto fragment z wpisu tego Blogera z dn. 18 lipca br.:
Przytacza sprawę, jaką opowiadała mu znajoma, z którą miałem kontakt zawodowy przez około 15 lat:

Ma ona dziecko na studiach pedagogicznych, studiach płatnych, zaocznych. Otóż to jej dziecko zdaje rewelacyjnie egzaminy, ma dobre stopnie i lubi studia. Ale to wszystko do czasu. Otóż trafiła na pewnego nauczyciela akademickiego, młodego, gwiazdę na tej uczelni. Ma wysokie notowania, bo i jego mentor i opiekun pracy doktorskiej zajmuje wysokie stanowisko na tej uczelni, to tej osoby pierwszy doktorant, nawet dostał jakaś nagrodę- więc jest show.

No i dziecko tej znajomej trafiła na tą gwiazdę. I zaczęły się problemy, kiedy młody pracownik naukowy, zażyczył sobie pracę kontrolną od grupy. Wszyscy dali, znajomej dziecko również i ….. ta praca nie została oceniona pozytywnie. Więc padło pytanie: co mam zrobić, aby pracę zaliczyć? Młody doktor sformułował oględnie wymagania, ale generalnie chodziło o to, że wszyscy którzy pisali u niego te prace i dostali zaliczenie, w swoich pracach cytowali naszą uczelniana gwiazdę, a dziecko mojej znajomej nie cytowało.
I się zawzięło, nie będę cytować!

Odpowiedzi na maile zawierały zwroty powszechnie uważane za obraźliwe (np. dotyczące koloru włosów), plus inne epitety. Cztery złożone prace (dodatkowo) nie pasowały młodemu naukowcowi, ale dopuścił do egzaminu, który zaliczono z pozytywnym wynikiem.
Niemniej piąta próba też nie zaliczona została, więc młoda gwiazda uczelni oznajmiła, że w takim razie „kasuje pozytywną ocenę z egzaminu” i nie zalicza semestru.

No to poszły skargi na „gwiazdę” do rektora i dziekana.
Dziekanat nie chciał tych skarg przyjąć, bo to przecież nasz „najlepszy” wykładowca, dobrze że dziecko mojej znajomej było z ojcem, który po pół godzinie wymusił przyjęcie skargi. Panie w dziekanacie to rodzina pracowników uczelni- to taki standard w pewnego typu uczelniach.

Jak się sprawa potoczy?
Znajoma nastawia się, że jeżeli przeniesie dziecko do innej szkoły, to skieruje skargę do Ministerstwa i gdzie tylko się da.
Maile od „tej uczelnianej gwiazdy” do dziecka znajomych są poniżej wszelkiej krytyki, język niegodny człowieka wykształconego. Ponoć u tej osoby to standard.
Ale mentor, ale nagroda, ale opinia- to jest to, co w tej uczelni stawia się wyżej, nad opinię czy odczucia studentów.