niedziela, 20 września 2020

Bezobjawowa decentralizacja polskiego szkolnictwa, czyli kto podtrzymuje mit o decentralizacji

 

Dodaj podpis

Bardzo trudno jest przekonać zachodnich uczonych, że nie możemy dokonywać badań porównawczych między ustrojami szkolnymi, skoro są one osadzone w znacząco odmiennych strukturach politycznej determinacji. Znacznie wcześniejszymi od Anny Zalewskiej destruktorami polskiego szkolnictwa byli Mirosław Handke oraz premier Jerzy Buzek, bowiem załatwili sobie, swoim partyjnym kolesiom rozwiązania pozwalające na czerpanie korzyści z upozorowania decentralizacji polskiej oświaty.

Niestety, rzekomi badacze ze stopniami naukowymi przez lata utrzymywali, a inni bezmyślnie za nimi to powtarzają, że w Polsce mamy decentralizację oświaty. Tymczasem ustrój szkolny wcale nie jest zdecentralizowany, a szkoły i przedszkola nie są autonomicznymi podmiotami, w których profesjonalnie przygotowani do zawodu nauczyciele mogliby realizować podstawy programowe kształcenia ogólnego. 

Nie ma decentralizacji, gdyż nadal mamy w Polsce system centralistyczny, o czym wie każdy nauczyciel i dyrektor szkoły. Natomiast nie wie i nie rozumie istoty zakorzenionego od lat fałszu opinia publiczna. W micie decentralizacji utrzymywani są także studenci kierunków nauczycielskich i pedagogicznych przez tych nauczycieli akademickich, którym nie chce się refleksyjnie, naukowo, w trosce o prawdę dociekać istoty rzeczy. 

W 2012 r. ukazała się publikacja prof. UW Jana Herczyńskiego, która wyrządziła więcej zła, niż dobra (Decentralizacja oświaty polskiej: stan obecny i wyzwania na przyszłość, 2012). Autor bowiem nie zadał sobie trudu, by dokonać rzetelnej analizy politycznej systemu oświatowego. Nic dziwnego, że wypisuje bzdury, które dobrze służą już od ponad dwudziestu lat kolejnym szefom resortu edukacji i nominujących je na to stanowisko partii władzy.

Dla J. Herczyńskiego dowodem na decentralizację są następujące wydarzenia polityczne: 

1993 – dobrowolne przejęcie szkół podstawowych przez gminy

1996 – obligatoryjne przejęcie szkół podstawowych

1999 – przejęcie szkół ponadpodstawowych i ponadgimnazjalnych przez powiaty

2000 – wprowadzenie obecnego algorytmu podziału subwencji. 

Profesor UW nie rozumie, że tak wygodne dla centralizmu rozwiązania, które mają połowiczny charakter, de facto nie decentralizują tego, co jest kluczowe dla procesu kształcenia i wychowywania młodych pokoleń. Nie wystarczy bowiem przekazać placówek państwowych w zarządzanie samorządów terytorialnych, skoro i tak wszystkie regulacje ich dotyczące są nadal w rękach centralnej władzy partii politycznej. 

Nie rozumie tego naukowiec z tak znakomitego uniwersytetu? Czy może z innych powodów było mu na rękę sprzyjanie temu, by nie pisać, że do decentralizacji de facto nie doszło? To, że nie doszło, nie ma wątpliwości. Kiedy nauka służy polityce, a raczej politykom, to uczestniczy w zakłamywaniu rzeczywistości, a co gorsza utrwala fałszywe przeświadczenie o czymś, czego w istocie nie ma.    

W czasie piątkowej konferencji UMK w Toruniu nawet prof. Zbigniew Kwieciński - po moim referacie - jakże trafnie przypomniał wszystkim uczestnikom naukową - a nie propagandową w stylu powyższego autora - wykładnię tego, na czym polega destrukcyjny związek między nauką a władzą polityczną. Przywołał rozprawy z lat 30. XX w. (sic!) prof. Kazimierza Sośnickiego i prof. Sergiusza Hessena.  Czytajcie drodzy studenci, nauczyciele i dyrektorzy publicznych placówek oświatowych naukowe, a nie pseudonaukowe, propagandowe analizy polityki oświatowej w Polsce. 

Gdyby polski system szkolny był zdecentralizowany, to nie miałaby w nim miejsca dwuwładza, schizoidalność zarządzania w modelu TOP-DOWN, z góry  - na dół. Tymczasem tak jednostki samorządu terytorialnego, jak i wszystkie placówki publiczne są całkowicie uzależnione od partyjnych interesów i decyzji rządu, od ustalanych przez większość parlamentarną (tożsamą z partią władzy i jej "ogonkami", którym czasami "troszeczkę zrywa beretkę" - cyt. za J. Brudzińskim). Dyrektorzy przedszkoli i szkół wcale nie mają autonomii, a tym bardziej zatrudniani przez nich nauczyciele! 

Schizoidalne władza oświatowe (odrębny organ prowadzący placówki i odrębny - a najczęściej kontestowany przez JST - nadzór pedagogiczny) nie podlegają żadnej kontroli społecznej, a zatem mogą autorytarnie (co zresztą czynią) rozstrzygać o tym, jak mają funkcjonować powyższe placówki, w co mogą być wyposażone, kogo mogą zatrudniać i jak opłacać, w jaki sposób ma być realizowany program kształcenia i wychowania, kto może a kto nie w nim partycypować, jak ma wyglądać organizacja roku szkolnego itp., itd.  

Tymczasem prof. J. Herczyński wypisywał w 2012 r. bzdury na temt rzekomych sukcesów polskiej decentralizacji, o czym mają świadczyć: inwestycje w szkoły, stabilność finansowania, reforma gimnazjalna, wyniki PISA, autonomia organów prowadzących, cywilizacyjny postęp stanu i wyposażenia szkół (nieprzeciekające dachy, działające toalety, suche i czyste pomieszczenia, szczelne okna), skokowy postęp wyposażenia szkół (np. komputery). 

Okres zamknięcia szkół i przedszkoli wiosną tego roku unaocznił brak powyższych sukcesów i skutki braku decentralizacji. Po 30 latach transformacji ustrojowej Polska oświata nie wyszła ze stanu demokracji nieskonsolidowanej. Cechuje ją niski poziom strukturalnej integracji, niewielki zakres uzgodnień normatywnych i traktowanie ustroju szkolnego jako środka do realizacji interesów dominującej w danym okresie partii władzy politycznej. Nie powstały mechanizmy i formy kontroli społecznej. Nie ma rad szkolnych, nie ma terenowych rad oświatowych i Rady Edukacji Narodowej, nie istnie Samorząd Zawodowy Nauczycieli. 



To, co ma miejsce w Sejmowej Komisji Edukacji nadaje się na kabaret, ale nie na poważne podejście do oświaty i wyraz rzeczywistej troski o młode pokolenia i ich nauczycielskie kadry. Jak przeczytałem stenogram z posiedzenia tej Komisji w dn. 18 sierpnia br., to nie mogłem uwierzyć w to, że była ministrzyca Platformy Obywatelskiej nie wyciągnęła wniosków i niczego się nie nauczyła po klęskach wyborczych swojej formacji. 

Krytykując pseudooświatową politykę PiS w wydaniu Dariusza Piontkowskiego była ministrzyca mówiła m.in.: 

Szkoły nie były przygotowane do takiego sposobu prowadzenia zajęć, nie tylko od strony merytorycznej, bo z tą stroną nauczyciele dość szybko sobie poradzili, lecz przede wszystkim chodziło o stronę techniczną – dostęp do sprzętu, zorganizowanie tego w taki sposób, aby każdy uczeń miał szansę uczestniczenia w zdalnym nauczaniu.

Ile milionów wydano z budżetu państwa na wyposażenie szkół publicznych w latach 2007-2015? Ile środków wydatkowano na tzw. szkołę cyfrową? Już zapomniała o działaniach przestępczych w ramach tych programów z udziałem pracowników Centralnego Ośrodka Doskonalenia Nauczycieli?  

Jeszcze lepiej od niej kłamał minister edukacji D. Piontkowski, który przywołując ostatnią edycję międzynarodowego pomiaru osiągnięć szkolnych piętnastolatków (PISA) stwierdził z charakterystyczną dla siebie bufonadą: 

Przedstawię trochę danych dotyczących tego, jak wygląda dostęp do sprzętu, do komputerów i internetu w Polsce. Mamy różne dane w obiegu publicznym. Międzynarodowe dane przygotowane przez OECD przy okazji badań PISA wskazują na możliwość dostępu do komputera przez uczniów. Proszę zauważyć słupek, który wskazuje, że Polska jest jednym z najbardziej dostępnych internetowo i komputerowo państw w Europie i na świecie. Naprawdę nie musimy się wstydzić.    

Wstydzić się powinien mówiący to minister edukacji, bowiem badania PISA nie są wiarygodnym źródłem dla głoszenia takich tez (bzdetów). Po pierwsze, uczestniczy w pomiarze PISA ok. 5 tys. losowo wybranych uczniów tylko w tej grupie wiekowej (nic nie wiemy na temat ich zasobów materialnych i wyposażenia w domu w sprzęt komputerowy), a po drugie, niektórzy kuratorzy oświaty wraz z dyrektorami wylosowanych szkół zatroszczyli się o to, by ów rzekomo reprezentatywny dobór losowy został nieco "podkręcony" - jak ma to miejsce u niektórych sprzedawców używanych samochodów, którzy redukują liczbę przejechanych kilometrów. 



Zejdźmy wreszcie na ziemię, przestańmy okłamywać społeczeństwo, które utrzymuje ze swoich podatków takich ignorantów na resortowych stanowiskach wraz z ich urzędnikami. Poseł PiS Joachim Brudziński przyznał, że w istocie większościowa partia władzy w Sejmie, jaką jest Prawo i Sprawiedliwość - obsadza w instytucjach państwowych osoby do pełnienia funkcji, które niejednokrotnie przerastają ich możliwości, doświadczenie czy kompetencje. Nareszcie wypłynęła szczera prawda.