niedziela, 19 sierpnia 2012

Na koloniach fajnie jest



Minęła już połowa sierpnia. Powoli dobiegają końca kolonijne turnusy. Miałem tego lata możliwość zaobserwowania kolonijnego życia dwóch turnusów w jednym z ośrodków nadmorskich. Nie jest to zatem podstawą do jakichkolwiek uogólnień, a jedynie okazją do sformułowania kilku spostrzeżeń i refleksji. Oba kolonijne turnusy odbywały się nad polskim morzem, dzięki czemu nie było obaw, że dzieci nie zostaną na nie dowiezione i z powrotem odwiezione do miejsc zamieszkania, gdyż Polska to nie Egipt, a organizatorami kolonii nie było żadne z upadłych biur turystycznych.

W jednym ośrodku, usytuowanym w obskurnym budynku z lat głębokiego socjalizmu, nieestetycznym, brudnym, z małymi pokoikami dla dzieci, program zajęć był standardowy:

rano ok. 7.00 - pobudka
poranna toaleta

śniadanie 8.30-9.00

czas wolny : 9.00-10.00 (dzieci nudzą się w pokojach, niekoniecznie własnych)

I wersja - piękna pogoda:

Wyjście na plażę - czas wolny. Nikt niczego dzieciom nie organizuje. Jak, niestety, niektóre chcą się kąpać w morzu, to łaskawie ratownik czy wychowawca stanie na brzegu i będzie je dozorował. Żadnych jednak zabaw w wodzie czy nauki pływania dla tych, które jeszcze tego nie potrafią, nikt nawet nie ośmiela się zorganizować, bo i po co się przemęczać? Ratownik jest od tego, by mógł pokazać swoje gładkie i umięśnione ciało (cyt. za blogiem prof. Jana Hartmana) oraz podrywać nieco młodsze od siebie dziewczyny.

Pozostałe dzieci leżą bezmyślnie na kocach. Młodsze bawią się w piasku i piaskiem. Średnie wiekowo - grają w karty, większość gra na telefonie komórkowym, jeszcze inne popalają pod kocem fajki, a starszaki interesują się swoją i cudzą cielesnością, a nawet seksualnością. Wychowawcy kolonijni w tym czasie siedzą na odrębnym kocyku i flirtują ze sobą. W końcu są młodzi i też się nudzą z dala od domu. Zapewne kończyli e-kursy dla wychowawców kolonijnych, więc lubią trzymać się z podopiecznymi na dystans.

II wersja - na brzydką pogodę, tzn. taką, że lekko mży lub jest pochmurno i nie można pozbyć się dzieci wyjściem z nimi na plażę:

Czas wolny. Dzieci mogą snuć się ulicami nadmorskiego kurortu, gdzie rozstawione jest najgorsze badziewie, chińszczyzna - zabawki śmierdzące, prymitywne, jakieś gadżety, tandetne souveniry i namioty z tanią odzieżą czy bublowatymi książkami, które zalegały w hurtowniach, bo nikt nie chciał ich kupować. A tu, dzieci z nudów przejdą się wzdłuż straganów i wszystko kupią. Dziewczynki zamówią sobie za 5 zł uplecenie im kolorowego warkoczyka (przy czterech - piąty będzie za darmo), a chłopcy kupią sobie gumki lub ktoś im rozda za darmo. Nikt ich do spędzania tego czasu w mieście nie przygotowuje, nie rozmawia z nimi, poza wcześniejszymi ostrzeżeniami i zasadami, dokąd wolno im iść (jak daleko) i na jak długo.

Nikt nie zorganizuje tym dzieciom chociażby jakiejś gry terenowej. Bo i po co? Panie wychowawczynie wyskoczą sobie w tym czasie do kawierenki, panowie - wychowawcy na podryw lub jak dzieci znużeni będą łazić uliczkami ociekającymi starym, wysmażonym olejem w pobliżu stoisk z frytkami czy goframi. Nikogo los wychowanków nie interesuje. Chyba, że któreś dziecko nie ma kieszonkowego i boi się samo chodzić po mieścinie, to wówczas wychowawczyni się takim zaopiekuje, tzn. weźmie je ze sobą. Koloniści mają zatem programowe zajęcia: "czas wolny". Starszaki, tzw. młodzież, wymykają się do swoich pokoików, by dalej wzajemnie postudiować swoją cielesność, skoro tyle jest o niej w internecie i w reklamach.

O godz. 13.00 jest obiad. Przy stołach słychać głośne rozmowy podekscytowanych dzieciaków. W końcu miały wolność (czas wolny), a więc jest o czym opowiadać, co porównywać. Od czasu do czasu słychać wrzask jednej z wychowawczyń: "CISZAAAAAA! Zamknąć mordy jak siedzicie przy stole!" Tej pani pewnie przeszkadza to, co czyni młodzież, a co jej przeszkadza w rozmowie z koleżankami czy kolegami wychowawcami. Oni przecież mają swój odrębny stolik, a dzieciaki są zbyt głośno.

Po obiedzie nareszcie jest dla wychowawców wymarzona "cisza poobiednia", czyli dla dzieci i młodzieży - "czas wolny". Ten ma im kojarzyć się z odpoczynkiem, relaksem, więc niektórzy w parach kontynuują studia swojej cielesność i wydolności bytowej. Wychowawcy w tym czasie też, przynajmniej niektórzy. Nikt nie wie, gdzie są, bo ich pokoiki są zamknięte. Po co dzieciom na kolonii wiedza o tym, co zrobić z czasem wolnym? Niech same sobie go zorganizują i wypełniają.

Brama od ośrodka jest non stop otwarta. Każdy może wejść na ten teren i wyjść niezauważonym, kiedy tylko chce. Nikt tego nie monitoruje, toteż i nikt nie wie, czy koloniści są na pewno w budynku lub w jego pobliżu. Po co? Jest cisza poobiednia, a tej nikomu zagłuszać nie wolno.

Ok. godz. 15.30 dzieci mają podwieczorek i zajęcia popołudniowe, które polegają na tym, że jak jest brzydka pogoda, to mogą sobie pójść do miasteczka, bo już je dobrze poznały i wiedzą, jak trafić na kolonię z powrotem, a jak jest względnie dobra pogoda, to mogą iść na plażę (tu organizacja zajęć jest jak wyżej), albo któryś z wychowawców organizuje jakieś zajęcia, oczywiście najlepiej sportowe. Rzuca się chłopcom piłkę do nogi i pozwala im grać w nogę, a dziewczynkom daje się hula-hop, rakietki do badmintona lub organizuje zajęcia z ostatnio modnych znowu plecionek (filofun) czy malowania/rysowania.

Tak zleci czas do kolacji, która jest o godz. 18.00.

A po kolacji wychowawcy mają problem, bo dzieciaki się nudzą i spać jeszcze nie chcą w swoich pokojach i w swoich łóżkach. Coś by porobiły. Puszcza im się w świetlicy, czyli śmierdzącej zapachami po całodziennych posiłkach stołówce nagrania z jakąś muzyką, żeby sobie potańczyli. Przepraszam za słowo muzyka, bo to, co się im puszcza, jest niczym innym, jak "jednostajnym łomotaniem na bazie 4 akordów". Ważne, by sobie poskakali, wyszaleli się według własnych wzorów czy oczekiwań. Tańca ich też tu nikt nie nauczy, że nie wspomnę o elementach dobrego zachowania. Uczą się zatem od siebie.

Ok. 21.30 jest przygotowanie do ciszy nocnej, czyli wieczorna toaleta, a o 23.00 muszą już być w pokojach zgaszone światła. Nareszcie!!! - myślą sobie dzieciaki i ich wychowawcy. Jedni od drugich są uwolnieni. Teraz muszą sobie sami zorganizować czas nocnych wrażeń. Jedne dzieciaki będą jeszcze czytać, inne coś pisać, a inne poszukiwać dobrego towarzystwa.

Na koloniach fajnie jest. Tę monotonię, czyli wysoką atrakcyjność wolnoczasową przerywają całodniowe wycieczki do miast, gdzie są jakieś zamki lub muzea i 'czas wolny", dyskoteki oraz jakieś zawody sportowe. To koloniści lubią, bo jadąc autokarem można trochę poszaleć, pośpiewać lub odespać nieprzespaną noc. Nie ma gotowanego obiadu, gdyż dzieci otrzymują "suchy prowiant" na drogę. Jak wrócą na kolonię, to wieczorem czeka na nie obiado-kolacja. No i wreszcie następuje po wycieczce wspomniana już "cisza nocna", czyli "czas wolny".

Żal z takiej kolonii wyjeżdżać dzieciom i młodzieży. Zawarły tyle ciekawych znajomości, poznały trochę siebie, nowe koleżanki i kolegów. Mają tyle wspólnych wspomnień z minionych dni i "czasu wolnego"....