sobota, 3 grudnia 2016

Międzynarodowość konferencji międzynarodowych


W znakomitym filmie komediowym Stanisława Barei i Jacka Federowicza pt. "Poszukiwany, poszukiwana" jest jedna z kultowych już scen, w której "profesor" (w tej roli jest Mieczysław Czechowicz) tak tłumaczy się przed gosposią (gra ją Wojciech Pokora) z pędzenia bimbru:

"Ja pracuję nad doniosłym wynalazkiem! Chodzi o potwierdzenie procentu cukru w cukrze w zależności od podziemnego promieniowania na tym terenie. Bo na przykład w jednym sklepie na półkach po rocznym leżeniu cukier ma 80% cukru w cukrze, a w drugim sklepie ma 90% cukru w cukrze, a sacharyna to ma w ogóle 500% cukru w cukrze. A dzięki mojemu wynalazkowi dojdzie do tego, że w ogóle nie trzeba będzie sadzić buraków na cukier, tyle będzie cukru w cukrze."

Ten cytat doskonale oddaje dylemat, z jakim muszą zmierzyć się nauczyciele akademiccy, których osiągnięcia naukowe mierzone są parametryczną oceną. Władze jednostek akademickich słusznie oczekują od nich, że podając w wykazie udziału w konferencjach międzynarodowych przeprowadzą dowód dotyczący tego, ile międzynarodowości było w międzynarodowej konferencji.

Może bowiem być tak, że w tytule konferencji jest stwierdzenie o jej międzynarodowym charakterze: "Międzynarodowa konferencja...", albo "Międzynarodowe seminarium naukowe...", albo "Międzynarodowy kongres ...", ale w rzeczywistości obcokrajowców - bo o nasycenie nimi programu debat tu chodzi - było tyle, "co kot napłakał".

Jak to jednak sprawdzić? Byłem kilka dni temu na Konferencji Międzynarodowej, a w programie znalazło się kilkanaście osób z zagraniczną afiliacją. W sali obrad ich nie widziałem, w kuluarach z nimi nie rozmawiałem, bo podobno pojechali na zakupy, czy może organizator zorganizował im wycieczkę do stolicy itp. Czy zatem mam prawo napisać w swoim sprawozdaniu, że uczestniczyłem w konferencji międzynarodowej? Ile musi być cukru w cukrze? Ilu obcokrajowców musi być wśród obecnych w czasie obrad obcokrajowców, żebym mógł ze spokojem własnego sumienia odnotować ich międzynarodowy charakter?

Ktoś powołał się na jakiś ministerialny standard, jakoby o międzynarodowości konferencji miał świadczyć udział w niej co najmniej 30 proc. zagranicznych gości. Czy chodzi tu o udział czynny , czy może także lub wyłącznie bierny? A jak tymi zagranicznymi uczestnikami debaty są Polacy, którzy czasowo przebywają poza granicami kraju, to też mam ich liczyć jako zagranicznych gości?

Czy przysłowiowa "ilość cukru w cukrze" musi być zaznaczona w programie międzynarodowej konferencji czy też mam załączyć kopię "Listy obecności" pozyskaną z Biura Konferencji a poświadczoną podpisami osób, że istotnie przyjechały z innych krajów i zarejestrowały się na konferencji? Czy będzie to równoznaczne z tymi, którzy przyjechali, ale odsypiali w hotelu długą podróż, nie chciało im się referować, albo nikt ich nie słuchał, gdyż mówili w niszowym języku obcym?

Jak rozwiązać ten dylemat? Być może bardziej międzynarodowa jest ta konferencja, w której uczestniczy 3 zagranicznych, ale za to wybitnych naukowców, aniżeli ta z udziałem 30, ale będących początkującymi naukowcami czy studentami. Jak to rozstrzygać?

Czy mamy kierować się stosunkiem liczby osób z kraju, które są w programie, przyjechały i zreferowały swój temat do przybyłych obcokrajowców, także odnotowanych w programie konferencji, ale nie zabierających w trakcie jej trwania głosu? Czy dopiero od jednej trzeciej tych proporcji liczy się międzynarodowość, czy może wystarczy jedna czwarta zagranicznych gości?

Rozumiem i w pełni akceptuję troskę władz jednostek akademickich o to, by nauczyciele akademiccy nie "wciskali kitu" do swoich sprawozdań. Tylko jak to udowodnić, że tego "cukru w cukrze" było mniej lub tyle, ile trzeba?

piątek, 2 grudnia 2016

E(x)plory dla młodych badaczy


Fundacja Zaawansowanych Technologii jest organizatorem Konkursu Naukowego E(x)plory, który obejmuje różne projekty z fizyki, informatyki, chemii czy nauk przyrodniczych.

E(x)plory to niezwykły konkurs naukowy dla młodzieży w wieku 13-20 lat, w ramach którego można zgłaszać do 29 stycznia 2017 roku pomysły z różnych dziedzin naukowych. Udział w konkursie jest bezpłatny. Jego główną ideą jest wspieranie zdolnych, młodych naukowców w realizacji innowacyjnych projektów naukowych, a także docieranie do szerokiego grona odbiorców, promowanie kultury naukowej i wzbudzanie naukowej ciekawości świata.

W ten sposób Fundacja zamierza łamać stereotyp, że nauka jest nudna. Im lepiej będziemy popularyzować innowacyjne badania, rozwijać potencjał i pomysły młodych ludzi, tworzyć nowoczesne technologie, tym szybciej Polska zacznie ubiegać się o wyższy status w gronie państw innowacyjnych, a młodzi badacze i konstruktorzy uzyskają należne im uznanie i gratyfikacje.

Jak piszą pomysłodawcy i organizatorzy Konkursu:

E(x)plory to możliwość zdobycia nagród finansowych dla laureatów – nawet 10 000 zł, nagród rzeczowych dla nauczycieli i bonów edukacyjnych dla szkół. Najlepsi młodzi naukowcy będą reprezentowali Polskę na najbardziej prestiżowych zagranicznych konkursach naukowych dla młodzieży, między innymi w USA, Rumunii i Holandii. Uczestnicy Konkursu Naukowego E(x)plory mogą również wziąć udział w stażach badawczo-rozwojowych, które odbywają się w działach badawczo-rozwojowych firm technologicznych oraz instytucjach naukowych.


Ubiegłoroczna edycja E(x)plory cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Do Konkursu Naukowego zgłosiło się ponad 200 najzdolniejszych młodych uczniów z wszystkich regionów Polski, a nasi laureaci zdobyli nagrody na największych światowych konkursach naukowych: Intel ISEF w USA, Infomatrix w Rumunii oraz INESPO w Holandii.

Regionalne Festiwale E(x)plory oraz Finał E(x)plory, który odbył się w Gdyni odwiedziło ponad 4 000 gości, którzy wzięli udział w ponad 90 warsztatach, pokazach naukowych i wykładach. Festiwal wsparło również ponad 60 partnerów ze świata biznesu, mediów i jednostek naukowych.




Mam nadzieję, że powyższy konkurs zainteresuje zdolną młodzież, nauczycieli, a nie TVP1 czy inne służby. Przyznam szczerze, że nie badałem biografii członków Zarządu Fundacji i nie zamierzam tego czynić. Ogromnie cieszy mnie ta inicjatywa.

(źródło: fotografia i warunki konkursu od Fundacji Zaawansowanych Technologii)

czwartek, 1 grudnia 2016

Czy polityk u władzy i/lub jego małżonka może wspierać NGO-sy?

prof. Piotra Glińskiego jako socjologa za dokonania twórcze, badawcze, toteż postanowiłem zobaczyć w TVP wywiad z nim na temat organizacji pozarządowych, o których w ostatnim tygodniu mówiło się w tonacji afer, skandali i rzekomych wyłudzeń środków publicznych. Pisałem przecież o tym, jak zbulwersował mnie atak telewizji publicznej na harcerzy z Warszawy. Nimi można było pomiatać sugerując jakieś podejrzane relacje z władzami Miasta Stołecznego i jego urzędnikami. Nikt ich za to nie przeprosił.

Kiedy jednak redaktor z telewizji postanowił moralnie "grillować" wicepremiera za jego żonę, w której obronie wystąpił publicznie w ub. tygodniu, każdy mógł się przekonać, że władza reaguje dopiero wówczas, kiedy krytyka dotyczy jej bezpośrednio. Poniższy fragment wypowiedzi P. Glińskiego przejdzie do historii jako wskaźnik kosztów uczonego, który stał się dla władzy "towarem", takim samym jak jego żona dla fundacji aplikującej o dotację do MKiDzN pod kierownictwem męża.

Piotr Gliński tak się tym zdenerwował, że odsłonił prawdę o manipulacji medium publicznego, która - zgodnie z moralnością Kalego - nie tyle powinna dotykać "swoich", co być podporządkowana fałszywej przesłance:

"Przykro mi, że w Telewizji Publicznej, po zmianie politycznej, na którą ja harowałem przez wiele lat tego rodzaju zarzuty mnie spotykają, nie wiem, jak mam to rozumieć, to jest jakiś koszmar, dom wariatów. Państwo żeście oszaleli z tymi programami dotyczącymi organizacji pozarządowych, z tymi grafami łączącymi jakieś organizacje, pokazywaniem zdjęć przestępców (....), to wygląda jak listy osób, których się poszukuje.

Kto wie, może każdy członek rządu jest monitorowany przez CBA, CBŚ jak potencjalny przestępca, by nie dał opozycji "amunicji" do "politycznego rozstrzelania" w kolejnych wyborach? Już kilka dni później jeden z tabloidów opublikował artykuł na temat tego, na co przeznaczane są granty Ministerstwa Edukacji Narodowej pod kierunkiem Anny Zalewskiej, a w Twitterze aż od tego huczy:

>

To, że niektórzy politycy lub członkowie ich rodzin wykorzystują fundacje do przelewania na ich konta rzekomej dotacji na cele społecznie aprobowane, nie oznacza, że tego typu patologia dotyczy wszystkich spośród 100 tys. NGO. Dlaczego posłowie, a byli ministrowie czy żony prezydentów angażują się w tego typu działania lub zakładają własne fundacje? To oczywiste, by także mieć z tego dodatkowy dochód, a że uszczknie się jeszcze z budżetu państwa, to przecież kogo to obchodzi?

Kto tworzy fundacje? Minister Katarzyna Hall ma czy nie ma własne NGO? Czy jest w tym coś złego? Ilu posłów PIS czy Polska Razem popiera jawnie lub swoim członkostwem w zarządach/radach programowych jakieś organizacje pozarządowe? Jak poseł PIS Jacek Kurzępa uczestniczy w działalności ZHR, to jest to dla tej organizacji czymś niegodnym? Czy każdy polityk, działacz samorządowy ma wyłączyć się natychmiast ze swojej dotychczasowej aktywności prospołecznej, by nie być posądzanym o transferowanie dzięki niemu (jego/jej nazwisku) środków publicznych na cele społeczne?

Czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal. Nagle PIS otwiera oczy na działalność fundacji, w których radach programowych znalazły się publicznie znane postaci, przynajmniej z nazwiska. Profesor Piotr Gliński - wicepremier koalicyjnego rządu osobiście przekonał się, że kiedy naukowiec włącza się bezpośrednio do realnej możliwości zmiany społecznej, możne przekreślić swoje naukowe dokonania, gdyż w polityce nie ma etyki cnót, tylko jest etyka skuteczności, a ta ostatnia z moralnością niewiele już ma wspólnego. Niby dlaczego nie miałaby fundacja, w której działa (nie zarabia, bo tego nikt nie wykazał) jego żona, miałaby nie otrzymywać dotacji w ramach obowiązujących procedur grantowych/przetargowych na realizację celów statutowych o charakterze non profit?

Sam nie wiem, czy fundacja, która zwraca się do mnie z prośbą o włączenie się do rady programowej (nie do zarządu, bo tu mają zarabiać - jeśli już - jej ludzie) mają dobre intencje, szlachetne pobudki, czy tylko chodzi im o to, by mieć "naiwnego wabika" do powiększania terytorium własnych zysków, w tym także zapewne korzyści dla beneficjentów ich aktywności? Raz zgodziłem się na udział w radzie programowej jednej z edukacyjnych fundacji, ale po roku wycofałem swoje poparcie i obecność, bo nie byłem przekonany co do tego, czy aby nie ma tu miejsca powyższe, a ukryte założenie jej twórców.

Może zatem pseudoafera z NGO ma służyć temu, by wzmocnić atak formacji rządzącej na dezawuację Orkiestry Świątecznej Pomocy i przekierowanie strumienia prywatnych środków finansowych obywateli III RP na inne akcje charytatywne? Czy rzeczywiście Polacy są już tak zmanipulowani, tak nieracjonalnie działający, że dadzą sobie wmówić, na co mogą czy powinni przeznaczać swoje własne środki pieniężne czy dary na charytatywne aukcje?

Nie czekajmy na odgórne, centralistycznie sterowane naszą allocentrycznością, tylko zainteresujmy się tym, co wynika z resztek społeczeństwa obywatelskiego, którego jednym z wielu przejawów jest działalność wszelkich organizacji pozarządowych - stowarzyszeń, fundacji, organizacji dziecięcych i młodzieżowych czy osób dorosłych działających dla dobra wspólnego.

Jeśli mamy jakiekolwiek podejrzenia, wątpliwości, to nie wspierajmy oszustów, wyłudzaczy, cwaniaków, którzy pod pozorem troski o innych, najlepiej potrafią zadbać tylko o siebie. Czy nieprofesjonalny i służalczy manipulacjom dziennikarzyna ma decydować o tym, co jest naszą własnością? To już jest tak z nami źle czy mamy tak dużo, że dopiero politycy muszą nam doradzać, co jest wartościowe, a co nie jest?

środa, 30 listopada 2016

Profesor Marek Konopczyński w gronie INFANTIS DIGNITATIS DEFENSORI


Miło mi poinformować, że profesor pedagogiki resocjalizacyjnej, wiceprzewodniczący Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN - Marek Konopczyński został odznaczony przez Rzecznika Praw Dziecka Odznaką Honorową za Zasługi dla Ochrony Praw Dziecka, która jest darem wdzięczność za jego działalność w duchu korczakowskiej pedagogii, a więc troski o prawa dziecka, ich poszanowanie i respektowanie w różnych dziedzinach naszej codzienności.

Odznaka jest polskim odznaczeniem resortowym, które zostało ustanowione 15 lutego 2013 rozporządzeniem Prezydenta RP, a otrzymują je osoby za szczególne osiągnięcia w dziedzinie ochrony praw dziecka. Zgodnie z prawem Odznaka jest jednostopniowa i może być nadana tej samej osobie tylko raz. W przypadku profesora M. Konopczyńskiego została mu wręczona przez Rzecznika Praw Dziecka Marka Michalaka.

Dotychczas wyróżnienie to otrzymało 58 podmiotów, bowiem są wśród odznaczonych nie tylko działacze na rzecz ochrony praw dziecka, ale także organizacje pozarządowe. W tym miesiącu grono osób wyróżnionych Odznaką Honorową za Zasługi dla Ochrony Praw Dziecka zostało powiększone jeszcze o takich pedagogów, jak: Małgorzata Gryń-Chlebicka, Alicja Matysik, Sławomir Moczydłowski oraz Romuald Sadowski.


Na stronie licowej widnieje ujęte na wprost przedstawienie portretowe Janusza Korczaka okolone wypukłym przerwanym u dołu napisem majuskułowym w języku łacińskim: INFANTIS DIGNITATIS DEFENSORI (OBROŃCY GODNOŚCI DZIECI). Na stronie odwrotnej, okolonej wypukłym majuskułowym napisem: RZECZNIK PRAW DZIECKA przerwanym u dołu wypukłym monogramem z liter RP, widnieje pośrodku stylizowany wizerunek drzewa z młodym pędem u dołu.

Wszystkim wyróżnionym serdecznie gratuluję.

Pragnę zarazem dodać, że w tym właśnie roku Komitet Ochrony Praw Dziecka obchodzi swoje 35-lecie zaś Rzecznik Praw Dziecka ma za sobą 15 lat bardzo zróżnicowanej i efektywnej działalności, a funkcję tę wcześniej pełnili: Marek Piechowiak, Paweł Jaros i Ewa Sowińska. Z tej też okazji odbyła się w Auli im. Janusza Korczaka Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej jubileuszowa konferencja pt. „Prawa dziecka w teorii i praktyce”.

wtorek, 29 listopada 2016

Wywiadówka


Młodsza córka zapytała mnie, co to znaczy, że idę do szkoły na wywiadówkę? Odpowiedziałem, że jest to spotkanie nauczyciela-wychowawcy klasy z rodzicami wszystkich uczniów. Dawniej na tego typu zebrania rodzice byli wzywani, a dzisiaj są na nie zapraszani. Kultura.

W poprzednim ustroju w domach nie było telefonów, bo czekało się na uzyskanie zgody na zainstalowanie aparatu i otrzymanie numeru nawet 10 lat (sic!). Taki ludzki był ten socjalizm, który nadal reprezentują niektórzy politycy w naszym Sejmie. W PRL nie można było zadzwonić do szkoły czy nauczyciela, by zapytać o stan osiągnięć szkolnych dziecka lub umówić się na bezpośrednią rozmowę.
Trzeba było dotrzeć do szkoły i rozmawiać z kadrą pedagogiczną w czasie, który jej odpowiadał.

Nauczyciele mieli jednak jeszcze dodatkowy obowiązek pedagogicznego kształcenia (czytaj - indoktrynowania) rodziców, czyli ich pedagogizowania. Być może niektórzy politycy, ale i uczeni innych dyscyplin tkwią jeszcze w tamtej epoce sądząc, że nadal tak jest lub być powinno.

Dzisiaj jednak mamy piękne czasy! Szkoła, jej pedagogiczny personel już nie wzywa rodziców na wywiadówkę, nie zmusza do udziału w rzekomej rozmowie, tylko zaprasza w swoje progi tych, którzy mają na to czas i ochotę. Wprawdzie jeszcze nie we wszystkich placówkach ma to miejsce, bo są takie szkoły gimnazjalne czy średnie II stopnia, w których wychowawca sprawdza listę obecności rodziców na zebraniu.

Szczególnie sprawdzanie obecności rodziców staje się dla nich krępujące, kiedy na domiar wszystkiego siedzą w ławkach, w których na co dzień są ich dzieci. Musi jeszcze upłynąć trochę czasu zanim dyrekcje szkół i nauczyciele zrozumieją, że wiek XX jest już za nami i nie ma sensu tworzyć i podtrzymywać modusu władztwa w relacjach z rodzicami. Dziwne, że jeszcze nie dotarło mentalnie do wszystkich nauczycieli, że to oni są dla naszych dzieci i dla nas, a nie na odwrót. Warto przeczytać Konstytucję III RP i Ustawę o systemie oświaty!

Dzisiaj wywiadówki bezpośrednie zostają częściowo wypierane przez tzw. wywiadówki wirtualne. Są nimi elektroniczne dzienniczki, do których dostęp mają mieć tylko rodzice (otrzymują specjalny kod dostępu), by przeczytać w dogodnym dla siebie momencie systematycznie zamieszczane przez wychowawcę i innych nauczycieli informacje na temat osiągnięć szkolnych dziecka oraz uwagi dotyczące jego postawy wobec uczenia się, koleżanek i kolegów z klasy, w stosunku do nauczycieli, zachowania w szkole itp. W takim dzienniczku odnotowane są informacje na temat nieobecności dziecka w szkole, w tym także tych, które nie zostały usprawiedliwione przez rodziców.

Nowe technologie znalazły swoje zastosowanie w szkolnej edukacji przerzucając ciężar odpowiedzialności za treść komunikatów, informacji na nauczycieli, a szczególnie na wychowawcę klasy. To oni muszą regularnie zamieszczać w wirtualnym dzienniczku najnowsze informacje, komentować zaistniałe w klasie czy w szkole wydarzenia, przekazywać rodzicom komunikaty, a nawet wysyłać dodatkowe wiadomości e-mailem, bo - ja się okazuje - niektórzy rodzice w ogóle nie korzystają z nowoczesności z bardzo różnych powodów np. braku dostępu do sieci, braku sprzętu, nieumiejętności obsługiwania wirtualnej aplikacji, braku czasu, zainteresowania dzieckiem itp.

Wzajemna komunikacja między nauczycielami a rodzicami za pomocą wewnętrznego systemu przesyłania wiadomości właściwie czyni zebrania face to face nonsensownymi, gdyż wychowawca klasy nie jest w stanie przekazać rodzicom więcej danych czy informacji od tych, jakie możliwe są do zakomunikowania droga elektroniczną. Chyba, że ma pomysł na zupełnie inną formę spotkań bezpośrednich.

Ba, jeśli szkoła dysponuje rozbudowanym oprogramowaniem wirtualnych wywiadówek, to poza dwukierunkowym przekazem informacji (rodzice także mogą tą drogą komunikować się z nauczycielami) możliwe jest także uruchomienie wirtualnej interakcji, zainicjowanie wideokonferencji, wprowadzenie forum dyskusyjnego czy nawet czatu. Tego typu rozwiązania sprzyjają pośredniej, ale mimo wszystko wizualnej komunikacji nauczyciela z rodzicami czy rodziców między sobą.

Im więcej danych otrzymują rodzice drogą elektroniczną, tym bardziej zbyteczne okazują się tradycyjne wywiadówki lub trwają one bardzo krótko, gdyż rodzice dysponują już większością danych o swoim dziecku, o programie kształcenia, wymaganiach lub osiągnięciach czy jego zachowaniach.

Kiedy otrzymuję zaproszenie na wywiadówkę do szkoły, to pojawia się pytanie - po co mam do niej jechać, tracić czas na dojazd, na uczestniczenie w zebraniu, w czasie którego przekazywane informacje można byłoby równie dobrze przesłać korespondencją seryjną do każdego rodzica via dziennik wirtualny?
Jak się okazuje, nie wszyscy rodzice są wirtualnie aktywni, toteż wolą raz w semestrze przyjść do szkoły, wysłuchać, zanotować i wrócić do domu.

Nauczyciel-wychowawca ma okazję do bezpośredniego poznania rodziców, skomentowania w czasie odczytywania listy obecności (co za tradycja?): "że córka jest do pani podobna jak dwie krople wody". Niektórzy rodzice dowiadują się, że wprawdzie jeszcze ani razu nie zalogowali się w e-dzienniku, ale za to ich dziecko "odwiedziło" tę strefę ponad 300 razy. Ciekawe, skąd miało kod dostępu?

Nie mogę narzekać. Mnie podobają się bezpośrednie wywiadówki szkolne (kontaktowe), a nie wirtualne, bo przynajmniej mogę poznać wychowawcę czy innych nauczycieli mojego dziecka. Inna rzecz, że nic z tego dla zmiany jakościowej nie wynika. Kiedy bowiem rodzice zaczęli narzekać na jedną z nauczycielek, która jest prawdopodobnie mocno wypalona zawodowo a dzieci przeszkadzają jej w pracy, to na obliczu uroczej wychowawczyni wymalowała się obawa, jak ma o tym powiedzieć koleżance z pokoju nauczycielskiego?

Czy można zwrócić uwagę innemu nauczycielowi, że jego postawa jest dla rodziców i uczniów oburzająca? Czy wypada? A może wychowawca klasy powinien tylko delikatnie zasugerować rodzicielski niepokój, byle tylko ta pani nie wpadła w szał i nie "wykosiła" całej klasy? Śmieszno i straszno!

Rzeczywiście, gdyby to było zapisane w e-dzienniku, to być może wychowawca musiałby przekazać stanowisko rodziców dalej, a tak, to może, ale nie musi. Śladu nie będzie. Rodzice zaś pogadali, ponarzekali i rozeszli się do domów.

Zapewne nie wiecie, że minister edukacji Anna Zalewska też musi chodzić na wywiadówki ... do Prezesa partii, który ją osadził na tym stanowisku. Ostatnio zadeklarowała dla TVN24: "mam wsparcie prezesa". Nie ujawniła jednak, czy wywiadówka była face to face, czy wirtualna.


poniedziałek, 28 listopada 2016

Koncertowa degradacja szkolnictwa muzycznego

Każda reforma ustroju szkolnego niesie z sobą niepowetowane straty. Co gorsza, ich ofiarami są najczęściej nie nauczyciele, a już na pewno nie ministrowie edukacji, bo byli tacy, co w nagrodę za dymisję zostawali ambasadorami III RP czy europosłami, tylko DZIECI, uczniowie. Mamy do czynienia z tą patologią od 1993 r. , od kiedy to ambicje zwycięskich w wyborach partii politycznych i nie zawsze kompetentnych ministrów edukacji rozmijają się z Konstytucją III RP i Ustawą o systemie oświaty.

Nie mam wątpliwości, że Ministerstwo Edukacji Narodowej - chociaż ma zacne zamiary - jest w ślepej uliczce, bowiem nabrało przekonania, mocą swoich zwierzchników partyjnych, że w Polsce każdy może czynić ze szkolnictwem i w szkolnictwie co chce, bo przecież obowiązuje dyscyplina partyjna, a nie mądrość pedagogiczna, społeczna odpowiedzialność za losy młodych pokoleń. Te zresztą za jakiś czas odpłacą pięknym za nadobne, bo nie ma takiej możliwości, by ofiary zmian nie upomniały się o swoją godność.

Kolejna ekipa władzy uważa, że może zlekceważyć nie tylko dzieci (te przecież "głosu nie mają", a co "wolno wojewodzie, to nie tobie smrodzie"), ale i ich rodziców. Można przerzucać się pseudosondażami, kto ma większe poparcie, czy elektorat PIS-u mający największą akceptację wśród Polaków, których dzieci - jeśli je posiadali - dawno ukończyły szkoły średnie, czy może wśród przypisywanej do opozycji części elektoratu wspomagającej właśnie edukację swoich dzieci.

Czy WSZYSTKIE DZIECI SĄ NASZE? Nie ma lepszych czy gorszych, pisowskich czy platformerskich, nowoczesnych czy peeselowskich... Im większy zatem jest poziom lekceważenia i arogancji władzy wobec zróżnicowanej części społeczeństwa posiadającej dzieci w wieku obowiązku szkolnego, tym można spodziewać się nasilania się radykalnych form protestu, gdyż nikt z myślących, kochających i odpowiedzialnych rodziców nie zgodzi się na manipulacje polityczne kosztem ich pociech.

To, co czyni w tej chwili MEN, doprowadzi do kolejnego kryzysu politycznego i przewrotu, który musi prędzej czy później nastąpić, gdyż od 27 lat Polacy cieszą się wolnością, w różnym zakresie korzystając z jej częściowo dramatycznych, a częściowo pozytywnych jej fundamentów. Trzeba nie znać naszego narodu, by - słusznie eksponując degradowane w ostatnich latach wartości patriotyzmu, godności, prawdy historycznej - wprowadzać reformę ustrojową, która z innej zupełnie strony zniszczy nawet najbardziej cenne swoje przesłanki.

W żadnym państwie demokratycznym nie skutkują pozytywnie reformy szkolne określane przez prof. Zbigniewa Kwiecińskiego mianem "epidemii sterowanej". W społeczeństwie doświadczonym totalitarną przeszłością, autorytaryzmem i bolszewicką indoktrynacją nie powiedzie się zmiana systemowa z udziałem edukacji podporządkowanej hierarchicznej, centralistycznej władzy.

Przypomnę zatem znakomity cytat z jednej z publikacji wybitnego uczonego prof. Aleksandra Nalaskowskiego:

Uczęszczałem do liceum, którym zawiadywał członek ważnego partyjnego gremium, zdeklarowany ateista i piewca przyjaźni polsko-radzieckiej. Ściany tej szkoły były wypełnione hasłami pro partyjnymi („Partia z nadzieją patrzy na polską młodzież”), oblepione portretami brodatych wieszczów historycznej konieczności, zbiorowej świadomości i uszczęśliwiającej ułudy. Czwórkę z historii otrzymałem po bezbłędnym wyrecytowaniu życiorysu tow. Edwarda Gierka. Rusycyści w tej szkole traktowani byli jak kontrolerzy z ramienia suwerena. Skutek owego molestowania erotycznego (chodziło wreszcie o to, abym coś pokochał) był – jak prosto można się domyślać – obiektywnie odwrotny. Nie stałem się fanem lewicy, nie uwierzyłem partii, Marksa odróżniałem od Lenina, a Gomółkę od Gocłowskiego, a obu od Grotowskiego.

Czy mam w tym miejscu przypominać wspomnienia szkolne Jarosława Kaczyńskiego, Kazimierza Marcinkowskiego, Romana Giertycha czy Donalda Tuska? A może Dody lub prezydentów III RP? Czy rzeczywiście nie możemy wyjść z syndromu homo sovieticus i musimy postępować w myśl zasady: "zapomniał wół jak cielęciem był"?

Przejdę zatem do kolejnego PROTESTU RODZICÓW UCZNIÓW SZKÓŁ MUZYCZNYCH. W moim przekonaniu nie jest trafnie adresowany do ministra kultury prof. Piotra Glińskiego, gdyż ten nie jest twórcą tej quasireformy ustroju szkolnego, tylko musi podporządkować szkolnictwo artystyczne temu, co wprowadza MEN. Chyba, że tupnie nogą, walnie pięścią w stół i powie, że w szkolnictwie artystycznym będzie zupełnie inny, czyli obecny system kształcenia.

Oto treść ich Listu:

Przez cały czas zarówno rodzice jak i (przynajmniej według uzyskanych przez nas informacji) nauczyciele byli utrzymywani w przekonaniu, że planowana reforma szkolnictwa obejmie bez wyjątku wszystkie szkoły podstawowe, również naszą – Ogólnokształcącą Szkołę Muzyczną I stopnia w Krakowie.. Niestety dzisiaj dowiedzieliśmy się, że edukacja naszych dzieci zostanie przerwana na poziomie szóstej klasy. Z dalszych informacji wynikało, że dyrekcja tę informację uzyskała 9 listopada.

Nadal nie wiemy, jaki los czeka nasze dzieci na pierwszym etapie kształcenia. Ponieważ reforma przewiduje dla szkół artystycznych model 6+6, dzieci, które nie zdecydują się kontynuować edukacji muzycznej będą musiały na ostatnie dwa lata szkoły podstawowej (tj 7 i 8 klasę) przenieść się do szkoły rejonowej nie mając szans dokończyć edukacji w dotychczasowej placówce, co jest sprzeczne z założeniami planowanej reformy edukacji.

Takie rozwiązanie w ogóle nie bierze pod uwagę dobra dzieci, ani też nie zapewnia im prawidłowej edukacji na odpowiednim poziomie, gwarantującej im konkurencyjność na późniejszym etapie życia. Brak kontynuacji, wyrwanie z dotychczasowych środowisk, konieczność wejścia w nowe otoczenie, środowisko obcych – zżytych ze sobą osób, stawia te dzieci w bardzo złym położeniu. Jest to jeszcze gorsze niż obecny system gimnazjalny. Pokreślić trzeba ponadto, że asymilacja będzie z konieczności skrócona, bo po następnych 2 latach w nowej szkole będą musiały ponownie stawić czoła tym samym zagrożeniom i wyzwaniom.

Rozmowy prowadzone przez rodziców m.in. z p. Lidią Skrzyniarz (MKiDN, uprzednio wizytator CEA, która przygotowała założenia reformy) nie odniosły żadnego skutku. Żadne racjonalne argumenty wskazujące na dobro dzieci nie wywierały wpływu na prezentowane stanowisko. Nie przedstawiała przy tym żadnych konkretów, a jedyną odpowiedzią było “nie, bo nie”. Dowiedzieliśmy się także, że to szczególna szkoła – dla geniuszy, zaś uczniowie, którzy nie chcą kontynuować nauki muzyki, to naturalne straty i dobrze, że odpadną. A szkoły rejonowe będą musiały ich przyjąć.

Proponowane rozwiązanie stanowi problem wszystkich typów szkół artystycznych, więc problem nie dotyczy tylko trzech oddziałów naszej szkoły. To ich przyszłość jest zagrożona, ze względu na znaczne opóźnienie informacji o kształcie reformy, uniemożliwiające im rzetelne przygotowanie się do egzaminu końcowego, do egzaminu wstępnego do szkoły wyższego stopnia, jak również ze względu na konieczność podejmowania decyzji pod presją, w stanie ogromnej niepewności co do przyszłego kształtu edukacji.

Dodamy, że nadal nie są znane założenia reformy poza wskazaniem, że zarówno szkoła I jak i II stopnia mają trwać po 6 lat. Czy szkoła II stopnia wystawi po 2 latach świadectwo ukończenia szkoły podstawowej, czy zorganizuje dla uczniów, którzy nie chcą dalej kontynuować nauki w szkole muzycznej egzaminy do liceum ogólnokształcącego?

Proponuje się nam, rodzicom, umieszczenie dzieci w ogólnokształcących szkołach muzycznych II stopnia lub przeniesienie ich do szkół podstawowych rejonowych. O skutkach umieszczenia dziecka w innej szkole, w zintegrowanej grupie już wspominaliśmy powyżej. Z drugiej strony dalsza wymuszona edukacja w placówce muzycznej tych dzieci, które nie wykazują predyspozycji i chęci kształcenia się w zawodzie muzyka jest stratą czasu i funduszy przeznaczonych na edukację muzyczną.

Podstawowym kryterium, decydującym o podjętej decyzji powinno być dobro dzieci. A celem: zapewnienie im dobrej edukacji, według równych szans, w warunkach gwarantujących im także równomierny rozwój emocjonalny, bez narażania na niepotrzebne stresy, na które nie są narażani ich rówieśnicy z pozostałych szkół podstawowych. Zmiana środowiska po ukończeniu 6.klasy szkoły podstawowej była jedną z głównych przyczyn negatywnej oceny dotychczasowego systemu edukacji.

Rodzice (wyborcy) zapewniani byli przez cały czas wyborów, że planowana reforma edukacyjna doprowadzi do likwidacji gimnazjów, których działanie oceniane było powszechnie negatywnie. Reforma została przygotowana, niestety nikt nie uprzedził, że inne jej zasady zostaną wprowadzone w odniesieniu do szkół artystycznych. I jak już wspomniano – do tej pory nikt nie poinformował uczniów i rodziców tych szkół jak reforma wpłynie na ich sytuację.

O dziwo, o kształcie reformy szkolnictwa podstawowego, co było sztandarowym projektem Rządu, mówi się publicznie powszechnie. Przeprowadzone zostały konsultacje społeczne i dyskutowano powszechnie założenia i kształt planowanych zmian. Tymczasem reforma szkolnictwa artystycznego zaplanowana została bez jakichkolwiek konsultacji społecznych, bez mała w utajnieniu, nie informując nawet nauczycieli, jaka ma być przyszła forma szkolnictwa.

Zmiana nauczania w szkołach muzycznych na tryb 6 + 6 była już w latach 90 przeprowadzana, jednak wówczas zapewniono uczniom możliwość podjęcia decyzji, czy wolą dokończyć edukację w szkole 8-klasowej i zdawać egzamin do 3 klasy szkoły II stopnia, czy też (dla zdecydowanych na kontynuację szkolenia muzycznego) od razu po 6 klasie zdawać do szkoły II stopnia. Rezygnujący z kształcenia muzycznego w dotychczasowej formie mogli natomiast po 8 klasie zdawać do szkół średnich o innych profilach niż muzyczne. Zapewnienie takiego alternatywnego rozwiązania znajduje ze wszech miar uzasadnienie w zakresie pogłębiania zaufania obywateli do organów państwa.

W proponowanym obecnie kształcie reforma karze uzdolnione dzieci za to, że podjęły trud poznania tej niezwykle ważnej dziedziny sztuki, rozszerzając ich horyzonty, kreując młode umysły w sposób, który niewątpliwie przyniesie korzyści całemu społeczeństwu w przyszłości. Nie wszyscy uczniowie podejmujący naukę w szkole muzycznej I stopnia muszą zostać muzykami.

W interesie Państwa leży jak najlepsze wykształcenie młodych ludzi, także w zakresie uwrażliwienia na wartości przekazywane przez muzykę. Trudno zresztą wymagać od 6- czy tez 7-latka by już na tym etapie decydował o swojej przyszłości. Ponadto realia rynku pracy uniemożliwiają wszystkim absolwentom zdobycie dobrej – godziwie wynagradzanej pracy muzyka. Czy to znaczy, że należy zrezygnować z muzycznego kształcenia dzieci?

W trakcie rozmów w MKiDN usłyszeliśmy argument, że uzasadnieniem dla wprowadzenia, a właściwie pozostawienia, modelu 6+6 jest konieczność zapewnienia uczniom stopnia II możliwie długiej kontynuacji szkolenia u prowadzącego nauczyciela instrumentu. Wydłużenie edukacji muzycznej II stopnia bierze pod uwagę dobro tylko najzdolniejszych uczniów, ciągle marginalizując bezpieczeństwo emocjonalne pozostałych dzieci i kontynuację kształcenia w szkole podstawowej.

W ocenie większości rodziców i nauczycieli argument ten jest całkowicie chybiony. Wprawdzie i rodzice i nauczyciele widzą pożytek z kontynuacji kształcenia muzycznego , jednak jest to szczególnie istotne właśnie na początkowym etapie tej edukacji. W późniejszym okresie – na etapie nauki w szkole II stopnia uczniowie posiadają już umiejętności na takim poziomie, że wymagają wprost dywersyfikacji kształcenia.

Dlatego ci, którzy myślą o karierze muzyka i chcą osiągać sukcesy korzystają powszechnie z różnorakich kursów mistrzowskich, prowadzonych przez różnych profesorów, szukając wsparcia np. na Akademii Muzycznej. Tylko takie działanie umożliwia im poznanie szerokiego spektrum technik warsztatowych, tak niezbędnego zawodowym muzykom.

Podkreślenia wymaga fakt, że tylko prawidłowo prowadzona edukacja na etapie szkoły podstawowej umożliwi wychowanie dla szkół wyższego stopnia kandydatów zapewniających tym drugim osiąganie sukcesów – indywidualnych i zbiorowych. Natomiast uczniowie, którzy nie chcą kontynuować edukacji muzycznej powinni mieć takie same szanse jak absolwenci rejonowych szkół podstawowych.

Wszakże wszystkie dzieci są równe. Nauczyciele i pedagodzy, będący autorami tej kontrowersyjnej reformy, powinni mieć świadomość, że nie mają prawa przeprowadzać eksperymentów na żywym organizmie, jakim są uczniowie szkół podstawowych, których negatywne skutki mogą okazać się nieodwracalne dla następnych roczników.



Dla przypomnienia odsyłam do Listu Wicepremiera, Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego,
prof. Piotra Glińskiego do społeczności szkół artystycznych.

niedziela, 27 listopada 2016

Ministra z gabinetu cieni czy cień wiceministry, która chce wyjść z cienia?


Kiedy usłyszałem, że Platforma Obywatelska ogłosi gabinet cieni swojego przyszłego rządu - a trzeba przyznać, że politycy tej formacji nie wyciągnęli wniosków ze swojego upadku podtrzymując zawyżoną samoocenę - byłem ciekaw, kogo też nominują na stanowisko ministra edukacji narodowej. W ciągu dwóch kadencji ta formacja polityczna miała trzech, fatalnych ministrów, antyobywatelskich, przeciwnym decentralizacji oświaty i jej rzeczywistego usamorządowienia, demokratyzacji, chociaż najlepszą z nich była Katarzyna Hall jako jedyna w tym gronie kompetentna osoba.

Katarzyna Hall miała kilka dobrych pomysłów na konieczną zmianę systemową, ale kolesie z partii jej nie pomogli, a solidarnościowi związkowcy pokrzyżowali jej trafne pomysły. Szkoda, bo była blisko realizowania decentralizacji systemowej proponując likwidację kuratoriów oświaty. Teraz niech PO i PSL żałują, że zablokowali panią K. Hall, bo skończyłaby się w szkolnictwie partiokracja i byłaby szansa na odzyskiwanie rzeczywistej autonomii przez placówki oświatowe. Dała się wpuścić w kanał z obniżeniem wieku obowiązku szkolnego w sytuacji totalnego nieprzygotowania do tego tak szkół, jak i nauczycieli. Zdewastowała standardy przyjmowania do zawodu nauczyciela w edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej, toteż musiała polec.

Zastąpienie przez władze PO Katarzyny Hall - Krystyną Szumilas było już tylko kompromitacją tej formacji, której szef ogłosił, że powołuje ministrów-zderzaków. Dziwię się, że zgodzili się na tak blacharskie ich potraktowanie, ale degeneracja tej partii szła w parze z arogancją także w stosunku do społeczeństwa. Dzisiaj, skompromitowani usiłują dyktować warunki koniecznej zmiany partii, która otrzymała zwycięstwo niemalże na tacy afer, skandali, socjotechniki, kiczowatej propagandy z lokowaniem produktu i wyrzucaniem milionowych środków z EFS na pseudokonferencje, pseudokongresy, pseudodebaty i pseudobadania oświatowe.

Ministra K. Szumilas tylko potwierdziła nieudolność rządzenia i brak rozumienia uwarunkowań dla wprowadzania systemowych reform oświatowych. Uratować tę władzę miała Joanna Kluzik-Rostkowska - dziennikarka o równie niskim poziomie kompetencji edukacyjnych, które redukowała do interakcji z koleżankami kształcącymi jej dzieci i współpracującymi z jej stowarzyszeniem odwzajemniając się kasą z budżetu państwa na beznadziejny elementarz i program darmowych podręczników szkolnych. Platforma okazała się oświatowym platfusem, formacją której eksperci sprytnie wyssali maksimum środków unijnych dla siebie, na nieznaczące projekty, diagnozy czy zmarnowali środki publiczne na cyfrową szkołę. Śledztwo wciąż nie jest tu zakończone, a przecież zmarnowano miliony złotych.

Kogo Grzegorz Schetyna wyciągnął tym razem z kapelusza ignorancji oświatowej? Panią poseł Urszulę Augustyn - kolejną po J. Kluzik-Rostkowskiej dziennikarkę, która nie jest ani nową postacią, ani nieznaną w centralistycznym degradowaniu polskiej edukacji. To właśnie ta pani została mianowana na rok przed upadkiem PO pełnomocnikiem premier Ewy Kopacz, by pełnić funkcję wiceministra edukacji, tym wiceministrem formalnie nie będąc, by móc pobierać podwójne wynagrodzenie.


Tak oto Platforma nominuje do gabinetu cieni osobę, która rzuciła zły cień na ten resort pozorując pracę, z której nic dla szkolnictwa nie wynikało. Nie mogło, bo trudno, by ktoś tak niekompetentny mógł cokolwiek dobrego zrobić dla edukacji. Tym samym gratuluję Platformie, że wprowadza do swojego gabinetu cień wiceministry. Potwierdza w ten sposób swoją nieudolność i "krótką ławkę" oraz to, że kierowanie resortem można oddać właśnie takim postaciom.

Wytłumaczenie tej nominacji daje sam rzecznik prasowy PO Jan Grabiec w rozmowie z "Wprost", kiedy krytykuje politykę kadrową PIS-u. Stwierdza, że mamy w niej do czynienia z "bolszewizmem kadrowym": Im mniej kompetentnych ludzi się zatrudnia, tym większą ma się gwarancję lojalności
To prawda. Platforma to ćwiczyła przez 8 lat, więc jej kadry doskonale potrafią odczytać tożsamą politykę u swoich oponentów.

Niektórym profesorom politologii staniała odwaga i teraz zaczynają krytykować Platformę Obywatelską za jej ośmioletnie rządy. Tylko czekać, jak następni zaczną ustawiać się w kolejce. Panie i Panowie Profesorowie - staniała odwaga? To dopiero teraz obudziliście się z przysłowiową "ręką w nocniku" czy może pojawiło się coś istotnego na horyzoncie transcendencji?



(źródło fot. i memu: Facebook)

Polecam piosenkę o pani minister, która tańczy.