sobota, 6 września 2014

Każdy może być psycho...terapeutą


W Polsce jest już tak wielki bałagan na rynku zawodów, że każdy może być nie tylko politykiem, a tym samym sprawować władzę z ramienia dowolnej partii, bez względu na własne zdrowie psychiczne, kulturę, wykształcenie (im jest niższe oraz im mniej wie oraz rozumie, tym dla kariery jest lepiej). Każdy może być jeszcze psychoterapeutą. Niektórzy nawet twierdzą, że im ktoś jest bardziej pokręcony wewnętrznie, tym chętniej jest gotów interesownie pomagać innym.

Wydawałoby się, że w III RP psychoterapeutą może być tylko lekarz medycyny ze specjalnością psychiatry, albo psycholog o specjalności klinicznej, który uzyskał dodatkowe certyfikaty po specjalistycznych studiach/szkoleniach w zakresie określonego rodzaju terapii. Jesteśmy jednak w błędzie, bo psychoterapeutą może być każdy, kto tylko tego pragnie, bez jakiegokolwiek wykształcenia, bez koniecznych kwalifikacji. Czyż nie jest to powrót do plemiennego szamanizmu? Dlaczego nie? Mamy sklepy ze zdrową żywnością, są apteki z lekami homeopatycznymi i ziołami, są kosmetyki z naturalnych produktów, są też przedszkola i szkoły w przyrodzie, to dlaczego nie miałoby być terapeutów pure nature?

W świecie wykreowanych i często nieprawdziwych informacji, jakim jest Internet wraz ze światem biznesu, pełnym szalbierstwa, różnej maści oszustów, mamy niezliczone oferty dla osób strapionych, z różnego rodzaju problemami. Jak reklamują się "eksperci" od ludzkich dusz i dylematów, jeśli nie wiesz, czym różnią się od siebie psycholog, psychoterapeuta i psychiatra, to tym lepiej, bo natrafisz na tego, który nie jest ani tym pierwszym, ani tym ostatnim, ale za to jest psychoterapeutą.
Ludzie przeżywający obniżony nastrój, depresję, kryzys małżeński, ataki paniki, lęki, osoby uzależnione od seksu, internetu, alkoholu, narkotyków itp. często nie wiedzą do kogo zwrócić się po pomoc, bo obawiają się psychologów i psychiatrów jako tych, których diagnoza i przenikliwość mogłyby doprowadzić do usłyszenia prawdy o samym sobie. A po co ją znać, skoro profesjonaliści posługują się mglistą, niezrozumiałą terminologią, a wizyta u nich może tych skołatanych jeszcze bardziej odsłonić? Czyż nie lepiej jest udać się do wróżki, do jasnowidza, osoby o wyjątkowych zdolnościach leczniczych, energetycznych, czyniących nam dobrze, bo zgodnie z naszymi oczekiwaniami?

Czyż nie jest łatwiej zadzwonić do studia telewizyjnego lub radiowego, które oferuje jasnowidzów, numerologów, wróżbitów, terapeutów itp.? Czyż nie jest lepiej udać się do psychoterapeuty, skoro spotkanie z nim jest jak wizyta u rehabilitanta czy trenera fitnessu? Psychoterapeuta nie musi być ani psychologiem, ani lekarzem psychiatrą. Może być - w sensie pomocowej profesji - nikim, nawet mechanikiem samochodowym czy budowlańcem, pielęgniarką czy kasjerką (z całym szacunkiem do tych profesji), byle tylko zapłacił prywatnej firmie za udział w kursie, szkoleniu lub "studiach" z psychoterapii. Takie "szkolenie" trwa do czterech lat i może odbywać się w nurcie humanistycznym, behawioralno-poznawczym, psychodynamicznym, psychoanalitycznym lub egzystencjalnym. Im mniej ktoś rozumie, tym lepiej, bo kandydatów i tak nikt nie weryfikuje.

Szkoły psychoterapii rozpleniły się w naszym kraju, także medialnie, a te do niedawna jeszcze profesjonalne, z tradycją i akademicką kulturą, byle tylko utrzymać się na rynku, redukują poziom wymagań do minimum. Kto płaci, ten jest terapeutą. Może wcisnąć każdy kit swoim superwizorom, bo oni i tak nie sprawdzą jego/jej wiarygodności. W sieci pojawiają się poszukujący rzekomych kwalifikacji pisząc: ". W necie znalazłam jakieś szkolenia, dające te uprawnienia, ale trwają dłużej niż całe moje studia ;/i trochę mi się w to nie chce wierzyć, bo na taki kurs może przecież pójść i absolwent studiów psychologicznych i absolwent studium psychologicznego, które trwa rok, może dwa, albo np. absolwent socjologii/pedagogiki. Więc chciałabym aby ktoś mi wyłożył, jak krowie na rowie, prosto po kolei, co powinnam uczynić, by dostać owe uprawnienia i czy specjalizacja na mojej uczelni pt: "Psychoterapia", cokolwiek daje, czy zmienia."

Ktoś rozsądnie udziela na to odpowiedzi i komentuje: Z punktu widzenia prawnego - w tej chwili psychoterapeutą można zostać nawet po zawodówce samochodowej - nic nie stoi na przeszkodzie, aby Pan Józek zmienił profil działalności i zamiast naprawiać samochody, został psychoterapeutą i przyjmował pacjentów. Prawnie nic mu nie grozi, po prostu nie ma przepisów prawnych, które obwarowywałyby w jakikolwiek sposób zawód "psychoterapeuty". Oczywiście jeżeli zrobi komuś krzywdę to pacjent może dochodzić swoich roszczeń na podstawie przepisów kodeksu cywilnego.

W ten oto sposób powracamy do starej prawdy, że patologię leczy się patologią. Mistrzowie w szachach znają powiedzenie - "figur na figur powiedział święty Igur". Doskonale pasuje do naszej sytuacji. Internet poszerzył pole szamaństwa i pogrążania ludzi w chorobach. Na zdrowie!

czwartek, 4 września 2014

Złe wieści z Ukrainy


Do Komitetu Nauk Pedagogicznych PAN dotarła smutna wiadomość o śmierci pierwszego Ministra Oświaty (lata 1991-1992) niepodległej Ukrainy - prof. nauk filozoficznych, dyrektora Instytutu Pedagogiki i Psychologii Oświaty Zawodowej Akademii Nauk Pedagogicznych w Kijowie - Iwana Adrejewicza Zjaziuna (ur. 3.03.1938).

Profesor był od 1989 r. członkiem Akademii Nauk Pedagogicznych ZSRR, a od 1993 r. członkiem Akademii Nauk Pedagogicznych Ukrainy. Przedmiotem jego zainteresowań naukowo-badawczych była filozofia edukacji, teoria i metodyka kształcenia zawodowego, teoria wychowania estetycznego i etyka pedagogiczna. W 1998 r. Amerykański Instytut Biograficzny nadał Profesorowi I.A. Zjaziunowi tytuł "Naukowca Roku". Profesor A.A. Zjaziun był też w latach 1998-2000 prezydentem Międzynarodowego Stowarzyszenia Makarenkowskiego a od 2003 r. został członkiem Słowiańskiej Międzynarodowej Akademii.

W 2012 r. miałem przyjemność uczestniczenia w Ambasadzie Ukrainy w Polsce w naukowej debacie poświęconej wydanym w języku polskim przekładom rozpraw z filozofii wychowania ukraińskich uczonych, w tym także I.A. Zjaziuna. W 2005 r. ukazało się tłumaczenie książki pod redakcją tego humanisty pt. "Mistrzostwo pedagogiczne". Przekładu dokonali prof. Franciszek Szlosek z Akademii Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie wraz z Larisą Zjaziun. Na Ukrainie rozprawa tego autora miała już pięć wydań obejmując łącznie ponad 253 tys. sprzedanych egzemplarzy. Tłumacze trafnie wybrali tę rozprawę spośród ponad 550 prac naukowych ukraińskiego filozofa edukacji.

O zmarłym Profesorze znajdziemy informacje zarówno w polskim czasopiśmiennictwie andragogicznym, jak i na portalach pedagogów pracy (m.in. dr hab. Jolanty Wilsz). Najlepszym jednak świadectwem jego twórczości naukowej jest w/w monografia na temat mistrzostwa pedagogicznego. Na Ukrainie wydał takie m.in. monografie, jak: "Estetyczny rozwój osoby", "Zasady pedagogicznego mistrzostwa", "Pedagogika dobra - ideały a realia" czy "Piękno pedagogicznego czynu". W klasyfikacji subdyscyplin pedagogicznych rozprawy tego filozofa edukacji są lokowane w pedeutologii oraz w pedagogice filozoficznej.

Ukraiński pedagog przyczynił się swoimi dokonaniami, bezpośrednią współpracą badawczą, publikacjami i niezwykłą serdecznością osobistą do rozwoju nauk o wychowaniu oraz wzajemnych stosunków akademickich między naukowcami Ukrainy i Polski. Komitet Nauk Pedagogicznych Polskiej Akademii Nauk przekazał władzom Narodowej Akademii Nauk Pedagogicznych Ukrainy kondolencje wraz z wyrazami podziękowań za współpracę, której zakres zachowamy w pamięci, w tym Jego dokonania jako wielkiego przyjaciela Polski i Polaków, twórcy dzieł wnoszących DOBRO do naszego życia.

środa, 3 września 2014

Prezesi banków ekspertami od kształcenia w polskich uczelniach



Spodobała mi się w czasie wakacji wypowiedź w "Rzeczpospolitej" (ekonomia.rp.pl)prezesa jednego z brytyjskich banków w Polsce na temat tego, by koniecznie powstrzymać wysyp bezrobotnych absolwentów polskich uczelni i szkół wyższych. Zdaniem prezesa - "Edukacją młodzieży nadal zajmuje się zbyt wielu teoretyków i niewielu praktyków. Wykłady i przekazywane w ich trakcie informacje tracą na wartości w czasach ogólnej dostępności wiedzy".

Badań sam nie prowadził, do żadnego raportu na temat jakości kształcenia się nie odwoływał. Ale wie, że młodzi Polacy są nadal niewłaściwie kształceni, bowiem nie są przystosowani do potrzeb rynku. Autor tej opinii formułuje ją zapewne na podstawie tego, że jego dwójka dzieci już studiuje, a on sam spotykając się ze studentami w czasie różnych konferencji ma wrażenie, "że młodzi ludzie mają za mało praktyczne podejście do wyboru kierunku studiów." To w końcu musi się zdecydować, czy nasi studenci mają zbyt mało praktyczne podejście do wyboru kierunku studiów, czy są w ich trakcie kształceni zbyt teoretycznie? Może jedno i drugie? Tylko skąd ta pewność?

Prezes sam został wykształcony w PRL, więc ma dobrą wiedzę na temat polskiej edukacji. Nie wiedziałem, że można w III Rzeczpospolitej publikować takie komunały. Chyba tylko dlatego, że był okres wakacji, a na mazurskich jeziorach nie pokazał się żaden potwór. Noo, może tylko to, że w jakiejś wsi na polu rolnika ponoć wylądowali Marsjanie, ale nikt ich nie nagrał, nie sfilmował, bo nie mieli ochoty zjeść dobrej kolacji w jednej z warszawskich restauracji. W niej ponoć zarejestrowano rozmowy prawie wszystkich członków rządu PO i PSL (poza dwoma ministrami). Tygodnik WPROST nie opublikował jeszcze rozmów politycznych ministrów edukacji czy nauki i szkolnictwa wyższego.

Tymczasem redakcja zamieściła nad tekstem pana prezesa (w specjalnej ramce czerwonego koloru) komunikat następującej treści:

Jeden z niemieckich, brytyjskich (ten sam, którego polskim oddziałem kieruje wspomniany wywiadowca) i kanadyjskich banków zostały oskarżone o manipulacje ceną srebra. Pozew inwestora w tej sprawie wpłynął do sądu federalnego na USA, bowiem w grę wchodzą miliardy dolarów. Czy do tak rozumianych kompetencji mają kształcić polskie uczelnie?

Prezes polskiego oddziału banku uzyskał dyplom w czasach, gdy obowiązywała ekonomia polityczna socjalizmu, więc jego klienci mogą być spokojni. Nasi studenci też nie muszą się niczego obawiać, chyba że mieliby odbywać praktyki w ramach Erasmusa w którymś z tych banków poza granicami kraju. Wówczas przekonają się, czy rzeczywiście tamci pracodawcy lepiej wiedzą, jakie praktyczne umiejętności są potrzebne dzisiejszej młodzieży? Milczenie jest złotem, a paplanie... ?

wtorek, 2 września 2014

Śmiać się czy płakać?


To, że reklamujący specjalności kształcenia w technikum nie znają ortografii, nie ma znaczenia. Najważniejsze, żeby te szkoły odrodzić. Tyle, że odrodzenie wiąże się z powrotem do stanu, który uległ degradacji dzięki wieloletniej polityce Ministerstwa Edukacji Narodowej. Było w nim już paru dyrektorów departamentu o kwalifikacjach, pożal się panie i nie grzmij.

Pani minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska (niezwyle sympatyczna, uśmiechnięta) inaugurowała wczoraj rok szkolny m.in. w jednym z techników, które na szczęście nie reklamuje się w tak kompromitujący sposób. Inna rzecz, że poza faktem obchodzenia 90 lat istnienia szkoła ta niczym szczególnie się nie wyróżnia. Jest jak jedna z wielu. Nie ma jej ani w rankingu IT Szkoła. W 2014 roku nie wykazała się szczególną aktywnością w skali ogólnopolskiej wśród 456 szkół ponadgimnazjalnych, zaś w woj. śląskim zajęła dopiero 23 miejsce.

Na stronie internetowej szkoły nie znajdziemy informacji o tym, jakie to innowacje pedagogiczne są realizowane przez nauczycieli, a ni też nie dowiemy się, jak wypadła ewaluacja realizacji programu wychowawczego szkoły. Natomiast regulaminów wywieszono tyle, jakby one same z siebie miały generować jakąś aktywność. Tej, ani widu, ani słychu. Może więc ma rację pani minister, że trzeba wywiesić na stronie MEN mapkę z danymi, które pozwolą rodzicom i młodzieży zorientować się, jaką ta szkołą jest w istocie? Być może przyjazd ministry na inaugurację roku był próbą zorientowania się, na czym polega różnica między funkcjami założonymi a realizowanymi w takiej placówce? Z danych strony wynika, że jest to taka sobie, przeciętna w sensie statystycznym szkoła ponadgimnazjalna, zawodowa, z dość przestarzałą (to wniosek na podstawie fotografii) infrastrukturą i sprzętem dydaktycznym.

Natomiast pani minister była też na inauguracji w Szkole Podstawowej nr 15 w Raciborzu. To już jest rzeczywiście inna placówka. Ma oryginalną autoprezentację swoich dokonań. Znajdują się już na pierwszej stronie świetny pomysł na przedstawienie jej krótkiej historii w formie "wywiadu ze szkołą". Jest też ciekawa prezentacja dokonań w ub. roku szkolnym, w tym także zabawowych form wyłaniania talentów. Widać wielką troskę i szacunek dla uczniów, którzy uzyskali w różnych latach sukcesy, byli laureatami nagród międzynarodowych, krajowych i regionalnych. Wszystko jest kolorowo na białym. Jest też motto z Arystotelesa: "Wykształcenie jest ozdobą w okresie powodzenia, a ucieczką w dobie klęsk." Placówka wdraża i realizuje od dziesięciu lat zadania związane z wymaganiami Systemu Zarządzania Środowiskowego ISO 14001, bowiem w 2004 r. zdobyła i utrzymuje stosowny certyfikat.

Była szkoła przeciętna, była znakomita, toteż jeszcze zabrakło mi w dniu wczorajszym odwiedzenia przez panią minister "najgorszej" szkoły w wybranym województwie, a rozumiem przez to taką placówkę, która wymagałaby szczególnego wsparcia ze strony władz oświatowych i samorządowych, bo funkcjonuje w szczególnie trudnych warunkach społeczno-ekonomicznych rodziców z jej rejonu.

Nauczyciele wczesnej edukacji powinni iść z pielgrzymką do Częstochowy, bowiem pani minister (...) przypomniała także o zmianach przepisów prawa, dzięki którym nauczyciele edukacji wczesnoszkolnej, czyli klas I-III szkół podstawowych, mają większą swobodę pracy z uczniami. - Chodzi o to, by pozwolić uczniom na tak długą aklimatyzację w szkole, jaka jest im potrzebna (...) Lekcja też nie musi trwać 45 minut, tylko tyle, ile jest potrzebne – dodała. Zaznaczyła, że kompetencje dzieci będą sprawdzane dopiero na zakończenie nauki w trzeciej klasie, a nie już na zakończenie klasy pierwszej. - Zdajemy sobie sprawę, że mamy do czynienia z różnymi grupami dzieci, różnie przygotowanymi do szkoły. One potrzebują różnych okresów aklimatyzacji, różnego tempa pracy - powiedziała." Co za odkrycie! Cóż za wolność! Zapewne nauczyciele nie mieli nawet zielonego pojęcia o "wybitnych odkryciach" MEN.

Jak to dobrze, że ministerstwo łaskawie wyraziło zgodę na coś, na co wyrażać zgody nie musiało. Jak ministra powie, że to dzięki niej nauczyciele klas I-III nareszcie będą wolni, mogli swobodnie organizować zajęcia dydaktyczne dzieciom, kierować się zróżnicowaniem ich wieku i kompetencji, to znaczy, że ktoś sobie z niej zakpił w tym resorcie doradzając takie właśnie treści dla potrzeb medialnych. Aż żal czytać i słuchać tego typu wypowiedzi, bo nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać? Tak skumulowanej ignorancji w tym resorcie dawno już nie było.


Nauczyciele śmieją się z ministry edukacji na różnych forach, bo przecież publiczne ujawnienie takiej postawy wobec wprawdzie niekompetentnej, ale jednak ośmieszającej się swoimi wypowiedziami ministry mogłoby ich kosztować zbyt wiele. Niestety, ukryte mechanizmy wywierania presji, szykanowania nauczycieli są w naszym kraju już standardem w placówkach, których nadzór pedagogiczny nie życzy sobie szczerości i rzetelnej opinii (informacji zwrotnej). Chyba uczestnik wczorajszej inauguracji roku szkolnego w Zespole Szkół nr 1 w Czerwionce-Leszczynach z udziałem ministry edukacji zamieścił na facebooku jej wypowiedź:

- Nie mam żadnej wątpliwości, że sześć lat to jest ten właściwy wiek do podjęcia nauki - powiedziała dzisiaj minister edukacji narodowej Joanna Kluzik-Rostkowska w trakcie inauguracji(woj. śląskie). Jak widać, politolog zna się nawet na psychologii rozwojowej dzieci. Jak pani minister chwali elementarz, to natychmiast pojawia się przekierowanie do artykułu pedagog wczesnej edukacji Doroty Dziamskiej. Każdy ma swojego eksperta.

Na stronie MEN (fb) możemy przeczytać imienne komentarze po inauguracji. Ktoś trafnie pyta:

Czy to dopuszczalne, by 6-letnie dziecko miało zajęcia w 1 klasie szkoły podstawowej na 13.30 i kończyło je po 17-stej, zaś inne dziecko miało zajęcia 3x w tygodniu na 8 do ok. 12 oraz 2x w tygodniu na 12-stą do około 16-stej? Czy MEN może wskazać przepisy dotyczące organizacji pracy dzieci w pierwszej klasie, które nie powodowałyby tak absurdalnego obciążenia?

Pani minister skorzystała z doświadczeń byłego premiera RP Włodzimierza Cimoszewicza, by zapewnić rodziców uczniów, że ubezpieczenie dzieci nie jest obowiązkowe. Rozporządzenie na ten temat zostało tak zmienione, żeby nie było żadnych wątpliwości, że ubezpieczenie dzieci nie jest obowiązkowe. Minister przypomniała też, że nie ma opłat za dziennik elektroniczny. Natomiast nie przypomniała nasza ministra, że jakiekolwiek wpłaty na Radę Rodziców (tzw. komitet rodzicielski) też są nieobowiązkowe, i jak ktoś nie chce, to nie musi ich wnosić. Wszyscy obywatele płacący podatki w naszym kraju utrzymują m.in. szkolnictwo publiczne i etaty Ministerstwa Edukacji Narodowej.

A uczniowie zamieszczają memy:



Poczytajcie, co sądzi Dariusz Chętkowski o "fajnym podręczniku" szkolnym.

poniedziałek, 1 września 2014

MEN-ski mapping



Minister edukacji Joanna Kluzik-Rostkowska poinformowała społeczeństwo, że kierowany przez nią resort edukacji planuje kolejną akcję informacyjną (czytaj - propagandową). To oznacza, że powinna zatroszczyć się o zmianę nazwy tego ministerstwa. Nie wiem, jaka byłaby tu najlepsza? Może - Ministerstwo Map Informacyjnych (MPI) albo Ministerstwo Propagandy Oświatowej (MPO)?

Zdaniem ministry edukacji narodowej pani Joanny Kluzik-Rostkowskiej rodzice nie mają żadnej informacji na temat tego, gdzie znajdują się najlepsze szkoły zawodowe i technika w naszym kraju. "Mamy świetne doświadczenia z mapą podstawówek, którą zrobiliśmy, by przekazać informacje o nich rodzicom sześciolatków. Do końca ferii zimowych chciałabym mieć mapę szkół zawodowych. Pokażemy na niej, czego dana szkoła uczy, jakie ma profile, ilu maturzystów, jakie wyniki. Ale też, jak te placówki współpracują z rynkiem pracy".

Mam dwie wątpliwości. Po pierwsze, o wyborze szkoły ponadgimnazjalnej nie decydują rodzice, gdyż cyberpokolenie jest dużo lepiej zorientowane w tym, z kim, gdzie i czego chce się uczyć po gimnazjum. Tak więc o wyborze szkoły zawodowej dzisiaj już nie rozstrzygają rodzice chyba, że mamy na uwadze sytuacje szczególne w rodzinie gimnazjalisty, który jest jedyną nadzieją na szybkie uzyskanie zawodu i wsparcie rodziców czy opiekunów prawnych w pozyskaniu środków do życia. Wówczas jednak nie będzie szukać jak najlepszej szkoły zawodowej, tylko takiej, którą jak najszybciej będzie mógł ukończyć i znajdzie się ona w pobliżu jego miejsca zamieszkania.

Po drugie, tworzenie na stronie MEN kolejnej mapy jest - być może świetną okazją do zarobienia przez jakąś firmę czy do dania zajęcia bezrobotnemu już informatykowi w tym urzędzie, ale nie będzie żadnym źródłem motywującym do wyboru określonej szkoły zawodowej przez nastolatka. Ministra edukacji jest tak odporna na krytykę totalnej klapy propagandowej w przypadku tzw. MEN-skiej mapy na temat rzekomego przygotowania szkół na przyjęcie sześciolatków, że dorabia ideologię do kolejnego bubla. Po co?

Oczywiście, jeśli "ambitnym" zadaniem ministry edukacji narodowej ma być tworzenie kolejnych map, by można było chwalić się nimi na kolejnych konferencjach prasowych, to wróżę odsłonę kolejnego kitu propagandowego. W każdym mieście powiatowym, nie wspominającym o wielkich ośrodkach miejskich, gdzie znajdują się szkoły zawodowe różnego typu, tak rodzice, jak i uczniowie gimnazjów doskonale wiedzą, która z nich jest najbardziej atrakcyjna, cieszy się największym popytem.

W Polsce trzeba inwestować środki w nowoczesną infrastrukturę, a nie podtrzymywać szkoły-muzea zawodów, opowiadać bajki na stronie urzędu. Niestety, ministra edukacji, która - co potwierdza kolejnymi działaniami pozornymi - zna się na propagandzie politycznej (w dość zresztą kiepskim stylu), zamiast stymulować podaż, postanowiła podawać nam papkę płytkich, banalnych, powierzchownych, nieprawdziwych (niepełnych) danych o szkołach zawodowych, byle tylko wyciągnąć kolejną kasę unijną na konsumpcję własną, czyli kolejny balon przedwyborczy.

Wzorem kampanii reklamowej dla rodziców sześciolatków czekamy na występy kolejnych ekspertów w MEN-skich spotach. Scenariusz może być ten sam, tylko wystarczy podmienić aktorów i celebrytów.

niedziela, 31 sierpnia 2014

Rok szkolny z Dyzmą w MEN

Oj, ostatnie tygodnie są pasmem zabawnych sytuacji z udziałem MEN i pani ministry edukacji. Widać, jak fatalny ma zespół współpracowników, jakiegoś Dyzmę, a może wkradł się też do tego urzędu "mały sabotaż", bowiem z datą 31 sierpnia 2014 r. ukazał się na pierwszej stronie wpis o kuriozalnej treści (godzina odczytania 0:55)


ROK SZKOLNY CZAS ZACZĄĆ!
Opublikowano: 31 sierpnia 2014
600 uczniów szkół na terenie całego kraju już jutro wróci do szkoły. Zajęcia w tym roku szkolnym potrwają do 26 czerwca 2015 r.





Na szczęście, ktoś jednak czuwa i już mamy na stronie MEN autokorektę:

Rok szkolny czas zacząć!
Opublikowano: 31 sierpnia 2014
4 763 600 uczniów szkół na terenie całego kraju już jutro wróci do szkoły. Zajęcia w tym roku szkolnym potrwają do 26 czerwca 2015 r.


Doktor pedagogiki wyróżniona nagrodą Prezesa Rady Ministrów


Pani dr Edyta Siwińska została wyróżniona Nagrodą Prezesa Rady Ministrów za swoją rozprawę doktorską pt. "Jakość edukacji tanatologicznej w szkole", którą napisała pod kierunkiem prof. Uniwersytetu Szczecińskiego dr hab. Barbary Kromolickiej. Recenzentami w tym przewodzie byli wybitny znawca tej problematyki - dr hab. Józef Binnebesel prof.UMK i teoretyk wychowania i samowychowania - dr hab. Andrzej Sowiński, prof. US.

Laureatka była w tym roku jedynym doktorem nauk społecznych w dyscyplinie pedagogika, który otrzymał tak wysokie wyróżnienie. Prezes Rady Ministrów wręczył je 28 doktorom nauk. Nie było wśród nich ani psychologów, ani socjologów. To wielki zatem zaszczyt dla młodej Doktor i jej Promotor oraz Wydziału Nauk Humanistycznych, którego Rada przeprowadziła tak znakomity przewód doktorski. Mam nadzieję, że rozprawa zostanie opublikowana nie tylko z powyższego względu, ale problematyki badawczej, która ma interdyscyplinarny charakter.

Jej autorka podjęła w dysertacji problem społecznych i kulturowych uwarunkowań postrzegania i rozumienia problematyki umierania i śmierci. Musiała go najpierw przedstawić w świetle najnowszych teorii tanatopedagogicznych, tanatopsychologicznych, medycznych, religijnych, kulturowych, etycznych, a nawet prawnych. Nie jest łatwo pisać o dziecku w obliczu śmierci, doświadczającemu żałoby, starty Bliskiej mu osoby, a co dopiero o sytuacji umierającego i świadomego terminalnej choroby dziecka. Odczuwany przecież krzyk rozpaczy miesza się bowiem z próbą uchwycenia naukowym językiem ludzkich dramatów (dzieci i ich rodziców)wobec stanu nadchodzącego przejścia na drugi brzeg. Doktorantka pochyliła się nad tym fenomenem sięgając do filozofii personalistycznej.


Część badawcza jest jednak - jak piszą recenzenci - bardziej zdystansowana wobec powyższego, bowiem Doktorantka przeprowadziła analizę treści tanatologicznej w edukacji szkolnej, a więc ich występowania w programach szkolnych różnych przedmiotów, proponowanych metod i form ich realizacji. Przyjrzała się też w swojej diagnozie temu, jaką mają wiedzę na temat śmierci uczniowie, czy i jakie są ich potrzeby w tym zakresie, by całość zamknąć diagnozą poziomu przygotowania nauczycieli do kształcenia młodych pokoleń także w tej kwestii.

Dobrze się stało, że praca doktorska poświęcona właśnie temu zagadnieniu została skierowana do nagrody, bo przecież ponowoczesność wraz z jej technologiami przekazu wydarzeń z różnych miejsc świata prowadzi do znieczulenia na ludzką śmierć, do jej "banalizacji". Pani dr Edyta Siwińska zwraca uwagę na dwa, jakże istotne sposoby postrzegania śmierci jako "śmierci zdziczałej" i "śmierci oswojonej". Jak zatem socjalizujemy nasze dzieci do śmierci? Czy rzeczywiście jest to dla dzieci tabu, które powinno wyznaczać między nimi a dorosłymi granice milczenia, pokory czy współdoznawania?