Paulo Freire pod ideologicznym nadzorem Piotra Stańczyka
Warto
przeczytać „Pedagogikę uciśnionych” Paulo Freirego. Warto też nie pozwolić, by
ostatnie słowo w jej polskim wydaniu należało do interpretatora, który
postanowił poprawić autora, uporządkować go ideologicznie i wyjaśnić
czytelnikowi, co Freire naprawdę miał na myśli — nawet tam, gdzie Freire
najwyraźniej nie zamierzał myśleć zgodnie z instrukcją.
Piotr
Stańczyk zatytułował swoje posłowie „Wymyślenie Freirego na nowo”. Tytuł jest
trafny, choć zapewne nie w zamierzonym sensie. Nie chodzi bowiem o ponowne
odczytanie Freirego w nowych warunkach historycznych, lecz o ubranie go w nieco
przykurzony kostium ortodoksyjnego marksizmu, dopisanie współczesnych
przeciwników politycznych i przekonanie czytelnika, że dopiero materialistyczna
wykładnia pozwala zobaczyć prawdziwego autora.
Tymczasem
pedagogia Freirego nie była gotowym zestawem metod, który można przenosić z
brazylijskiej wsi lat sześćdziesiątych XX wieku do polskiej szkoły,
uniwersytetu albo przestrzeni cyfrowej. Powstała w świecie analfabetyzmu,
nierówności klasowych, kolonialnej zależności, przewrotów wojskowych i
politycznego wygnania. Nie była instrukcją obsługi emancypacji.
Freire
nie pozostawił nam odpowiedzi nadających się do mechanicznego zastosowania.
Pozostawił pytania: kto ma prawo nazywać rzeczywistość, kto ustala, o czym
wolno mówić, czyj język uchodzi za naukowy, kto kontroluje instytucje i wiedzę
oraz czy człowiek może współdecydować o własnym kształceniu. Te pytania można i
trzeba ponawiać. Nie należy natomiast udawać, że odpowiedź została już
przygotowana przez jedną polityczną stronę.
Stańczyk
chętnie liczy słowa. Skoro „emancypacja” pojawia się u Freirego rzadziej niż
„wolność”, ma z tego wynikać znacząca różnica. Gdyby jednak dzieła
humanistyczne można było interpretować za pomocą licznika rzeczowników, krytyka
literacka powinna zostać zastąpiona arkuszem kalkulacyjnym.
Freire
mówił o wyzwoleniu, humanizacji, dialogu, praxis, odzyskiwaniu głosu i „byciu
bardziej”. Cała jego pedagogia jest emancypacyjna, nawet jeśli określony
rzeczownik nie występuje z częstotliwością zadowalającą interpretatora. Wolność
nie oznaczała zaś swobody konsumenta ani prawa silniejszego. Była wspólnym
odzyskiwaniem człowieczeństwa.
Szczególnie
wygodne okazuje się wykorzystanie Freirego niemal wyłącznie do krytyki
prawicowego populizmu. Owszem, jego kategorie pozwalają analizować
autorytaryzm, nacjonalizm, manipulowanie lękiem i pogardę wobec słabszych. Nie
mają jednak legitymacji partyjnej. Powinny być kierowane także przeciwko
autorytaryzmowi lewicowemu, państwowemu etatyzmowi, centralizacji oświaty,
kolonizacji instytucji publicznych, przemocy administracyjnej, akademickiemu
wykluczaniu odmiennych poglądów oraz samozwańczym rzecznikom uciśnionych.
Pedagogia
krytyczna kończy się bowiem w chwili, gdy z góry wiadomo, kto zawsze uciska, a
kto zawsze jest ofiarą. Od tego momentu zaczyna się katechizm.
Nie
oznacza to również, że człowiek uciśniony posiada automatyczną przewagę
intelektualną. Może lepiej znać skutki dominacji, ale może też uwewnętrznić
język ciemiężyciela, obwiniać siebie, pragnąć zajęcia jego miejsca albo
skierować agresję przeciwko jeszcze słabszym. Właśnie dlatego Freire pisał o
krytycznym uświadomieniu. Gdyby samo cierpienie zapewniało nieomylność,
edukacja dialogiczna byłaby zbędna.
Osobliwie
brzmi także próba podporządkowania myśli Freirego pedagogice materializmu
Bogdana Suchodolskiego. Wystarczy najwyraźniej znaleźć wspólne słowo, by z
odmiennych doświadczeń historycznych, religijnych i politycznych zbudować jedną
linię ideowego dziedziczenia. Tak powstają genealogie równie efektowne, jak
mało prawdopodobne.
Jeszcze
bardziej problematyczne jest przedstawianie praxis jako ruchu od indukcji do
dedukcji i z powrotem. Freire nie konstruował teorii po to, by następnie
„zastosować” ją w innym kraju. Refleksja i działanie nie były u niego kolejnymi
etapami procedury badawczej, lecz nierozdzielną jednością. Każda wspólnota
musiała ponownie odczytać własny świat. Nie otrzymywała gotowej paczki z metodą
Freirego.
Najpoważniejsze
zniekształcenie polega jednak na niemal całkowitym usunięciu chrześcijańskich
źródeł jego antropologii. Freire zostaje sprowadzony do materializmu, jak gdyby
miłość, nadzieja, godność, wiara w człowieka i powołanie do „bycia bardziej”
były niepotrzebnymi ozdobnikami marksistowskiej analizy klasowej.
Nie
były. Jego pedagogia wyrastała na przecięciu chrześcijańskiego personalizmu,
teologii wyzwolenia, egzystencjalizmu, marksizmu, myśli Fanona i doświadczeń
alfabetyzacyjnych. Freire krytykował Kościół wspierający dominację, ale
dostrzegał również Kościół profetyczny, solidarny z poniżonymi. Nie
przeciwstawiał materializmu religii, lecz religię legitymizującą ucisk wierze
uczestniczącej w wyzwoleniu człowieka.
Równie
słabo uzasadniona jest teza o późniejszym nawróceniu Freirego na postmodernizm
„wszechobecny na amerykańskich kampusach”. To określenie brzmi bardziej jak
publicystyczna etykieta niż kategoria naukowa. Otwarcie na kwestie płci, rasy,
kultury i różnicy nie oznacza jeszcze przyjęcia postmodernistycznej
epistemologii. Freire nadal wierzył w podmiotowość człowieka, poznawalność
rzeczywistości, odpowiedzialność moralną, dialog i możliwość świadomej
przemiany świata.
Jeżeli
ktoś twierdzi, że autor uległ postmodernizmowi, powinien wskazać: czyjemu, w
jakim tekście, poprzez jakie pojęcia i z jakim skutkiem. „Myśl obecna na
kampusach” jest intelektualnym odpowiednikiem pogłoski zasłyszanej na
korytarzu.
Stańczyk
zarzuca Freiremu metaforyczność i odejście od języka nauki, sam zaś pisze o
„determinacji nadbudowy”, „naddeterminowaniu stosunków produkcji”,
„materialistycznej pedagogice emancypacyjnej” i „iteracjach
indukcyjno-dedukcyjnych”. Jest to interesujący przypadek walki z żargonem za
pomocą żargonu znacznie trudniejszego.
Metafory
Freirego — edukacja bankowa, kultura milczenia, nazywanie świata, goszczenie w
sobie ciemiężyciela — nie były ornamentami. Pozwalały ludziom rozpoznawać
własne doświadczenie. Neomarksistowskie konstrukcje interpretatora częściej
natomiast sprawiają wrażenie, jakby prostą myśl należało najpierw skomplikować,
aby mogła uchodzić za naukową.
Problem
nie polega na tym, że Stańczyk jest ideologicznie zaangażowany. Freire także
był. Problem polega na asymetrii: Freiremu wypomina się synkretyzm,
niejednoznaczność i metaforyczność, natomiast język interpretatora zostaje
uznany za narzędzie, którym można autora naprawić.
Freire
ma więc zostać uwolniony od własnego języka po to, by przemówić językiem
Stańczyka.
To
osobliwa forma pedagogii dialogu. Interpretator sam ustala, kiedy Freire był
liberalny, kiedy marksistowski, kiedy postmodernistyczny, czego jeszcze nie
rozumiał i w którym miejscu należy go skorygować. Czytelnikowi pozostaje
przyjąć wykładnię albo narazić się na podejrzenie braku właściwego
uświadomienia.
Posłowie
może być świadectwem jednej, neomarksistowskiej recepcji Freirego. Nie powinno
jednak uchodzić za bezstronne wprowadzenie do jego myśli. Autor chciał wymyślić
Freirego na nowo, ale w istocie próbował przebrać go w zużyty kostium doktryny,
z której brazylijski pedagog przez całe życie się wymykał.
Freire
nie potrzebuje ideologicznego nadzorcy, który wyjaśni, co wolno z niego
zrozumieć.
Pedagogia
wyzwolenia potrzebuje wolnego czytelnika. Inaczej sama staje się kolejną lekcją
posłuszeństwa.
Opracowanie redakcyjne: autor, przy wsparciu ChatGPT (OpenAI).
Komentarze
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam