O ekologii kultury czytelniczej
(źródło: Schemat wygenerowany przy użyciu ChatGPT (OpenAI) na podstawie koncepcji autora)
Pobyt
w Bolonii uświadomił mi coś, czego nie pokazują tabele z wynikami badań
czytelnictwa. Możemy wiedzieć, jaki odsetek obywateli przeczytał w ciągu roku
jedną, trzy czy siedem książek, ale nadal niewiele to mówi o kulturze
czytania danego społeczeństwa.
W niedzielny wieczór, około godziny 19.30, w bolońskich księgarniach nadal byli ludzie. Nie pojedynczy klienci wpadający po zamówiony wcześniej tytuł, lecz dzieci, młodzież, dorośli i osoby starsze przeglądające półki, oglądające albumy, wybierające książki.
W małej kawiarni obok ciastek i owoców leżały
książki. Dzieci chodziły po mieście z książkami pod pachą. W księgarniach
znajdowałem nie tylko najnowsze bestsellery, lecz także znakomicie
uporządkowane działy filozofii, historii, nauk społecznych, literatury naukowej
oraz klasyków – od starożytności po współczesność.
Nie chcę na tej podstawie budować prostego przeciwstawienia: kulturalni Włosi i nieczytający Polacy. Byłoby to metodologicznie naiwne. Włochy są krajem bardzo zróżnicowanym regionalnie, a Bolonia jest szczególnym miastem uniwersyteckim i kulturalnym. Nie sposób jednak przejść obojętnie obok faktu, że miejski raport "Patto per la lettura di Bologna" wykazywał w 2025 roku 79 księgarń, 67 „miejsc czytania”, 99 aktywnych grup czytelniczych oraz ponad 7700 zgłoszonych wydarzeń.
To już nie jest tylko kwestia ilości księgarń, ale jest to infrastruktura społeczno-kulturowa. Właśnie dlatego warto mówić nie tylko o czytelnictwie, lecz o ekologii kultury czytelniczej. Czytelnika nie produkuje bowiem sondaż opinii publicznej.
W
Polsce w 2025 roku 41 proc. badanych deklarowało przeczytanie przynajmniej
jednej książki. W wielkich miastach (powyżej pół miliona mieszkańców) powyższy wskaźnik
wynosił aż 71 proc. Biblioteka Narodowa sama zwraca uwagę, że są to
miejsca, w których dostęp do książek i innych dóbr kultury jest stosunkowo
łatwy. Książka papierowa nadal wyraźnie dominuje nad cyfrową, a jednocześnie
rośnie znaczenie bibliotek publicznych także jako miejsc odwiedzanych w innych
celach niż samo wypożyczenie książki.
Niniejsza informacja pokazuje bowiem, że czytanie nie jest wyłącznie
indywidualną dyspozycją człowieka. Ma ono swoje środowisko.
Czytać można w społeczeństwie, w którym książka jest obecna niemal wszędzie, ale można też żyć w środowisku, w którym kontakt z nią wymaga coraz bardziej intencjonalnego działania: trzeba znać tytuł, znaleźć go w Internecie, zamówić, zapłacić, otrzymać kod i wyjąć paczkę ze skrytki. W obu przypadkach książka formalnie jest „dostępna”. Kulturowo są to jednak dwa zupełnie różne światy.
Książkomat dostarczy książkę lub umożliwi jej zwrot od czytelnika, ale nie potrafi pokazać, dlaczego warto ją przeczytać.
Nie mam nic przeciwko nowym technologiom, gdyż korzystam z cyfrowych baz, publikacji elektronicznych i wszystkich udogodnień, które pozwalają szybciej dotrzeć do wiedzy. E-book, audiobook czy książkomat mogą znakomicie poszerzać dostęp do kultury. Problem zaczyna się wówczas, gdy technologia przestaje być uzupełnieniem instytucji kultury, a zaczyna być argumentem na rzecz jej likwidacji.
W Polsce nadal funkcjonuje rozbudowana sieć 7438 bibliotek publicznych i filii, z których w 2025 roku korzystało 5,4 mln zarejestrowanych czytelników. Wypożyczyli oni niemal 100 mln woluminów. Biblioteki więc nie zniknęły i z pewnością nie należy tworzyć obrazu kulturowej pustyni.
Jednocześnie
obserwujemy proces kurczenia się sieci księgarskiej. Według Ogólnopolskiej Bazy
Księgarń pod koniec marca 2026 roku zarejestrowane były 1592 placówki, w tym
921 niepublicznych. Tylko w 2024 roku z mapy Polski zniknęły 82 księgarnie,
podczas gdy powstały 42 nowe.
Władze państwowe dostrzegają ten problem, skoro Instytut Książki prowadzi program „Certyfikat dla
małych księgarń”, którego założonym celem jest właśnie zahamowanie spadku
ich liczby. Co więcej, ów Instytut trafnie określa małe księgarnie nie
jako zwykłe punkty handlowe, lecz jako lokalne centra dostępu do kultury,
kształtujące gusta czytelnicze i organizujące spotkania, dyskusje oraz
warsztaty.
Skoro więc sami twórcy polityki kulturalnej przyznają, że księgarnia nie jest zwykłym sklepem, to nie powinniśmy oceniać jej wyłącznie według wydajności sprzedaży jednego metra kwadratowego powierzchni. Księgarz i bibliotekarz są niejako częścią książki. Brzmi to może przesadnie, ale pedagogicznie ma głęboki sens.
Dobry
księgarz nie jest magazynierem stojącym między klientem a kasą. Zna książki, porządkuje je na półkach, wybiera, zamawia, eksponuje. Potrafi zapytać, czego ktoś szuka, ale
również wskazać coś, czego klient nie wiedział, że powinien szukać.
Bibliotekarz również nie jest pracownikiem technicznym zajmującym się wydawaniem i przyjmowaniem egzemplarzy. Jest pośrednikiem między ogromnym światem kultury a człowiekiem, który dopiero próbuje znaleźć w nim własną drogę. Dotyczy to szczególnie dzieci i młodzieży.
Algorytm może znakomicie odpowiedzieć na pytanie: „Jeżeli przeczytałeś X, być może spodoba ci się Y”. Bibliotekarz może natomiast powiedzieć młodemu człowiekowi: „Spróbuj przeczytać jeszcze lub coś zupełnie innego”. Różnica sprowadza się do reprodukowania dotychczasowych preferencji lub otwierania horyzontów poznawczych, a to jest już przejawem kultury wysokiej.
Nie mam na myśli tworzenia jakiegoś elitarnego klubu dla wtajemniczonych. Przeciwnie. Demokracja kulturowa polega także na tym, żeby człowiek, który nigdy nie słyszał o Platonie, Arendt, Frommie, Montessori, Korczaku czy Deweyu, miał szansę przypadkiem zobaczyć ich książki na półce. W wyszukiwarce internetowej trzeba wcześniej wpisać nazwisko, zaś w księgarni czy bibliotece można je spotkać.
Od bibliotekarzy otrzymuję czasami niemal błagalne prośby o pomoc w zdobyciu książek naukowych, specjalistycznych, poradników, a nie powieści, bestsellerów, gdyż z powodu skromnego budżetu bibliotekarze nie mogą ich zakupić. To jest jeszcze inny wymiar degradacji ekologii czytelniczej.
Możemy bowiem mieć bibliotekę, budynek, elektroniczny katalog i książkomat, a jednocześnie coraz bardziej ubogi księgozbiór. Instytucja formalnie istnieje, lecz jej zdolność udostępniania współczesnej wiedzy naukowej maleje. Dlatego nie wystarczy liczyć biblioteki, ale trzeba pytać o jakość ich kulturowego ekosystemu.
Wskaźnikiem
dobrej ekologii kultury czytelniczej byłaby zatem nie tylko liczba osób
deklarujących przeczytanie książki. Należałoby badać równocześnie gęstość sieci
księgarń i bibliotek, ich godziny otwarcia, zasobność i aktualność
księgozbiorów, nakłady na zakup nowości – w tym literatury naukowej – liczbę
profesjonalnych bibliotekarzy i księgarzy, obecność książki w przestrzeni
miasta, dostęp dzieci do atrakcyjnych zbiorów, liczbę spotkań i grup
czytelniczych, możliwości nieskrępowanego przeglądania książek, ekspozycję
klasyki i literatury wymagającej oraz dostępność e-booków, audiobooków i
automatów jako uzupełnienia, a nie substytutu tych miejsc.
Dopiero taki zestaw pozwalałby powiedzieć coś sensownego o kulturze czytania społeczeństwa. Technologia nie jest neutralna, kiedy służy do oszczędzania na człowieku.
Najłatwiej jest powiedzieć: „przecież książka nadal jest dostępna”. Czytelnik zamówi ją przez Internet. Biblioteczny egzemplarz odbierze z książkomatu. E-book pobierze o północy. To wszystko prawda, ale z kultury można usuwać człowieka bardzo szybko, zachowując formalny dostęp do jej produktów.
Możemy mieć kasę samoobsługową bez sprzedawcy, bankomat bez pracownika banku, automat paczkowy bez listonosza i wreszcie książkomat bez bibliotekarza, tyle że kultura nie jest przesyłką kurierską. Kiedy znikają księgarz i bibliotekarz, nie tracimy jedynie dwóch zawodów, ale społeczne role pośredników kultury wysokiej.
Kiedy zamykamy księgarnię i pozostawiamy możliwość zakupu książki online, również możemy zapewniać sobie, że przecież „nic się nie stało”. Książkę nadal można kupić, tyle że z ulicy zniknęła witryna. Z centrum miasta zniknęło miejsce, do którego można wejść bez planu. Dziecko przestało widzieć ludzi wybierających książki. Student nie natknie się przypadkiem na monografię stojącą obok tej, po którą przyszedł, zaś mieszkaniec osiedla zamiast kilkudziesięciu minut wśród książek spędzi kilkanaście sekund przy skrytce oznaczonej numerem. Logistyka jest doskonalsza, ale ekologia kultury jest uboższa.
Nie mierzmy zatem tylko tego, ile książek przeczytaliśmy. Potrzebujemy zmiany perspektywy w badaniach czytelnictwa. Pytanie „Czy przeczytał(a) Pan/Pani w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy co najmniej jedną książkę?” jest potrzebne, ale nie wystarcza. Powinniśmy również pytać: W jakim środowisku spotkała się pani czy pan z wybraną książką?
Bolonia uświadomiła mi, że mieszkańcy tego miasta czy odwiedzający je tłumnie turyści z różnych stron świata mają szansę potwierdzić lub stać się namiętnymi czytelnikami. Tak oczywiście nie jest, ale pokazała mi miasto, w którym książka jest widzialna, a widzialność dóbr kultury ma znaczenie edukacyjne.
Nie trzeba organizować kampanii pod hasłem „Czytaj książki!”, jeżeli dziecko od najmłodszych lat widzi ludzi czytających, księgarnie pełne klientów, książki przy kawie, biblioteki otwarte dla mieszkańców i dorosłych rozmawiających o tym, co przeczytali. Na tym polega wychowanie przez środowisko. Książkomat może w nim stać, e-book może być jego częścią, audiobook także, ale nie powinniśmy mylić technologicznego ułatwienia dostępu do książki z budowaniem kultury czytelniczej.
Uświadomiłem sobie, jak w ciągu kilku dekad zmieniała się ekologia kultury czytelniczej w Alma Mater. Jeszcze jako student pamiętam, że w każdym zakładzie była specjalistyczna biblioteka, z której mogliśmy korzystać w czasie seminarium magisterskiego czy ćwiczeń. Nie trzeba było jechać do biblioteki uniwersyteckiej. Po kilkunastu latach zarządzono likwidację tych bibliotek na rzecz stworzenia biblioteki wydziałowej. A.D. 2026 zapisze się jako rok likwidacji także i tej jednostki kultury wysokiej na rzecz książkomatu.
Nie tylko mój wydział uniwersytecki zlikwidował bibliotekę, by przekazać część woluminów bibliotece centralnej, zwolnić pracowników a określone przez BUŁ egzemplarze, uznane jako zbyteczne, udostępnić bezpłatnie zainteresowanym nimi studentom i nauczycielom akademickim czy Wojewódzkiej Bibliotece Pedagogicznej. Nie ma na szczęście strat materialnych, bo tak studenci, jak i nauczyciele akademiccy z radością przeglądali regały z książkami, często "białymi krukami" i zabierali je do domowych biblioteczek. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.
https://pp.uni.lodz.pl/index.php/intranet/news/articles/article?id=4050
Przekazywane pracownikom zbiory dokumentów ich mistrzów - znaczących w dziejach dyscypliny naukowej profesorów - nie znajdą swojego schronienia, bo nikt nie jest nimi zainteresowany. Tylko mi żal tej przestrzeni, w której można było przejrzeć specjalistyczne czasopisma, wypożyczyć egzemplarze książek do projektowania własnych badań, prac dyplomowych czy awansowych.
(Foto:BŚ)






Komentarze
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam