Kontrowersje związane z egzaminem maturalnym
(źródło:Fb)
Państwowa
matura została przeciążona funkcjami pomiarowymi. Miała równocześnie
certyfikować, selekcjonować i diagnozować. Miała potwierdzać osiągnięcie
pewnego poziomu wykształcenia średniego, różnicować kandydatów do szkół
wyższych oraz informować państwo, jak pracują szkoły. Te trzy zadania wymagają
jednak częściowo innych narzędzi pomiarowych. Właśnie z ich zazębiania się
wynika znaczna część sprzeczności, w wyniku których obciąża się winą za
oczywiste patologie albo Centralną Komisję Egzaminacyjną albo
nauczycieli-egzaminatorów, chociaż odpowiedzialność za ten proces ponosi
minister edukacji i premier rządu.
Nie
słucha się profesorów pedagogiki, metodologów, diagnostów, a przecież już wiele
lat temu Bolesław Niemierko bardzo trafnie wskazywał, że wynik matury należy
widzieć w kontekście jej uwarunkowań, jak m.in.: zdolności, asiracje i
wcześniejsze osiągnięcia szkolne uczniów, kultura ich szkoły, przygotowanie
nauczycieli, także egzaminatorów, oczekiwania społeczne i regulacje
administracyjno-prawne. Sam „produkt”, czyli wynik matury, powinien być
oceniany także pod względem bezstronności, dokładności punktowania,
rzetelności, trafności i obiektywizmu.
Problem
polega na tym, że praktyka publiczna bardzo często zapomina o pierwszych członach tego modelu i traktuje sam wynik jak właściwość CKE. Nie
bronię tej instytucji, bo wiem, jak bardzo podporządkowana jest interesom
partii władzy, o czym pisałem w książce "Edukacja (w)polityce. Polityka
(w) edukacji" (Kraków, 2015). Jeszcze do tej kwestii nawiążę.
Pierwotne
założenia egzaminu państwowego były znacznie szersze niż zwykłe sprawdzanie
wiadomości ucznió kończących szkołę podstawową (wóczas gimnazjum) i średnią (II
stopnia). Nowa matura miała odejść od pamięciowego odtwarzania wiedzy. W
wypowiedziach ekspertów towarzyszących jej wprowadzeniu podkreślano, że uczeń
ma umieć posługiwać się wiedzą, wydobywać informacje ze źródeł i interpretować
je. Jednocześnie zewnętrzne sprawdzanie według jednakowych kryteriów miało
ujawnić rzeczywiste różnice między szkołami i odpowiedzieć na pytanie, „jak
szkoły kształcą”.
Tak
samo późniejsza reforma matury ustnej z polskiego z 2015 r. miała przywrócić
autentyczność wypowiedzi: zrezygnowano z przygotowywanej miesiącami prezentacji
na rzecz zadania otrzymanego podczas egzaminu, aby rzeczywiście sprawdzać
czytanie i mówienie; zapowiadano także odejście od sztywnego „klucza” na rzecz
całościowej oceny wykonania zadania.
Już
wówczas pojawił się pierwszy fundamentalny paradoks: trafność kontra
standaryzacja. Im bardziej chcielibyśmy sprawdzić autentyczne myślenie,
interpretację, oryginalność i argumentację, tym większą swobodę musielibyśmy
pozostawić zdającemu, ale również egzaminatorowi. Im bardziej natomiast chcemy
zagwarantować, że tysiące egzaminatorów przyznają te same punkty, tym
precyzyjniej trzeba rozpisać kryteria i tym bardziej złożona wypowiedź zostaje
rozłożona na elementy nadające się do „odhaczania”.
Ten
problem jest oczywisty: analityczne ocenianie ułatwia pracę egzaminatorowi, ale
pozbawia swobody wypowiedzi uczniów, a nawet pozwala uzyskać punkty za swoistą
„sałatkę słowną” z właściwych składników. Z kolei przeciwległy biegun
odsłania ów paradoks: im bardziej kryteria są całościowe i otwarte,
tym silniej ujawnia się uznaniowość egzaminatora. To powód, dla którego nie
zanika właśnie standaryzacja, którą każda z deform upełnomocnia.
Doprowadzono
do sytuacji, w wyniku której znacznie lepiej nauczono się mierzyć wykonanie
zadania niż myślenie stojące za jego wykonaniem. Jest to różnica zasadnicza.
Zadanie może wymagać argumentów, interpretacji czy rozwiązania problemu, ale
wynik zawiera jednocześnie kompetencję przedmiotową, rozumienie polecenia,
znajomość konwencji arkusza, trening egzaminacyjny, umiejętność przewidywania
oczekiwań autora zadania i gospodarowanie czasem.
W
2024 roku krytyka matury matematycznej sprowadzała się właśnie do
spostrzeżenia, że typy zadań są od lat przewidywalne, zmieniają się przede
wszystkim dane, a formalne przygotowanie do egzaminu przesłania pytanie o cel
uczenia się matematyki. Podobnie jest z językiem polskim czy pozostałymi
przedmiotami. Egzaminatorzy CKE/OKE wydają poradniki (na czym świetnie
zarabiają), które mają trenować już ósmoklasistów, ale przede wszystkim
maturzystów w rozwiązywaniu zadań zgodnie z wystandaryzowaną miarą ich oceniania.
Drugi wielki problem dotyczy skali. Wynik procentowy z egzaminu maturalnego sprawia wrażenie miary naturalnej, chociaż nią nie jest. Próg 30 proc. nie oznacza opanowania 30 proc. programu na pziomie wykształcenia średniego. Jest progiem punktowym konkretnego arkusza skonstruowanego zgodnie z określonymi wymaganiami. Publiczna dyskusja przez lata mieszała te dwie rzeczy.
Co więcej,
już na początku funkcjonowania nowej matury przywoływano badania Politechniki
Łódzkiej, z których wynikało, że wynik w okolicach 30 proc. nie gwarantował
utrzymania się na studiach. A więc ten sam wynik miał jednocześnie
znaczyć: „posiada wykształcenie średnie wystarczające do otrzymania świadectwa”
i służyć jako część informacji o gotowości do studiów, a to nie są identyczne
konstrukty.
Trzecia
sprzeczność polega na tym, że certyfikacja wiedzy jest w kontrze do selekcji
społecznej absolwentów szkół. Dla certyfikacji dobry egzamin powinien
sprawdzać, czy absolwent przekroczył sensownie ustalony poziom minimalny. Dla
rekrutacji na medycynę, prawo czy wymagające kierunki techniczne trzeba
natomiast bardzo precyzyjnie różnicować uczniów znajdujących się na górnym
krańcu rozkładu. Ten sam arkusz nie może być jednocześnie optymalny do
sprawdzenia minimum u ucznia słabego i do rozróżnienia np. kandydatów
osiągających bardzo wysokie kompetencje.
Dlatego
system stopniowo rozdzielił w praktyce maturę „do zdania” od matury
„do rekrutacji”, czyli przedmiotów rozszerzonych. W 2015 r. wprost określano
nową formułę jako narzędzie rekrutacji, gdyż wspólny poziom miał ułatwiać
porównywanie kandydatów. Były szef CKE - profesor pedagogki -
Krzysztof Konarzewski w 2013 roku słusznie stwierdził, że realnie matura pełni
już przede wszystkim rolę kwalifikacyjną do szkół wyższych i jest jedynie
„ułomnym sposobem sprawdzania wykształcenia”.
Najpoważniejszym
nadużyciem interpretacyjnym wyników egzaminów państwowych okazuje się jednak
traktowanie ich jako pomiaru jakości pracy szkoły. Z wyniku można zasadnie
powiedzieć, jak poradzili sobie uczniowie danej szkoły z danym egzaminem. Nie
wolno jednak bez dodatkowych badań twierdzić, że wynik ten jest miarą „dobrej
czy złej szkoły” czy jakości pracy jej nauczycieli.
Następstwem
niezrozumienia tych procesów uczyniono z wyników tych egzaminów wskaźnik
reputacji szkoły. Pojawiły się rankingi i presja na nauczycieli, a następnie
zjawisko określane mianem „szantażu maturalnego”. Ten ostatni jest skandaliczną
patologią, skoro słabszego ucznia opłacało się zniechęcić do przystąpienia do
egzaminu, by nie psuł szkolnej zdawalności, zamiast podejmować działania
wspierające jego przynajmniej minimalne szanse na sprawdzenie siebie. W 2024
roku MEN likwidowało wstępne deklaracje maturalne właśnie po to, aby ograniczyć
takie naciski, ale one i tak są jak kryptowaluty.
W
relacjach nauczycieli powyższy mechanizm został uwydatniony jeszcze wyraźniej,
bowiem jeśli uczeń nie zdał matury, to nauczyciel i szkoła musieli się
tłumaczyć. Jeśli zaś w ogóle nie przystąpił do egzaminu, problem znikał ze
statystyki. W języku metodologicznym jest to klasyczny przypadek reaktywności
pomiaru: narzędzie przestaje jedynie rejestrować rzeczywistość i zaczyna ją
przekształcać. Niemierko już na początku ostrzegał przed backwash
effect egzaminu maturalnego.
Tegoroczny
protest nauczycieli języka polskiego odsłania problem nie-rzetelności samego
punktowania prac maturalnych, które miały gwarantować bezstronność,
dokładność, rzetelność, trafność i obiektywizm ocen, a po ponad dwudziestu
latach powraca dyskusja o błędach egzaminatorów. W procesie rekrutacji do szkół
wyższych wiemy, że nie tylko w tegorocznej maturze były liczne przypadki
drastycznych rozbieżności w ocenach, w tym sytuację, gdy po arbitrażu wynik
egzaminu podstawowego został zmieniony z niezdania na ... 72 proc., tyle że już po
terminach istotnych dla rekrutacji.
Oczywiście,
nie wolno z pojedynczych przypadków wnioskować o częstości błędów w całej
populacji, we wszystkich komisjach egzaminacyjnych, ale pokazują one, że
tzw. zewnętrzność egzaminatora nie jest gwarantem nieomylności pomiaru.
Publikacje z 2025 roku czynią ten problem jeszcze ciekawszym
metodologicznie.
W
sporze wokół raportu Najwyższej Izby Kontroli zestawiono dwie zupełnie różne
podstawy wyniku procentowego: około 0,3 proc. wszystkich prac, których wynik został
zmieniony, oraz znacznie większy odsetek błędów wśród prac, które rzeczywiście
poddano weryfikacji. Autorzy polemiki słusznie zauważają, że tej drugiej,
niereprezentatywnej próby nie wolno przenosić na wszystkie 1,3–1,4 mln arkuszy,
ale nie wolno też pierwszego wyniku w procentach używać jako dowodu, że problem jakości
sprawdzania nie istnieje. To niemal podręcznikowy przykład, jak sam
wynik pomiaru może zostać zafałszowany przez niewłaściwy mianownik i
niewłaściwą populację odniesienia.
Dodałbym
do tego jeszcze paradoks procedury odwoławczej. Jeżeli możliwość skontrolowania
błędu jest elementem rzetelności systemu, to dostęp do niej nie powinien
zależeć od miejsca zamieszkania i zasobności. Tymczasem zbiór odwołań wskazuje na
konieczność przejazdów maturzystów do siedzib OKE w przypadku części z nich nawet ponad 400 km. Oznacza to, że korekta błędu pomiarowego może
podlegać społecznej selekcji.
Matura
państwowa całkiem dobrze poradziła sobie z ustanowieniem ogólnokrajowej
procedury egzaminacyjnej i znacznie lepiej niż dawna matura umożliwiła diagnozę
zróżnicowania kandydatów w obrębie tej samej sesji egzaminacyjnej i zdawanego
przedmiotu. Ujawniła także rzeczywiste zróżnicowanie osiągnięć populacji. Nie
udało się jednak dowieść, że wynik jest czystą miarą wykształcenia, jakości
szkoły, gotowości do studiów czy — tym bardziej — dojrzałości uczniów,
odpowiedzialności nauczycieli-egzaminatorów i władz oświatowych.
W języku teorii pomiaru powiedziałbym, że przez ćwierć wieku nie rozwiązano trzech podstawowych zagrożeń trafności. Występowało niedoreprezentowanie konstruktu, bo takie kategorie jak kultura humanistyczna, samodzielność czy myślenie problemowe, redukowano do tego, co da się punktować; wariancja niezwiązana z konstruktem, bo na wynik oddziaływały również technika egzaminacyjna, środowisko, korepetycje, selekcja szkoły, zachowania strategiczne i błąd egzaminatora; oraz reaktywność pomiaru, ponieważ szkoła zaczęła zmieniać nauczanie pod to, czym była i nadal jest mierzona.
W świetle powyższego, zamiast pytania „czy matura dobrze mierzy?” należałoby postawić oddzielne pytania:
czy dobrze certyfikuje minimalny poziom wykształcenia;
czy trafnie różnicuje kandydatów na studia;
czy pozwala diagnozować jakość pracy szkoły i systemu?
Z tego zbioru wynika, że odpowiedzi byłyby różne. Najlepiej wypada druga funkcja — selekcyjno-rekrutacyjna, umiarkowanie pierwsza — certyfikacyjna, a zdecydowanie najsłabiej trzecia — diagnostyczno-ewaluacyjna.
(we współpracy z AI. ChatGPT 5)


Komentarze
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam