Autonomia szkół nie oznacza opuszczenia ich przez państwo

 


W polskich debatach autonomia szkoły bywa przedstawiana albo jako pedagogiczna utopia, albo jako neoliberalny projekt przerzucenia odpowiedzialności finansowej na samorządy, dyrektorów i rodziców. Oba ujęcia są błędne.

Autonomia nie może polegać na tym, że władza centralna wycofuje środki finansowe, a następnie ogłasza szkołom, że odtąd są samodzielne. Nie jest autonomią zmuszanie placówek do walki o uczniów, sponsorów, wyniki i pozycję w rankingu. Nie jest nią także przekształcanie dyrektora w menedżera przedsiębiorstwa, nauczyciela w dostawcę usług, rodzica w konsumenta, a ucznia w kapitał, za którym „idą pieniądze”.

Rynek nie jest neutralnym mechanizmem zarządzania edukacją. Szkoły działają w środowiskach społecznie nierównych. Mają różne zasoby, odmienne warunki lokalowe, zróżnicowany kapitał kulturowy rodzin, dostęp do specjalistów i możliwości pozyskiwania dodatkowych środków. Wprowadzenie między nimi czystej konkurencji nie usuwa nierówności, ale je utrwala.

Autonomia szkoły nie może zatem oznaczać jej ekonomicznego osamotnienia.

Powinna oznaczać prawo do podejmowania decyzji pedagogicznych przy jednoczesnym publicznym zabezpieczeniu warunków ich realizacji.

Szkoła autonomiczna musi być odpowiednio finansowana, dostępna, poddawana przejrzystej ewaluacji i zobowiązana do respektowania praw ucznia. Powinna jednak samodzielnie decydować o organizacji procesu uczenia się, części programu, metodach pracy, wykorzystaniu czasu i przestrzeni, tworzeniu zespołów nauczycielskich oraz budowaniu własnego profilu.

Autonomia nie może zostać ogłoszona jednym aktem prawnym. Jest procesem społecznym, profesjonalnym i kulturowym.

Po latach centralizmu nauczyciele mogą nie wierzyć, że władza rzeczywiście chce oddać część swoich kompetencji. Dyrektorzy mogą obawiać się odpowiedzialności bez odpowiednich zasobów. Rodzice nie zawsze są przygotowani do współdecydowania, a uczniowie mogą traktować nowe uprawnienia jedynie jako możliwość uniknięcia obowiązków.

Nie są to argumenty przeciw autonomii. Są to argumenty przeciw jej pozorowaniu.

Samodzielności trzeba się uczyć. Potrzebne są programy pilotażowe, wsparcie eksperckie, rozwój kompetencji zespołowych, stabilne finansowanie oraz czas. Szkoły powinny móc stopniowo rozszerzać zakres swojej odpowiedzialności, a państwo powinno badać nie tylko ich wyniki egzaminacyjne, lecz także jakość relacji, dobrostan, partycypację, zdolność do rozwiązywania problemów i trwałość podejmowanych zmian.

Nie każda szkoła będzie od razu gotowa do pełnej autonomii. Nie każda wspólnota będzie też chciała wykorzystać wszystkie możliwości. Pluralizm oznacza jednak zgodę na zróżnicowanie dróg, a nie nakaz jednakowego tempa.

Autonomia bez odpowiedzialności może prowadzić do chaosu.

Odpowiedzialność bez autonomii prowadzi natomiast do podporządkowania, pozorowania działań i zaniku inicjatywy.

Dojrzała polityka oświatowa musi umieć połączyć jedno z drugim.

Komentarze

Najczęściej czytane

Akademicki savoir-vivre

Odeszła PEDAGOG SERCA, SAMARYTANKA MIŁOŚCI - MARIA ŁOPATKOWA

Absolwent pedagogiki nie ma kwalifikacji pedagogicznych, czyli polski paragraf 22