Na
korytarzu uniwersyteckiego wydziału ustawia się długa kolejka. Kilkaset osób
czeka na złożenie dokumentów po otrzymaniu informacji, że zostały
zakwalifikowane na wybrany kierunek studiów. Za nimi matura, ranking punktów,
progi rekrutacyjne i odebranie w szkole średniej świadectwa dojrzałości. Przed nimi
uniwersytet, politechnika lub akademia, a więc samodzielność, odpowiedzialność i dorosłe życie.
Pomiędzy
jednym a drugim znajduje się jednak formularz przyjęcia na wybrany kierunek studiów.
I
właśnie on okazuje się dla części abiturientów przeszkodą poważniejszą niż
egzamin maturalny.
Zasady rekrutacji nie należą do szczególnie skomplikowanych. Kandydat, który został zakwalifikowany, powinien w określonym terminie przedłożyć komisji komplet dokumentów, wypełnić "Kwestionariusz osobowy", dołączyć wymagane załączniki, fotografię potrzebną do legitymacji studenckiej oraz kopię świadectwa maturalnego.
Informacje
są z rocznym wyprzedzeniem podane w systemie rekrutacyjnym, na stronie uczelni, w komunikatach i
instrukcjach. Niekiedy są nawet wyróżnione pogrubioną czcionką.
Trzeba
je tylko przeczytać.
Jest
to jednak wymaganie, którego nie przewidziano być może w podstawie programowej kształcenia ogólnego lub - jak w serialu o Januszku wszystko za dojrzewające dziecko realizują helikopterowi rodzice.
Kandydat
odczekuje kilkadziesiąt minut, podchodzi do komisji, rozkłada dokumenty i
dowiaduje się, że wpisał błędną datę urodzenia. Nie pomylił daty bitwy pod
Grunwaldem, uchwalenia Konstytucji 3 maja ani rozpoczęcia drugiej wojny
światowej. Pomylił własną datę urodzenia.
Można
powiedzieć, że to drobiazg. W końcu człowiek nie musi pamiętać wszystkiego.
Zwłaszcza o sobie.
Inny
kandydat w rubryce „miejsce urodzenia” wpisuje nazwę szpitala klinicznego.
Odpowiedź jest niewątpliwie szczera i autobiograficznie trafna. Rzeczywiście
urodził się w szpitalu. Zapewne nie na parkingu ani w pobliskim parku.
Formularz oczekuje jednak nazwy miejscowości, a nie dokumentacji przebiegu
porodu.
Jeszcze
inny jako miejsce wydania świadectwa maturalnego podaje liceum
ogólnokształcące. Tam przecież świadectwo otrzymał, być może z rąk dyrektora,
przy dźwiękach szkolnego hymnu i błyskach telefonów rodziców. Tyle że
świadectwa maturalnego nie wydaje liceum, lecz właściwa okręgowa komisja
egzaminacyjna. Szkoła jest miejscem przekazania dokumentu, nie organem, który
go wystawił.
Rozróżnienie
między „odebrałem” a „wydano” okazuje się jednak nadmiernie subtelne jak na
osobę posiadającą świadectwo dojrzałości.
Są
też kandydaci bez fotografii, chociaż została wymieniona wśród wymaganych
dokumentów. Są tacy, którzy nie przynoszą kopii świadectwa maturalnego,
ponieważ uznali, że komisja rekrutacyjna sama powinna je skserować.
Uniwersytet
ma przecież kserokopiarki. Kandydat ma natomiast świadectwo dojrzałości. Każdy
wnosi zatem to, czym dysponuje.
Szczególnym
zjawiskiem jest jednak kandydat występujący w pakiecie rodzinnym. Na studia
przychodzi bowiem nie sam maturzysta, lecz maturzysta wraz z rodzicem,
najczęściej matką. Matka pilnuje teczki, dokumentów, fotografii, kopii
świadectwa, numeru pokoju i miejsca w kolejce. Sprawdza, czy syn albo córka
wszystko podpisał, czy niczego nie zgubił i czy komisja na pewno przyjęła
dokumenty.
Młody
człowiek posiada już dowód osobisty, prawo wyborcze i świadectwo dojrzałości,
ale przed komisją rekrutacyjną nadal występuje pod nadzorem rodzicielskim jak niepełnoletnie dziecko.
Być
może należałoby więc rozważyć nową kategorię rekrutacyjną: kandydat pełnoletni
z opiekunem i bez.
Matka
podchodzi razem z dzieckiem do stolika komisji, choć dziecko ma osiemnaście lub
dziewiętnaście lat. Czuwa, zadaje pytania, wyjaśnia, dopowiada, upewnia się i
kontroluje, czy wszystko przebiega prawidłowo. Niekiedy kandydat stoi obok i
cierpliwie czeka, aż osoba bardziej doświadczona załatwi sprawę dotyczącą jego
przyszłych studiów.
To
niezwykle poruszający obraz międzypokoleniowej solidarności. Syn będzie
studiował, ale mama upewni się, że naprawdę.
Zdarzają
się też kandydaci, którzy nie rozumieją różnicy między zakwalifikowaniem a
przyjęciem na studia. Skoro system poinformował ich, że zostali
zakwalifikowani, uznają, że są już studentami. Dokumenty stają się w tej
sytuacji niezrozumiałym dodatkiem administracyjnym, być może kolejnym przejawem
uniwersyteckiej biurokracji.
Tymczasem
zakwalifikowanie oznacza jedynie, że kandydat, na podstawie wyniku maturalnego
i przyjętego progu punktowego, znalazł się w grupie osób mogących ubiegać się o
przyjęcie. Przyjęty zostaje dopiero wtedy, gdy w terminie złoży komplet
wymaganych dokumentów i spełni wszystkie warunki rekrutacji.
Kto dokumentów nie składa, ten z przyznanego miejsca rezygnuje. Nie jest to złośliwość uczelni, ale związek przyczynowo-skutkowy.
Jednak
dla części kandydatów wiadomość „zostałeś zakwalifikowany” brzmi najwyraźniej
jak uroczysta decyzja o przyjęciu, immatrykulacji, przyznaniu indeksu i być
może także dyplomu magistra. Pozostaje jedynie ustalić datę obrony.
Kiedy
komisja wyjaśnia, że zakwalifikowanie nie jest jeszcze przyjęciem, na twarzach
niektórych pojawia się zdziwienie. Jeszcze większe zdziwienie pojawia się
czasem na twarzach rodziców, którzy przyjechali osobiście sprawdzić, czy
uniwersytet rzeczywiście zamierza przyjąć ich dziecko zgodnie z komunikatem
wyświetlonym w systemie.
Być
może komunikat powinien być bardziej precyzyjny:
„Gratulujemy.
Zostałeś zakwalifikowany. Nie oznacza to jeszcze, że zostałeś przyjęty. Aby
zostać przyjętym, przeczytaj instrukcję, skompletuj dokumenty, przyjdź w
wyznaczonym terminie i spróbuj dokonać tego bez pomocy mamy”.
Byłby
to zapewne najbardziej wymagający tekst, z jakim część maturzystów zetknęła się
po egzaminie z języka polskiego.
Można
się z tych sytuacji śmiać. Komisje rekrutacyjne każdego lata gromadzą materiał
na osobny gatunek literacki: kronikę dojrzałości administracyjnej. Błędne daty,
brak podpisu, fotografia pozostawiona w domu, świadectwo bez kopii, ankieta
wypełniona połowicznie, miejsce urodzenia utożsamione z salą porodową, a organ
wydający dokument — z budynkiem, w którym go wręczono.
Są to jednak anegdoty podszyte poważniejszym pytaniem. Co właściwie potwierdza świadectwo dojrzałości?
Czy
potwierdza ono dojrzałość człowieka, czy jedynie zdolność uzyskania określonej
liczby punktów z egzaminacyjnych arkuszy? Czy osoba, która zdała maturę, jest
gotowa samodzielnie podejmować decyzje, czy jedynie zakończyła kolejny etap
systemu szkolnego? Czy potrafi czytać ze zrozumieniem, przewidywać konsekwencje
własnych działań, odpowiadać za terminy i dokumenty, czy nadal funkcjonuje w
świecie, w którym ktoś przypomni, sprawdzi, wydrukuje, skseruje i dopilnuje?
Młodzi
ludzie są formalnie dorośli, ale część z nich pozostaje społecznie niedorosła.
Oczywiście
nie dotyczy to wszystkich. Wielu kandydatów przychodzi przygotowanych,
samodzielnych i uważnych. Mają komplet dokumentów, wiedzą, po co przyszli,
rozumieją procedurę i szanują czas komisji oraz osób czekających w kolejce. Tym
bardziej wyraźnie widać różnicę między tymi, którzy przekroczyli próg
dorosłości, a tymi, których trzeba przez ten próg przeprowadzić za rękę.
Nie
byłoby jednak uczciwe obciążać winą wyłącznie młodych ludzi. Niedojrzałość jest
często dziełem dorosłych.
Przez
kilkanaście lat ktoś ich wyręczał. Rodzice pilnowali terminów, odrabiali razem
z nimi zadania, pisali wiadomości do nauczycieli, wyjaśniali nieobecności,
wybierali zajęcia dodatkowe, przygotowywali dokumenty i podejmowali decyzje.
Szkoła również nie zawsze kształciła samodzielność. Częściej uczyła wykonywania
poleceń, dostosowywania się do instrukcji i oczekiwania na jednoznaczne
wskazanie, co należy zrobić, aby otrzymać punkt.
A
potem ten sam młody człowiek pojawia się na uniwersytecie i słyszy, że powinien
sam przeczytać regulamin, zarejestrować się w bibliotece, złożyć wniosek o akademik itp.
To
może być szok.
Pokolenie
Z jest przedstawiane jako cyfrowe, mobilne i sprawnie korzystające z
technologii. Potrafi błyskawicznie odnaleźć film, aplikację, promocję,
restaurację i profil influencera. Nie zawsze jednak potrafi odnaleźć listę
wymaganych dokumentów, choć jest ona dostępna po kilku kliknięciach.
Cyfrowa
sprawność nie jest bowiem tym samym co dojrzałość. Szybkość przesuwania palcem
po ekranie nie oznacza jeszcze umiejętności czytania ze zrozumieniem. Dostęp do
informacji nie gwarantuje zdolności jej wykorzystania. A świadectwo dojrzałości
nie zawsze świadczy o dojrzałości.
Formularz
rekrutacyjny staje się więc pierwszym uniwersyteckim egzaminem. Nie sprawdza
wiedzy z matematyki, historii ani biologii. Sprawdza uważność,
odpowiedzialność, samodzielność i zdolność rozumienia prostych komunikatów.
Nie
ma na nim punktów dodatkowych za wolontariat, konkursy ani działalność
społeczną. Nie można poprawić go w sierpniu. Nie pomoże korepetytor. Można
natomiast przyjść z mamą.
Uniwersytet
powinien oczywiście wspierać młodych ludzi w przechodzeniu do dorosłości. Nie
powinien jednak zastępować rodziny w dalszym wyręczaniu ich z
odpowiedzialności. Komisja rekrutacyjna nie jest pogotowiem administracyjnym, a
pracownik uczelni nie powinien pełnić funkcji zastępczego rodzica.
Za
kandydatem czekają przecież inni. Każdy brakujący dokument, źle wpisana
informacja i nieprzeczytana instrukcja oznaczają dodatkowy czas, napięcie i
blokowanie kolejki. Niedojrzałość jednej osoby staje się obciążeniem dla
wszystkich.
Dorosłość nie zaczyna się wtedy, gdy człowiek kończy osiemnaście lat, ani także w chwili odebrania świadectwa dojrzałości. Zaczyna się wtedy, gdy osoba potrafi sama przeczytać, co ma zrobić, przygotować to, czego się od niej wymaga, i ponieść konsekwencje własnego zaniedbania.
Tymczasem część młodych dorosłych przychodzi na uniwersytet z dokumentem potwierdzającym dojrzałość, teczką niesioną przez matkę i przekonaniem, że zakwalifikowanie jest już przyjęciem. Świadectwo dojrzałości mają własne. Dojrzałość — jeszcze rodzinną.

Komentarze
Prześlij komentarz
Nie będą publikowane komentarze ad personam