Świadectwo (nie-)dojrzałości?

 



(źródło: Obraz wygenerowany przy użyciu ChatGPT (OpenAI) na podstawie koncepcji autora)


Na korytarzu uniwersyteckiego wydziału ustawia się długa kolejka. Kilkaset osób czeka na złożenie dokumentów po otrzymaniu informacji, że zostały zakwalifikowane na wybrany kierunek studiów. Za nimi matura, ranking punktów, progi rekrutacyjne i odebranie w szkole średniej świadectwa dojrzałości. Przed nimi uniwersytet, politechnika lub akademia, a więc samodzielność, odpowiedzialność i dorosłe życie.

Pomiędzy jednym a drugim znajduje się jednak formularz przyjęcia na wybrany kierunek studiów.

I właśnie on okazuje się dla części abiturientów przeszkodą poważniejszą niż egzamin maturalny.

Zasady rekrutacji nie należą do szczególnie skomplikowanych.  Kandydat, który został zakwalifikowany, powinien w określonym terminie przedłożyć komisji komplet dokumentów, wypełnić "Kwestionariusz osobowy", dołączyć wymagane załączniki, fotografię potrzebną do legitymacji studenckiej oraz kopię świadectwa maturalnego.

Informacje są z rocznym wyprzedzeniem podane w systemie rekrutacyjnym, na stronie uczelni, w komunikatach i instrukcjach. Niekiedy są nawet wyróżnione pogrubioną czcionką.

Trzeba je tylko przeczytać.

Jest to jednak wymaganie, którego nie przewidziano być może w podstawie programowej kształcenia ogólnego lub - jak w serialu o Januszku wszystko za dojrzewające dziecko realizują helikopterowi rodzice.

Kandydat odczekuje kilkadziesiąt minut, podchodzi do komisji, rozkłada dokumenty i dowiaduje się, że wpisał błędną datę urodzenia. Nie pomylił daty bitwy pod Grunwaldem, uchwalenia Konstytucji 3 maja ani rozpoczęcia drugiej wojny światowej. Pomylił własną datę urodzenia.

Można powiedzieć, że to drobiazg. W końcu człowiek nie musi pamiętać wszystkiego. Zwłaszcza o sobie.

Inny kandydat w rubryce „miejsce urodzenia” wpisuje nazwę szpitala klinicznego. Odpowiedź jest niewątpliwie szczera i autobiograficznie trafna. Rzeczywiście urodził się w szpitalu. Zapewne nie na parkingu ani w pobliskim parku. Formularz oczekuje jednak nazwy miejscowości, a nie dokumentacji przebiegu porodu.

Jeszcze inny jako miejsce wydania świadectwa maturalnego podaje liceum ogólnokształcące. Tam przecież świadectwo otrzymał, być może z rąk dyrektora, przy dźwiękach szkolnego hymnu i błyskach telefonów rodziców. Tyle że świadectwa maturalnego nie wydaje liceum, lecz właściwa okręgowa komisja egzaminacyjna. Szkoła jest miejscem przekazania dokumentu, nie organem, który go wystawił.

Rozróżnienie między „odebrałem” a „wydano” okazuje się jednak nadmiernie subtelne jak na osobę posiadającą świadectwo dojrzałości.

Są też kandydaci bez fotografii, chociaż została wymieniona wśród wymaganych dokumentów. Są tacy, którzy nie przynoszą kopii świadectwa maturalnego, ponieważ uznali, że komisja rekrutacyjna sama powinna je skserować.

Uniwersytet ma przecież kserokopiarki. Kandydat ma natomiast świadectwo dojrzałości. Każdy wnosi zatem to, czym dysponuje.

Szczególnym zjawiskiem jest jednak kandydat występujący w pakiecie rodzinnym. Na studia przychodzi bowiem nie sam maturzysta, lecz maturzysta wraz z rodzicem, najczęściej matką. Matka pilnuje teczki, dokumentów, fotografii, kopii świadectwa, numeru pokoju i miejsca w kolejce. Sprawdza, czy syn albo córka wszystko podpisał, czy niczego nie zgubił i czy komisja na pewno przyjęła dokumenty.

Młody człowiek posiada już dowód osobisty, prawo wyborcze i świadectwo dojrzałości, ale przed komisją rekrutacyjną nadal występuje pod nadzorem rodzicielskim jak niepełnoletnie dziecko.

Być może należałoby więc rozważyć nową kategorię rekrutacyjną: kandydat pełnoletni z opiekunem i bez.

Matka podchodzi razem z dzieckiem do stolika komisji, choć dziecko ma osiemnaście lub dziewiętnaście lat. Czuwa, zadaje pytania, wyjaśnia, dopowiada, upewnia się i kontroluje, czy wszystko przebiega prawidłowo. Niekiedy kandydat stoi obok i cierpliwie czeka, aż osoba bardziej doświadczona załatwi sprawę dotyczącą jego przyszłych studiów.

To niezwykle poruszający obraz międzypokoleniowej solidarności. Syn będzie studiował, ale mama upewni się, że naprawdę.

Zdarzają się też kandydaci, którzy nie rozumieją różnicy między zakwalifikowaniem a przyjęciem na studia. Skoro system poinformował ich, że zostali zakwalifikowani, uznają, że są już studentami. Dokumenty stają się w tej sytuacji niezrozumiałym dodatkiem administracyjnym, być może kolejnym przejawem uniwersyteckiej biurokracji.

Tymczasem zakwalifikowanie oznacza jedynie, że kandydat, na podstawie wyniku maturalnego i przyjętego progu punktowego, znalazł się w grupie osób mogących ubiegać się o przyjęcie. Przyjęty zostaje dopiero wtedy, gdy w terminie złoży komplet wymaganych dokumentów i spełni wszystkie warunki rekrutacji.

Kto dokumentów nie składa, ten z przyznanego miejsca rezygnuje. Nie jest to złośliwość uczelni, ale związek przyczynowo-skutkowy.

Jednak dla części kandydatów wiadomość „zostałeś zakwalifikowany” brzmi najwyraźniej jak uroczysta decyzja o przyjęciu, immatrykulacji, przyznaniu indeksu i być może także dyplomu magistra. Pozostaje jedynie ustalić datę obrony.

Kiedy komisja wyjaśnia, że zakwalifikowanie nie jest jeszcze przyjęciem, na twarzach niektórych pojawia się zdziwienie. Jeszcze większe zdziwienie pojawia się czasem na twarzach rodziców, którzy przyjechali osobiście sprawdzić, czy uniwersytet rzeczywiście zamierza przyjąć ich dziecko zgodnie z komunikatem wyświetlonym w systemie.

Być może komunikat powinien być bardziej precyzyjny:

„Gratulujemy. Zostałeś zakwalifikowany. Nie oznacza to jeszcze, że zostałeś przyjęty. Aby zostać przyjętym, przeczytaj instrukcję, skompletuj dokumenty, przyjdź w wyznaczonym terminie i spróbuj dokonać tego bez pomocy mamy”.

Byłby to zapewne najbardziej wymagający tekst, z jakim część maturzystów zetknęła się po egzaminie z języka polskiego.

Można się z tych sytuacji śmiać. Komisje rekrutacyjne każdego lata gromadzą materiał na osobny gatunek literacki: kronikę dojrzałości administracyjnej. Błędne daty, brak podpisu, fotografia pozostawiona w domu, świadectwo bez kopii, ankieta wypełniona połowicznie, miejsce urodzenia utożsamione z salą porodową, a organ wydający dokument — z budynkiem, w którym go wręczono.

Są to jednak anegdoty podszyte poważniejszym pytaniem. Co właściwie potwierdza świadectwo dojrzałości?

Czy potwierdza ono dojrzałość człowieka, czy jedynie zdolność uzyskania określonej liczby punktów z egzaminacyjnych arkuszy? Czy osoba, która zdała maturę, jest gotowa samodzielnie podejmować decyzje, czy jedynie zakończyła kolejny etap systemu szkolnego? Czy potrafi czytać ze zrozumieniem, przewidywać konsekwencje własnych działań, odpowiadać za terminy i dokumenty, czy nadal funkcjonuje w świecie, w którym ktoś przypomni, sprawdzi, wydrukuje, skseruje i dopilnuje?

Młodzi ludzie są formalnie dorośli, ale część z nich pozostaje społecznie niedorosła.

Oczywiście nie dotyczy to wszystkich. Wielu kandydatów przychodzi przygotowanych, samodzielnych i uważnych. Mają komplet dokumentów, wiedzą, po co przyszli, rozumieją procedurę i szanują czas komisji oraz osób czekających w kolejce. Tym bardziej wyraźnie widać różnicę między tymi, którzy przekroczyli próg dorosłości, a tymi, których trzeba przez ten próg przeprowadzić za rękę.

Nie byłoby jednak uczciwe obciążać winą wyłącznie młodych ludzi. Niedojrzałość jest często dziełem dorosłych.

Przez kilkanaście lat ktoś ich wyręczał. Rodzice pilnowali terminów, odrabiali razem z nimi zadania, pisali wiadomości do nauczycieli, wyjaśniali nieobecności, wybierali zajęcia dodatkowe, przygotowywali dokumenty i podejmowali decyzje. Szkoła również nie zawsze kształciła samodzielność. Częściej uczyła wykonywania poleceń, dostosowywania się do instrukcji i oczekiwania na jednoznaczne wskazanie, co należy zrobić, aby otrzymać punkt.

A potem ten sam młody człowiek pojawia się na uniwersytecie i słyszy, że powinien sam przeczytać regulamin, zarejestrować się w bibliotece, złożyć wniosek o akademik itp.

To może być szok.

Pokolenie Z jest przedstawiane jako cyfrowe, mobilne i sprawnie korzystające z technologii. Potrafi błyskawicznie odnaleźć film, aplikację, promocję, restaurację i profil influencera. Nie zawsze jednak potrafi odnaleźć listę wymaganych dokumentów, choć jest ona dostępna po kilku kliknięciach.

Cyfrowa sprawność nie jest bowiem tym samym co dojrzałość. Szybkość przesuwania palcem po ekranie nie oznacza jeszcze umiejętności czytania ze zrozumieniem. Dostęp do informacji nie gwarantuje zdolności jej wykorzystania. A świadectwo dojrzałości nie zawsze świadczy o dojrzałości.

Formularz rekrutacyjny staje się więc pierwszym uniwersyteckim egzaminem. Nie sprawdza wiedzy z matematyki, historii ani biologii. Sprawdza uważność, odpowiedzialność, samodzielność i zdolność rozumienia prostych komunikatów.

Nie ma na nim punktów dodatkowych za wolontariat, konkursy ani działalność społeczną. Nie można poprawić go w sierpniu. Nie pomoże korepetytor. Można natomiast przyjść z mamą.

Uniwersytet powinien oczywiście wspierać młodych ludzi w przechodzeniu do dorosłości. Nie powinien jednak zastępować rodziny w dalszym wyręczaniu ich z odpowiedzialności. Komisja rekrutacyjna nie jest pogotowiem administracyjnym, a pracownik uczelni nie powinien pełnić funkcji zastępczego rodzica.

Za kandydatem czekają przecież inni. Każdy brakujący dokument, źle wpisana informacja i nieprzeczytana instrukcja oznaczają dodatkowy czas, napięcie i blokowanie kolejki. Niedojrzałość jednej osoby staje się obciążeniem dla wszystkich.

Dorosłość nie zaczyna się wtedy, gdy człowiek kończy osiemnaście lat, ani także w chwili odebrania świadectwa dojrzałości. Zaczyna się wtedy, gdy osoba potrafi sama przeczytać, co ma zrobić, przygotować to, czego się od niej wymaga, i ponieść konsekwencje własnego zaniedbania.

Tymczasem część młodych dorosłych przychodzi na uniwersytet z dokumentem potwierdzającym dojrzałość, teczką niesioną przez matkę i przekonaniem, że zakwalifikowanie jest już przyjęciem. Świadectwo dojrzałości mają własne. Dojrzałość — jeszcze rodzinną.

  


Komentarze