27 kwietnia 2022

Im nauczycielom jest gorzej, tym dla władzy lepiej

 

(źródło: Facebook) 

Od początku bolszewickiej polityki w PRL, z wyłączeniem lat 1989-1991, nie mogę zaakceptować podejścia do nauczycieli lewo- czy prawoskrętnych władz oświatowych. Przedstawiciele tej profesji są od kilkudziesięciu lat traktowani jak zło konieczne, jakiś wyrzut sumienia polskiego społeczeństwa w jadowitym, propagandowym języku urzędników resortu edukacji, a bywa, że i premierów polskiego rządu! 

Czyżby pełniący wysokie stanowiska w państwie mieli tak poważne rany psychiczne z okresu własnej edukacji szkolnej, że wykorzystują swoje stanowiska do odwzajemnienia się niewinnemu tych ran współczesnemu im nauczycielstwu? Jedynym ministrem edukacji, który uratował honor zajmowanego stanowiska był profesor Henryk Samsonowicz. Ci nauczyciele, którzy pracowali w szkolnictwie w latach 1989-1991 zapewne potwierdzą, że był to złoty okres dla ich profesji. W 1989 roku podwyższono płace nauczycielskie do poziomu 107% średniej krajowej. 

Nauczyciele zostali nareszcie docenieni nie tylko finansowo, ale także kompetencyjnie, bowiem mogli tworzyć własne programy, podręczniki, klasy a nawet szkoły autorskie w systemie ogólnodostępnego szkolnictwa. Od roku szk. 1991/1992 było już coraz gorzej. Przypominam zatem, że „Solidarność Nauczycielska” w 1990 r. angażowała się w radykalną naprawę polskiej szkoły przez m.in.:

1)      budowanie pluralistycznego systemu szkolnego, wspomagającego nauczycieli w ich innowacyjnych rozwiązaniach, generującego konieczność wysokiego poziomu finansowania edukacji, 

2)      uspołecznienie oświaty i tworzenie środowiska społecznego szkoły z udziałem rodziców i uczniów (powoływanie rad szkolnych, samorządność  nauczycielska, uczniowska, rodzicielska);

3)      zmiany mentalności samych nauczycieli tak, by odeszli od systemu nakazowo-restrykcyjnego , a nauczyli się dostrzegać pozytywne strony uczniów i inspirować ich do edukacji i samorozwoju,

4)      rozpoczęcia prac nad przyjęciem kodeksu etyki nauczycielskiej i w zakresie powołania samorządu zawodowego nauczycieli,

5)      doskonalenie procesu dydaktyczno-wychowawczego oraz wzbogacanie oferty zajęć pozalekcyjnych,

by udało się zmienić bieg lawiny, która przez lata niszczyła społeczne życie Polaków?”[1]  

Po 33 latach transformacji można stwierdzić, że poziom zdrady elit politycznych osiągnął już swój szczyt. Z początkiem tego tygodnia dowiedzieliśmy się, że tak wysoką inflację w Polsce zawdzięczamy zbrodniczej inwazji Putina na Ukrainę i ... bezczelnym nauczycielom, którzy upominają się o podwyżkę ich płac o 20 proc. 

  

Podobnie, jak miało to miejsce w 2019 roku, trwa szczucie społeczeństwa na nauczycieli, bo przecież niemalże każdy, kto uczęszczał do szkoły, zapewne musiał natrafić na jakąś patologiczną postać pseudonauczyciela. To oczywiste, że taka persona zapisała się w pamięci ucznia jako tyran stosujący wobec niego przemoc psychiczną, prawną, a być może także fizyczną. 

 

Być może trzeba sformułować hipotezę, że to prawdopodobnie politykom władzy obciążonym syndromem homo sovieticus zależy na tym, by nauczyciele wiązali koniec z końcem, by nie mieli środków na własny rozwój i poczucie dobrostanu. Im większy będzie poziom nauczycielskiej frustracji, niezadowolenia z warunków pracy, tym silniej odciśnie się on na uczniach, dzięki czemu ich rodzice będą popierać politykę jeszcze silniejszych ograniczeń i restrykcji wobec tej profesji. 

 

W ten oto sposób rządzący zawsze będą mogli wydawać z budżetu państwa jak najmniej środków na nauczycielskie płace. Korzystają na tym także związkowi funkcjonariusze mając powód do rzekomego reprezentowania nauczycielskich interesów. W końcu - proszę uważnie przeczytać powyższy fragment z 1990 roku - czynią wszystko, by nauczycielstwo nie było środowiskiem autonomicznych profesjonalistów. Ono musi być cały czas pod "batem" jakiejś władzy, nie może być samorządne.    

 

Wykształcony, syty, świetnie zarabiający nauczyciel jest niebezpieczny dla każdej władzy, która traktuje szkolnictwo jako środek dla realizacji partyjnych interesów, do prowadzenia w społeczeństwie wojny kulturowej, światopoglądowej, obyczajowej itp. Im gorzej jest nauczycielom, tym dla władzy jest lepiej, bo albo buntujący się w tej sytuacji odejdą z zawodu, albo spokornieją dla przeżycia i ulegną manipulacji, przystosowując się do zadanych im warunków.  

  

Nauczyciel od pierwszego dnia pracy w szkole poddawany jest tresurze i różnym formom nacisku prowadzącym do osłabienia i złamania jego woli. Musi uznać, że jedyną, korzystną formą zachowania jest całkowite posłuszeństwo wobec woli i decyzji nadzoru pedagogicznego. Jak pisał Wincenty Okoń:  

Uzależnienie nauczyciela od polityki niszczy jego podmiotowe sumienie, osobisty stosunek do własnej pracy przez sprowadzanie działalności pedagogicznej do regulowania bieżących spraw: „przerabiania programu” i kontroli wykonywania zadań czy zapewniania karności dzieci. Masowa edukacja sprzyja ekspansji polityków i administracji oświatowej, prowadząc do zaniku u nauczycieli podmiotowości i zmniejszając tym samym u nich poczucie odpowiedzialności za wyniki własnej pracy. 

      

Im silniejszy jest odwrót od demokracji poza szkołą, tym bardziej zamyka się drogę do demokracji wewnątrz niej, gdyż nauczyciel przestaje być potrzebny w tej instytucji jako podmiot. Ma on być zaprogramowanym i nadzorowanym urzędnikiem, bez szans na realną promocję społecznej podmiotowości kolejnych pokoleń młodzieży. 




-----

[1] Sejmik w sprawie naprawy polskiej szkoły, Solidarność Nauczycielska, Lublin 29-31. 0l. 1990, s. 47