czwartek, 29 października 2020

Pedagagogia ministerialna jako partyjno-państwowa pedagogia wstydu

Z faktu przedmiotu moich zainteresowań badawczych wynika przypomnienie właśnie dzisiaj - w październiku 2020 r. niezwykle ważne dla polskiej pedagogiki szkolnej myśli profesora nauk humanistycznych, historyka Feliksa Konecznego (1862-1949), które ów humanista zawarł w wydanym w książce w 1941 r. p.t. "Państwo i prawo w cywilizacji łacińskiej" eseju  o genezie i ewolucji idei państwowego szkolnictwa.

 Jak z każdą ideą oświatową, tak i tę można wykorzystać i interpretować do różnych celów. Pedagogika normatywna nie zobowiązuje, tylko postuluje określone rozwiązania, sięgając także do historii szkolnictwa. 

 Chyba, że...  taka pedagogika jest włączona przez partie sprawujące w państwie władzę do realizacji celów i interesów rządu w "naprawie" czy zmianie czegoś i/lub kogoś. Koneczny podjął w swoim eseju kwestie, które powinny uświadomić nam, dlaczego "Solidarność" lat 1980-1989 walczyła o to, by w wyzwolonej Polsce zastąpiono szkolnictwo państwowe szkolnictwem publicznym

 Wyjaśnia to profesor F. Koneczny: 
(...) kto szkołę utrzymywał, ten nią rządził  (s. 5) 

 W szkole jako instytucji politycznej już  za czasów Marii Teresy uważano, że: (...) szkolnictwem musi kierować państwo, skoro ono stanowi zwierzchność kościelną; ma więc obowiązek, żeby panującemu wyznaniu zagwarantować prawowierność młodego pokolenia" (s.6-7). Zjawia się nowy  cel szkoły: hodowla wiernopoddańczości - prosta konsekwencja zwierzchnictwa nad sumieniami (s. 7). 

1763 r. generalny prokurator parlamentu bretońskiego Louis Chalotais domagał się przejęcia kontroli nad szkolnictwem przez państwo (...)  skoro przez odpowiednio urządzone szkoły da się "w ciągu niewielu lat zmienić obyczaje całego narodu" (...) (tamże).

Zdaniem F. Konecznego obowiązek szkolny jest "darem protestantyzmu".  Upaństwowienie szkół miało  w swoim czasie swoje dobre strony. Państwo, uważając szkoły za swe najlepsze narzędzia, pomnażało je i dbało o ich poziom. Zaciążyło atoli nad wychowaniem publicznym owo "politicum", zwłaszcza, że kładziono na to nacisk tym silniejszy, im bardziej rządy się psuły, im bardziej obniżał się ich poziom moralny i umysłowy (s. 10). 

 Teraz już powinni zrozumieć czytelnicy, dlaczego rządzący do 1993 r. czynili i czynią wszystko, co możliwe, by szkolnictwo powszechne, obowiązkowe w naszym kraju było pozornie publiczne (samorządowe), a w rzeczywistości realizował ukryty program szkolnictwa państwowego zarządzanego przez partię polityczną (nie jest ważne: lewicową, liberalną czy prawicową).  

 Jakże trafnie pisał w 1941 r. F. Koneczny: (...) nie chcemy pedagogii ministerialnej (s. 10).
 Doskonale zdawał sobie sprawę ówczesny uczony, że  lekceważenie przez rządzących uniwersytetów prowadzi do katastrofy kulturowej narodu i państwa, bowiem: 

 (...) bez wpływów uniwersytetów (...) oświata przeżywałaby przez jakiś czas ostatnie wiadomości naukowe, lecz popularyzujące je bez kontroli ze strony nauki, przeinaczałyby je coraz częściej i wypaczała, aż skończyłyby się na przesądach; nieuchronnie nastąpiłby zastój z braku świeżego  pożywienia; przydługi zastój sprowadziłby zaś rozstrój i rozkład. 

 Nie można więc traktować uniwersytetów, jakby tolerowane zbytki, trochę dla "prestiżu". 
 W obniżaniu uniwersytetów mieści się zasypywanie źródeł oświaty (s. 12).   

 Pozwolę sobie jeszcze na jedną uwagę: nie znające się na rzeczy władze państwowe narzucały  szkole już od dwóch pokoleń kult miernoty. Wyniknęło to z mylnego zapatrywania, jakoby społeczeństwa rozkwitały przez podnoszenie przeciętnego poziomu. (...) 
 Życie historyczne społeczeństw rozwija się przez wybitność personalizmów, a gdy tego zabraknie, poziom społeczny opada(...) Gdy ogół przestaje patrzeć w górę (bo nie ma na co), przestanie też stąpać pod górę [s. 13-14].   

 Gdyby ktoś chciał dzisiaj dowiedzieć się, dlaczego obecne władze MEN (włączonego do Ministerstwa Edukacji i Nauki) zapowiedziały konieczność wprowadzenia do liceów ogólnokształcący obowiązkowej nauki języka łacińskiego,  cytuję prawdziwego autora tej inicjatywy, czyli F. Konecznego:
 



Tytuł gimnazjum przysługuje takim tylko szkołom  średnim, w których obowiązkową jest  nauka przynajmniej języka łacińskiego. (...) Nauka języków martwych, "niepotrzebnych". jest bardzo potrzebna, dlatego żeby młodzież uczyła się w szkołach nie tylko utylitaryzmu, lecz także bezinteresowności: nadto nauka gramatyki łacińskiej posiada ogromną wartość do nabywania wykształcenia formalnego [s. 21].    

No i jeszcze jedno powodu, dla którego rzekoma dobra zmiana w szkolnictwie sięgnie przede wszystkim po taki przedmiot jak WOS. 

Już F. Koneczny pisał:  Tak zwaną "naukę obywatelską" znosi się [s. 22]. 

 Profesor postulował wówczas to, co powinno ucieszyć nauczycieli A.D. 2020, gdyby jego koncepcja reformy szkolnej miała być wdrażana w życie po 80 latach. Apelował bowiem: 
 
Pobory nauczycieli wszelkich rodzajów i stopni powinny być takie, iż by nie tylko utrzymać rodzinę na odpowiednim poziomie i dzieciom zapewnić wychowanie, ale mieć z czego odkładać, kapitalizować część dochodów. Daleko do tego w ubogiej Polsce i na razie nie da się uczynić zadość sprawiedliwym wymaganiom [s. 23]. [podkreśl. BŚ] 

 Historia kołem się toczy...  , choć nie zawsze we właściwym tempie i kierunku. 
 
Ps. Są w tym eseju poglądy, które stały się podstawą polityki oświatowej w III RP, kiedy ministrem edukacji był Roman Giertych, np. , żeby pozbywać się uczniów niepożądanych (...) (miernot, uczniów leniwych, tępych, krnąbrnychi wydalać ich  ze szkół. Sam jednak w tym czasie nasz b. minister posyłał własną córkę do znakomitej, elitarnej, prywatnej szkoły o edukacji spersonalizowanej, otwartej na dziecko i wspomagającej jego rozwój.