piątek, 4 stycznia 2019

Mistrzostwo naukowej niekompetencji


Zapewne cykl prezentacji najgorszych rozpraw z pedagogiki będę kontynuował, bo przecież powinniśmy uczyć się na własnych oraz cudzych błędach. Skoro mają powstać w uniwersytetach szkoły doktorskie i kolegia, to niech mają źródła do własnych badań i kształcenia doktorantów oraz świadomość tego, jak dalece mogą niektórzy samodzielni pracownicy naukowi kompromitować siebie, środowisko akademickiej pedagogiki i własną dyscyplinę, nie wspominając już o uczelni.

Nierzetelność naukowa nie jest w naszym kraju poddawana krytyce, jeżeli nie mamy do czynienia z plagiatem. Tymczasem nauce grożą w znacznie większym zakresie rozprawy, które rzekomo są naukowe, ale z nauką niewiele mają wspólnego, poza może tym, że ukazały się w oficynach najczęściej na zasadzie zlecenia druku z pozytywną recenzją wydawniczą, a ich autorzy zostali namaszczeni na doktorów habilitowanych przez uniwersyteckie jednostki akademickie.

Dzisiaj prezentuję monografię, której szerszą uwagę poświęcam na łamach kwartalnika Dolnośląskiej Szkoły Wyższej "Teraźniejszość-Człowiek-Edukacja". Interesuje mnie tylko i wyłącznie metodologia badań autorki książki - Pauliny Formy pt."Dziecięca kreacja biografii w rodzinach wielodzietnych" (2016, UJK), bowiem stanowi przykład na to, jak nie należy ich konceptualizować, prowadzić a następnie publikować uzyskane wyniki.

Zawarte w takich rozprawach fundamentalne błędy metodologiczne otwierają przestrzeń do krytycznej dyskusji i oceny niezależnej od tej, jakiej być może dokonały rady wydziałów mające w tym zakresie stosowne uprawnienia.

Wątpliwości budzi już tytuł książki, który jest nieadekwatny do prezentowanych w niej treści. Wskazuje bowiem, że centralną oś analizy stanowić będzie tworzenie przez dzieci własnej biografii („dziecięca kreacja biografii…”). Tymczasem problem główny, który stanowił podstawę założeń badawczych, brzmi w tej pracy odmiennie w dwóch miejscach.

Najpierw rzekomo problem główny został sformułowany następująco: "Jaki jest obraz dzieciństwa w rodzinie wielodzietnej oraz jakie czynniki środowiska rodzinnego i pozarodzinnego/szkolnego kształtują dziecięcą kreację biografii?" (s. 133) Natomiast już kilkanaście stron dalej mamy jeszcze dwa (sic?!) główne problemy badawcze: "Jaki obraz dzieciństwa przedstawiają studenci pochodzący z rodzin wielodzietnych? Jakie czynniki/warunki środowiska rodzinnego i pozarodzinnego stanowiły podstawę dziecięcej kreacji ich biografii?" (s.151). To tak teraz można konstruować projekty badawcze?

Paulina Forma nie rozwiązała poprawnie żadnego z tych problemów. Trudno, by tak się stało, skoro sama nie wiedziała, co w istocie jest dla niej pytaniem głównym. Można byłoby wnioskować, że swoje badania lokuje w paradygmacie badań jakościowych, biograficznych. Trudno jest jednak rozstrzygnąć ten dylemat, bowiem w rozdziale III „Teoretyczne i metodologiczne ramy badań” pisze:

"W niniejszej pracy nie prowadziłam badań stricte biograficznych, a wykorzystałam jedynie ich elementy, jako materiał uzupełniający, pomocniczy w opisie dzieciństwa dzieci z rodzin wielodzietnych i dziecięcej kreacji biografii." (s. 131-132). Zasadnicze poszukiwania zostały skierowane nie tyle na biografie badanych studentów, ile na uwarunkowania procesu, w którym one powstają.

Jednakże w podrozdziale poświęconym materiałom biograficznym „w obiektywie metodologicznej analizy” stwierdza: "Odnosząc się do metodologicznych i pedagogicznych materiałów biograficznych, pragnę zaznaczyć, że w niniejszej analizie są one wykorzystane do opisu wewnętrznego wymiaru dzieciństwa w rodzinie wielodzietnej. Na tym etapie rozważań sklasyfikowałam zjawiska i procesy o charakterze ponadindywidualnym (wewnątrzrodzinnym) w paradygmacie biograficznym. Świadomie przywołując materiały biograficzne, (…) wskazałam na metodę biograficzną i triangulację (porównując wiedzę uzyskaną z wielu źródeł)." (s. 133)

Zostawmy zatem na boku ten chaos i sprzeczność sądów na temat zastosowanej metody badań i powróćmy do głównych problemów badawczych. Jest ich tyle, że też można stracić orientację, co tak naprawdę interesowało autorkę tych badań. Badaczka bowiem stwierdza, że w gruncie rzeczy jej projekt ma swoje uprzednie rozstrzygnięcie, tylko trzeba jakoś to potwierdzić. Pisze bowiem w rozdziale metodologicznym:

"Analizując materiały źródłowe, przyjęłam, że główny problem badawczy będzie oparty na tezie, iż studenci (dzieci) z rodzin wielodzietnych konstruowali i konstruują swoją biografię, korzystając z szans i warunków życia oraz edukacji, jakie stworzyło im i nadal stwarza środowisko rodzinne, a tym samym statutowa przynależność do rodziny wielodzietnej (więzy, powiązania rodzinno-społeczne). W tym układzie duża rodzina jest kapitałem, z którego dziecko czerpie, budując swoją biografię." (s. 150)

Tym samym uwidoczniono w rozprawie, że na dwa pytania dopełnienia, wymagające zatem poszukiwania, odkrywania zmiennych niezależnych, autorka już znała odpowiedź. Wynika to także, a przecież jest to fundamentalnym w tym przypadku błędem metodologicznym, z przyjętych przez nią zmiennych niezależnych, którym przypisuje desygnaty bez zrozumienia, czym jest desygnat pojęcia. Skoro bowiem wyróżnia zmienne niezależne, to jej problem badawczy powinien być sformułowany w formie pytania zależnościowego. Na s. 153 jest wykaz zmiennych niezależnych, które w przyjętych przez nią problemach badawczych nie występują. Skąd zatem je wzięła? Chyba z chmury.

Podobnie jest ze zmienną zależną. Pani P. Forma pisze o tej zmiennej: "(…) swoją zmienną zależną uczyniłam dziecięcą kreację biografii, określaną poprzez zasoby wewnątrzrodzinne, doświadczenia rodziny jako wspólnoty realizującej proces wychowawczo-socjalizacyjno-edukacyjny, warunki życia, wychowania, socjalizacji i edukacji dzieci w rodzinie wielodzietnej. Desygnaty i wskaźniki tej zmiennej zamieszcza w tabeli na s. 152. Tak np. wskaźnikiem zmiennej niezależnej dziecięcej kreacji biografii jest troska rodziców o wychowanie i socjalizację oraz edukację dzieci(!).

Obłęd. Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest „dziecięca kreacja biografii” i jakie są jej wskaźniki, to tego się nie dowie. Równie absurdalne są wskazane jako desygnaty pojęcia „dziecięca kreacja biografii”: troska rodziców o wychowania i socjalizację oraz edukację dzieci, zainteresowania rodziców sprawami nauki dziecka itd. (Ibid.) Tym samym przyjęte i opublikowane przez autorkę założenia badawcze są wskaźnikiem jej niewiedzy metodologicznej.

Analiza uzyskanych przez P. Formę danych liczbowych i jakościowa wyników z przeprowadzonej diagnozy nie ma żadnej wartości naukowej. Może służyć publicystyce, ale nie pedagogice jako nauce.

Dobrze, że książka jest niedostępna, a wydana zapewne dla zupełnie innych celów. Niestety, musiałem ją przeczytać, stąd wyróżnienie za mistrzostwo niekompetencji. Złoty MEDAL BUBLA pedagogicznego. Wcześniejsze monografie tej autorki są tylko potwierdzeniem przysłowia o Jasiu.




39 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Bublomania szerzy się w naszym środowisku. "Najlepsze" są te prace, których ma nikt ("zawistny") nie zobaczyć, bo może coś nierzetelnego zauważyć i popsuć awans, czy chociażby zakwestionować otrzymane punkty, a więc prace wydawane w mikro nakładzie, który natychmiast jest wykupiony przez autora. Szyk trochę psują obowiązkowe egzemplarze dla Biblioteki Narodowej i Biblioteki Jagiellońskiej, a i inne biblioteki, zwłaszcza macierzystych uczelni, które chcą po egzemplarzu.

Anonimowy pisze...

W sumie to szkoda, bo i aby bubla napisać, też się trzeba napracować. Zastanawiam się, czy zarówno Pani Paulina Forma, jak i laureaci srebrnego i brązowego medalu niekompetencji nie mają nikogo z kim by mogli przedyskutować metodologię tych i innych badań? Przecież każda monografia jest poniekąd wykwitem nie tylko Autora, ale i środowiska, w którym powstaje. Gdyby laureatka pierwszego miejsca zaprezentowała swój pomysł w poważnym środowisku, to może ktoś parsknął by śmiechem i sprawy by potoczyły się zupełnie inaczej... a tak powstała metodologicznie słaba praca w atmosferze wielkiej powagi. Poza tym inni, którzy wydali pozytywne recenzje, to co? - nie czytali, czy też nie chcieli widzieć błędów, czy też po prostu ich nie zauważyli?

Anonimowy pisze...

Kobieta nawet jakby chciała się dobrze rozwijać naukowo na Wydziale Pedagogicznym i Artystycznym UJK, to marne ma szanse. Raz, że panuje na tym wydziale anty naukowa atmosfera - szefowie nie udzielają dostatecznych ifnormacji, dot. zasad rozwoju naukowego, nie zapozają z przepisami z tego zakresu, nie pomagają w rozwijaniu myślenia naukowego oraz w należytym zgłębianiu metodologii badań,dwa- kontrolują, żeby za bardzo jednostka nie wybijała się. Tam od lat jest niepisana norma: NIE WYCHYLAJ SIĘ, nie bądź "za mądra", nie narzucaj zbyt wysokiego poziomu, bo przez ciebie będziemy się musieli zbyt napracować.

A za taką "kulturę rozwoju naukowego" odpowiadają osobniki z habilitacjami słowackimi (Koziej, Babiarz), wiecznie rządząca, niejaka dr Małgorzata Kwaśniewska, która już dawno powinna z uczelni wylecieć; i wiele, wiele innych. Powyrzucano stamtąd najbardziej ambitnych, a zostawiono miernotę; a jak nie miernotę, to muszącą taką udawać... Byle "bierny, mierny, ale wierny". DObrze, że opisuje Pan takie patologie; bardziiej przydałoby się przyjrzeć temu, co wyrabia się na pedagogice na UJK... A tej kobiety (pw.), to chyba trochę szkoda, to była osobą w "w porządku", ale trudno było jej tam rozwinąć skrzydła intelektualne, bo tam naprawdę jest bardzo trudno. Ja o wielu elementarnych rzeczach z zakresu pisania doktoratu, dowiadywałam się w inych ośrodkach naukowych na UŁ, APS, ale nie UJK...Zmarnowałam swoje życie i psychię na tej uczelni... A też startowałam z wysokim poziomem aspiracji. Miałam dużo pomysłow, planów, teraz jestem wrakiem...Niestety, nie miałam tam pleców...Jedynie jaiejś namiastki pomocy merytorycznej naukowej, otrzymywałam w obcych mi ośrodkach naukowych (patrz wyżej), ale nie na UJK. Że nie wspomnę o nieprzyznawaniu mi środków na badania naukowe,zatrzymywaniu dla swoich.. Och, oni potrafią na różne sposoby rzucać kłody pod nogami...

Anonimowy pisze...

Ja bym nawet nazwał dowodzeniem tautologii szukanie potwierdzenia, że dzieci z rodzin wielodzietnych konstruują swoje biografie, korzystając z szans, jakie im dała przynależność do rodziny wielodzietnej.
Jakakakolwiek zmienna niezależna jest tu absolutnie zbędna, podobnie jak jakiekolwiek badania empiryczne.

No, chyba, że przedmiotem badania jest to, czy dzieci z rodzin wielodzietnych w ogóle tworzą jakiekolwiek biografie.

Anonimowy pisze...

To źe trzeba tu głupiego udawać to się zgadza....

Anonimowy pisze...

Otóż to, daleko szukać nie trzeba, bo zdaje się, że Szanowny Pan Autor paszkwili był przewodniczącym komisji hab. i wtedy było w porządku,a teraz co się zmieniło, ktoś Szanownemu Profesorowi zalazł za skórę? Nie jestem w stanie tego pojąć, gdzie etyka, moralność??

Anonimowy pisze...

Widzę, że publikowane są komentarze z kategorii 'wygodne', pozdrawiam

PEDAGOG - ŚLIWERSKI pisze...

Odwagi anonimie. Prosze podpisać swoj hejt. Odpowiadam:
1) moja recenzja nie jest paszkwilem. Proszę się douczyć .
2) Jak przew. Komisji poinformowałem, że będę publikował recenzję. Głosowałem przeciw tym bublom.
3) proszę nie kreować insynuacji pozanaukowych. Jak ma anonim inne zdanie, ale naukowe, to proszę je tu opublikować.

PEDAGOG - ŚLIWERSKI pisze...

Proszę przesłać niewygodny komentarz, tylko go podpisać. Szczury hejtujące nie sa mile widziane.

Anonimowy pisze...

Niech się pan nie martwi tymi hejtami. Trzeba pisać i ujawniać beznadziejne prace. Niech się wstydzą wreszcie ich autorzy i recenzenci.
Wyemancypowany fizyk

Anonimowy pisze...

A jaki był skład komisji habilitacyjnej tej Pani ?

Anonimowy pisze...

Z hejtem nie ma to nic wspólnego, nie to było moją intencją. Po prostu niezmiernie dziwi mnie fakt, nawiązując do wypowiedzi poprzednika "Gdyby laureatka pierwszego miejsca zaprezentowała swój pomysł w poważnym środowisku, to może ktoś parsknąłby śmiechem i sprawy by potoczyły się zupełnie inaczej", że podczas przygotowywania pracy, na którymś etapie, w którejś komisji, radzie, seminarium itp. nikt nie udzielił merytorycznych wskazówek młodszej koleżance. Tylu ekspertów, profesorów po drodze... Niestety nie jest tajemnicą, iż nie jest to środowisko współpracujące, zintegrowane, że niektórzy tylko czekają na moment, by publicznie "dokopać" koleżance/koledze po fachu. A gdzie wspólnota działań na rzecz prawdziwej nauki? Dla mnie profesor z klasą to ten, który widząc taką sytuację zaprasza do dyskusji, mówi: "przemyśl, popracuj, dopracuj, zastanów się, doczytaj, zanalizuj itd., bo to jeszcze nie to... profesor-mistrz oczywiście. Nawet jeśli jest z innego ośrodka, co stoi na przeszkodzie?Przecież najważniejsze, by nauka wzobagacała się o działania istotne, wartościowe. Z poważaniem

Sliwerski-pedagog pisze...

Nie ma anonimowy racji. Komitet Nauk Pedagogicznych prowadzi ponad 20 zespołów problemowych i subdyscyplinarnych, zaś niektórzy profesorowie, także tu piszący, prowadzą bezinteresownie ogólnopolskie seminaria doktorskie i podoktorskie. Kto chce się uczyć, ten się uczy. Kto chce uzyskać pomoc, może ją zawsze uzyskać.
Moje recenzje wskazują na kwestię, której nie chce pan dostrzec - a mianowicie pisanie pozytywnych opinii wydawniczych autorom rozpraw a nie wydawnictwom, które są kompletnym brakiem szacunku dla autora, bo oszukują go. Dopuszczając takie buble do druku powiada się, że są dziełami naukowymi. To nie jest zatem kwestia braku współpracy czy gotowości do niej, ale braku odpowiedzialności i kultury naukowej profesorów-recenzentów, także tych z komisji habilitacyjnych. Jak długo zamierzają oszukiwać nie tylko takich pseudonaukowców? Oni będą to reprodukować, co widać po ich wcześniejszych publikacjach.

Anonimowy pisze...

Jedna nieścisłość się wkradła - wydawcą tej książki jest Oficyna Wydawnicza Impuls.

Anonimowy pisze...

Uważam, że sytuacja wymaga, aby poinformować czytelników bloga, że pracownicy Instytutu Pedagogiki i Psychologii UJK zwracali uwagę koleżance na błędy metodologiczne, które między innymi wymienił Pan Profesor w swojej recenzji. Miało to miejsce po wystąpieniu pani dr (jeszcze wtedy) na temat badań, które zostały opisane w recenzowanej książce. Wiele osób udzieliło koleżance wiele trafnych rad, sugestii i podzieliło się swoimi wątpliwościami. Dyskusja była długa i burzliwa. Niemniej książka była już wydana, miała pozytywne recenzje profesorów (nie ze środowiska UJK) i procedura habilitacyjna była w toku.
To nie środowisko akademickie UJK utwierdzało autorkę w jej błędnym myśleniu, ale profesorowie z innych środowisk akademickich - ci z którymi zapewne konsultowała książkę, ci, którzy napisali pozytywne recenzje wydawnicze, ci, którzy napisali pozytywne recenzje habilitacyjne oraz ci, którzy głosowali za nadaniem habilitacji.

PEDAGOG - ŚLIWERSKI pisze...

Na stronie UJK jest wyraźnie wskazany wydawca - Wydział ... UJK. Impuls zapewne wydrukował na ich zlecenie.

Anonimowy pisze...

Tak było tyle ze do p. Dr. Nic nie docierało niestety

Tak to jest jak się habilituje kogoś na siłę i robi mu się krzywdę nie daje dojrzeć.
Jaki w tym sens ...

Anonimowy pisze...

!!!???kurjozum

Anonimowy pisze...

kuriozalne!!!

Anonimowy pisze...

Ale kłamstwo! Jakże to typowe dla tej kieleckiej łżeelity na pedagogice UJK. Kłamstwa, manipulacje i odwracanie kota ogonem. DNO! Tam liczą się tylko pozory i tzw. wizerunek, podwójna moralność, a nie prawda i rzetelność naukowa! Wstrętna manipulacja!

"Uważam, że sytuacja wymaga, aby poinformować czytelników bloga, że pracownicy Instytutu Pedagogiki i Psychologii UJK zwracali uwagę koleżance na błędy metodologiczne, które między innymi wymienił Pan Profesor w swojej recenzji. Miało to miejsce po wystąpieniu pani dr (jeszcze wtedy) na temat badań, które zostały opisane w recenzowanej książce. Wiele osób udzieliło koleżance wiele trafnych rad, sugestii i podzieliło się swoimi wątpliwościami. Dyskusja była długa i burzliwa. Niemniej książka była już wydana, miała pozytywne recenzje profesorów (nie ze środowiska UJK) i procedura habilitacyjna była w toku.
To nie środowisko akademickie UJK utwierdzało autorkę w jej błędnym myśleniu, ale profesorowie z innych środowisk akademickich -"

Anonimowy pisze...

Tak to jest, gdy doktor, zamiast się rozwijać na miarę swoich możliwości, robić to, w czym jest dobry, "robi habilitację", pisze pracę na stopień, (która jak się okazuje dla praktyka jest za mądra, dla naukowca nic nie warta, dla środowiska jest stratą finansową) i udowadnia na siłę, że jest naukowcem. Dobrze się stało, że nie będzie wymagana (miejmy nadzieję, w co trudno uwierzyć) habilitacja do pracy w uczelni, jak świetną dydaktykę potrafi zrobić doktor bez habilitacji, nauczyciel z dobrego liceum, potwierdzają sami studenci, a taki który tylko o karierze myśli, studentom się nie przysłuży i podatnika okradnie.

Anonimowy pisze...

To są uboczne skutki całej polityki wokół nauki w Polsce. Doktor zamiast spokojnie i we własnym tempie pracować pod okiem doświadczonych mistrzów, musi, jak wszyscy zresztą, gnać do przodu na siłę i na czas, bo z pieniądze trzeba rozliczyć do końca roku, bo trzeba uzbierać punkty, bo liczy się ilość a nie jakość, bo habilitację trzeba zrobić w określonym terminie. I takie są tego skutki. Szkoda mi tej kobiety, na której osobie skupiła się teraz uwaga i krytyka - w sumie - całego systemu.

Anonimowy pisze...

A mnie szkoda jej studentów i doktorantów. Niczego się nie nauczą.

Anonimowy pisze...

Problem polskiej pedagogiki nie ogranicza się tylko do słabej jakości publikowanych prac. Nepotyzm, kumoterstwo, dziadostwo, nieróbstwo, niekompetencja, "słowacy", konkursy na stanowiska - :) Trudną byc optymistą. Uczelnie są państwem w państwie. Kto na tym najwięcej traci? młodzież

Anonimowy pisze...

Po raz pierwszy czytam blog Pana Profesora. Na informacje w nim zawarte oraz treść komentarzy zawartymi pod nimi skierowała mnie koleżanka. Przyznam się, że zrobiło mi się gorąco ... z powodu emocji?, z powodu informacji związanych z bublami i z powodów osobistych, gdyż kiedyś pracowałam na tym Wydziale. Nie mniej jednak nie chcę o tym pisać a jedynie odnieść się luźno do pewnych kwestii. Zaznaczam, nie czytałam publikacji Pani Formy ani innych przez Pana Profesora zacytowanych - więc być może , moje sugestie nie będą w pełni trafione. Zastanawia mnie kilka kwestii, które mają wpływ na powstawanie bubla. Pierwsza - nie mam nic przeciwko młodym naukowcom - niech robią karierę pod okiem swoich opiekunów merytorycznych. Takie mają prawo. Jeśli taka osoba jest na prawdę dobra to przyznanie habilitacji jest/będzie dowodem na to, że osoba, która habilitację otrzymała jest tego warta na 1000%. Jednak z tego co Pan Profesor pisze, że chyba nie do końca jest to prawdą. Interesuje mnie kwestia dopuszczenia takiej osoby i jej dorobku do habilitacji. Czyż komisja, która dokonuje oceny, nie składa się z pedagogów, czy zatem pozycja książkowa Pani Pauliny Formy nie przeszła przez sito recenzji ? Jeśli przeszła, czy zatem nie należy jednak zwrócić baczniejszą uwagę na dobór recenzentów. Aby w każdej komisji habilitacyjnej był jednak metodolog - zajmujący się stricte jedynie oceną metodologiczną prezentowanej pozycji. Kolejnym zagadnieniem są recenzenci - gdyby nie ich pozytywna opinia, na pewno takowa publikacja nie ujrzałaby światła dziennego, stąd nie byłoby mowy o bublu metodologicznym. Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę. I kolejna kwestia: w dobrym tonie byłoby prowadzenie spotkań metodologicznych na każdym wydziale dla osób chcących dobrze pokierować swoją karierą naukową. Szkoda, że szybkie tempo życia i zwyczajna obojętność na fakt, że wypadałoby po sobie pozostawić ucznia/ uczennicy dobrze wyedukowanego/wyedukowanej nie pozwala na to aby przekazać młodym odpowiednią wiedzę oraz dużą dozę krytycyzmu wobec swoich artykułów, doniesień, komunikatów i innych ważniejszych publikacji zwartych. Błądzić jest rzeczą ludzką , również ludzkie wydaje mi się ocenić rzeczowo książkę przed publikacją, podać co w niej się nie podoba, zwrócić uwagę na sformułowania celu badawczego oraz konsekwentność w zakresie stawiania pytań badawczych oraz hipotez, doboru zmiennych itd.. oraz na trzymanie się w opisie wcześniejszych założeń - myślenia o tym o czym się pisze. Ja w swoim czasie uzyskiwałam pomoc. Nawet jak pisanie mi nie wychodziło, słyszałam zdanie: nie wychodzi pisz do szuflady ale pisz. Myślę, że trafiłam pod najlepsze skrzydła, na człowieka, któremu zależało na młodych naukowcach. I na prawdę wiele się nauczyłam. I nie mogłabym nic złego powiedzieć na ten wydział. Ale jak mówię pracowałam tam kiedyś, nie teraz. Oczywiście jestem za krytyką pozycji książkowej artykułu. Jestem również za pokazywaniem niekompetencji naukowej. Jednak czy ta ocena nie powinna być rozłożona na kilka osób? Ktoś tę książkę przed publikacją przeczytał, odniósł się do treści, może gdzieś na końcu jest również recenzja takiej publikacji. Wiem, że za ostateczną treść pracy odpowiedzialność bierze autor. Proszę jednak wziąć pod uwagę, że jej autor uczył się sposobu pisania, dobierania metodologii, rozważania problemów od swojego mentora.

Anonimowy pisze...

Bardzo wyważona wypowiedź, autorki prac (notabene dziwne, że tylko prace kobiet poddane zostały krytycznym recenzjom,w imieniu kobiet, dla zachowania zasady równości płci prosimy o krytykę prac awansowych 3 mężczyzn, z pewnością znajdzie się wielu). Jestem przekonana ze autorki zostały utwierdzone w dobrej jakości swoich książek poprzez kolejnych recenzentów, proszę pamiętać, że doktorowi także trudno jest podważyć autorytet profesora z długim stażem na uczelni ale z miernym dorobkiem, a tacy są recenzenci. Mimo różnych zmian w procedurach habilitacyjnych nadal uzyskanie stopnia zależy od konstelacji recenzentów, często Dziekani tak ich dobierają dla swoich by był to "gwiazdozbiór Wielkiego (Ekspresowego) Wozu" na którym zostaje wwieziony do grona uczonych nasz kolega, koleżanka, czyż tak się nie dzieje?

Anonimowy pisze...

Szanowni Państwo, myślę, że debata niejako na plecach biednej kobiety z Kielc powinna mieć inny wymiar. Skoro nie odbiera się habilitacji i prawo nie działa wstecz, to może należy zmilczeć publicznie, gdy już klamka zapadła, a krytyczne pranie brudów wobec recenzentów powinno mieć charakter wewnętrzny, w gronie osób zainteresowanych i tam należy wyciągać konsekwencje. No bo co ma teraz ze sobą zrobić ta kobieta, której zniszczono wizerunek publicznie, napiętnowano ją? Przecież nikt nie żyje w próżni, był czas na krytykę, należy przyglądać się trwającym procedurom, a nie podważać istniejące już dokumenty. Gdyby iść tą drogą to może zacząć kwestionować wszystkie po kolei tytuły, przyglądać się bacznie dorobkom i wstecz unieważniać, jak to próbowano zdegradować Hermaszewskiego? Może intencja jest szczytna, ale skutki osobiste mogą być opłakane. Naprawdę nikogo to nie obchodzi? To nie jest podejście podmiotowe, personalistyczne, humanistyczne, ludzkie, jak zwał tak zwał, system jest zły, niszczy ludzi, przemiela, nie dając szans na rozwój a jeśli sobie radzą jak mogą, to dwakroć przemiele...

Anonimowy pisze...

Biedna kobieta, bo niewykształcona? Biedna, bo mimo braku kompetencji, przy tak trafnie wymienionych błędach, istotnie ją kompromitujących, ma być "zamieciona pod dywan"? Jak zatem traktować krytykę naukową? Ma jej w ogóle nie być, bo autor jest biedny, bo jest nauczycielem akademickim, bo .... co? Mamy udawać, że wszystko jest wspaniałe? Podejście podmiotowe wobec ignorancji, wobec nieuctwa utrwalonego w publikacji??? O czym anonimowy pisze? Nic się nie wydarzyło? Mamy nie wyciągać z tego żadnych wniosków?
Kasia

Anonimowy pisze...

Czy to napisał pracownik UJK - członek PSL - pochodzący z narcystycznej rodziny alkoholicznej? Bo takie myślenie, jakie reprezentuje autor tego komentarza - tworzenie pozorów, zamiatanie brudów pod dywan, nieujawnianie na zewnątrz "problemów rodzinnych"/vide uczelnianych - jest typowe dla tego typu środowisk.

Gdy pracowałam na UJK od zawsze miałam wrażenie, że pracuję wśród Dorosłych Dzieci Alkoholików...Dużo tam było ludzi z PSL-wskiego Buska i okolic....A jak wieś, to wiadomo, pijący chłopi...Tożsamość wyniesiona z domu nie znika w domu, jakim jest Alma Mater...

Anonimowy pisze...

Szanowny Anonimowy z 16:32: Nie znam tej książki, ale samodzielne napisanie książki, nawet z błędami, to kilka lat ciężkich robót, wyrzeczeń, stresów, co powinno być wszystkim piszącym wiadomo. Bez znajomości opracowania nie wolno deprecjonować całego wysiłku. Może w części teoretycznej są analizy wartościowe poznawczo i dla nich samych warto książkę wziąć do ręki? To nie tak, że wszystko jest wspaniałe, ale może nie wszystko jest złe, skoro tyle osób promowało tę książkę. Trzeba by uczciwie stawiać sprawę.

Anonimowy pisze...

Zatem proponuję uwiarygodnić te przypuszczenia przeprowadzeniem badań na temat: "Kreacja karier naukowych DDA z PSL-wskiego Buska i okolic". Badania porównawcze można przeprowadzić w pozostałych powiatach województwa świętokrzyskiego, przy uwzględnieniu zmiennych niezależnych, jakimi w tych badaniach będzie bycie DDA oraz wspomniana przynależność partyjna.
PS. To trochę żart, a trochę nie. Bo takich badań jeszcze chyba nikt nie robił, a wyniki z pewnością wzbudziłyby duże zainteresowanie i wtedy o zatrudnienie takiej osoby ubiegałyby się najlepsze światowe uniwersytety - a nie jakieś prowincjonalne szkoły wyższe - teraz piszę serio. Zatem Droga Autorko - koniec frustracji bo masz Kobieto potencjał. Żyj i dzialaj :)

Anonimowy pisze...

Panie profesorze,
1. Pański artykuł nie jest recenzją. Komentarz o douczeniu sobie daruję, bo nie w tym tkwi problem.
2. Jako przew. Komisji poinformował Pan, że będzie publikował recenzję. Proszę ją opublikować, abyśmy mogli w pełni docenić jej naukowy, poprawny metodologicznie charakter i poznać rzetelne argumenty za tezami, które Pan tutaj stawia.
3. Proszę nie kreować insynuacji pozanaukowych. Jak ma Pan takie zdanie, jak Pan opisał, ale naukowe, to proszę je tu opublikować.
Metody, które Pan zastosował w artykule, najlepiej obrazują dwa fragmenty.
1. "Tym samym uwidoczniono w rozprawie, że na dwa pytania dopełnienia, wymagające zatem poszukiwania, odkrywania zmiennych niezależnych, autorka już znała odpowiedź. Wynika to także, a przecież jest to fundamentalnym w tym przypadku błędem metodologicznym, z przyjętych przez nią zmiennych niezależnych, którym przypisuje desygnaty bez zrozumienia, czym jest desygnat pojęcia". Wspaniałe. Zwłaszcza to "autorka już znała odpowiedź". Rozumiem, że pisząc publikację odkrywamy prawdę krok po kroku, a boska siła Melete prowadzi nas do odkrycia prawdy na ostatniej stronicy.
2. "Wcześniejsze monografie tej autorki są tylko potwierdzeniem przysłowia o Jasiu". Świetne podsumowanie stosowanej "metodologii".

PEDAGOG - ŚLIWERSKI pisze...

Po pierwsze proszę podpisywać się pod komentarzem, jeśli polemika ma taki charakter, bo zdaje się, że komentator jest żywotnie zaangażowany w głosowanie?ZA.
Po drugie, w publikowanej recenzji jest dowód merytoryczny na tezę z przysłowiem, ktorej sens jest w świetle powyższego świetnie znany.
Proszę zatem nie kompromitować się anonimowo, tylko stanąć do krytyki rzeczowo. Odwagi. Można jeszcze wyrazić skruchę.

Anonimowy pisze...

Z tym podpisywaniem to racja, bo zdaje się, że anonimowi zaczynają wchodzić sobie w paradę i odpisywać na cudze posty:) Może zrobić zakładkę z nazwą/nickiem, to ułatwi na przyszłośc odnoszenie się do komentarzy innych osób? Bunik

Sliwerski-pedagog pisze...

System pozwala na jawność. Nie trzeba robić odrębnych zakładek.

Anonimowy pisze...

Co piszesz jak się nie znasz!!!

Anonimowy pisze...

Pytanie: co Pani Paulina Forma może teraz zrobić, aby zachować twarz i nie pogrążyć tych wszystkich, którzy pomogli jej uzyskać stopień naukowy - habilitacji?
Zaczęłam bowiem myśleć tak: co ja bym czuła i zrobiła w sytuacji Pauliny Formy? - chyba bym napisała Panu Profesorowi, jak się poczułam w tej sytuacji. Po drugie, czy Pani Paulina Forma po takiej krytyce jej pracy będzie lepszym człowiekiem lub lepszym naukowcem? Po trzecie, czego w ten sposób mogą się dowiedzieć i nauczyć wszyscy, którzy zapoznali się z tą sytuacją?
Z drugiej strony, jak czuje się Przewodniczący Komisji Habilitacyjnej, gdy członkowie nie liczą się z jego zdaniem? - przecież uprawianie nauki, to nie są poglądy i sympatie, tylko rzetelna wiedza i metodologia. I zdaje się, iż Pan Profesor o ten etos nauki i naukowców walczy. Szkoda, że już po fakcie. Bo zdaje się, iż Pani Recenzentka z Gdańska miała podobne zdanie, jak Pan Profesor B. Śliwerski. Wszystko jest upublicznione na stronie Wydziału Studiów Edukacyjnych UAM w Poznaniu: https://wse.amu.edu.pl/dla-pracownika/dla-pracownika/przewody-naukowe/postpowanie-habilitacyjne/dr-paulina-forma


Anonimowy pisze...

Autorka tej książki ma do wyboru - jeśli chce kształcić innych, musi najpierw sama się nauczyć i przyznać do niewiedzy oraz kardynalnych błędów. Nie ma w tym niczego złego, o ile wyciągamy z tego wnioski i uczymy się.
Zastanawiała się pani, co czuła pani Forma, kiedy przeczytała negatywne recenzje a potem dowiedziała się, że rada Wydziału uznała ją doktorem habilitowanym?
Co czuła recenzentka, wybitna pedagog, która napisała rzetelną a negatywną recenzję? Może o to ją pani zapyta? W czym uczestniczymy od lat? Co czuli i myśleli członkowie rady wydziału? Nie czytali. Było im to obojętne. Jeszcze jeden przewód do przodu, przepchnięty "kolanem".

Anonimowy pisze...

Pani Forma jest już profesorem.