wtorek, 17 listopada 2020

Samodzielni naukowo?

 






Z pozycji makroakademickiej, jaką stwarza aktywność w Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów, istnieje możliwość dostrzegania procesów awansowych w naszym kraju w skali ogólnej. W tym organie państwowym objawiają się sprawy, zjawiska, wydarzenia, o których nie ma pojęcia osoba doświadczająca ich jedynie we własnym środowisku, w swojej uczelni. Życzę każdemu zatroskanemu o naukę, by miał możliwość metaspojrzenia na własne środowisko akademickie z jego zaletami i wadami. 

Taką instytucją jest także Narodowe Centrum Nauki czy Narodowe Centrum Badań i Rozwoju, jak też resort, w którym rozpatrywane są różnego rodzaju wnioski w trybie konkursowym na nagrody i wyróżnienia. Z jedną tylko różnicą w stosunku do CK czy RDN można w tych istytucjach doszukiwać się częściowej jedynie troski o jakość, skoro nie ma w nich procedury odwoławczej od merytorycznie niezgodnych z nauką decyzji.         

Kontakty międzyludzkie, udział w róznego rodzaju gremiach, organach uczelnianych, stowarzyszeniowych, korporacyjnych itp. sprawiają, że przekazujemy sobie różne informacje, dzielimy się własnym czy cudzym doświadczeniem. Są one jednak nasycone własną biografią, a u niektórych także osobistym interesem czy uprzedzeniami. 

Niektórzy bowiem mówią o czyjejś habilitacji czy o wniosku profesorskim skrywając swój osobisty stosunek do osoby, która staje się przedmiotem/podmiotem wymiany danych lub refleksji i opinii. Nie ma zatem możliwości zweryfikowania prawdziwości tego typu komunikatów. Są one bowiem po części oparte na niepełnej wiedzy o rzeczywistych źródłach zdarzeń, bazują na sądach tylko parcjalnie prawdziwych, a ponadto bywa, że są obciążone emocjami, nastawieniami czy konfliktem interesów. 

Tak więc komunikatami na temat postępowań habilitacyjnych czy profesorskich rządzi po części plotka, domniemanie, insynuacje i nie ma to znaczenia, kogo one dotyczą lub kto jest ich nośnikiem, twórcą wprawiającym je obieg społeczny. Ważne, że ktoś ma w tym jakiś interes - techniczny, poznawczy a może emancypacyjny.  

Pojawia sie wraz z nią afirmacja postaw roszczeniowych niektórych profesorów pedagogiki, która przejawia się w komunikatach typu: DLACZEGO NIKT MNIE NIE POWOŁUJE NA RECENZENTKĘ? albo JAK TO MOŻLIWE, ŻE INNI UCZESTNICZĄ W KOMISJACH HABILITACYJNYCH, A JA NIE? itp. 

Pisałem już o syndromie tchórzostwa wśród części samodzielnych pracowników naukowych, ale dzisiaj mamy do czynienia z zadżumieniem nierzetelnością i nieodpowiedzialnością części kadr akademickich.  Bywa, że cieszą się i świętują z tytułu "przepchnięcia" pseudonaukowca w awansie na stopień doktora czy doktora habilitowanego.  

Istnienie takich osób w uniwersytetach czy wyższych szkołach zawodowych nie jest już problemem, bo środowisko jest w stanie je utrzymać, a nawet podzielić się  z nimi władzą, nie bezinteresownie. Problemem jest jedynie to, że  ich obecność demoralizuje innych, niszczy poczucie sensu pracy naukowej, zwiększa zarazem poziom egoizmu, cwaniactwa i skryteho reprodukowania nieuczciwości.     

Do końca kwietnia 2019 r. każdy zainteresowany złożeniem wniosku o wszczęcie postępowania na stopień naukowy doktora habilitowanego czy na tytuł naukowy profesora mógł to uczynić, o ile spełniał określone wymagania. Dzisiaj już wiemy, że część z nich była na bardzo niskim poziomie, zaprzeczała nawet posiadanemu stopniowi doktora nauk przez wnioskodawców, a zdarzało się, że przedkłądane do oceny publikacje cechowała akademicka nieuczciwość (plagiaryzm, niesamodzielność).  

Nagle okazuje się, że ci, którzy tak wszem i wobec ubolewają nad ich nieobecnością w procesie recenzowania czy opiniowania wniosków, kiedy zostali powołani przez Centralną Komisję Do Spraw Stopni i Tytułów -  zapomnieli o swoim statusie, o powinności naukowej, o własnych kompetencjach (czyżby już ich nie posiadali?) i...  odsyłają powołanie do komisji habilitacyjnej, tłumacząc się jak male dzieci, które przyłapano na niewiedzy, nieobecności czy oszustwie, w obawie przed konsekwencjami. 

PEDAGOGIKA AKADEMICKA doświadczyła w ciągu ostatnich latach rzeczywistej odsłony nieuczciwości, nierzetelności, pozoranctwa, braku etyki wśród części kadr ze stopniem naukowym doktora, doktora habilitowanego czy tytułem naukowym profesora. Będziemy o tym mówić i pisać bez względu na to, jak ktoś oszukuje samego siebie i innych.            

Kryzys uniwersytetu jest pochodną także autodestrukcji społecznej (kliki), demoralizacji części samodzielnych pracowników naukowych skrywających się w uniwersytetach, także tych wiodących, w PAN, a nie w wyższych szkółkach prywatnych, bo tam patologie dotyczą zupełnie innych spraw. Jeśli następuje powolne a systematyczne niszczenie polskiej pedagogiki akademickiej, naukowej, to nic tego nie usprawiedliwia.  Młode pokolenia będą to środowisko z tego rozliczać za jakiś czas.

PATOLOGIA nie  dotyczy tylko marginseu środowiska akademickiej pedagogiki. Taki sam poziom moralnej dewastacji jest w naukach socjologicznych, naukach o polityce, w psychologii, naukach teologicznych, naukach prawnych itp., itd. Mnie jednak martwi moja dyscyplina naukowa, upadek wielu autorytetów, które okazały się pozornymi.