środa, 29 lipca 2020

Rozczarowanie demokracją


Rozczarowanie demokracją. Perspektywa psychologiczna (Sopot 2019). Pod takim tytułem ukazała się świetnie napisana książka przez nestora polskiej psychologii profesora Janusza Reykowskiego.  W czasach moich studiów psychopedagogicznych rozprawy tego uczonego należały do kluczowych. Reykowski wykształcił znakomitych psychologów osobowości, ogólnych i  społecznych, a w ostatnich latach niektórzy z jego uczniów zaczęli wreszcie rozwijać także psychologię polityczną i psychologię ekonomiczną.

Monografia psychologa ukazała się w Wydawnictwie Smak Słowa w Sopocie, które wyparło w jakiejś mierze Gdańskie Wydawnictwa Psychologiczne z siedzibą w tym samym mieście (chociaż chyba już go tu nie ma).  Wysoka kultura edytorska, znakomity dobór tekstów krajowych i zagranicznych autorów dobrze służą budowaniu kultury codziennego życia społecznego w naszym państwie.

Moja recenzja jest nie tyle sprawozdaniem z treści, bo byłoby to zdradzeniem kinomanom przed obejrzeniem filmu jego fabuły, ale refleksją, komentarzem do wywołanych przez autora niektórych kwestii, tez, myśli czy wniosków badawczych.   

Monografia Reykowskiego jest świetnie napisaną analizą relacji między ideologiami, doktrynami, ludzką mentalnością a mechanizmami gospodarki wolnorynkowej.  Gorąco ją polecam, gdyż rzeczywiście budzi refleksję i otwiera przestrzeń do polemik oraz innych, nowych badań.

Niestety, odczuwam z treści brak wglądu autora we współczesną wiedzę socjologiczną i pedagogiczną na temat demokracji, demokratyzacji, uspołecznienia, samorządności itp.,, toteż jego spojrzenie na psychospołeczne procesy w społeczeństwach demokratycznych jest zdecydowanie zbyt wąskie, wąskokanałowe, chociaż ma cechy studiów hybrydalnych.

Psycholog musiał sięgnąć do rozpraw z nauk społecznych, których autorzy zajmują się problematyką doktryn, ewolucji idei i ideologii. Podtytuł tylko częściowo usprawiedliwia fakt zawężenia analiz do rzekomo własnej dyscypliny naukowej.

W gruncie rzeczy nie jest to książka o rozczarowaniu demokracją, gdyż trzeba byłoby znać jego deklarację co do rodzaju, typu tego ustroju. Nie ma bowiem jednej demokracji, jakiejś demokracji w ogóle i dla ogółu. Jako ustrój polityczny ma ona wiele odmian.  Można jednak odczytać z treści książki, że psycholog jest rozczarowany demokracją neoliberalną, deliberatywną, która w Polsce nie rozwinęła się, a zatem i nie miała szans na konsolidację, gdyż wypiera ją skutecznie od końca 2015 r.  demokracja autorytarna odwołująca się do ideologii konserwatywnej oraz populizmu.

Studium ludzkiej mentalności jest jednak konieczne dla zrozumienia nie tylko samych siebie, ale także tych, którzy doprowadzili do sytuacji możliwego odwrócenia się większości aktywnej politycznie polskiego społeczeństwa od demokracji neoliberalnej na rzecz poparcia demokracji autorytarnej.  Czym zatem jest mentalność?

Mentalność można rozumieć jako mniej lub  bardziej spójny system podstawowych przekonań o naturze świata materialnego i świata społecznego, na których podstawie  człowiek orientuje się w świecie , dokonuje oceny zjawisk, z jakimi ma do czynienia , w tym przede wszystkim ocen moralnych, dokonując wyboru swoich celów . Ważnym składnikiem mentalności są wartości i przekonania moralne, a także style poznawcze, to znaczy sposoby poznawczego funkcjonowania (s. 27).   

Jak widzę, trudno jest pozbyć się psychologowi marksistowskiej natury, skoro postrzega świat mentalny człowieka przez pryzmat jedynie wartości materialnych i społecznych. Tak kształcono przez 45 lat w PRL. Usuwano poza nawias nauki kulturę, wartości duchowe, symboliczne. Psychologia była tak samo jak pedagogika, historia, socjologia marksistowska i politologa zdegenerowana doktrynalnie, wprzęgana w mechanizm niszczenia demokracji w ogóle, zastępując ją rzekomą demokracją socjalistyczną.

Niektórzy psycholodzy służyli zatem tak w tamtym ustroju, jak i służą we współczesnych  czasach perfidnej socjotechnice partyjnego władztwa, manipulacji politycznej, gdyż w gruncie rzeczy nigdy nie ponosili odpowiedzialności za swoje cyniczne zaangażowanie w politykę każdej partii władzy. 

Zatem z powyższą definicją mentalności zgodzić się nie mogę, gdyż na całe szczęście skompromitowała się i upadła psychologia marksistowsko-leninowska, psychologia ortodoksyjna. Możemy wreszcie badać zjawiska psychiczne i społeczne w wymiarze nie tylko genetycznym, kognitywnym, behawioralnym, psychoanalitycznym, ale także egzystencjalnym, fenomenologicznym czy (między-)kulturowym.

Jeśli wciąż jeszcze kształcący innych psycholodzy oraz socjolodzy nie wyzwolą się z syndromu homo sovieticus, to nadal będziemy otrzymywać rozprawy o rzekomo zantagonizowanym, bilateralnie kształtowanym świecie i ludzkiej egzystencji, w tym jego mentalnych orientacji.

No, ale jak ktoś był beneficjentem minionego ustroju, to czy jest socjologiem, psychologiem, politologiem czy pedagogiem, nadal będzie dostrajał swoją ówczesną wiedzę do dzisiejszych warunków życia, mimo ich częściowej dezaktualizacji.

Nie ma racji Reykowski, że to liberalizm okazał się (...) zawodnym sposobem eliminowania przemocy z życia współczesnych społeczeństw (s. 27), gdyż sama idea, doktryna, jak i nawet tak zdefiniowana instytucja nie są w stanie do tego doprowadzić. To ludzie są nośnikami określonych idei, mentalności niezależnie  od tego, w jakim ustroju politycznym przychodzi im żyć.

Każdy z nas może w większym lub mniejszym stopniu wpływać na zmianę ustroju, nie tylko z tego powodu, czy jest świadom skutków podejmowanych decyzji, czy jest apologetą określonej ideologii, doktryny czy nauki społecznej, ale także, a może przede wszystkim  ze względu na to, w jakim środowisku rodzinnym był socjalizowany, (nie-)wychowywany oraz (nie-)poddawany opiece lub przemocy.

Politolodzy, socjolodzy, a szczególnie psycholodzy od dziesiątek lat lekceważą środowiska wychowujące i instytucje edukacyjne, bo w wyniku atomizacji nauk i pozytywistycznego paradygmatu badań ustawicznie chcą wykazywać, że ich dyscyplina jest naukową w odróżnieniu od innych nauk społecznych i humanistycznych. Co za bzdura.

Wystarczy poczytać niektóre z rozpraw, także współczesnych psychologów, że wyniki ich studiów i badań bywają także pseudonaukową wiedzą czy zorientowaną biznesowo narracją służącą manipulacji  osobami czy grupami społecznymi w kraju wolnym od cenzury i totalitarnej władzy. Starsze pokolenie psychologów robi wszystko, by zacierać swoje związki z marksistowską ideologią i partycypowaniem w niszczeniu polskiego społeczeństwa w latach 1948-1989.  W okresach dochodzenia konserwatystów do władzy przypominają im się metody i techniki wywierania wpływu na innych, które znakomicie wykorzystują tzw. nauki o komunikacji społecznej, o mediach, nauki o prawie, szczególnie administracyjnym, nauki o zarządzaniu czy  dziennikarstwo.

Mechanizmy kontroli nad przemocą w każdej jej postaci nie są same z siebie niezawodne, gdyż tworzą je i uruchamiają ludzie o określonej mentalności. To, że w krajach demokratycznych (ale znowu Reykowski generalizuje) (...) pojawiają się organizacje polityczne  lub ugrupowania wrogo nastawione  wobec demokracji (jakiej?) , gloryfikujące przemoc (s. 28),  zależy także od konkretnych osób.

Są wśród liberałów, socjalistów, jak i konserwatystów afirmatorzy, obojętni lub  przeciwnicy tego typu organizacji, ale i emancypacji, toteż kiedy dochodzą oni do władzy, postrzegają w nich środek do realizacji własnych interesów (np. ekonomicznych, politycznych, osobistych itp.).

Partie typu Platforma Obywatelska i PSL, ale i AWS czy SLD  nie podejmowały działań przeciwko powyższym organizacjom, by nie mogły one rozwijać swojej działalności. To za czasów ich rządów ukazywał się dwukrotnie przekład na język polski książki Adolfa Hilera "Mein Kampf".  Nie rozumiem zatem, do kogo mają pretensje?

Teraz ma miejsce podobne wykorzystywanie tych środowisk przez Zjednoczoną Prawice do realizacji zarówno zadań obronnych, jak i umacniania oraz poszerzania konserwatywnej mentalności. Kiedy jest się u władzy, to one nie przeszkadzają, ale jak jest się w opozycji,  to nagle dostrzega się niepowołany stan aktywności przemocowych paramilitarnych organizacji.

Nie zgadzam się zatem z tezą J. Reykowskiego, że pozytywny stosunek do przemocy cechuje osoby o mentalności konserwatywnej. Badania z nurtu "czarnej pedagogiki", psychoanalityczne oraz antypsychiatria dały wiele empirycznych dowodów na to, że przemocowa mentalność rodzi się w rozbitej lub przemocowej rodzinie, w warunkach ubóstwa, analfabetyzmu, a nie w strukturach partii politycznej, aczkolwiek może to mieć w nich miejsce.

Psycholog pisze w nieco innym kontekście o tym, że: (...) zachowania poszczególnych osób i grup zależą w dużym stopniu od czynników społeczno-kulturowych. (...) Traktują one gwałt, przymus, zniewolenie, okrucieństwo jako naturalne formy regulowania stosunków międzyludzkich , wymuszania pracy, zdobywania bogactwa (s.11). A jednak!

Natomiast  w pełni zgadzam się z autorem niniejszej książki, że najważniejszą ze zmian psychologicznych, ale także - pominiętych przez Reykowskiego zmian pedagogicznych (...) które przyczyniły się  do ograniczenia przemocy, była postępująca emancypacja jednostki ludzkiej. Wiązała się ona z przechodzeniem od tradycyjnych do nowoczesnych form życia. (...) Emancypacja jednostki stworzyła możliwość realizacji jednej z podstawowych potrzeb człowieka - potrzeby podmiotowości (tamże).

Wystarczy jednak sięgnąć nie tylko do prac Jeana Piageta, ale także Sergiusza Hessena, by wiedzieć, że emancypacja  w rozumieniu autonomii społeczno-moralnej nie jest stanem, który może osiągnąć każdy. Większość pozostaje na poziomie heteronomii moralnej, toteż zainteresowani władztwem politycy (tak lewicowi, liberalni, jak i konserwatywni) nie są zainteresowani tym,  by wychowywać młodzież do kantowskiej, piagetowskiej, hessenowskiej itp. emancypacji, ale do poszerzania osób utrzymywanych na poziomie heteronomii, a jeśli to możliwe, to i anomii moralnej. Do tych ostatnich adresowane są programy finansowego wsparcia.

Trafnie Reykowski stwierdza:

Rywalizacja polityczna w ramach instytucji  demokratycznych miała zastąpić przemoc używaną do realizacji celów politycznych. Ochrona przed przemocą (ochrona wolności)  należy do głównych zadań władzy demokratycznej, która jest jedynym legalnym dysponentem środków przemocy. Władza oparta na zasadzie reprezentacji, rządy prawa, konstytucyjne ograniczenie władzy wykonawczej, rozdział władzy (ustawodawczej, wykonawczej, sądowniczej) - to wszystko ma zapobiegać koncentracji władzy w rękach jakichś grup czy osób i zapewniać równowagę sił w społeczeństwie , a dzięki temu chronić przed nadużywaniem przemocy, jaką każda władza dysponuje. Dlatego wszelkie próby demontowania mechanizmów kontroli nad władzą niosą ze sobą wielkie niebezpieczeństwo nawrotu władzy autorytarnej i wzrostu znaczenia arbitralnej przemocy jako sposobu rządzenia państwem (s.26).

Spójrzmy na system oświatowy w III RP.

1) Nigdy nie doczekał się on zaistnienia w nim instytucji demokratycznych.  Nadal mamy centralizm i wyłączoną spod jakiejkolwiek kontroli władzę MEN na czele z ministrami coraz bardziej zniewolonymi przez dyrektywy "swojej" partii władzy.

2) Nie ma już rozdziału trzech typów władz. Wszystkie były i są w i do dyspozycji jednej partii czy koalicji partyjnej.

3) Ustawodawcy zabezpieczyli się już za czasów AWS, PO i PSL oraz SLD, by można było "obejść" konsultowanie projektów ustaw z reprezentacją społeczeństwa. Czyżby już wszyscy liderzy tych partii o tym zapomnieli? Mają krótką pamięć? 

4) W Sejmie nie istnieje równowaga sił, bo władzę w nim sprawuje ta siła, która wygrała wybory. To ona obsadza kluczowe dla jawnego i skrywanego stosowania przemocy komisje sejmowe, obsadza wszystkie urzędy centralne itd. Towarzysze z poprzednich partii rzekomo postsolidarnościowych i typowo postkomunistycznych  też tego nie pamiętają? To samo ma miejsce w rzekomo konkursowej obsadzie stanowisk kuratorów oświaty, dyrektorów przedszkoli, szkół, a nawet placówek kultury. Nie są istotne kompetencje, profesjonalizm, tylko - jak określa to Reykowski - mentalność ... (pro-)partyjna.

Samorządność? Gdzie ona jest w szkolnictwie? A gdzie jest w samorządach terytorialnych, skoro od wielu lat "zdobywane" są   przez siły partii władzy lub opozycji? Pytam zatem psychologów, co nam po tych tezach i wynikach badań na temat mentalności osób, skoro ekonomiczna rywalizacja w ramach wolnego rynku (a wygrywa ją każde stronnictwo partii władzy) wcale nie zastępuje przemocy jako sposobu realizacji celów ekonomicznych?

Rozumiem. Miała zastąpić przemoc, ale... . W tym miejscu kończy się nie tyle demokracja, ale utrzymywanie także przez psychologów i socjologów mitu o zawodności mechanizmów kontroli nad przemocą. Nie ma mechanizmów. Te mechanizmy nie powstały w kluczowych sferach życia publicznego - a więc nie tylko w polityce władz centralnych wszelkiego typu, ale i w oświacie,  szkolnictwie wyższym i nauce, w kulturze, ochronie zdrowia, służbach socjalnych, służbach bezpieczeństwa wewnętrznego, samorządach i administracji państwowej.

Dobrze, że J. Reykowski przyznał, iż nie wszystkie (..) formy konserwatyzmu wiążą się z preferencją do przemocy (s.33), skoro skłonność do instrumentalnego traktowania ludzi nie jest pochodną jedynie jakiejś nawet cząstki ideologii. Dalej bowiem pisze: (...) pewne formy liberalnego indywidualizmu mogą się przyczyniać do tworzenia warunków sprzyjających antagonistycznym relacjom między ludźmi. Krótko mówiąc, mogą sprzyjać pojawianiu się przemocy (s.34).

Ba, są badania wskazujące na pojawianie się lewicowego autorytaryzmu. Z kolei polscy badacze (Besta, Szulc i Jaśkiewicz, 2015) zaobserwowali , że lewicowy autorytaryzm (LWA) był najsilniejszym predyktorem akceptacji przemocy dla realizacji zmiany społecznej (s.35). No proszę, a lewica A.D. 2020 wybucha spazmem, że ma miejsce prawicowa  przemoc dla przeprowadzenia zmiany społecznej tzw. "dobrej zmiany".

Nie rozumiem, dlaczego psycholog pisze na s. 35 o tym, że w Polsce ma miejsce także religijny fundamentalizm, który wyraża się  (...)  w dążeniu do (pełnej) suwerenności państwa narodowego (stąd sprzeciw wobec przynależności Polski do UE). Jak wynika z badań opinii publicznej Polacy wśród narodów państw postsocjalistycznych nadal są zwolennikami przynależności Polski do Unii Europejskiej, zaś m.in. prawicowi politycy, podobnie jak lewicowi i liberalni czerpią z tego jako europosłowie  osobiste korzyści.  Także konserwatywna władza nie zamierza zrezygnować z bycia beneficjentem środków unijnych na rozwój polskiej gospodarki i sfery usług publicznych.

To, że Onraet, van Hiel i Cornelis (2013) przedstawili rezultaty swoich badań obejmujących 92 kraje, w których porównywali  wskaźniki poziomu zagrożenia (w tym poziom inflacji, poziom bezrobocia, częstość zabójstw i inne) oraz wskaźniki prawicowego autorytaryzmu w każdym kraju.  A także: Zaobserwowali pozytywny związek między wskaźnikami poziomu zagrożenia a wskaźnikami prawicowego autorytaryzmu (s. 37) tak naprawdę niewiele znaczy dla zrozumienia sytuacji w Polsce.

Reykowski nie podaje wyników Polski, bo wtedy przy władzy była PO i PSL oraz nie wyjaśnia, czy pozytywne związki między wskaźnikami były istotne. Sam fakt pozytywnej korelacji niczego jeszcze nie tłumaczy.  Problem z przenoszeniem wniosków z badań prowadzonych w społeczeństwach o różnych ustrojach politycznych, mimo ich wspólnej cechy - 'demokratycznych" jest nonsensowne. Byłoby lepiej, gdyby polscy czy zagraniczni psycholodzy zbadali mentalność w władzy i obywateli w konkretnych i porównywalnych ustrojach politycznych poczynając od elit władzy i opozycji.

Nasi naukowcy badają wycinkowo różne grupy społeczne dochodząc m.in. do wniosku: W Polsce grupy ekstremistyczne, zarówno prawicowe, jak i lewicowe, wykazują dość wysoki poziom aprobaty dla przemocy (Jakubowska, 2005). Podobnie liberalizm w postaci libertarianizmu może pośrednio lub bezpośrednio się przyczynić do wzrostu potencjału przemocy (s. 39).     

Wyważane są dawno otwarte drzwi, że różnice światopoglądowe lub konflikty interesów stają się podstawą uformowania dwóch (lub więcej) przeciwnych obozów, sprzeczności między nimi przekształcają się w konflikt i walkę ugrupowań politycznych (s.41). Innymi słowy, do władzy dochodzi lewica, liberałowie lub prawica dzięki dzieleniu społeczeństwa przez wyzwalanie w nim antagonizmów na tle światopoglądowym, religijnym i ekonomicznym.

Janusz Reykowski niezwykle ciekawie i klarownie rekonstruuje wyniki różnych badań wskazujących na czynniki warunkujące podział społeczeństwa na przeciwstawne sobie grupy społeczne (MY-ONI). Jak dojdzie się do władzy, to można wykańczać, a przynajmniej pomniejszać pozycję przeciwnika  ograniczaniem jemu praw i dostępu do środków ekonomicznych.  Przestaje istnieć w Polsce od prawie 30 lat nadzieja na arystotelesowską wersję polityki pojmowanej jako racjonalna troska o dobro wspólne. Wprost odwrotnie.   Po to idzie się do władzy, by pod pozorem troski o idee, wartości, realizować partykularne cele własnego środowiska politycznego i jego zwolenników, minionych, obecnych i przyszłych wyborców.

W książce mamy wyjaśnienia dotyczące tego, jak dochodzi do procesu niszczenia demokratycznej wspólnoty przez eskalowanie konfliktów. Autor jednak nie docieka, czy owa wspólnota rzeczywiście była demokratyczna, albo w jakim sensie miała ową cechę. Nie jest bowiem tak,. że prawdziwa demokracja liberalna już była, tylko od kilku lat prawica pozbawia jej część Polaków. Gdzie była, to była, ale jak widać nie osiągnęła stanu konsolidacji, skoro można było umocnić jej dewaluację, a nie ją zdelegitymizować.

Ciekaw jestem, jakie wnioski wyciągną z tej monografii czytelnicy, o ile po nią sięgną. Zdaniem psychologa obserwującego sferę publiczną w Polsce, różnice mentalności oraz sprzeczność interesów stają się źródłem konfliktów ideologicznych. Ona może dzielić, ale też może ludzi łączyć. Życzę miłej lektury, bo jej treść jest nie tylko afirmatywna, ale także wzbudza potrzebę dyskusji. Skoro bowiem wolność ekonomiczna jako ideologia wpisująca się w sposób jawny lub ukryty w politykę władz lewicy, liberałów czy prawicy sprzyja przewadze silnych grup społecznych, to nie ma się co dziwić, że i na polskiej scenie pseudodemokratycznej niewiele zmieni się w najbliższej przyszłości.

Głównym celem demokratycznej gry o władzę - a nie o realizację dobra wspólnego  - jest zdobycie większości (politycznej)  poprzez agregację interesów lub poglądów różnych ludzi. (...) tworzenie większości polega na zmobilizowaniu do zajęcia wspólnego stanowiska ludzi, których łączą przekonania, interesy lub wartości. W praktyce w tworzeniu większości dużą rolę odgrywają rozmaite techniki wpływu społecznego: propaganda, perswazja, manipulacja (s.255).


Psycholodzy odgrywaja w tym procesie kluczową rolę. Haniebne? Obłuda władzy jest cnotą, a psycholodzy muszą pomóc każdej władzy uczynić jej działania  skutecznymi.