07 stycznia 2026

Psychoterapia, psychologia kliniczna i długie trwanie sporu o ustawę o zawodzie psychologa

 


(Grafika przygotowana przy wsparciu narzędzi AI; koncepcja i dobór foto Leona Niebrzydowskiego - BŚ za "Forum Psychologiczne, 2005 nr 4, s. 54)


Zachęcam do zapoznania się z petycją psychologów klinicznych.

**

Debata nad ustawą o zawodzie psychologa w Polsce sprawia dziś nie tylko wrażenie kolejnego, raconalnego etapu długo oczekiwanej regulacji, ale także uwzględnienia w jej treści głosu psychologów klinicznych. W rzeczywistości jest ona powrotem do problemów, które towarzyszą temu projektowi od co najmniej dwóch dekad. Każda próba ustawowego uporządkowania zawodu psychologa napotykała dotąd na napięcia środowiskowe, spory interpretacyjne i trudności legislacyjne, często prowadzące do zatrzymania prac lub przyjmowania rozwiązań połowicznych.

Jednym z symbolicznych świadectw tej historii jest artykuł z 2005 roku poświęcony profesorowi Leonowi Niebrzydowskiemu (1931-2003)– psychologowi, wieloletniemu kierownikowi Katedry Psychologii Uniwersytetu Łódzkiego, promotorowi recenzentowi prac naukowych. Redakcja Forum zwracała w nim uwagę na paradoks ówczesnych projektów legislacyjnych: gdyby planowana wówczas ustawa weszła w życie. Profesor UŁ – ze względu na ścieżkę edukacyjną ukształtowaną w innych realiach systemowych – formalnie nie spełniałby kryteriów bycia psychologiem, gdyż uzyskał stopień magistra psychologii i pedagogiki w 1956 roku na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Doktoryzował się w UMCS w Lublinie z psychologii a na Uniwersytecie Gdańskim uzyskał habilitację z tej dyscypliny. Krytykując ponad dwadzieścia lat temu ówczesne projekt ustawy, ostrzegał, że źle zaprojektowana regulacja może ograniczać sens zawodu zamiast go porządkować, rozbijać odpowiedzialność naukową i prowadzić do arbitralnych rozstrzygnięć.

Dwadzieścia lat później głos ten powraca, tym razem w formie środowiska naukowej psychologii i protestu psychologów klinicznych. Ma się odbyć 9 stycznia.2026 r., ale nie jako sprzeciw wobec regulacji jako takiej, lecz próba jej racjonalnego skorygowania w imię bezpieczeństwa pacjentów i spójności klinicznej.

Protest jako forma odpowiedzialności obywatelskiej

Planowany protest nie ma charakteru konfrontacyjnego ani korporacyjnego. Jest formą eksperckiego a obywatelskiego zabrania głosu przez środowisko profesjonalne, które bierze odpowiedzialność nie tylko za własny status zawodowy, lecz także za funkcjonowanie systemu ochrony zdrowia psychicznego.

 W demokratycznym państwie prawa takie działania nie są zakłóceniem procesu legislacyjnego, lecz jego istotnym uzupełnieniem, sygnałem, że zapisy ustawy mają realne konsekwencje dla praktyki klinicznej i dla pacjentów.

W tym kontekście szczególnego znaczenia nabiera skala potrzeb społecznych. Z pomocy psychoterapeutycznej korzystała w ostatnich latach znaczna część dorosłych Polaków, a zapotrzebowanie na wsparcie psychologiczne wyraźnie wzrosło po 2020 roku. Przy takiej skali oddziaływań jakość regulacji przestaje być kwestią środowiskową, a staje się elementem ochrony zdrowia publicznego. Im więcej osób poszukuje pomocy, tym większa odpowiedzialność państwa za to, by była ona udzielana przez osoby kompetentne, działające w jasno określonych ramach odpowiedzialności.

Sedno sporu: psychoterapia i psychologia kliniczna

Protest psychologów klinicznych koncentruje się na jednym, kluczowym problemie: normatywnym rozdzieleniu diagnozy psychologicznej i psychoterapii w projekcie ustawy. Psychoterapia – niezależnie od naukowego  nurtu – stanowi formę leczenia psychologicznego. Jej podstawy teoretyczne, modele oddziaływań oraz metody oceny skuteczności wywodzą się z psychologii jako dyscypliny naukowej i podlegają empirycznej weryfikacji oraz  superwizji.

W praktyce klinicznej diagnoza i terapia tworzą spójny proces decyzyjny. Rozdzielenie ich na dwa różne porządki prawne, gdzie diagnoza należy do zawodu psychologa, a psychoterapia staje się kompetencją „zewnętrzną”, nabywaną na podstawie bliżej nieokreślonych „odrębnych przepisów”, prowadzi do rozmycia odpowiedzialności zawodowej. 

W takiej konstrukcji ten sam specjalista diagnozuje jako psycholog, ale leczy już w innym reżimie normatywnym. Z punktu widzenia bezpieczeństwa pacjentów jest to rozwiązanie co najmniej wątpliwe.

Drugim istotnym problemem jest nieostrość pojęcia „pomocy psychologicznej”, którą projekt ustawy dopuszcza także poza zawodem psychologa, nie wyznaczając jasnej granicy między wsparciem emocjonalnym a profesjonalnym świadczeniem psychologicznym. 

W sytuacji kryzysu psychicznego pacjent nie jest w stanie samodzielnie ocenić kompetencji osoby udzielającej pomocy ani zrozumieć, jakiemu nadzorowi ona podlega. To właśnie w takich sytuacjach uzasadnione jest istnienie zawodów zaufania publicznego, a temu ma służyć samorząd zawodowy psychologów.

Rdzeniem sporu we wspomnianej Petycji jest art. 23.ust.2 projektu zawierający katalog świadczeń psychologicznych. Projekt wymienia:

1.     diagnozę psychologiczną

2.     opiniowanie psychologiczne

3.     orzekanie psychologiczne

4.     udzielanie pomocy psychologicznej

5.     prowadzenie psychoterapii przez psychologa – tylko jeśli nabył uprawnienia „na podstawie odrębnych przepisów”. 

Jednak teraz ten punkt zmieniono, bowiem pkt. 5 został wykreślony i dodany jako inny punkt (już nie świadczeń psychologicznych)  jako jedynie adnotacja. 

Dlaczego doświadczenia Niemiec i Austrii są istotne

Porównanie z rozwiązaniami przyjętymi w Niemczech i Austrii pokazuje, że pluralizm zawodów w obszarze zdrowia psychicznego jest możliwy, o ile towarzyszy mu klarowna architektura odpowiedzialności.

W Niemczech psychoterapia funkcjonuje jako ściśle licencjonowane leczenie, a diagnoza i terapia są zintegrowane w ramach jednego zawodu psychoterapeuty, objętego państwową licencją i nadzorem. W Austrii natomiast funkcjonują dwa odrębne zawody – psycholog kliniczny i psychoterapeuta – ale są one regulowane w dwóch osobnych ustawach, z wyraźnie rozdzielonymi kompetencjami, tytułami chronionymi i odpowiedzialnością zawodową.

Polski projekt ustawy próbuje połączyć elementy obu modeli, nie przejmując jednak ich wewnętrznej logiki. Efektem jest konstrukcja hybrydowa, która rodzi nieufność środowiskową i realne ryzyka systemowe.

Jak poprawić ustawę – bez rewolucji legislacyjnej

Historia nieudanych prób regulacji zawodu psychologa w Polsce pokazuje, że największym zagrożeniem nie jest sama regulacja, lecz regulacja niespójna. Tymczasem postulaty psychologów klinicznych nie wymagają przebudowy całego systemu. Sprowadzają się do kilku precyzyjnych korekt:

1.     Uznanie psychoterapii za formę leczenia psychologicznego w ramach zawodu psychologa – przy zachowaniu wysokich, dodatkowych wymogów szkoleniowych i superwizyjnych określonych w odrębnych przepisach.

2. Jednoznaczne odróżnienie wsparcia emocjonalnego od świadczeń psychologicznych, tak aby pacjent miał jasność co do kompetencji i odpowiedzialności osoby udzielającej pomocy.

3.     Normatywne połączenie diagnozy i terapii w jeden spójny proces kliniczny, realizowany zgodnie z aktualnym stanem wiedzy naukowej.

Są to zmiany o niewielkim koszcie politycznym, które nie naruszają praw innych zawodów, a jednocześnie znacząco wzmacniają bezpieczeństwo pacjentów i spójność systemu.

Protest zaplanowany na 8 stycznia br. przed gmachem Sejmu (chyba ok. 9.30) nie jest próbą cofania regulacji ani walką o przywileje. Jest przypomnieniem, że prawo regulujące zawody zaufania publicznego musi być projektowane z myślą o tych, którzy najbardziej odczuwają jego skutki – o pacjentach.

 Jeśli tym razem ustawodawca potraktuje te argumenty poważnie, możliwe będzie uchwalenie ustawy, która nie tylko porządkuje status zawodowy psychologów, lecz rzeczywiście wzmacnia ochronę zdrowia psychicznego obywateli. A to byłby najlepszy dowód, że dwudziestoletnia historia sporów wokół tej regulacji nie poszła na marne.


06 stycznia 2026

Cykl artykułów jako potencjalny produkt naukowy

 

(foto: BŚ) 


Chyba dekadę temu zostały ustalone i zaakceptowane przez akademików standardy Komitetu Psychologii PAN dla habilitacji opartej na cyklu powiązanych tematycznie artykułów naukowych.  Świadczy to o kilku bardzo istotnych przesunięciach normatywnych i kulturowych w rozumieniu habilitacji, zarówno jako procedury awansowej, jak i egzaminu z samodzielności naukowo-badawczej i akademickiej. 

O wysokiej randze habilitacji jako potwierdzenia pełnej samodzielności naukowej świadczy ma to, że wniosek o nadanie stopnia doktora habilitowanego nie ma być prostą sumą publikacji, lecz odpowiednikiem klasycznej rozprawy habilitacyjnej, tyle że rozpisanej na serię artykułów. Już od wielu lat doktorzy psychologii nie przedkładają monografii naukowych, ale cykl artykułów, który musi:

  • odpowiadać wartością naukową dawnej monografii habilitacyjnej,
  • prowadzić do oryginalnego rozwiązania problemu naukowego,
  • wnosić znaczny wkład w rozwój psychologii jako dyscypliny, a nie jedynie jej fragmentu aplikacyjnego.

To oznacza, że Komitet Psychologii PAN interpretuje habilitację jako certyfikat dojrzałości intelektualnej, a nie wyłącznie jako formalny próg administracyjny. W tej postaci studium naukowo-badawcze (empiryczne) ma odejść od „przyczynkarstwa” na rzecz opublikowanego spójnego odkrycia naukowego.  

Dokument Komitetu wyraźnie krytykuje praktykę składania cyklu z luźnych, przyczynkarskich, tematycznie „sąsiadujących” publikacji. „Powiązanie tematyczne” ma być udowodnione przez habilitanta, wyłożone i zsyntetyzowane w autoreferacie oraz osadzone w aktualnym stanie wiedzy. 

Przyjęte zatem w tej dyscyplinie "Standardy" mają zaświadczać, że autoreferat nie jest formalnym dodatkiem, lecz kluczowym tekstem integrującym cykl w jedną narrację teoretyczno-badawczą. Choć Standardy wskazują minimalny próg (5 artykułów w czasopismach z JCR, ale z wykazu ministerialnego), to jednocześnie deprecjonują mechaniczne liczenie punktów, traktują wskaźniki bibliometryczne wyłącznie jako wstęp oraz jednoznacznie uprzywilejowują w pracy recenzenta ocenę jakościową (peer review).

Habilitacja m.in. z psychologii ma być - w świetle tych założeń - oceną sensu naukowego badań, które świadczą o znacznym wkładzie w rozwój tej dyscypliny, a nie sprawnością kandydatki/-a w procesie ewaluacyjnym dyscypliny w uczelni. Standardy bardzo wyraźnie potwierdzają, że współautorstwo artykułów jest normą, ale indywidualny wkład każdego współautora musi być jasno wyodrębniony i udokumentowany. 

Nie akceptuje się czysto procentowych deklaracji wkładu, ale też preferowana jest rola pierwszego lub korespondującego autora w większości prac.  To świadczy o wysokiej wrażliwości KP PAN na rozmywanie odpowiedzialności, „rozproszone autorstwo” bez realnej sprawczości czy instrumentalne wykorzystywanie zespołów badawczych. 

Bardzo ważny, a często pomijany, jest ten aspekt standardów, który dotyczy tego, że habilitacja daje prawo do recenzowania i promowania prac doktorskich i habilitacyjnych, do udziału w komisjach oraz do realnego wpływu na ścieżki akademickie innych psychologów. Dlatego KP PAN podkreśla, że habilitacja powinna przysługiwać tylko osobom dającym gwarancje naukowe i etyczne, zaś ocena dorobku nie może być sprzeczna z konkluzją recenzji. Rekomendowanie awansu przy słabym dorobku jest wewnętrznie niespójne i nieakceptowalne. 

Psycholodzy są przekonani, że przyjęte przez nich Standardy jasno lokują ich dyscyplinę w środowisku międzynarodowym, sytuując wyniki czyichś badań w obiegu globalnym, a zarazem niejako warunkują nacisk na otwartą naukę (open science) i unikanie przez autorów czasopism drapieżnych. Habilitacja ma więc potwierdzać zdolność funkcjonowania w globalnej wspólnocie naukowej, a nie jedynie w lokalnym obiegu instytucjonalnym. 

AI zapytana o to, którzy psycholodzy stanowili o treści tych Standardów, wskazała na profesorów o rzeczywistej renomie międzynarodowej, którzy swoje osiągnięcia i habilitację a następnie tytuł profesora uzyskali nie na podstawie cyklu 5 artykułów, tylko monografii naukowych. Musieli przed wielu laty przedłożyć solidną monografię, by udowodnić, że wnoszą do nauki coś istotnie nowego. Artykuły są w ich dorobku czymś pobocznym, marginalnym a nie przełomowym. 

Zmieniła się w psychologii definicja dojrzałości naukowej. w pozostałych naukach społecznych do takiej zmiany dopuszcza się przedstawicieli młodego pokolenia, ale bardzo rzadko, niemalże wyjątkowo i z dużą ostrożnością epistemologiczną. W modelu klasycznym, do uwolnienia go w latach 2011–2018 monografia habilitacyjna miała udowodnić zdolność samodzielnego postawienia problemu, opanowanie całości literatury, umiejętność prowadzenia wewnętrznie spójnej narracji teoretycznej i odpowiedzialność za jedną, rozpoznawalną ideę, model oraz ich weryfikację. Artykuły zaś mogły być świetne, mogły być cytowane, ale nie zastępowały dowodu samodzielności. 

Wypieranie monografii naukowych przez cykl artykułów nastąpiło - moi zdaniem - nie dlatego, że jest lepszym rozwiązaniem, formą, lecz dlatego, że system awansu naukowego przestał umieć rozpoznawać sens dowodzenia wkładu w rozwój nauki oraz ma uwolnić profesorów od wysiłku czytania i recenzowania poważnych studiów badawczych. Cykl artykułów jako „osiągnięcie habilitacyjne” jest odpowiedzią na następujące zjawiska: 

po pierwsze, na masowość i standaryzację. Profesura już nie chce tracić czasu na czytanie monografii, toteż potrzebuje proceduralnych protez (listy, punkty, indeksy, IF), by móc porównań horyzontalnych w dyscyplinie. 

po drugie, cykl artykułów jest łatwiejszy do administracyjnej obsługi niż monografia. 

po trzecie, sprzyja to urynkowieniu produkcji naukowej, skoro w globalnym obiegu liczy się artykuł, który szybciej krąży, szybciej się liczy i szybciej daje wskaźnik cytowań, na które też można wpływać. Większość liczących się czasopism zobowiązuje do cytowania artykułów, które były już w nich wcześniej opublikowane.  Tak więc, jest to logika obiegu, a nie dojrzałości i samodzielności naukowej. 

po czwarte, powyższe standardy są wskaźnikiem spadku zaufania do recenzji sensu largo, skoro bywają recenzje niespójne, ich język bywa rytualny a konkluzje bywają sprzeczne z treścią. Wtedy bazuje się na „twardych” wskaźnikach, bo nie ufa się własnym elitom poznawczym. Cykl artykułów jest tu substytutem zaufania, a nie jego wyrazem. 

Wypierając monografie w naukach społecznych próbuje się ratować sens rzekomej nowoczesności, ale czyni się to na gruncie już mocno zubożonym. Tego typu Standardy są w gruncie rzeczy aktem obronnym, nie ofensywnym, skoro ich ukryty sens da się odczytać między wierszami: „Jeśli już macie cykl artykułów, to niech on będzie jak monografia.” Wiemy, że nigdy nie był i nie będzie z nią tożsamy.  

Być może takie rozwiązanie jest obsesją na punkcie spójności, formą nacisku na autoreferat jako syntezę, chociaż ten dokument ustawowo nie powinien być oceniany. Nie ma szans na to, by cykl od trzech do pięciu artykułów kilkunastostronicowych odpowiadał monografii, gdyż będzie imitacją, a nie jej ekwiwalentem.

Być może akademiccy recenzenci uważali, że nowe pokolenie „musi” dowodzić dojrzałości cyklem artykułów, bo nie można wymagać od młodych monografii. Może profesura nie ma odwagi, by im zakomunikować, że „to jeszcze nie jest habilitacja”? Nowe pokolenie nie jest gorsze od poprzednich, gdyż jest rozliczane inną miarą,  uboższą poznawczo, ale wygodniejszą dla przełożonych, którzy mogą dzięki temu kontynuować własne pasje, i nie tylko.  

Najlepsi z dawnych habilitantów nie mogliby dziś „udowodnić swojej wielkości” samymi artykułami, bo ich wielkość polegała na myśleniu całościowym, a nie na fragmentarycznej produkcji artykułów. Nawet ci, którzy realnie funkcjonują w międzynarodowym obiegu artykułowym, musieli „przejść próbę książki”, aby zostać uznani za dojrzałych uczonych w Polsce.

Rzetelna monografia naukowa wymaga od recenzenta wielodniowej, ciągłej lektury, zmusza go do wejścia w tok myślenia autora, wystawia recenzenta na ryzyko, że czegoś nie zrozumie, że będzie musiał polemizować lub/i że ujawni własne ograniczenia. Cykl artykułów natomiast można rozparcelować, ocenić przez pryzmat czasopisma, IF, pozycji autora w kraju, streszczenia, ba, daje złudzenie obiektywizmu. 

Nie twierdzę, że w grę wchodzi lenistwo jednostkowe, ale nie ulega wątpliwości, że jest to racjonalna adaptacja do systemu m.in. pozoranctwa, proceduralnej fikcji. Artykuły są z definicji syntetyczne, fragmentaryczne, podporządkowane konwencji redakcyjnej, często „wykastrowane” z długiej refleksji teoretycznej, dlatego nie są dobrym nośnikiem nowego odkrycia jako wyniku określonej całości. 

Wsłuchując się w wypowiedzi lub czytając recenzje niektórych wniosków dostrzegam obawy recenzentów, że zostaną oskarżeni o „subiektywizm”. Wystarczy zatem stwierdzenie, że kandydat „spełnił kryteria formalne”. Recenzja wniosku awansowego staje się rytuałem uzasadniającym już podjętą decyzję, bo cyklu artykułów nie da się zmierzyć tą samą miarą, co monografia, nie da się porównać i obronić w sensie formalno-prawnym. Nie niesie on zatem z sobą ryzyka intelektualnego. 

Uczciwe przyznano, że habilitacja nie jest już miernikiem wybitności naukowej, tylko certyfikatem kompetencji systemowej, wystandaryzowanej. Nie żyjemy w epoce antyintelektualnej, ale w czasach przyspieszenia, "płynnej nowoczesności", presji ewaluacyjnej i nadprodukcji artykułów jako rzekomo cenniejszych od rzetelnych monografii, głęboko uzasadniających czyjeś badania. Głębia bowiem wymaga czasu (pisania i czytania), polemizowania, ryzyka porażki. System nauki XXI wieku skraca te cykle, premiuje „output” i unika konfliktu poznawczego. 

Nie twierdzę, że badania są płytsze z natury, ale że instytucje akademickie przestają służyć ich rozpoznawaniu. Recenzenci dostrzegający płycizny, fundamentalne błędy w opublikowanych rozprawach monograficznych coraz częściej doświadczają ze strony pseudonaukowców bezczelnego "hejtu" a nawet są pozywani do sądu o naruszenie czyjegoś wizerunku.   

Preferowanie cyklu artykułów retorycznie broni rzekomej jakości nauki, ale operacyjnie sprowadza ją do zastępczych wskaźników. To jest dramatyczny paradoks: im więcej mówimy o „znaczącym wkładzie w rozwój dyscypliny naukowej”, tym chętniej rezygnujemy z narzędzi, by go realnie ocenić.  


05 stycznia 2026

Niewiele wiedzą w IBE o edukacji w Finlandii

 



Zapewne uważni obserwatorzy polityki oświatowej odnotowali krytykę fińskiej edukacji przez kadry kierownicze IBE-PIB. No cóż, polityczna manipulacja im nie zaszkodzi. Spójrzmy zatem do raportu PIAAC a przekonamy się, że Finlandia znajduje się w ścisłej czołówce OECD w literacy i numeracy wykazując mały spadek kompetencji osób wraz z wiekiem. Ma wysoki udział dorosłych w uczeniu się formalnym i nieformalnym. Ba, kluczowe są tu takie mechanizmy, jak kultura czytania i zainteresowań poznawczych, które są realizowane poza szkołą i obowiązkiem uczęszczania do niej. 

W Finlandii praca wymaga zastosowania twardych kompetencji, a do tego przyczyniają się lokalne instytucje uczenia się dorosłych. Powszechna szkoła nie kończy edukacji młodych pokoleń, ale  ją inicjuje. Problem Polski nie leży zatem tylko w fatalnej edukacji szkolnej, lecz także w braku instytucjonalnej ciągłości uczenia się po szkole. Finlandia jest w tym zakresie zdecydowania lepsza od Polski, bo łączy edukację, pracę i kulturę. 

Dla porównania tak niezrozumiała dla ekonomistów z IBE-PIB Finlandia cieszy się ewolucją doskonalenia ustroju szkolnego zamiast jego ustawiczną deformacją, toteż jest przeciwieństwem polskiej polityki oświatowej. Od lat 70. XX wieku w Finlandii jest stabilny ustrój szkoły ogólnodostępnej, a zmiany programowe mają charakter iteracyjny, a nie ustrojowy i nie ideologiczny. Każda reforma oznacza poprawianie tego, co nie działa, by było doskonalsze, skorygowane, a to świadczy o tym, że nie wprowadza się zmian semantycznych, tylko stosuje logikę nowoczesnego zarządzania szkolnictwem. 

Tam też jest wysoki poziom autonomii nauczycieli (bardzo dobrze wynagradzanych!) i samorządu terytorialnego. Nie prowadzi się tam w edukacji szkolnej „polityki indoktrynacyjnej”. Reforma w Finlandii  oznacza ulepszanie działającego systemu, a nie jego unieważnianie, dzięki czemu szkoła sama się uczy, nauczyciele inwestują w rozwój, bo wiedzą, że system przetrwa, a kompetencje uczniów są stabilnie podtrzymywane przez efektywne, w tym także konstruktywistyczne  kształcenie. O zmianach rozstrzygają naukowcy a nie nomenklatura partyjna.