12 lipca 2026

Doktorat z uwzględnieniem cyklu publikacji to nie suma tekstów, lecz integralme rozwiązanie problemu naukowego

 



      W dniu 23 czerwca 2026 roku podjąłem w blogu problem kryteriów pisania/rcenzowania rozprawy doktorskiej, którą  może stanowić praca pisemna, w tym monografia naukowa, zbiór opublikowanych i powiązanych tematycznie artykułów naukowych, (...) a także samodzielna i wyodrębniona część pracy zbiorowej. 

Nie spotkałem się jeszcze z takim podejściem w pedagogice, ale być może powstała już w tej dyscyplinie hybrydowa dysertacja doktorska. Natomiast wiem, że są już obronione tego typu prace doktorskie z socjologii i psychologii

Postanowiłem przyjrzeć się tym rozprawom z perspektywy naukoznawczej, a nie merytorycznej, gdyż ta ostatnia jest w gestii profesorów powyższych dyscyplin naukowych. Zacznę od dysertacji doktorskiej z socjologii, która składa się z cyklu pięciu artykułów opublikowanych w czasopismach naukowych oraz maszynopisu pracy prezentującego założenia metodologiczne badań w paradygmacie jakościowym wraz z analizą uzyskanych danych.

Z dostępnych w sieci trzech recenzji dysertacji z nauk socjologicznych wynika, że profesorowie ostatecznie nie poddali dostatecznie rygorystycznej ocenie samodzielności doktorantki ze względu na formę cyklu rozpraw z badań zespołowych. Interesowało mnie, czy pięć publikacji rzeczywiście stanowiło jedno oryginalne rozwiązanie problemu naukowego?   

Przedłożony do obrony cykl artykułów składa się z pięciu publikacji, ale:

  • tylko jedna jest jednoautorska;
  • w jednej autorka ma deklarowany udział 50%;
  • w kolejnych jej udział wynosi 20%, 30% i 33,3%;
  • koncepcja całego projektu i pozyskanie finansowania należały do kierowniczki projektu;
  • część ram teoretycznych, analiz i tekstów była tworzona zespołowo;
  • dane należą do dużego projektu badawczego.

Oświadczenia współautorów szczegółowo opisują wkład doktorantki, co jest zaletą. Wynika z nich, że prowadziła ona wywiady, analizowała dane, przygotowywała fragmenty metodologiczne i wyniki, a w jednym rozdziale koordynowała proces publikacyjny. Jednak doktorat powinien potwierdzać samodzielność rozwiązania problemu naukowego. Przy tak zespołowym cyklu trzeba bardzo dokładnie ustalić: 

  • co jest indywidualnym problemem doktorantki;
  • które kategorie teoretyczne opracowała samodzielnie;
  • które analizy wykonała samodzielnie;
  • jaki wkład wykracza poza wykonanie zadań w cudzym projekcie;
  • czy synteza (,...) jest rzeczywistym oryginalnym wkładem autorki.

Autoreferat doktorantki próbuje taką syntezę stworzyć, ale cykl nie jest w pełni jej własnym, samodzielnie zaprojektowanym przedsięwzięciem.Autorka przedstawia cele i zakresy analiz, ale nie formułuje w autoreferacie jednego precyzyjnego pytania głównego cyklu.

Przedłożony cykl artykułów jest tematycznie spójny, lecz jego spójność w pewnej mierze została skonstruowana dopiero w autoreferacie. Poszczególne artykuły korzystają z różnych podzbiorów materiału; odmiennych ram teoretycznych; różnych zespołów autorów oraz różnych problemów szczegółowych.

Współpraca zespołowa mogła wzmacniać jakość analizy, ale sama obecność zespołu nie jest jeszcze gwarancją intersubiektywnej kontroli. Doktorantka powinna wykazać, jak ta kontrola przebiegała. Brakuje w dysertacji szczegółów, które pozwalałyby dobrze ocenić wiarygodność analizy uzyskanych danych:

  • kto dokładnie kodował poszczególne materiały;
  • czy fragmenty były kodowane niezależnie przez więcej niż jedną osobę;
  • w jaki sposób uzgadniano różnice interpretacyjne;
  • czy prowadzono noty analityczne;
  • czy poszukiwano przypadków negatywnych;
  • jak zmieniało się drzewo kodowe;
  • na jakiej podstawie kończono rozwijanie kategorii;
  • jak oddzielono kategorie wyprowadzone z teorii od kategorii wyłonionych z materiału.

Co ciekawe, brakuje w tej rozprawie jednego wyraźnego problemu głównego! Autorka przedstawia cele i zakresy analiz, ale nie formułuje w autoreferacie jednego precyzyjnego pytania głównego cyklu. 

Na podstawie lektury trzech recenzji można stwierdzić, że jedna z nich odczytuje tę pracę bardzo krytycznie, druga częściowo rozpoznaje jej ograniczenia, a trzecia pozostaje przede wszystkim afirmacyjna. Wspólnym problemem wszystkich trzech jest to, że ostatecznie nie poddają dostatecznie rygorystycznej ocenie samodzielności doktorantki ze względu na cykl artykułów z badań zespołowych oraz nie rozstrzygają wyraźnie, czy pięć publikacji rzeczywiście stanowi jedno oryginalne rozwiązanie problemu naukowego.

Pierwsza recenzentka zwraca uwagę na niedostateczną spójność teoretyczną całego cyklu; brak klarownej konceptualizacji pojęć; niejasną ich operacjonalizację; zbyt słabe osadzenie wyników w debacie teoretycznej; niedostateczne wykorzystanie intersekcjonalności; pominięcie znaczenia kluczowych dla problemu kategorii; nieuzasadnioną arbitralność klasyfikacji fenomenów; skrótowe, głównie opisowe wnioski; różnice jakościowe między tekstem jednoautorskim a współautorskimi. 

Bardzo ważne jest jej spostrzeżenie o możliwym „znikaniu” zamysłu teoretycznego doktorantki w pracach wieloautorskich. Recenzentka zauważa, że w tekstach zespołowych teoria bywa słabiej obecna w dyskusji i wnioskach, natomiast najlepszy tekst cyklu jest jednoautorski. Zdaniem recenzentki jeden z artykułów cechuje chaotyczna struktura; błędy rzeczowe i bibliograficzne; powierzchowne użycie teorii (...) brak dostatecznego opisu analizy danych; słabe empiryczne uzasadnienie fazy agregacji danych i nadmierne oparcie interpretacji na modelu (...).

Drugi recenzent zauważa: nieprecyzyjne pojęcia; metaforyczność i psychologizujący język; brak definicji kluczowych wyrażeń; nadmiar terminów potocznych; słabość jednego pojęcia; banalność części typologii emocjonalnych; obecność zdań oczywistych; ograniczenie próby (...); brak możliwości odpowiedzi na pytania (...);brak perspektywy (...); fakt, że niektóre „mikro-odkrycia” są raczej interesującymi obserwacjami niż przełomowym wkładem teoretycznym.

Nie jest to wada dyskwalifikująca, ale nie należy utożsamiać powiązania tematycznego z jednym konsekwentnie przeprowadzonym projektem doktorskim. Największe wątpliwości dotyczą nie tyle elementarnej poprawności metodologicznej, lecz stopnia samodzielności naukowej i sposobu spięcia zespołowych publikacji w indywidualną rozprawę doktorską.

Recenzent przyjmuje oświadczenia współautorów jako wystarczające i uznaje, że „nie można mieć wątpliwości co do autorstwa”. Procent udziału i opis wykonanych czynności nie odpowiadają jeszcze na pytanie, kto sformułował problem; zbudował teorię; podjął decyzje interpretacyjne i kto stworzył końcową syntezę?! 

W trzeciej recenzji pojawia się najważniejszy fragment niemalże na jej końcu, w którym pisze, że przy udziale 20%, 30%, 33% czy 50% „tak naprawdę nie wiadomo dokładnie, co kto pisał” i zaleca, aby przy kolejnych stopniach naukowych przygotować samodzielną publikację. To jest bardzo istotna wątpliwość. Dotyczy przecież samego rdzenia doktoratu: samodzielności naukowej.

Recenzentka nie wyprowadza z powyższych opinii konsekwencji. Przeciwnie, kończy ją oceną o „perfekcyjnie zbudowanym aparacie analitycznym” i wysokiej samodzielności. W tej części recenzja staje się niespójna: z jednej strony nie wiadomo dokładnie, co było wkładem doktorantki, z drugiej — stwierdza się jej pełną samodzielność i perfekcyjny warsztat. 

Profesorka nie dostrzega też wyraźnie słabości jednego z artykułów; niejasności modelu (...); niedostatku dyskusji teoretycznej; niepełnej konceptualizacji pojęć oraz problemu z przejściem od opisów jednostkowych do końcowej tezy. Jej recenzja trafnie pokazuje bogactwo materiału i znaczenie tematu, ale przecenia wartość teoretyczną i metodologiczną cyklu artykułów.

 Oceny trzech recenzentów są ze względu na hybrydową formę doktoratu nazbyt wysokie w trzech punktach:

·  samodzielność naukowa doktorantki nie została dostatecznie wykazana;

·  spójność tematyczna została częściowo utożsamiona ze spójnością problemową i teoretyczną;

·  pojęciowy i teoretyczny wkład pracy został przeceniony względem jej głównie opisowo-interpretacyjnej wartości.

 Forma hybrydowa może być bardzo wartościowa. Pozwala połączyć zalety publikacji naukowych — ich wcześniejszą recenzję, obecność w obiegu międzynarodowym, dyscyplinę objętości i kontakt ze środowiskiem badawczym — z zaletami maszynopisu, który daje przestrzeń do przedstawienia pełnej architektury projektu, jego metodologii, syntezy wyników i oryginalnego wkładu autora.

Może jednak łatwo przekształcić się w konstrukcję pozorną: kilka artykułów zostaje opatrzonych obszernym komentarzem, a dopiero po ich opublikowaniu autor próbuje nadać im wspólny problem, model i znaczenie. Wtedy nie otrzymujemy rozprawy doktorskiej w nowej formie, lecz teczkę publikacji uzupełnioną autoreferatem.

 W kolejnym wpisie przyjrzę się hybrydowym doktoratom z psychologii.  


(Grafika:z okładki książki M. Kaczmarczyka pod tytm tytułem)

 

11 lipca 2026

Czy tytuł profesora jest jeszcze sprawą nauki, czy już tylko prawa wraz z jego lukami?

 

Nie każdy uczony musi być prawnikiem. Nie każdy humanista, pedagog, socjolog, historyk, psycholog czy filozof ma obowiązek śledzić spory dotyczące doktryn prawa administracyjnego. A jednak są takie momenty w karierze akademickiej, kiedy język prawa wchodzi w nasze życie niemal bez zaproszenia. Jednym z nich jest postępowanie o nadanie tytułu profesora.

Wydawałoby się, że sprawa jest prosta. Uczony przez lata prowadzi badania, publikuje, kieruje zespołami, promuje doktorów, uczestniczy w życiu naukowym, a następnie — jeśli spełnia ustawowe warunki — składa wniosek o tytuł profesora. Dorobek oceniają recenzenci, następnie Rada Doskonałości Naukowej podejmuje decyzję, a Prezydent RP dokonuje aktu nadania tytułu. W świadomości wielu osób jest to uroczyste zwieńczenie kariery naukowej, a nie przedmiot sporu prawnego.

W dniu 30 czerwca 2026 roku została obroniona na Uniwersytecie Zielonogórskim rozprawa doktorska Artura Woźniaka p.t. „Sądowa ochrona prawa do tytułu profesora”. Jej autor wyjaśnia jednak, że za tą pozornie oczywistą procedurą kryje się bardzo ważne pytanie: czy kandydat do tytułu profesora jest jedynie petentem oczekującym na akt państwowego uznania, czy też jest podmiotem prawa, któremu przysługuje ochrona przed przewlekłością, arbitralnością i niepewnością proceduralną?

Niniejsze pytanie ma znaczenie nie tylko dla prawników. Powinno zainteresować szczególnie przedstawicieli nauk społecznych, teologicznych, nauk o rodzinie i humanistycznych, bo to właśnie w tych dziedzinach dorobek naukowy bywa najłatwiej uwikłany w spory o pamięć, tożsamość, religię, władzę, wychowanie, nierówności, mniejszości, przemoc symboliczną czy odpowiedzialność wspólnoty. Nie dlatego, że nauki te są mniej naukowe, ale przeciwnie, z tego powodu, że ich przedmiotem jest człowiek w świecie wartości, konfliktów politycznych, instytucji i znaczeń.

Wskazując na tę dysertację nie chodzi mi o budowanie podejrzliwości wobec państwa, Prezydenta RP, RDN czy sądów, ale o coś bardziej elementarnego: o zrozumienie procedury, w której uczony sam uczestniczy, często nie znając wszystkich jej konsekwencji.

Recenzenci rozprawy Woźniaka podkreślają, że jej temat jest aktualny, doniosły i słabo dotąd opracowany. Prof. Andrzej Powałowski pisze, że praca wypełnia lukę w literaturze dotyczącej ochrony prawa do tytułu naukowego profesora i może być przydatna zarówno kandydatom, jak i osobom zaangażowanym w procesy awansowe oraz sądom administracyjnym. Prof. Michał Biliński także zwraca uwagę, że brakuje kompleksowych opracowań poświęconych ochronie prawnej osób ubiegających się o tytuł naukowy.

Najważniejsza teza rozprawy jest dla nieprawników dość prosta, choć jej uzasadnienie wymaga specjalistycznego aparatu pojęciowego. Kandydat do tytułu profesora nie jest tylko kimś, kto „prosi” o prestiżowy tytuł. Jest stroną szczególnego postępowania administracyjnego. Ma interes prawny, a po pozytywnej decyzji Rady Doskonałości Naukowej — jak argumentuje Autor — jego sytuacja może przekształcać się w publiczne prawo podmiotowe, czyli prawo wymagające realnej ochrony. 

Prof. Biliński rekonstruuje ten wniosek wyraźnie: po pozytywnym rozstrzygnięciu RDN interes prawny kandydata ewoluuje w kierunku publicznego prawa podmiotowego i , roszczenia wobec Prezydenta RP o nadanie tytułu.

W tym sensie jest to bardzo ważne, że postępowanie profesorskie nie powinno być rozumiane jako sfera całkowicie uznaniowa, ceremonialna czy polityczna. Oczywiście akt Prezydenta RP ma znaczenie ustrojowe i symboliczne, skoro tytuł profesora jest nadawany przez głowę państwa, ale i tu tkwi sedno sporu. Każdy   bowiem kandydat przechodzi najpierw przez procedurę oceny naukowej, eksperckiej, recenzyjnej i administracyjnej. Jeśli uprawniony organ, jakim jest Rada Doskonałości Naukowej stwierdził, że spełnia warunki, pojawia się pytanie: czy ktoś może jeszcze raz, poza kryteriami naukowymi, zakwestionować ten dorobek?

Dr A. Woźniak odpowiada ostrożnie, ale stanowczo: Prezydent RP nie powinien być traktowany jako dodatkowy recenzent dorobku naukowego. Także recenzenci pracy dostrzegają wagę tej argumentacji. Prof. Biliński podkreśla, że Prezydent, przed którym toczy się druga faza postępowania, nie ma prawnych ani faktycznych kompetencji do kwestionowania przesłanek materialnoprawnych ocenionych przez RDN. 

Recenzentka - prof. Katarzyna Chałubińska-Jentkiewicz przywołuje zaś znaczenie wyroku NSA z 8 października 2024 r., w którym nadanie tytułu profesora zostało określone jako „władcze rozstrzygnięcie administracyjne”.

Dla humanistów i przedstawicieli nauk społecznych płynie stąd ważna lekcja. Dorobek naukowy powinien być oceniany w trybie naukowym, przez kompetentnych recenzentów i właściwe organy środowiska akademickiego. Sąd administracyjny nie zastępuje recenzenta, nie rozstrzyga, czy monografia jest wybitna, czy artykuły są przełomowe, czy dorobek ma odpowiednią rangę międzynarodową. Bada jedynie legalność procedury: czy RDN działała zgodnie z prawem, czy nie naruszyła praw strony, czy nie było przewlekłości, czy decyzja została właściwie uzasadniona.

To rozróżnienie jest fundamentalne. Nie należy bać się prawa jako czegoś zewnętrznego wobec nauki. Prawo nie ma zastępować nauki. Ma chronić uczonego wtedy, gdy procedura naukowa zostaje wciągnięta w stan niepewności, milczenia lub sporu kompetencyjnego.

Nie chodzi zatem o to, by z każdego postępowania profesorskiego czynić batalię prawną. Byłoby to szkodliwe i dla nauki, i dla kandydatów. Chodzi raczej o świadomość, że system awansów naukowych jest także systemem gwarancji. Kandydat ma prawo wiedzieć, na jakim etapie znajduje się jego sprawa, jakie rozstrzygnięcia zapadły, jakie środki ochrony mu przysługują i gdzie kończy się ocena naukowa, a zaczyna odpowiedzialność organów państwa za działanie zgodne z prawem.

Recenzenci pracy A. Woźniaka nie byli wobec niej bezkrytyczni. Wskazali na brak podsumowań w rozdziałach, miejscami zbyt rozbudowane partie historyczne, potrzebę większej precyzji pojęciowej czy lepszego uzasadnienia części porównawczej. Prof. Powałowski sugeruje nawet, że tytuł rozprawy mógłby być szerszy — nie tylko „Sądowa ochrona prawa do tytułu profesora”, lecz po prostu „Ochrona prawa do tytułu profesora”, bo autor faktycznie analizuje więcej niż sam wymiar sądowy. 

Chałubińska-Jentkiewicz zwraca uwagę, że autor powinien wyraźniej wskazać, którą koncepcję publicznych praw podmiotowych przyjmuje, a także ostrożniej operować pojęciami dotyczącymi naruszeń praw autorskich.

Te uwagi nie osłabiają jednak znaczenia rozprawy. Przeciwnie, pokazują, że praca otwiera potrzebną debatę także naukoznawczą. Nie jest tekstem zamykającym problem, lecz rozprawą, która pozwala dostrzec coś, co dotąd bywało ukryte za ceremoniałem nominacji profesorskich.

Najdelikatniejsza kwestia dotyczy udziału Prezydenta RP. Łatwo byłoby sprowadzić ją do sporu politycznego, ale nie warto tego robić. Tytuł profesora powinien pozostać dobrem nauki, a nie narzędziem bieżącej polaryzacji. Każdy prezydent, niezależnie od osoby i zaplecza politycznego, działa w określonym porządku konstytucyjnym. 

Problem nie polega więc na tym, kto personalnie sprawuje urząd, lecz na tym, czy przepisy dostatecznie jasno określają relację między oceną naukową, decyzją RDN, aktem Prezydenta, kontrasygnatą Prezesa Rady Ministrów i ochroną sądową.

Dwa znane przypadki odmowy lub próby odmowy nadania tytułu profesora pozytywnie ocenionym kandydatom nie powinny być powodem do zniechęcenia kolejnych uczonych. Przeciwnie, powinny być impulsem do lepszego rozumienia procedur i do ich ewentualnego doprecyzowania. Nie są dowodem, że „nie warto składać wniosków”, ale uświadamiają nam, że nawet rzadkie przypadki mogą ujawnić słabe punkty systemu awansowego w polskiej nauce.

Nie należy więc rezygnować z ubiegania się o tytuł profesora ze strachu przed polityzacją. W ogromnej większości przypadków procedura przebiega zgodnie z przyjętym modelem: dorobek oceniają eksperci, RDN podejmuje rozstrzygnięcie, a akt nadania tytułu zamyka wieloletnią drogę naukową. Warto jednak, by kandydaci wiedzieli, że nie uczestniczą wyłącznie w rytuale akademickim. Uczestniczą w procedurze prawnej, która powinna być przejrzysta, uzasadniona i kontrolowalna.

Dla nauk społecznych, nauk o rodzinie, nauk teologicznych i humanistycznych ta świadomość ma dodatkowe znaczenie. Badacze tych dziedzin często podejmują tematy wrażliwe, niewygodne, wywołujące społeczne emocje. Tym bardziej potrzebują jasnej zasady: dorobek naukowy ocenia się według kryteriów naukowych, a nie według stopnia zgodności z aktualnym klimatem ideowym. 

Państwo może uroczyście potwierdzać rangę nauki, ale nie powinno zastępować wspólnoty uczonych w ocenie jej merytorycznego dorobku. Dlatego rozprawa Artura Woźniaka jest ważna także dla nieprawników. Uczy, że język prawa, który choć jest trudny, hermetyczny i pełen pojęć takich jak „publiczne prawo podmiotowe”, „kognicja sądów administracyjnych”, „prerogatywa”, „kontrasygnata” czy „decyzja administracyjna”, dotyczy realnych losów ludzi nauki. 

Za tymi pojęciami kryje się pytanie o godność procedury, przewidywalność państwa i zaufanie uczonego do instytucji.

Można więc zakończyć tę refleksję spokojnym, a nie alarmistycznym wnioskiem: kandydaci do tytułu profesora powinni nadal składać wnioski, jeśli ich dorobek i aktywność naukowa spełniają ustawowe wymagania. Warto jednak czynić to ze świadomością, że tytuł profesora jest nie tylko zwieńczeniem kariery, ale także sprawą prawa, zaś dobrze pojmowane prawo nie powinno być zagrożeniem dla nauki. Jest jedną z form ochrony jej autonomii.

 


10 lipca 2026

Seminaria metodologiczne nie tylko w moim uniwersytecie

 




Cyklicznie pojawiają się zaproszenia na jednodniową debatę metodologiczną, której organizatorzy sformułowali bardzo szeroki zestaw pytań dotyczących metodologii badań pedagogicznych, epistemologicznych ograniczeń poznania, granic dowolności decyzji badawczych oraz sposobów ich sankcjonowania. Są to pytania ważne, a nawet fundamentalne. 

Nie biorę w nich udziału, gdyż publikowane rozprawy w ramach postępowań o nadanie stopnia naukowego doktora czy doktora habilitowanego nie odzwierciedlają mądrości referujących w czasie tych seminariów. Z każdym rokiem jest coraz gorzej, coraz niższy poziom samoświadomości metodologicznej nienauczonych kandydatów na uczonych. Chyba jest to "studnia bez dna" - chociażby minimalnych kompetencji czy przynajmniej odnotowania w rozprawie zaistniałych lub spowodowanych przez badaczy ograniczeń poznawczych.     

Moja rezerwa nie dotyczy zatem intencji organizatorów, lecz formuły debat, w trakcie których każde z postawionych pytań w zapraszającym do udziału komunikacie mogłoby stanowić przedmiot osobnego seminarium, konferencji lub długofalowego programu badawczego. Zgromadzenie ich w jednej, jednodniowej formule czyni niemożliwym rzetelne i pogłębione odniesienie się do któregokolwiek z nich. 

Do udziału w seminariach zgłasza się kilkadziesiąt osób chyba tylko po to, by asekuracyjnie zaistnieć w świadomości prowadzących je profesorów. Czas na prezentację własnego tematu mieści się w granicach 10-15 minut, a nie ma go w ogóle na wspólną analizę krytyczną, dyskusję, na dostrzeżenie możliwości lub barier w zastosowaniu określonego paradygmatu badań i związanych z nim przesłanek epistemologicznych, antropologicznych, aksjologicznych  i metodycznych.  

W takiej konfiguracji dyskusja nieuchronnie przesuwa się z poziomu analizy metodologicznej na poziom deklaratywnych narracji: ogólnych refleksji, bezpiecznych odniesień teoretycznych i wypowiedzi, które nie wymagają odniesienia do konkretnych decyzji badawczych, projektów empirycznych ani własnych błędów poznawczych. Zamiast problematyzacji praktyk badawczych pojawia się ich opis w trybie normatywnym lub życzeniowym.

Tymczasem pytania o granice dowolności metodologicznej, przeszkody epistemologiczne czy mechanizmy sankcjonowania mają sens poznawczy wyłącznie wtedy, gdy odnoszą się do konkretnych przypadków: realnych badań, realnych decyzji, realnych konsekwencji. Bez tego pozostają na poziomie ogólników, które trudno poddać krytycznej weryfikacji.

Preferuję debaty wyraźnie sproblematyzowane, z jasno określonym przedmiotem analizy i ograniczonym zakresem pytań. Nadmiar problemów w jednej formule nie poszerza pola refleksji, lecz je rozmywa, tworząc przestrzeń, w której każdy może umieścić dowolną narrację, bez konieczności jej epistemologicznego uzasadnienia.

Jedynie z tych powodów nie biorę udziału w tego typu seminariach, gdyż poważna refleksja metodologiczna wymaga precyzji, ograniczeń i gotowości do analizy własnej praktyki badawczej. Najlepiej służą temu seminaria doktorskie czy podoktorskie, wielodniowe szkoły letnie a także monograficzne debaty nad osiągnięciami kandydatów do tytułu profesora, by zainteresowani nie doświadczali rozczarowań lub mieli szansę na wzmocnienie wartości własnych projektów badawczych.