Wczoraj wspomniałem o III Szkole Pedeutologicznej KNP PAN, która odbyła się w dn. 12-13.03.2026 roku we Wrocławiu, by nawiązując do kluczowej kwestii, jaką był dobrostan nauczycieli, podzielić się refleksją po wystąpieniu pedagog z Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytet Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, pani
dr hab. Hanny Kędzierskiej, prof. UWM. Od lat prowadzi badania rozwoju zawodowego nauczycieli, który jest jedną z podstawowych kategorii naszej dyscyplinie.
Referująca postanowiła wyjaśnić świat edukacji w oparciu o bliską jej teorię systemów, by móc zadbać przy tej okazji nie tylko o swój dobrostan, ale także uczestników debaty. Mojego samopoczucia nie poprawiła, natomiast zainspirowała do dzisiejszej wypowiedzi.
Niestety, fenomen rozwoju zawodowego nauczycieli nie jest związany z myśleniem pedagogicznym urzędników MEN, bo władze resortu wraz ze związkowcami traktują to jako narzędzie ograniczeń i kontroli wynagrodzeń, a więc jako czynnik determinujący utrzymywanie żenująco niskich płac w tym zawodzie.
Nie jest to zatem podstawowa - w sensie pedagogicznym - kategoria rozwoju zawodowego, gdyż ten powinien być zrośnięty z ontologią rozwoju osobistego każdego profesjonalisty. Musi jednak dysponować własnym kapitałem, by ją/jego było stać na podróże (bo kształcą), kulturę, także fizyczną (bo w zdrowym ciele zdrowy duch), wzrost wiedzy i umysłu (mądrości, mysłowości - to termin B. Trentowskiego) i wzmacnianie charakteru (rezyliencji). Rządzący wolą jednak mieć podwładnych, którzy grzecznie, posłusznie i pokornie będą ssać dwie matki (rządową i samorządową).
Uczynienie z rozwoju zawodowego gorsetu administracyjno-prawnego od stanu wojennego w PRL ma spełniać funkcję nadzorczą i selekcyjną a nie prorozwojową, tym bardziej w powyższych zakresach. ideokratów w istocie nie interesuje to, kim i jakimi są nauczyciele, skoro wystarczy do ich zatrudnienia dyplom ukończenia jakichś studiów (chociaż od lat i to bywa zbyteczne).
Stanowisko zawodowe zmieniało się od 1999 roku jak w kalejdoskopie, by sprawujący władzę mogli dorobić sobie do pensji w komisjach, zjeść ciasteczka i wypić służbową kawę lub herbatkę. Tu lepiej płacą niż egzaminatorom maturalnym.
Polityków oświatowych, w tym samorządowych także nie interesuje istota rozwoju nauczycieli, bo i oni nie muszą o to dbać, skoro to nie o ich (niedo-)rozwój chodzi. Administrowanie przez nadzór "pedagogiczny" nie wymaga intelektualnego, a tym bardziej socjo-kulturowego zaangażowania, bo przecież wszystko kręci się na podstawie norm prawa oświatowego, rozporządzeń, zarządzeń, dyrektyw, poleceń mailowych, ustnych i pośrednich.
Już samo określenie NADZÓR PEDAGOGICZNY oznacza, że politycy, mini-i wiceminstrowie, kuratorzy oświatowi, wizytatorzy, dyrektorzy samorządowych wydziałów edukacji i ich urzędnicy mają kontrolować nauczycieli, a nie rozwijać siebie, a tym bardziej wspierać w rozwoju innych. Bez przesady. Nauczycielami są osoby dorosłe, a więc już rozwinięte. Jeśli przyjąć, że są niedorozwinięci, to trzeba sprawdzać, by czegoś nie zbroili lub zmusić ich do uzupełnienia braków (ro-)zwojowych. Nie bez powodu największym zainteresowaniem cieszą się szkolenia na temat neuropseudodydaktyki i cyberprzemocy (ministerka B. Nowacka raz powołuje się w zapowiedzianym zakazie korzystania z telefonów komórkowych na premiera rządu a innym razem na pseudo diagnostyczny raport o młodzieży).
Rzeczywiście, kategoria rozwoju zawodowego już tak bardzo spowszedniała, że dobrze jest się jej przyjrzeć za pomocą mędrca szkiełka i oka. Może zda ktoś sobie sprawę z marnotrawstwa publicznych pieniędzy i pozoranctwa awansowego, bowiem kategoria awansu zawodowego jest już tylko dyskursem w naukach społecznych, regulacją w prawie oświatowym.
Kto zastanawia się nad pytaniem: Komu jest potrzebna administrowanie przez mini-wice-sterki rozwojem zawodowym nauczycieli, skoro urzędniczki nie stanowią tu nawet minimalnego punktu odniesienia? A może warto po prawie 27 latach zmienić dość tradycyjne pozorowanie myślenia o nauczycielach jako dzieciach, które mają grzecznie uczyć się zgodnie z oczekiwaniami władzy ?
Hanna Kędzierska przypomniała, skąd się wzięła kategoria rozwoju zawodowego oraz jaka teoria społeczna mogłaby ją legitymizować, ale tego nie czyni. Kto zaczynał pracę w tym zawodzie pod koniec lat 90. XX wieku, wie, że czterostopniowa skala zobowiązywania nauczycieli do rozwoju zawodowego, którego nie należy mylić ze stanem i rozwojem osobowości, rozpoczęła się wraz z jedną z czterech reform ustrojowych w III RP, za rządu AWS, reprezentowanego w MEN przez Mirosława Handkego. Z tylnego fotela jednak kierował tym rządem związkowiec - Jerzy Buzek.
Każda kolejna ekipa władzy majstrowała przy tym pseudorozwojowym "kręgosłupie" naruszając jego unerwioną sieć powiązań. Już narodziny tego systemu były bolesne dla ówczesnego ministra, bo ponoć celowo wprowadził w błąd Radę Ministrów, podając zaniżone koszty deformy szkolnej i nauczycielskiego stanu. Mirosław Handke jako jeden z nielicznych polityków w dziejach III RP podał się do dymisji, bo naraził w ten sposób budżet państwa na konieczność dopłacenia przez rząd do wynagrodzeń nauczycieli.
Szkoda, że nie przeprosił za zdradę zobowiązań "Solidarności" wobec społeczeństwa polskiego (1980-1989), by zdecentralizować ustrój szkolny, uczynić go wreszcie samorządnym, z autonomią szkół, samorządnością zawodową nauczycieli (Izby Nauczycielskie), rodziców i uczniów (rady szkół - regionalne rady oświatowe i Krajowa Rada Oświatowa) oraz godnie wynagradzać nauczycieli za odpowiedzialną pracę. Jego następczynie i następcy mogli już bez skrupułów kontynuować tę ścieżkę deformy nauczycielskiej profesji.




