Każdy
raport na polityczne zamówienie jest obciążony samosprawdzająca się hipotezą,
nawet wówczas, gdy akademicy świadomie tego nie zakładają. Trudno bowiem
posądzać zespół badawczy doktorek habilitowanych i doktorek - pedagożek z
Uniwersytetu Warszawskiego o to, że postanowiły celowo zmanipulować proces
diagnostyczny w środowisku nauczycielskim.
Zapewne chciały dobrze, zamierzały
przeprowadzić z dużą starannością diagnozę, podobnie jak czyni to prowadząca
pseudonaukowe badania na temat mobbingu, ale jak popełnia się fundamentalne
błędy metodologiczne i merytoryczne, to trudno, by uważnego czytelnika raportu zachwycała treść.
Mamy w tym raporcie do czynienia z nadużyciem interpretacyjnym uzyskanych wyników badań, które nie upoważniają
do tak alarmistycznych wniosków! Badania kliniczne psycholog Zofii Sęk czy
innych psychologów w świecie dowodzą wypalenia zawodowego czy obciążeń
psychospołecznych w danym zawodzie na poziomie ok.30 proc.
W raporcie UW-ZNP ewidentnie dochodzi do przesunięcia od wyniku ankietowego do
alarmistycznego twierdzenia o stanie nauczycieli jako grupy zawodowej. Nie tyle
same dane są bezwartościowe, ile ich interpretacja i komunikacyjne opakowanie
przekraczające granice uprawnionego wnioskowania.
Najważniejsze
nadużycie widoczne jest w trzech miejscach:
Po
pierwsze, „skumulowane obciążenie stresorami” zostaje zamienione na
„skumulowany stres”, a przecież to nie to samo. Respondenci oceniali częstość i
uciążliwość wybranych problemów zawodowych, a autorzy zbudowali z tego
syntetyczny wskaźnik. Nie mierzono jednak stresu klinicznie, biologicznie ani
za pomocą pełnej procedury psychologicznej. Raport sam opisuje ten wskaźnik
jako przeciętny poziom obciążenia badanymi stresorami w pracy nauczyciela.
Po
drugie, samoopis objawów somatycznych zostaje przedstawiony językiem cierpienia
zdrowotnego. SSS-8 nie jest badaniem lekarskim, nie diagnozuje chorób
somatycznych ani psychosomatycznych. To skala deklarowanych dolegliwości z
ostatnich siedmiu dni. Tymczasem zdanie „60% nauczycieli cierpi na silne
dolegliwości somatyczne” brzmi tak, jakby ustalono kliniczny lub medyczny fakt.
Poprawniej byłoby mówić: „60% badanych uzyskało wysoki lub bardzo wysoki wynik
w samoopisowej skali objawów somatycznych”.
Autorki raportu użyły pełnej ośmiopozycyjnej skali, ale wynik jest nadzwyczaj
wysoki. Oryginalna walidacja SSS-8 traktuje ją jako rzetelną samoopisową miarę
obciążenia objawami somatycznymi, a progi kategorii są następujące: 0–3
minimalne, 4–7 niskie, 8–11 średnie, 12–15 wysokie, 16–32 bardzo wysokie. Tymczasem w tym badaniu nie mamy do czynienia z diagnoza kliniczną, lecz klasyfikacją poczucia obciążenia powyższymi objawami.
Po
trzecie, wyniki z badanej próby zostają komunikacyjnie uogólnione na
nauczycieli jako takich. Raport obejmował dużą próbę, zastosowano procedury
doboru i wagi, ale autorzy sami wskazują na takie ograniczenia, jak: deklaratywny charakter
danych, możliwą autoselekcję, wpływ aktualnego stanu psychofizycznego,
ograniczenia pamięci i brak możliwości wnioskowania przyczynowo-skutkowego. To
powinno wymuszać ostrożny język, a nie wzmacniać alarmistyczne tezy.
Jeżeli
wcześniejsze badania psychologiczne, zwłaszcza klinicznie lub psychometrycznie
lepiej osadzone, wskazywały na znacznie niższe odsetki poważnego wypalenia czy
silnych obciążeń, to wynik „50 proc.” powinien natychmiast uruchomić pytania: co
dokładnie mierzono, jak zbudowano progi, czy narzędzie było porównywalne, czy
próba nie była obciążona autoselekcją, czy nie mamy do czynienia z efektem
retoryki środowiskowej, a nie z rzeczywistym skokiem klinicznego wypalenia.
Ostrożnie
trzeba zatem traktować rzekome „50 proc.”, gdyż ta liczba nie oznacza „wypalenia”
według OLBI, lecz zaklasyfikowanie do wysokiego lub bardzo wysokiego skumulowanego
obciążenia stresorami według autorskiego wskaźnika; sam raport wyjaśnia, że
wskaźnik opiera się na ocenach uciążliwości stresorów w skali 0–5 i arbitralnie
przyjętych przedziałach: niskie, umiarkowane, wysokie, bardzo wysokie.
Najuczciwszy
wniosek powinien brzmieć nie: „co drugi nauczyciel doświadcza wysokiego
stresu”, lecz:
„W
badanej próbie połowa respondentów została zaklasyfikowana do kategorii
wysokiego lub bardzo wysokiego deklarowanego obciążenia stresorami zawodowymi,
według autorskiego wskaźnika skonstruowanego na potrzeby raportu. Wynik ten
sygnalizuje poważne poczucie przeciążenia wśród respondentów, ale nie może być
utożsamiany z klinicznie potwierdzonym poziomem stresu lub wypalenia zawodowego
nauczycieli w Polsce.”
Warunki
badania sprzyjały odpowiedziom protestacyjnym, ekspresyjnym i strategicznym.
W badaniach deklaratywnych respondenci nie tylko „odtwarzaj własny stan psychiczny”, ale również komunikują ocenę swojej sytuacji, własne poczucie
krzywdy, oczekiwanie zmiany, niezgodę na warunki pracy. Jeżeli badanie było zamówione przez związek zawodowy, dotyczyło stresu, płac, przeciążenia i warunków
pracy, to respondenci mogli je odczytać nie jako neutralny pomiar naukowy, lecz
jako kanał artykulacji roszczeń zawodowych.
Nie
musi to oznaczać świadomego fałszowania odpowiedzi przez nauczycieli. Częściej działa w takim przypadku bardziej subtelny mechanizm. Nauczyciel odpowiada „zgodnie z prawdą przeżywaną”, ale w
sytuacji badania uruchamia się rama: „wreszcie ktoś pyta nas o krzywdę,
przeciążenie, niskie płace i lekceważenie”. Wtedy skale samoopisowe przestają
być tylko narzędziem pomiaru stresu, a stają się także narzędziem ekspresji
frustracji zawodowej.
Raport ZNP/UW
może być użyteczny jako dokument, który pokazuje, że znaczna część nauczycieli
czuje się przeciążona, niedoceniona i pozostawiona bez wystarczającego
wsparcia.
Można
więc powiedzieć bardzo precyzyjnie: badanie ujawnia skalę deklarowanej
frustracji, obciążenia i poczucia przeciążenia zawodowego, ale nie dowodzi
skali rzeczywiście klinicznego stresu ani wypalenia nauczycieli. Alarm jest politycznie
zrozumiały, ale metodologicznie nadmierny. W
takim kontekście badanie mogło zarejestrować nauczycielską świadomość kryzysu w oświacie.
Badacze nauk społecznych od lat apelują o krytyczne myślenie, o rzetelność, trafność i intersubiektywną
komunikowalność badań naukowych, ale sam fakt ich przeprowadzenia przez osoby
ze stopniami naukowymi nie musi czynić ich wiarygodnymi. Może i powinno, ale
... no właśnie, mam poważne zastrzeżenia, uwagi krytyczne do tego raportu i
czynienia z niego wiodącej narracji na temat tego, jak poważna jest zapaść w
środowisku polskich nauczycieli.
Raport
zapewne jest świadectwem krzywdy zawodowej ale nie wolno go utożsamiać z naukowym badaniem stresu. Opublikowane komunikaty, streszczenia a nawet materiały propagandowe (graficzne) stanowią swoistego rodzaju wciskanie opinii publicznej kitu.
Rekomendacje
są adresowane do MEN, samorządów i dyrektorów, toteż pojawia się język
mobilizacji polityczno-związkowej („Czas na odpowiedzialność systemu”.), a nie
neutralnej prezentacji wyników badania. Pojawia się też zdanie, że „nie można uczyć
osób podlegających systemowi, jak lepiej znosić system, który je przeciąża”.
Najbardziej
znaczące jest twierdzenie w komunikacie ZNP że nauczyciele pracują „kosztem własnego
zdrowia i życia rodzinnego”, podczas gdy badanie miało charakter przekrojowy i nie pozwala
rozstrzygać o zależnościach przyczynowo-skutkowych. „Wysoki
wynik w SSS-8” zostaje wyrażony językiem nauk medycznych, skoro nauczyciele cierpią na silne dolegliwości somatyczne. W debacie publicznej brzmi to dramatycznie, ale
metodologicznie zaciera różnicę między deklaracją objawu a diagnozą zdrowotną.
Działacze ZNP nie muszą znać
się na metodologii badań społecznych, ale skoro zamówili je na Wydziale
Pedagogicznym UW, to mają prawo je cytować wszem i wobec jako wiarygodne,
poprawne i bezdyskusyjne. Takimi jednak one nie są.

ZNP
używa raportu jako dokumentu presji społecznej i politycznej, do czego ma prawo
jako związek zawodowy. Nie powinno się wtedy udawać, że komunikat z badań sondażowych jest omówieniem ustaleń naukowych, gdyż zostały one przeprowadzone przez pracowników uniwersytetu.
Nie kwestionuję doświadczanej przez nauczycieli krzywdy, lecz sposób, w jaki z ich deklaracji uczyniono alarmistycznie brzmiące quasi-kliniczne
sądy.