Debata
o przyszłości szkolnictwa wyższego od lat toczy się wokół hasła „nadzoru” i
„centralizacji”, gdyż mimo działania Polskiej Komisji Akredytacyjnej prawo o
szkolnictwie wyższym i nauce jest tak skonstruowane, by chronić patologię w szkolnictwie
prywatnym. Po serii kompromitujących afer związanych z turbo-edukacją MBA, na
studiach podyplomowych czy handlem dyplomami ukończenia studiów wyższych
utrwala się przekonanie, że państwo powinno silniej kontrolować uczelnie,
bo środowisko nie potrafi samo utrzymać standardów. Jednak nie ma problemu patologii
w uczelniach publicznych.
Problem
polega zatem na tym, że zamiast eliminować patologie, dręczy się biurokratyczną
papierologią uniwersytety, które akurat standardów pilnują. Nieuczciwe praktyki
kilkunastu szkół prywatnych lub quasi-publicznych od początku lat 90. XX wieku
są dla władz resortowych pretekstem do tworzenia systemowych rozwiązań, które w
istocie ograniczają autonomię i godność uczelni rzeczywiście akademickich.
Jest to klasyczny przykład sytuacji, w której chorobę leczymy, uderzając w
zdrowy organizm.
Uniwersytet nie jest urzędem, którego trzeba pilnować, ani firmą, którą trzeba certyfikować, gdyż jest wspólnotą badaczy i dialogu, opartą na wzajemnym zaufaniu. Zamiast mnożyć nadzorcze struktury, warto wzmacniać mechanizmy samokontroli i odpowiedzialności środowiskowej dbając o wysoką jakość recenzji, działalność komisji etyki, jawność postępowań, wspólne standardy metodologiczne itp. Centralizacja odbiera uczelniom to, co stanowi o ich tożsamości — wolność myślenia i różnorodność modeli nauki oraz kształcenia.
Pedagogika w Łodzi nie musi być taka sama jak w Warszawie, a kształcenie w
Lublinie czy we Wrocławiu nie powinno być tożsame z metodami kształcenia w Krakowie,
itd. Różnorodność nie jest zagrożeniem jakości, lecz jej gwarancją.
Najwyższy czas ustalić, gdzie kończy się rzeczywista troska o jakość edukacji akademickiej, a utrwala biurokracja. Nadzór państwowy powinien mieć swoje miejsce w eliminowaniu nadużyć, pilnowaniu przejrzystości finansowej, reagowaniu na oszustwa, ale kiedy władza centralna reguluje kierunki kształcenia, sposoby prowadzenia zajęć i kryteria ich ewaluacji, to przestaje być opiekunem, a staje się zarządcą akademickiej biurokratury.
Uniwersytet staje się
kolejną agendą administracji publicznej, która ma w dużej mierze zarabiać na
proces kształcenia redukując przyjęcia kandydatów na studia zgodnie z wskaźnikiem
1:13. Szkoły prywatne mogą przyjmować dziesiątki tysięcy osób studiujących, nie spełniając jakościowych kryteriów i zasobów kadrowych.
Takie
rozwiązanie daje pozór porządku, ale ten bez środków na infrastrukturę i
badania naukowe nie tworzy jakości, tylko konformizm, autocenzurę i
biurokratyczny styl działania. Świat nauki na Zachodzie już to przeżył i wiemy,
jak się kończy: milczeniem, które udaje akceptację.
Patologie w szkolnictwie wyższym są realne, ale to nie nauka jest chora. Nie można zaprzeczyć, że istnieją przypadki szkół sprzedających dyplomy, fikcyjnych recenzji czy przyspieszonych doktoratów istnieją, ale one nie definiują polską naukę i akademicką edukację. Margines wymaga reakcji prawnej, a nie ideologicznej.
Nie da się poprawić kultury akademickiej dydaktyki za pomocą nadzoru
PKA. Można to zrobić jedynie poprzez wspólnotowe standardy etyczne,
jawność procedur i wzajemne zaufanie. Nie każdy problem systemowy rozwiązuje
się centralnym organem, jeśli skuteczniejsza jest krytyka środowiskowa,
współpraca międzyuczelniana i budowanie standardów od dołu, a nie od góry.
Autonomia uczelni to nie przywilej, ale warunek rozwoju nauki i jakości kształcenia. W mniejszych ośrodkach, często pogardliwie nazywanych „prowincją”, powstają dziś najbardziej nowatorskie kierunki kształcenia czy badań naukowych, które rozwijają nowe specjalności w zakresie pedagogiki mediów cyfrowych, edukacji inkluzyjnej, geragogiki, studiów nad dialogiem międzykulturowym itp. Wielkie uniwersytety dbają o kanon, podczas gdy peryferie generują nowe języki i wrażliwości badawcze.
Zamiast utrzymywać kosztowną centralizację nadzoru, należałoby zdecentralizować
zaufanie, oddać głos środowiskom uniwersyteckim, od lat działających w nich komisji ds. jakości kształcenia, które faktycznie prowadzą rzetelne analizy w tym zakresie i dbają o etos uczelni. Wzmacnianie nadzoru nad uczelniami państwowymi w reakcji na
skandale w szkolnictwie prywatnym to droga łatwa, ale złudna i nieskuteczna, skoro nawet PKA była dotknięta korupcją a MNiSW ukrytym lobbingiem pseudonaukowców. Taka polityka nie poprawia wizerunku administracji państwowej, ale - co gorsza - nie poprawia jakości kształcenia w szkołach określanych jako specjalizujących się w "gotowaniu na gazie lub w opalaniu węglem" .
Prawdziwa
reforma w szkolnictwie wyższym nie powinna polegać na utrzymywaniu kontroli nad akademickimi uczelniami państwowymi, lecz na egzekwowaniu patologii akademickiej, która jest komunikowana odpowiednim organom przez studiujących czy samych nauczycieli akademickich. Jeśli państwo przestaje ufać senatom,
radom wydziałów, dyscyplin naukowych, to wprawdzie ma system biurokratyczny, ale niską efektywność weryfikowania jakości studiów tam, gdzie ona rzeczywiście nie występuje.
Zamiast wzmacniać ich uprawnienia lub tworzyć nowe „meta-komisje”, należałoby zwiększyć przejrzystość i partnerski charakter współpracy PKA z uczelniami. Jeśli każda kontrola ma być kontrolowana przez kolejną instytucję, to system zaczyna przypominać strukturę nadzoru, w której brakuje już miejsca na refleksję, a zostaje tylko formularz. PKA powstała po to, by zapewniać jakość kształcenia, a nie by ją biurokratyzować.

