Od
polemiki do metody. Studium własnej recepcji
Nie
opublikowałem recenzji książki Kornelii Sobczak Zośka i Rudy. O miłości,
przyjaźni i Polsce, chociaż po jej lekturze napisałem tekst bardzo ostry,
jednoznaczny, polemiczny. Powód był prosty: uznałem, że moja reakcja — choć
autentyczna i w wielu punktach uzasadniona — wymaga dystansu. A dystans w
humanistyce nie jest luksusem. Jest warunkiem wiarygodności.
Piszę
o tym nie po to, by wycofać się z krytycznej oceny tej książki, lecz by pokazać
coś ważniejszego: jak łatwo nawet czytelnik świadomy metodologicznie może
przejść od analizy tekstu do reakcji na tekst, a więc od badania struktury
wypowiedzi do przypisywania autorowi intencji, strategii czy motywacji. Właśnie
ta granica stała się dla mnie punktem wyjścia do namysłu, który — paradoksalnie
— zawdzięczam lekturze książki, z którą się nie zgadzam.
1.
Pierwsza reakcja: sprzeciw
Moja
nieopublikowana recenzja była wyrazem silnego sprzeciwu wobec sposobu, w jaki
autorka potraktowała bohaterów Kamieni na szaniec i samą książkę
Aleksandra Kamińskiego. Niepokoiło mnie, że materiał historyczny, literacki i
biograficzny został poddany lekturze, która — w moim odbiorze — przekraczała
granice uprawnionej interpretacji. Miałem poczucie, że to, co przedstawiane
jest jako „możliwość innego spojrzenia”, zaczyna działać jak teza, choć nie
zostało dowiedzione.
Był
to niepokój natury nie tylko historycznej czy aksjologicznej, ale przede
wszystkim metodologicznej. Co wolno badaczowi wobec postaci historycznych,
które już nie żyją? Gdzie przebiega granica między reinterpretacją a
nadpisaniem? Czy można sugerować ukryte znaczenia relacji międzyludzkich bez
wyraźnych podstaw źródłowych tylko dlatego, że współczesna kultura dostarcza
nam nowych kategorii odczytania?
Na
te pytania reagowałem emocjonalnie, bo dotykają one spraw ważnych: pamięci,
prawdy, odpowiedzialności za słowo. Jednak właśnie dlatego uznałem, że emocja
nie może być ostatnim słowem badacza.
2.
Druga refleksja: moja własna recenzja także wymaga analizy
Po
pewnym czasie zdałem sobie sprawę z czegoś jeszcze istotniejszego. Moja
recenzja — choć napisana w obronie rygoru — sama momentami przekraczała
granicę, którą chciałem wyznaczyć innym. Używałem sformułowań zbyt mocnych,
przypisywałem autorce motywy, których nie mogłem dowieść, formułowałem oceny,
które miały charakter nie tylko analityczny, ale i imputacyjny.
Innymi
słowy: w reakcji na tekst, który uznałem za insynuacyjny, sam momentami
zacząłem mówić językiem sugestii.
To
doświadczenie okazało się dla mnie poznawczo cenne. Uświadomiło mi bowiem, że
problem nie dotyczy jednej książki ani jednego środowiska ideowego. Dotyczy on
szerzej funkcjonowania współczesnej humanistyki i nauk społecznych, które —
jako dyscypliny interpretacyjne i normatywne — są szczególnie narażone na
przesunięcia między opisem, interpretacją, sugestią i perswazją.
W
tym sensie moja nieopublikowana recenzja stała się nie tyle tekstem „do
wykorzystania”, ile materiałem do autorefleksji. Pokazała mi, że potrzebujemy
narzędzi, które pozwolą badać nie tylko to, co tekst mówi, lecz także to, jak
działa na czytelnika.
3.
Od intuicji do narzędzia
Właśnie
z tej potrzeby zrodziła się próba sformułowania dwóch prostych wskaźników
analitycznych: Wskaźnika probabilizacji narracji (WPN) oraz Indeksu
insynuacyjności (II).
Pierwszy
z nich służy do uchwycenia częstości użycia markerów epistemicznej niepewności:
takich jak „być może”, „wydaje się”, „można przypuszczać”, „prawdopodobnie”.
Drugi ma charakter bardziej złożony: nie chodzi już tylko o liczbę sygnałów
ostrożności, ale o stopień, w jakim tekst prowadzi czytelnika do wniosku
niewyrażonego wprost i nieopartego na rozstrzygających dowodach.
To
rozróżnienie okazało się kluczowe. Nie każde „być może” jest problemem.
Przeciwnie — może być oznaką uczciwości badawczej. Problem pojawia się wtedy,
gdy takich zdań jest dużo, gdy układają się w sekwencję, gdy kolejne słabe
sugestie zaczynają wytwarzać efekt prawdopodobieństwa, a następnie — niemal
niezauważalnie — efekt przekonania.
Wówczas
język nie tylko opisuje niepewność. Zaczyna ją organizować w taki sposób, że czytelnik
ma poczucie obcowania z czymś bliskim ustaleniu, choć w istocie obcuje z
konstrukcją interpretacyjną.
4.
Najważniejsza lekcja: nie badać intencji, lecz strukturę tekstu
Najważniejsza
korekta, jaką musiałem wprowadzić do własnego sposobu myślenia, dotyczyła
statusu autora. Początkowo skłonny byłem mówić o manipulacji, ideologizacji,
celowym działaniu. Dziś powiedziałbym ostrożniej: nie wiem, jakie były
intencje autora i nie muszę tego wiedzieć, by analizować funkcję tekstu.
To
zasadnicza zmiana.
Badanie
funkcji epistemicznej i perswazyjnej języka nie wymaga psychologizowania
autora. Wymaga natomiast precyzji w opisie mechanizmu dyskursywnego. Zamiast
twierdzić: „autor chciał zasugerować X”, należy raczej powiedzieć: „w tekście
występują struktury, które mogą prowadzić czytelnika do wniosku X”.
To
przesunięcie z poziomu intencji na poziom funkcji wydaje mi się dziś
fundamentalne. Chroni ono zarówno przed personalizacją sporu, jak i przed
reprodukowaniem tego samego błędu, który chce się zdemaskować.
5.
Humanistyka potrzebuje samokontroli własnego języka
W
tym sensie analiza własnej nieopublikowanej recenzji okazała się dla mnie
ważniejsza niż sama chęć polemiki z książką. Uświadomiłem sobie, że jeśli
humanistyka chce zachować swoją wiarygodność, nie może zadowalać się deklaracją
krytyczności. Musi wypracowywać procedury samokontroli.
Nie
chodzi o ograniczanie interpretacji. Chodzi o jej dyscyplinowanie. Nie chodzi o
wyrzeczenie się mocnych tez. Chodzi o ich zakorzenienie w materiale i
odróżnienie od sugestii. Nie chodzi wreszcie o unikanie sporów
światopoglądowych, lecz o to, by nie maskować ich językiem rzekomej
oczywistości poznawczej.
Najkrócej
rzecz ujmując: humanistyka nie potrzebuje mniej interpretacji, ale więcej
kontroli nad interpretacją.
6.
Zakończenie
Nie
opublikowałem swojej recenzji, ponieważ uznałem, że nie powinna ona pozostać w
formie pierwotnej. Dziś sądzę, że była ona jednak potrzebna — nie jako tekst do
druku, lecz jako etap drogi. Bez niej nie dostrzegłbym z taką wyrazistością,
jak cienka bywa granica między krytyką a imputacją, między analizą a polemiką,
między badaniem a odwetem symbolicznym.
Jeśli
więc książka, z którą się nie zgadzam, doprowadziła mnie do wypracowania
potrzeby bardziej zdyscyplinowanego narzędzia badawczego, to spełniła wobec
mnie funkcję paradoksalnie pożyteczną. Nie dlatego, że przekonała mnie do
swojej interpretacji, lecz dlatego, że zmusiła mnie do namysłu nad warunkami
rzetelnej niezgody.
Najlepszym
dowodem na potrzebę metodologii jest chwila, w której badacz odkrywa, że musi
ją zastosować także wobec własnego języka.
W następnym wpisie pokażę, na czym polega zastosowanie w/w wskaźników oraz jak metodologicznie potraktowała tę książkę AI.
Ps. Ten tekst powstał w dialogu z AI — ale decyzje, wątpliwości i wnioski są już moje.


