piątek, 16 listopada 2018

Tajni współpracownicy okresu PRL - nie kryć się!


– Nowe przepisy o lustracji na uczelniach odczuć może nawet kilka tysięcy osób, które w czasach PRL współpracowały ze służbami bezpieczeństwa – powiedział w rozmowie z PAP wiceminister nauki i szkolnictwa wyższego Piotr Müller. Jego zdaniem na uczelniach potrzebna jest dekomunizacja.

Zgodnie z ustawą członkiem rady uczelni, członkiem senatu uczelni, członkiem Komisji Ewaluacji Nauki, Rady Doskonałości Naukowej, Polskiej Komisji Akredytacyjnej czy profesorem tytularnym może zostać osoba, która "w okresie od dnia 22 lipca 1944 r. do dnia 31 lipca 1990 r. nie pracowała i nie pełniła służby w organach bezpieczeństwa państwa (...) oraz nie współpracowała z tymi organami".


Młody prawnik mianowany wiceministrem zamierza dekomunizować szkolnictwo wyższe lokując problem tak zdefiniowanej dekomunizacji w osobach będących nauczycielami akademickimi na stanowiskach kierowniczych, ale w uczelniach państwowych i centralnych organach kontroli (PKA, RDN, KEN). Co ciekawe ustawodawca zupełnie pominął w tym procesie Polską Akademię Nauk!

Co to za dekomunizacja, czy deesbekizacja, skoro to właśnie w wyższych szkołach prywatnych III RP zagnieździły się postaci współpracujące w okresie PRL ze Służbą Bezpieczeństwa lub będące funkcjonariuszami tych służb? Skąd wiadomo, czy w PAN nie ma byłych tajnych współpracowników i donosicieli SB? A może właśnie dlatego pominięto tę szlachetną z nazwy i założonych funkcji instytucję?

Konstytucja dla Nauki jest w swoich skutkach de facto nie tylko podtrzymaniem szkół prywatnych w każdej WSI, ale i ich założycieli, beneficjentów wskaźnika Gowina. Skoro uniwersytety, politechniki, akademie mają przyjmować na tyle mało studentów, by przypadało ich 13 na jednego nauczyciela akademickiego, to wiadomo, że dziesiątki tysięcy uda się do sfery niepublicznej szkolnictwa wyższego. Tam zapłacą za kształcenie i w niektórych miejscach za jego (byle-)jakość. Towarzysze z SB już dawno temu przyuczyli się do swoich ról, a niektórzy nawet uzyskali w krajowych uczelniach, ale i na Słowacji, na Ukrainie czy w Rosji tytuły naukowe.

Wiceminister zapytany, czy ma sens wprowadzanie takich przepisów dopiero teraz, powiedział, że tak. Wyliczył: – Załóżmy, że w 1989 r. ktoś miał 30 lat, robił już karierę na uczelni i był donosicielem. Dziś taka osoba ma 59 lat. Ma przed sobą jeszcze wiele lat pracy na uczelni. A osoby w takim wieku często pełnią znaczącą rolę w szkolnictwie wyższym – powiedział. (...) Pytany, jak dużej grupie osób nowe przepisy utrudnią karierę akademicką Piotr Mueller skomentował: "Nie mamy takich danych, bo nie mamy jak ich zebrać. Ale myślę, że to może dotyczyć nawet kilku tysięcy osób w kraju".

Zaczyna się gonienie Króliczka, a tymczasem młodzież obejmie kierownicze stanowiska, bo urodziła się po 1989 r. No i dobrze.