wtorek, 21 lipca 2020

Czy polskich polityków i samorządowców obchodzi przyszłość ich dzieci i wnucząt?


Tytułowe pytanie dzisiejszego wpisu jest retoryczne. Polskich polityków, także sprawujących władzę w ostatnim trzydziestoleciu nie interesuje los ich dzieci oraz wnucząt, skoro nasz kraj stał się nie tylko śmietniskiem Europy, o czym najlepiej świadczą zwożone z innych państw tony odpadów, ale także ma miejsce w społeczeństwie brak codziennej kultury życia biofilnego.

Nie tylko przez Polskę płynie ekologiczna katastrofa, ale też ulatnia się, zagnieżdża uodparniając moich rodaków na rzeczywiste zagrożenie. Przecież tego nie widać, nie czuć, nie doświadczamy w swej większości, skoro z kranu leci woda, oddychamy powietrzem, zjadamy z pozoru zdrową żywność, jeździmy samochodami, latamy samolotami i wciąż w dużej mierze ogrzewamy jeszcze  domostwa węglem.

COVID-19 wydaje się mieszkańcom mojej miejscowości czymś abstrakcyjnym. W końcu u nikogo jeszcze go nie zdiagnozowano, nikt nie umarł. Chorują i giną inni, tylko nie my. Sąsiedzi trują nie tylko moją rodzinę spalaniem w piecu węglowym wszystkiego, co tylko się da, byle tylko nie płacić za wywóz śmieci.

 Smród z komina ich domu unosi się najczęściej pod wieczór i nocą, kiedy niemalże wszyscy są już w domach. Wydaje się zatem niewidoczny. Oni sami przyzwyczaili się do niego. My nie chcemy, ale musimy.

Straż miejska jest zapewne fuchą dla rodziny lub znajomych burmistrza. Nie widziałem i nie słyszałem, by kiedykolwiek i gdziekolwiek interweniowała ze względu na potworne zanieczyszczanie środowiska  przez część mieszkańców.  Przecież to jest być może bliższa lub dalsza rodzina burmistrza, któregoś z jego urzędników, radnych lub znajomi "strażników".     

W kampaniach wyborczych wszystko jest ważne, tylko nie ekologia. Dlaczego? Z prostego powodu, bo identyfikuje się troskę o środowisko naszego życia z ideologią lewicową. ZIELONI to - jak powiadają prawicowi ignoranci - lewacy, którzy nie kierują się światopoglądem chrześcijańskim.

Sprawa zanieczyszczeń  środowiska nadaje się jedynie na jednorazowe, chociaż powtarzalne każdego roku akcje "Sprzątanie świata", bo burmistrz, czy prezydent mogą zrobić sobie selfi w lesie z reklamówką pełną znalezionych w nim butelek czy papierów. To wystarczy. Do następnej akcji za rok.

Kiedy obowiązywała w kraju narodowa kwarantanna,  wiele osób myślało tylko  o tym, kiedy wreszcie się skończy i powróci normalność. Nie powróci, ponieważ nigdy jej nie było.


W nienormalności żyje kilka generacji obok siebie, przeciwko sobie i częściowo razem z sobą.  Czym bowiem jest normalność? Kto zna jej miarę, skoro ma ona wiele wymiarów i zakresów?

W połowie lipca turyści niczym już się nie przejmują, nie noszą maseczek. Przecież skoro premier namawiał do udziału w wyborach, bez względu na wiek, to znaczy, że już minęło dotychczasowe zagrożenie. Otworzono granice, wznowiono loty, wzrosły ceny ropy, benzyny i gazu a służby odpowiedzialne za kontrole, nie mają nawet ochoty do sprawdzania, czy przestrzegane są ograniczenia w dystansie międzyludzkim.  Rolnicy korzystają z desykacji, czyli opryskiwania zbóż lub rzepaku glifosatem (cbemią - trucizną!).


 
Ograniczenia zostały zredukowane z 2 metrów do 1,5 w sferze utrzymywania dystansu między ludźmi, co wywołało śmiech i rozbawienie wśród internautów. Na sopockim deptaku tak to wygląda!   

Codziennie mamy wysoką liczbę zdiagnozowanych pozytywnie zakoronawirusowanych i nadal umierają na COVID-19. Kiedy szedłem w maseczce ulicą, podszedł do mnie nieznany mi mężczyzna wymyślając mi, że chyba jestem nosicielem, skoro mam zakryte ustaw i nos. Wykrzykiwał, że znacznie więcej osób umiera na inne  choroby. Tak. Ma rację, ale do odchodzących z naszego świata doszli jeszcze covidowcy.



Przekaz z prezydenckiej kampanii robi swoje. Prezydent A. Duda wykrzykiwał, że nigdy nie szczepił się przeciwko grypie i szczepić nie  będzie.  Kilka dni później lekarze apelują w mediach do osób starszych - zaszczepcie się przeciwko grypie, przeciwko pneumokokom.  Zatruwamy się wzajemnie nie tylko środowiskowo, ale i psychicznie. W księgarniach pojawiło się wiele rozpraw na temat psychopatycznych mężów, żon, szefów, urzędników...

Miłej lektury. Książki o toksycznych stosunkach międzyludzkich lepiej się sprzedają niż te o narastającym zagrożeniu naszego codziennego środowiska życia. Od kilkudziesięciu lat prof. Ryszard Łukaszewicz oparł swoją Wrocławską Szkołę Przyszłości na ekofilozofii.

 Jej absolwentów jest zbyt mało, by mogli wpłynąć na odczuwalne dla Polaków zmiany, ale  mamy do czego i do kogo się odwołać.  Przyjdzie jednak moment, w którym NATURAMY Łukaszewicza staną się modelowym podejściem do zmian w mentalności dorosłych i socjalizacji ich dzieci.