poniedziałek, 13 lipca 2020

O umywaniu rąk w nauce, czyli jak zaoszczędzić na pseudonaukowych awansach (cz.4)


W naukach społecznych można badać nauczycieli z tak wielu stron, pod tak różnym kątem, z jakże odmiennych perspektyw teoretycznych i metodologicznych, by móc dowiedzieć się jak najwięcej nie tylko o własnych respondentach, uczestnikach eksperymentów i obserwacji, ale dociekać istoty i sensu wyjątkowej profesji, roli zawodowej czy czyjejś życiowej pasji.

Kiedy komuś wydaje się, że wystarczy poczytać kilka książek, artykułów, ustaw  i rozporządzeń, kodeksów prawnych z komentarzami  itp. na temat odpowiedzialności, żeby móc nieodpowiedzialnie "chwycić" jakąś populację i zapytać ją o to, czy tamto bez rzetelnego przygotowania się do procesu badawczego, to wprawdzie poświęci temu działaniu mniej czy więcej godzin, pokona jakąś przestrzeń, tyle tylko, że dla NAUKI MA TO ZEROWĄ WARTOŚĆ.

Piszę o tym na podstawie tej książki, bowiem od ponad 27 lat mam akademicki obowiązek kształcenia przyszłych kadr naukowych, a z racji kierowania Komitetem Nauk Pedagogicznych przez osiem lat, członkostwa w Centralnej Komisji Do Spraw Stopni i Tytułów, a teraz w Radzie Doskonałości Naukowej recenzuję, opiniuję, oceniam nie tylko wnioski z pedagogiki, ale także z innych nauk społecznych.

Z góry, z metaperspektywy widać, z jak głębokim i poważnym upadkiem w zakresie jakości badań naukowych mamy do czynienia w polskich uczelniach - począwszy od Uniwersytetu Jagiellońskiego, przez Uniwersytet Warszawski aż po inne uczelnie badawcze, starające się stać badawczymi czy zawodowe, szczególnie PWSZ skończywszy. To nie jest tak, że tylko w pedagogice mają miejsce kardynalne błędy, niewiedza, niekompetencja, ale także w socjologii, naukach o polityce, psychologii, naukach o rodzinie, ekonomii, naukach o zarządzaniu itd.

Tylko w niektórych zespołach akademickich prowadzi się odpowiedzialną dyskusję i wyciągając z niej wnioski egzekwuje przede wszystkim racje naukowe, a metodologiczne w szczególności. Co z tego, że mamy kilkadziesiąt podręczników, rozpraw, artykułów, poradników na temat tego, jak konstruować projekt badawczy, w jaki sposób przestrzegać chociaż minimalnego poziomu metodologicznych procedur, przesłanek czy podejść, skoro nieodpowiedzialnie dopuszczamy do druku rozprawy, które kompromitują naukę, środowiska uczelniane, autorów i recenzentów ich pseudonaukowych publikacji?

Gorzej, kiedy uczestniczą w tym procesie, a uczestniczą, osoby ze stopniami naukowymi lub tytułem naukowym, bo tym samym dają świadectwo albo własnej niekompetencji, albo mających miejsce w tle pozanaukowych interesów. Nie mnie o tym rozstrzygać. Być może uważają, że - NIECH SIĘ WSTYDZI TEN KTO WIDZI? A nóż koleżanka czy kolega nie zobaczy, nie doczyta, nie zwróci uwagi?  Czy wówczas nie ma wstydu?

Czy nie utwierdza się taką postawą innych doktorów, by popełniali takie same lub jeszcze gorsze błędy, wydawali kolejne buble i konstruowali narzędzia badawcze, jak pokazywałem to na przykładzie żenujących diagnoz w różnych miejscach kraju?  Czy prowadzący wydawnictwo uczelniane, a w przypadku recenzowanej przeze mnie w blogu książki jest nim Wydawnictwo Akademii Humanistycznej im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku nie powinno mieć poczucia  zdrady, bycia oszukanym przez recenzentów?



Takie same buble, knoty, pseudonaukowe wydają oficyny wielkich uniwersytetów! Może jednak nadejdzie czas odpowiedzialności recenzentów wydawniczych za dopuszczenie do druku makulatury? Nie można bowiem inaczej nazwać książki, która jest na tak , żenującym poziomie, że ma się poczucie wstydu z konieczności jej czytania,  a nie przyjemność, doznanie przygody intelektualnej.

Jeżeli chcemy na podstawie tak żenująco niskiej "wartości" książek nadawać komuś stopnie naukowe doktora, doktora habilitowanego czy rekomendować ich autora do tytułu naukowego profesora, to może niech minister nauki i szkolnictwa wyższego wyda rozporządzenie, w świetle którego o takim awansie niech decydują bez czytania, bez recenzowania, bez wydawania jakichkolwiek książek czy artykułów komisje, w których składzie będzie pracownik administracji uczelnianej. Dzięki epidemii potrafimy już lepiej umywać ręce.

Niech wypełni stosowny formularz na podstawie zgłoszeń, bez jakichkolwiek kryteriów i wymagań. Podstawa decyzji:

NADAĆ STOPIEŃ - BO TAK.

Musi być też ścieżka odwoławcza w sytuacji, gdy komuś sekretariat jednak odmówi nadania stopnia. ODMÓWIĆ NADANIA - BO NIE.

Wówczas potrzebny jest urząd rozpatrujący odwołanie, którego sekretariat będzie    będzie miał większą moc, by stwierdzić: NADAĆ - BO TAK lub POPRZEĆ ODMOWĘ - BO NIE.

Budżet państwa zaoszczędzi setki tysięcy złotych rocznie na bezsensownie powoływane komisje doktorskie, habilitacyjne.  Wreszcie zlikwiduje się RDN, bo CK  i tak już kończy swój żywot, a doktorem, doktorem (re-)habilitowanym czy profesorem będzie mógł być każdy, kto tylko wyrazi takie pragnienie, zaś sekretariat dowolnej uczelni je zaspokoi. Dlaczego nie?

BO TAK.