piątek, 14 kwietnia 2017

Poezją płaczemy po odejściu dra Bohdana Cyrańskiego



Łódzka pedagogika straciła uczonego-adiunkta-wykładowcę doktora Bohdana Cyrańskiego w dniu, w którym po raz ostatni przed Świętami Zmartwychwstania Pańskiego mogliśmy jeszcze spotykać się w miejscu pracy czy innych okolicznościach przekazując sobie życzenia. W klimacie liturgii Wielkiego Tygodnia, pieśni i nabożeństw pasyjnych, zostajemy zderzeni z ziemskim bólem rozstań i radością nowych narodzin, czyichś sukcesów i innych trosk oraz zmartwień.

Za ks. Adamem Bonieckim powiedziałbym - Bóg nie chciał tej ofiary, tylko miłosierdzia, ale organizm ludzki zmagający się od kilku lat z chorobą odmówił Bohdanowi nadziei na dalsze spełnianie się tu i teraz, na Ziemi, w naszym akademickim środowisku, w którym tak silnie zaznaczał swoją OBECNOŚĆ i TWÓRCZOŚĆ, ETOS i SPOŁECZNĄ WRAŻLIWOŚĆ.

Życie dra Bohdana Cyrańskiego się nie kończy, ale przemienia, bo był Osobą wierzącą i wierną wartościom, których sam był nośnikiem. Pisał, publikował, a więc jest razem z nami, w nauce poprzez swoje rozprawy, które odpowiadały wysokim standardom. Nie bez powodu w roku 2013, otrzymał najwyższe wyróżnienie w pedagogice społecznej, jakim jest Nagroda Łódzkiego Towarzystwa Naukowego im. Profesor Ireny Lepalczyk, w tym przypadku za pracę pt. Aksjologiczne podstawy pedagogiki społecznej Heleny Radlińskiej. Przykład zastosowania interpretacji hermeneutycznej, Łódź 2012, Wydawnictwo UŁ.


Wspólnie z Żoną Ewą, też doktor pedagogiki społecznej i ze swoim kierownikiem Katedry prof. Jackiem Piekarskim wydali książkę pt.Praktyki pedagogiczne w szkole. Projekt i porady metodyczne , która jest znakomitym świadectwem "wspólnotowej" troski o jak najwyższy poziom przygotowania studentów pedagogiki do wejścia w zawód. Stworzyli razem wyjątkową szkołę, laboratorium akademickiego kształcenia młodych dorosłych w praktyce do praktyki, ale w taki sposób, by na Uniwersytecie doświadczyli uczenia się jako używania wiedzy (właśnie owego praktykowania), które będzie ugruntowane w całokształcie doświadczenia.


Jeszcze kilka tygodni temu rozmawiał z każdym członkiem Rady Wydziału, by przeprowadzić drobną, ale w imię godności pracowników pomocniczych uchwałę o nieznacznym chociaż podwyższeniu ich premii. Do końca był nie tylko uczonym, który nie zdążył, mimo wielu rozpraw naukowych wszcząć postępowania habilitacyjnego, ale kolegą, współpracownikiem, empatycznym i zawsze myślącym kategorią dobra wspólnego. A to wcale nie jest tak często spotykana postawa w naszym środowisku. Nie zdążył z własnym awansem ku samodzielności, bo wiecznie troszczył się jako związkowiec o innych, nieustannie domagał się poszanowania praw pracowników, którzy w akademickim środowisku, na każdym stanowisku pracy są najzwyczajniej w świecie sproletaryzowani.

Pracował przez wiele lat w różnych miejscach, obok tego najważniejszego dla Niego, jakim zawsze był Uniwersytet Łódzki, Wydział Nauk o Wychowaniu, by żyć na miarę potrzeb młodej inteligencji, klasy średniej, która tworzy spójne chrześcijańskimi wartościami rodziny troszcząc się o rozwój i wykształcenie własnych dzieci. Tam, gdzie mogłem, też Go zatrudniałem, bo należał do grupy wiarygodnych i zaangażowanych nauczycieli akademickich. Oj, nasi studenci musieli naprawdę się nauczyć, słuchać Go ze zrozumieniem, przejść przez warsztat metodologii badań społecznych, by z poczuciem wiedzy i umiejętności dotrwać do dyplomowego egzaminu.

Nie chce się wierzyć, bo trudno jest pogodzić się z odejściem wciąż przecież młodego nauczyciela akademickiego, przed którym było tyle wyzwań, ciekawych zadań i Jego pasji do rozwiązywania najtrudniejszych spraw ludzkich. Odszedł od nas, tu w Łodzi - PEDAGOG przez wielkie P, szlachetny, prawdziwy, oddany i wierny wartościom Ojciec, Mąż, Przyjaciel, Kolega, Współpracownik. Łącząc się w bólu z Jego Małżonką - Ewą i Synem, nie znajduję innych słów na Jego Pożegnanie jak fragment wiersza, którego autorką jest studentka naszego Wydziału pani Aleksandra Dec. W tomiku "Skarbonka milczenia" (Kraków 2015, s. 46) pisze - w zupełnie innym kontekście - ale oddając treścią w tej bolesnej okoliczności mój smutek:

"poezją płaczę, gdy mi smutno,

poezją milczę, by zbyt wiele nie mówić.

poezją widzę, by nie być jak zamknięty w pustce,

poezją wątpię, by dla innych być siłą
.
(...) "

Dr Bohdan Cyrański będzie dla nas dalej siłą swoich rozpraw i pamięci o Jego życiu. Niech spoczywa w pokoju!

Skok na Centralną Komisję Do Spraw Stopni i Tytułów

Złożenie przez naukowca do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego skargi na przewlekłe prowadzenie postępowania przez Centralną Komisję do Spraw Stopni i Tytułów w sprawie nadania tytułu profesora czy odwołania od odmowy nadania stopnia doktora habilitowanego itp. nie ma w obecnej sytuacji prawnej racji bytu.

Pisałem o tym jakiś czas temu, że Centralna Komisja została ubezwłasnowolniona decyzją premier rządu, która nie powołała na funkcję przewodniczącego tego organu żadnego z dwóch wybranych przez Zgromadzenie Ogólne kandydatów. Minister nauki i szkolnictwa wyższego Jarosław Gowin przedłożył w Sejmie projekt nowelizacji ustawy, w świetle którego premier będzie miał prawo wskazać przewodniczącego CK spośród wszystkich członków tego organu. Dopóki zatem Sejm nie przyjmie tej nowelizacji, a prezydent RP nie podpisze ustawy, to mamy paraliż.

Tak więc, nie ma sensu składanie skargi do WSA, gdyż można ją wnieść dopiero po wyczerpaniu środków zaskarżenia. Najpierw zatem należałoby zaskarżyć premier rządu. Jak interpretuje tego typu skargi WSA: Przez wyczerpanie środków zaskarżenia należy rozumieć sytuację, w której stronie nie przysługuje już żaden środek zaskarżenia, taki jak zażalenie, odwołanie lub wniosek o ponowne rozpatrzenie sprawy, przewidziany w ustawie.

Tymczasem w "Rzeczpospolitej" prof. dr. hab. inż. Jacek Zimny, członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP oraz profesor AGH, opublikował typowy dla lat 50. XX w. artykuł o rzekomym hamowaniu rozwoju nauki przez Centralną Komisję. Nie dość, że nie wie, jaka jest sytuacja prawna krytykowanego przez niego organu, to stwierdza m.in.:

" Instytucją centralną mającą bezpośredni wpływ na strategiczny rozwój kadry naukowej w Polsce jest Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów Naukowych. (...) Jest ona organem nie tylko nieprzydatnym, ale wręcz szkodliwym, blokującym rozwój kadry profesorskiej. Wnioski o nadanie tytułów, jakie przez nią przechodzą, są nieadekwatne do wymagań polskiej nauki oraz rozwoju społeczno-gospodarczego naszego kraju."

Sądziłem, że o rozwoju kadry naukowej w Polsce decyduje ona sama wynikami własnych osiągnięć badawczych. To prawda, że wnioski o nadanie tytułu naukowego profesora są zatwierdzane przez Centralną Komisję, ale z perspektywy czteroletniej służby na funkcji przewodniczącego Sekcji CK mam materialne dowody na brak zasadności takiej oceny. Gdyby nie ten organ, to profesorami zostaliby m.in. oszuści, plagiatorzy, osoby o niezgodnych ze standardami naukowymi w ramach reprezentowanej przez siebie dziedziny osiągnięciach naukowych.

Centralna Komisja stoi na straży prawa i etosu nauki. Czyżby powyższy adwersarz postanowił sprzyjać temu, żeby w postępowaniach o nadanie tytułu naukowego profesora było miło, łatwo i przyjemnie bez spełniania jakichkolwiek wymogów, poza być może posiadaniem legitymacji partyjnej formacji rządzącej? Na jakiej podstawie stwierdza, że: Centralna Komisja ds. Stopni i Tytułów Naukowych powinna być strażnikiem etosu nauki, dziś jest natomiast przede wszystkim państwem w państwie.(Nauka i rozwój, Rzeczpospolita z dn. 7.04.2017, s. A11) Co przez to rozumie?

Na czym polega owo państwo w państwie, skoro to właśnie władze państwowe nie tylko określają jego zadania, kontrolują jego funkcjonowanie oraz przeprowadzają w Sejmie III RP kolejne nowelizacje, które są częściowo patogenne w swoich zapisach? Wielokrotnie było to wykazywane nie tylko w mediach, ale jest opublikowane w komentarzach prof. Huberta Izdebskiego do Ustawy o stopniach i tytułach naukowych?

Kuriozalny i ośmieszający tego autora jest wytyk, jakoby Centralna Komisja była (...) współodpowiedzialna za obniżanie się poziomu polskiej nauki, widocznego również za sprawą spadku dwóch najlepszych uniwersytetów z czwartej do piątej setki rankingu szanghajskiego. Dlaczego nie wymienił jeszcze innych rankingów, raportów światowych i wewnątrzkrajowych oraz nie dodał, że Centralna Komisja jest współodpowiedzialna także za wynalezienie grafenu? Zapewne także jest współodpowiedzialna za niskie płace w środowisku akademickim i brak przydziału na mydło socjalne, jak miało to miejsce w latach PRL.

Co proponuje profesor osadzony w Narodowej Radzie Rozwoju? Trzeba ją więc zlikwidować w jej dotychczasowej strukturze i zakresie obowiązków. Obowiązki Komisji należy przekazać pod jurysdykcję prezydenta i jego Kancelarii, jak w stanie prawnym w latach 1933-1951. Teraz jest wszystko jasne. Czyżby profesor chciał zrealizować się w organie centralnym u boku Prezydenta RP, bo własne środowisko nie wybrało go do CK? Nie można napisać wprost, że chce się kierować instytucją tego typu, tylko trzeba pisać takie bzdety, bez jakichkolwiek przesłanek rzeczowych?