środa, 16 września 2020

Rozumiejący wgląd w postawę pedagoga nienawidzącego pedagogiki i innych pedagogów oraz byłych zwierzchników

 


Rok temu miał miejsce X Zjazd Pedagogiczny w Warszawie. Jeszcze nie ukazał się pozjazdowy tom, ale został już skierowany do druku. Piszę o tym dlatego, że dr Herbert Kopiec postanowił wysupłać z referatów plenarnych niezrozumiałe dla siebie zdania, by poddać krytyce pedagogikę.  Każdy, kto je przeczyta w całości, dostrzeże manipulację typową dla propagandzisty z minionego ustroju.  

Emerytowany doktor, który z powodu braku osiągnięć naukowych został kilkanaście lat temu wyrotowany z Uniwersytetu Śląskiego, przyjechał na Zjazd jako komiwojażer prawicowej gazety. To już chyba trzeci taki Zjazd Pedagogiczny, który "zaszczycił" swoją obecnością rozdawca prawicowych gazetek. 

Po co przyjechał? Nie po to, by wygłosić referat, bo od ponad czterdziestu lat nie zajmuje się nauką, a na zjeździe naukowców nikt nie potrzebuje wysłuchiwać publicystycznego żargonu. 

Przyjechał z teczką pełną egzemplarzy prawicowej gazety, w której publikuje swoje artykuły. Dla niego są one ważne, bo "zieją" osobistą nienawiścią do wybranych przez siebie postaci polskiej pedagogiki socjalistycznej. Poziom manipulacji tekstami jest rzeczywiście typowy dla propagandzistów, chociaż emerytowi wydaje się, że jak okrasi je cytatami politologów, filozofów,  nie mających zresztą nic wspólnego z treścią jego tekstów, to czytelnicy pochylą się nad tym z uznaniem. 

Tekst publicystyczny o ideologiczno-doktrynalnym charakterze jest wykorzystywany przez te redakcje, którym ktoś musi zapełnić miejsce, by pismo jakoś się wydawało i sprzedawało. Nie przypuszczam jednak, że akurat ze względu na teksty tego autora. Gdyby tak było, nie jeździłby po kraju, z konferencji na konferencje i nie wciskał pedagogom gazetę z nadzieją, że może zaczną ją prenumerować właśnie ze względu na wytwory jego "wyobraźni" z przeczytanych bez zrozumienia tekstów czy usłyszanych wypowiedzi naukowców.

Godna miłosiernego spojrzenia postać zapewne chce zatrzeć z okresu PRL swoją lewicową aktywność na uczelni. W niej przecież H. Kopiec uzyskał stopień doktora nauk socjalistycznej pedagogiki. W indeksie też ma zaliczenia leninowsko-marksistowskiej wiedzy, bo studiował w najbardziej "czerwonym" uniwersytecie tamtego ustroju. Ciekawe, czego uczył studentów jako asystent i jakie polecał im lektury?  

Po prawie trzech dekadach transformacji ustrojowej Kopiec daje ujście swojej rozbudzonej podeszłym wiekiem nienawiści do byłych nauczycieli akademickich, autorów książek, które zapewne czytał z zapałem, by zdać egzaminy. Dziś, pod szyldem troski o wartości narodowe, przypomniał sobie, że  trzeba wyrzucić na "śmietnik historii" wszystkich tych profesorów, rektorów, dziekanów, dyrektorów instytutów pedagogiki, a swoich byłych zwierzchników. Powód? Ośmielili się po "okrągłym stole", w nowym ustroju  stanąć na drodze do jego bytowania w murach uczelni i uniemożliwili  mu akademicki awans. 

Być może ich grzechem było napisanie, a może i werbalne przekazanie Kopcowi krytycznej opinii o niespełnieniu przez niego wymagań nauk humanistycznych, o pseudonaukowej narracji tekstów, braku naukowych dociekań, nieznajomości języków obcych, niezdolności do konkurowania o środki w ogólnokrajowych konkursach czy o jego braku współpracy z uczonymi zagranicznych uniwersytetów itp.?

Tymczasem pedagogika miała się zmieniać i zmieniała się, ale już bez tego wykładowcy. Zapewne  sukcesy, publikacje, osiągnięcia każdego nauczyciela akademickiego, który nie utyskiwał wraz z doktorem na jego trudny - los jako rzekomej "ofiary" minionego reżimu - okazały się nie do zniesienia. Czy dlatego postanowił mścić się na pedagogice akademickiej tak długo, jak tylko mu na to pozwoli sytuacja w niszowej gazetce?  

Wyłonił się zatem nowy rodzaj antypedagoga, który postanowił zatroszczyć się nie o pedagogikę, bo jej nie zna, nie rozumie, ale o Polskę, naród, historię, o - metaforycznie biorąc - tischnerowską "prawdę", w tym o samego siebie.     

Mamy w uczelniach i poza nimi wielu takich doktorów nauk, którzy nie byli w stanie przekroczyć granicy własnego rozwoju ku samodzielności naukowo-badawczej. Oni nawet nie wiedzą, że nie wiedzą i czego nie wiedzą. Nikt im chyba nie czyni z tego powodu zarzutu. Raczej współczujemy takim osobom i podajemy rękę, jeśli tylko chcą nadrobić źle wykorzystany czas, wyeliminować naukowo błędne podejście do badań, studiów czy wykładów. 

Są także wśród samodzielnych pracowników naukowych tacy, którzy przekroczyli granicę awansu, ale nadal niczego nie umieją. Być może wykorzystali pozanaukowe źródła akceptacji dla swojego nieuctwa przez niektórych profesorów? Uczelnie nie są wolne od patologii. Trudno jest z nią walczyć. Nic dziwnego, że wywołuje to wściekłość wśród tych, którzy nie mieli takich "skrzydeł", jak i wśród uczonych z prawdziwego zdarzenia.  

Pochylmy się zatem z wyrozumiałością i współczuciem nad dr. H. Kopcem, któremu - jako jeden z nielicznych w naszym środowisku akademickim (co jest udokumentowane) - pomogłem w wydaniu książki "Rozumiejący wgląd w wychowanie". Wówczas rozumiałem, że miał prawo podzielić się swoim bólem przymusu czytania w czasie studiów bazujących na ideologii socjalistycznej rozpraw z pedagogiki m.in. autorstwa Heliodora Muszyńskiego.  Nie on jeden miał z tego powodu traumatyczne przeżycia czy dysonans moralny. 

Po rozwiązaniu z nim umowy o pracę przez rektora Uniwersytetu Śląskiego jako wykładowca zatrudniał się w wyższych szkołach prywatnych. W jednej z nich ukarano go dyscyplinarnie, a następnie zwolniono, bo ponoć obrażał pracujących tam pracowników naukowych i ujawniał studentom artykuł prasowy, w świetle którego rektorem szkoły był tajny współpracownik poprzedniego reżimu. 

Był to swoistego rodzaju paradoks, że krytyk peerelowskiej esbecji był w wolnej Polsce na jej "garnuszku".  Użalał się H. Kopiec, że w zatrudniającej go szkole wyższej prowokatorzy namówili studentów do złożenia na niego skargi i odsunięcia go od dydaktyki. Tego typu doświadczenie musiało zapewne odbić się na psychice "opresjonowanego" w taki czy inny sposób wykładowcy, którego część młodzieży nie chciała słuchać. 

Rzeczywiście, trudno jest w takiej sytuacji odzyskać równowagę psychiczną i poczucie własnej wartości. Nie dość, że nie chciał go uniwersytet, to jeszcze studiujący w prywatnej szkole wyższej studenci żądali wiedzy, a nie utyskiwań na lewicę, postmoderniststów czy dzielenia się wspomnieniami z PRL. Tak mu zostało do dzisiaj. 

Potwierdził w jednym ze swoich artykułów z 1991 r. brak wiedzy o tym, czym jest pedagogika jako nauka, pisząc: Pedagogika jest ze swej istoty nauką zaangażowaną, kierująca się określonym rodzajem wartości światopoglądowych, stanowiących intelektualne zaplecze polityki (doktryny) państwa lub Kościoła (AUL, Folia Paedagogica et Psychologica 27, 1991, s. 94)

Jak widać, skażenie socjalistycznym modelem pedagogiki głęboko zapadło w jego świadomości. Jak w PRL chciał wychowywać dorosłych studentów według innego, a jedynie słusznego światopoglądu. Rozczarował się, że polska pedagogika już dawno temu odeszła od syndromu homo sovieticus, a on w nim nadal tkwi, tylko zamienił lewicę na ortodoksyjną prawicę.